sobota, 26 lutego 2005

Madafaka


O 2 nad ranem ścinałem sobie włosy nad miską. Znowu spałem 2 godziny. Dziś imieniny ojca, impreza, stado wygłodzonych gości. Ojciec w sklepach, matka w gipsie, zgadnijcie kto to wszystko ma przygotować. Do tego piach w oczy, wszystko przeciwko mnie. Nic nie chce działać za pierwszym razem, sześć potraw kipi na raz, a jebany discman ciągle przerywa. Teraz zalać pieprzone nóżki, w gulaszu za mało papryki. Święci pańscy!!! Jeszcze muszę wstawić zupę grzybową. Ktoś chętny do krojenia pieczarek? Matka z bladym uśmiechem macha kikutem. Jasne, że to była ironia , do cholery! Decydenci obdarzają mnie cennymi komentarzami i wspominają mimochodem , że coś jeszcze trzeba zrobić, na przykład rozstawić dodatkowy stół. Między odkurzaniem a pójściem do piekarni trzeba jeszcze umyć łazienkę. Szlag! Kurestwo i pomór bogów! Na zewnątrz szaleje jebana śnieżyca...
kurwa
Niech mnie ktoś uśpi.

czwartek, 24 lutego 2005

Gwiazda


Czytałem kiedyś opowiadanie w którym ziemski statek dociera do miejsca gdzie była Gwiazda Betlejemska. Jest tam jedna wypalona planeta, która kiedyś musiała krążyć na samej granicy systemu, na tej planecie ludzie odnajdują nadtopioną budowlę. W środku jest testament dawnych mieszkańców układu. Zapisy , przedmioty, dzieła sztuki. Zdawali sobię sprawę , że ich słońce zmienia się w Nową, ale nie byli w stanie uciec. zgromadzili więc wszystkie swoje dzieła i osiągnięcia w arce, mając nadzieję ,że kiedyś przybędzie ktoś , kto będzie ich pamiętał.Nie wiedzieli czy nie są sami we wszechświecie , ale mieli nadzieją ,że ich istnienie, ich historia nie były na darmo, i pojawi się ktoś , kto samym aktem pamiętania o nich nada sens ich istnieniu.
Kieliszek najprawdziwszej śliwowicy, 57%. Kieliszek jest wysoki, śliwowica grzeje jak samo piekło. Jeden kieliszek, jeden łyk. Na dobrą drogę dla Beksińskiego . Stawiamy kieliszki do góry dnem. Ogień trzaska na kominku, deszcz za oknem zmywa śnieg i ślady.
3szklaneczki puszcza nasze płyty. Xymox Medusa, Kult i Dżem. Opieramn się o blat i chowam twarz w dłoniach. Pod palcami czuję puls uderzający w skroniach . To nie krew , to spiż. Komu bije dzwon?
Sławek marzł przed Aktorammi, nie miał kasy. Ja w sumie też. Herbata okazała się nagle droższa o złotówkę( jebany vat) i kobita patrząc przez chwilę na chałdy niklu i miedzi , które wydobywałem z kieszeni i różnych mrocznych i wilgotnych zakamarków, zdecydowała się postawić nam herbatę.
Poszedłem potem z Marzanami do Nory , gdzie przy tanim piwie gadaliśmy o Oświeceniu, religii, Stanach Zjednoczonych i genezie nazizmu. Brzeżno zaś stanęło przede mną potworem i śliwowicą.
Wracając o 2 myślałem o Lennonce wyśpiewującej kilka godzin wcześniej Deszczową Piosenkę. W domu rozebrałem w końcu choinkę.

wtorek, 22 lutego 2005

Tao pana gołębia


Wizerunek Giertycha odkryty
na tarczach strzeleckich UOPu
(Nowy Pompon)

Na Kocim Moście z sfinxoburgera wypadł mi kawałek mięsa. Rzuciły się na niego gołębie i natychmiast pożarły. Wyobraziłem sobie jak jakaś chuderlawa babcia, suchotniczka karmi ptaszęta w parku, a tu nagłe nadlatują gołębie, ujmują ją w szpony i unoszą na jakiś przystępny dach w celach konsumpcyjnych. To pewnie Czernobyl albo jakiś regres ewolucyjny. Jakby nie patrzeć ptaki pochodzą w prostej linii od dinozaurów. Pewnie zagrała im krew przodków. A na razie Tau widziała gołębia ogryzającego kość. Ciekawe czyją...
W sobotę byliśmy w Teatrze na plaży, na przedstawieniu opartym na blogu Dr Lecter. Był tłum . Postawionym piwem zapijałem postawione bezy, i gapiłem się na kolorowych ludzi kłębiących się wokół. Dopieszczone lasencje snuły się pośród smug feromonów i rozdawały zdumione półuśmiechy facetom ,którzy najwyraźniej wierzyli w własne słowa. Wszyscy starali się być obyci i kulturalni. Gryzmoliłem w notesie, a za oknami fale wtapiały się w pędzie w piasek.
Legenda głosi , że te fale nie zatrzymują się , ale biegną dalej lądem szukając nowych mórz i oceanów.
Przedstawienie było niezłe, mocne i przyjemne jak zapach ciętej stali. Mnie może aż tak nie walnęło, ale ja ten cholerny blog przeczytałem od deski do deski i swoje zebrałem już przed ekranem. Trochę wesoło, głównie smutno, ktoś się popłakał, ktoś kasłał, wszyscy wokół go znienawidzili...
Pędziłem potem przez zamarznięty Sopot na wschód, w kierunku Brzeżna i myślałem o tej dziewiątej fali, co to podobno jest najdłuższa i o ciszy.
Pod Dom Prasy wpadł Plagiat, żeby opowiedzieć jak to jest być informatykiem bez dostępu do sieci. W herbaciarni Panna Pazurek (przedtem nazywałem ją paznokietek, ale to nie oddawało skali zjawiska )wspomniała, swoją trudną pracę domową z polskiego. Pewien że nic mi nie grozi stwierdziłem szarmancko, że gdyby przyniosła to bym pomógł. Nim się zorientowałem byliśmy umówieni u mnie na 5.
Tego dnia los plątał się wokół mnie jak pajęczyna. Nad herbatą opowiadałem o Raczku i jego mrocznej magnificencji Lordzie Belialu, godzinę później spotkałem ich koło dworca, choć przedtem nie widziałem ich od lat. Po tym wsiadając do tramwaju odczułem dziwną pewność, że koło Akademii Medycznej wsiądzie Panna Pazurek. Teoretycznie miała dać znać , dojeżdżając na mój kraniec świata , żebym odebrał ją z przystanku i zaprowadził do rodzinnego leża. Jednak tak jak przewidywałem , gdy koło Akademii otworzyły się drzwi, wpadła przez nie rozwichrzona Pazurek niesiona na skrzydłach przypadku.
Praca domowa okazała się dziełem psychopaty. Siedzieliśmy nad nią ze 3 h, porównując wiersz Barańczaka z fragmentem tekstu „Tao Kubusia Puchatka”, z wszelkimi tego konsekwencjami. Z przykrością stwierdzam , że odzwyczaiłem się od myślenia. Przez ostatni rok bardziej koncentrowałem się na czuciu, a moja neurologika osiadła na jakiejś mrocznej mieliźnie i zaczęła murszeć. Gdy tak siedziałem nad tym całym papierem i szukałem powiązań , wręcz czułem jak gdzieś pod zakurzonym sklepieniem mojej czaszki rusza ze zgrzytem pordzewiała maszyneria. Mam szczerą nadzieję , że tej pracy nikt nie będzie sprawdzał.
A poza tym Panna Pazurek przyglądała mi się , co w koncentracji średnio pomagało, bo jest miłą , małą blondyneczką o ładnych ustach. Radio grało cicho, świeczka nie chciała się palić, a kawa a’la kiszczaqe smakowała.
Przy okazji zdziwiłem się solidnie, ponieważ okazało się , że są na tym świecie ludzie , którzy mają wobec mojej osoby poważne plany.
Jej zapach unosił się w powietrzu jeszcze długo po jej wyjściu.

sobota, 19 lutego 2005

Grrrr


Właśnie tak , szarooka Magnolio, dusząca zapewne w tej chwili, jakiegoś lubieżnego dziadka w przerębli, z słuchawek spływa niczym melasa Rammstein, w mojej głowie kotłują się różne pomysłowe sposoby anihilacji onetu, a pogoda ma pomroczność jasną. Dokładniej, gdy już wszystko wyschnie, spada śnieg, gdy się już trochę nadtopi i pokryje cieniutką , szklistą warstewką , zamarza. Jak wiatr zawieje nie trzeba nawet przebierać nogami. Ostatnio dręczy mnie myśl by zrezygnować z całego tego jodu w powietrzu i wyemigrować na południe.
Wracałem od Zwierzów po 10 h netu. Rozmyślałem akurat o czarnym kocie , który dopiero co przebiegł mi drogę, gdy mój błędnik poinformował mnie , że moje ciało nie zajmuje już w przestrzeni pozycji pionowej, za to gwałtownie przybiera horyzontalną. Z boku musiało to wyglądać przezabawnie , i kiedyś pewnie będę się z tego śmiał.
Przez jakiś czas zastanawiałem się czy zgodnie z „prawem serii” nie złamałem ręki, ale właśnie nią piszę więc nie jest chyba tak źle.
Tutaj wszyscy mają depresję. Void nie przebiła się przez bliskich i dalekich znajomych królika i nie dostała rezydentury. Teraz szuka pracy, jest zła i się nad nami znęca. Awari przechodzi atak egocentryzmu i ciągle mówi : Ja .Ja i Ja, z lekką nutką pretensji, bo za nią nie powtarzamy. Lenn przesuwa meble, Zwierz jest ociężały ,Awatar patrzy z wyrzutem, a ja snuję się rozdrażniony po mieście , bo ciągle muszę kombinować kasę i właściwie do niczego poza tym nie mogę się zmusić. Do tego muszę obsługiwać moją owiniętą w beton matkę. Chyba tylko ona jest szczęśliwa w tym jądrze ciemności , bo może siedzieć w domu i decydować czy się uwędzi czy zamarynuje.
Ogólnie wszyscy tu dyszymy nienawiścią i strzykamy juchą , więc ciesz się , że cię tu nie ma .
Ja czytam mądre książki i pielęgnuję moją hipochondrię. Jutro jedziemy do Sopotu na przedstawienie , oparte na blogu „dr lecter. blog.pl”. Jak nam się nie spodoba zamordujemy autorkę.

czwartek, 17 lutego 2005

Rzeczywistość jest wiarą


U Zwierzów stoi kocia kuweta, wokół wędrują sterty piasku i leżą grabki...grabki?
Historia to nie opis rozwoju technologii, nie spis dat czy śmieszne ciuchy w szklanych gablotach, historia to zmiany sposobu myślenia.
W czasie wojny domowej w Hiszpani, 30 sierpnia 1936 roku , samotny samolot zrzucił kilka bomb na Madryt. Było paru poszkodowanych, nikt nie zginął. Jednak wiadomość , że gęsto zaludnione miasto zaatakowano z powietrza wstrząsnęła światem do głębi. Media na całym świecie dawały wyraz oburzeniu i powszechnej grozie. W 9 lat póżniej zbombardowano Hiroszyme.
Katastrofa Columbi nie zrobiła takiego wrażenia jak Chalanger, żadne kolejne WTC nie przemówi do nas tak mocno.
Oglądamy wieczorne wiadomości jedząc kolację. Przełykamy patrząc na ludzkie zwłoki i nie robi to na nas większego wrażenia. To liczby, to telewizja. Wszystko się odrealnia , nie żyjemy na tej samej planecie co Irakijczycy czy Hutu.
Z drugiej strony kochamy cudze życia. Czytamy książki i czasopisma, oglądamy filmy, śledzimy cudze życiorysy, przeglądamy blogi. Czemu? Czy w ten sposób jest nas więcej, czujemy się mniej samotni. Cieszymy się , że innym jest gorzej, dzięki czemu nasz los wydaje się nam lepszy. Może to po prostu prostsze niż samodzielne życie.
Są ludzie którzy nigdy nie stają się częścią świata, po prostu przez jakiś czas noszą go w sobie. Może to właśnie ich szukamy, rozpaczliwie wierząc że jest coś więcej niż rzeczywistość. Może za ich pośrednictwem próbujemy dostrzec niedostrzegalne.

...co to za krzyk? Mew, czy młodych kotów? Wiem to płacze dziecko , kiedy umiera, aby odrodzić się jako dorosły...
(Wolverton)

wtorek, 15 lutego 2005

Jesteśmy bohaterami przyszłych bajek


There is a lady sweet and kind
Was never face so pleased my mind
I did but see her passing by
And yet i love her til i die

Wczoraj dostałem walentynkę. Co więcej dostałem ją na moje konto - widmo. Szybko odkryłem któż to wykazał się takim bezwzględnym okrucieństwem i natychmiast podjąłem akcję odwetową. A co ! Wet za wet! Króliczek za różyczkę!
Starsi wrócili z urlopu. Byli w górach i jeździli na nartach. Od razu z pociągu pojechali na pogotowie, w celu zagipsowania mojej matki i jej chrupiącego barku. Właśnie robię jej herbatę a ona leży kurczowo ściskając harleqina i jęczy jak jej ciężko. Jasne że ciężko, owinęli ją jak baleron. Wygląda jakby była w potrójnej ciąży, a ze środka brzucha sterczy jej unieruchomiona ręka i wygląda jak mały obcy.
To nie koniec atrakcji, na drugi dzień po powrocie, starszy podjechał do przychodni zarejestrować matkę. Wyszedł po 2 minutach , a tu wóz otwarty, nie na radia a co gorsza walizki. W walizce nie było nic drogiego, była za to praca dokumenty,karty, i książeczka czekowa . Słowem 3 miesiące nadrabiania strat. Gdy wrócił , głos mu się łamał.
Przeczekałem spokojnie opierdol, nakarmiłem matkę i wyszedłem. Wykonałem parę telefonów, wpadłem do kilku starych znajomych i puściłem w obieg informację ,że to mojego ojca „zrobiono”, a uczciwego „znalazcę” czeka nagroda. Potem sprawdziłem kilka miejsc gdzie wiara zrzuca „odrzuty”, rzeczy nie do sprzedania albo zbyt charakterystyczne. Dość niezwykły widok, głównie dlatego , że leży tam przede wszystkim zawartość babskich torebek. Przedmioty zwykle ważne dla kobiet, hołubione i pilnowane, takie , które sprawdza się , czy się je wzięło. Zimowe powietrze jest tam ciężkie od zapachu kosmetyków a ziemia pokryta jest kolorowym szkłem i plastikiem. Wiatr nosi podpaski i chusteczki, fruwają wokół i trzepoczą na gałęziach. Poczułem się jak w raju fizjologii.
W sumie ten widok był pierwszą rzeczą tego dnia , która rzeczywiście mnie zmartwiła.Taki smutek na widok tylu porzuconych, ukochanych niegdyś rzeczy. Dałem sobie spokój i ruszyłem w miasto.
Gdy wróciłem wieczorem, okazało się że ojciec odzyskał walizkę. Chłopaki zadzwonili i umówili się na spotkanie w jakimś kantorze w Nowym Porcie. Oddali walizkę z papierami i dokumenty za 1,5 stówy „znaleźnego”, chcieli więcej , ale ojciec się targował. Cóż najwyraźniej wiadomość się rozeszła a moje nazwisko jeszcze nie przepadło z ludzkiej pamięci.
Kończę muszę umyć matce ręce i zająć się obiadem. Kurde! dostała zwolnienie na 4 tygodnie...

Matka - aaaaa!!! jak ja teraz będę sikać!
Ja - Nie chcę wiedzieć...

sobota, 12 lutego 2005

W 80 światów dookoła dnia


Pojęcie czasoprzestrzeni:
Będziesz kopał stąd do wieczora
(made by życie)

Jakiś czas temu w towarzystwie wina rodzynkowego, soku z marakui i spirytusu 97% z Bałtyjska, dyskutowaliśmy ostro o moralnym i metafizycznym wymiarze teleportacji. Obecnie wiadomo już , że przy teleportacji nie przenosiłoby się właściwych cząstek danej osoby czy rzeczy, a raczej zczytywałoby się jej stan atomowy , dezintegrowało i przesyłało by się jako informację. Gdzieś tam komputer odczytywałby ją i odtwarzał z dostępnych mu atomów. Potrzeba do tego masę energii i gigantycznej mocy obliczeniowej , bo przecież oprócz warunków fizycznych trzeba też przecież odtworzyć stan atomowy myśli i wspomnień. I tu dochodzimy do sedna, jeżeli przesyłanie właściwych cząstek jest nieopłacalne i wdrożono by drugą metodę i przesyłano samą informację , to de facto , zabijałoby się człowieka, przesyłałoby zapis i tworzyłoby się gdzie indziej nowego. Czyli inaczej wlazłoby się buciorami w gestię Boga, roznosiłoby się mu błoto po dywanie i tłukło talerze. Czy to byłoby zabójstwo, czy tworzonoby nowego człowieka , czy byłby to ten sam człowiek, co w wypadku duplikacji itd. Wyobraźcie sobie ten problem w polskim sejmie.
A! Czy ktoś ma może namiary na twórców poczty onet.pl? Chciałbym złożyć im gorące wyrazy wdzięczności z pomocą pocisku typu ARAM. Będzie to ostatnia rzecz jaka wpadnie im do głowy, choć z pewnością nie mniej błyskotliwa i niszcząca niż wszystkie poprzednie.
Wczoraj tleniona znajoma 3szklaneczek wyciągała mi z oka rzęsę za pomocą bardzo długiego i pięknie polakierowanego paznokcia. Prawdziwy Porsche wśród paznokci. Wrażenie niesamowite , gdy coś takiego dotyka powierzchni otwartego oka. Widzi się pełen refleksów, czerwony horyzont jakiegoś obcego świata, który nagle wlewa się w oczodół . Otarła mi łzę chusteczką chigieniczną.
A tak poza tym , podobno obalono teorię o cykliczności wszechświata. Wszechświat nigdy się nie skurczy, jego rozszerzanie się powoduje namnarzanie się różnych form materii, które z kolei dodatkowo go rozpychają. Niepojęte perpetum mobile, wszechświat który wybucha bez końca. Oznacza to że wszechświat nie jest jakimś tworem , który przez wieczność rodzi się i zapada w sobie, on nagle powstał z niczego i ciągle rośnie, a w jego wnętrzu ciągle powstaje coś nowego. Unieszczęśliwia to naukowców , ponieważ stawia niewygodne pytania , w tym to najważniejsze , o początek. Co jest przyczyną wszystkiego.
O Boże , co ja robię na tej planecie?! - myślę sobie zmywając tusz do powiek z umywalki...