piątek, 20 marca 2009

I feel train for You


Zwracaj się zawsze do bogów
obcych, wysłuchają cię poza
kolejką

(Lec)

Pani Matka Szponiastej jest nauczycielką i poprosiła mnie, żebym dał jej jakiś film o drugiej wojnie  w celu podbudowania patriotyzmu i wytworzeniu odpowiedniej postawy u podległej jej młodzieży szkolnej. Pogrzebałem w przepastnych otchłaniach chaosu wypełniających moje szafki i dałem jakieś CD. Zastrzegłem jednak, żeby przejrzeć zawartość, bo kupiłem to kiedyś przy okazji z czymś innym i sam nigdy nie oglądałem. Szponiasta zdaje się też o tym wspomniała, ale rozmyło się to jakoś widocznie w treści i nasza przyszłość narodu ujrzała film o Kampanii Wrześniowej jako pierwsza. A tam... wojna z punktu widzenia Niemców. Żelazna pięść Wermachtu wbijająca się w żałosne szyki rozbiegające się w popłochu szyki Polaków. Krew niewiniątek na podkutych podeszwach itd. Seans został oczywiście przerwany. Mam dziwne wrażenie, że po tym spektakularnym sukcesie moja edukacyjna rola została definitywnie i na zawsze zakończona.
Ostatnio, gdy byłem u Ciapka, usiłował sprzedać mi kurtkę. Nie chciałem jej tak długo i usilnie, że w końcu otrzymałem ją za darmo. Postanowiłem się dziś w nią przyoblec, by pokazać światu jaki ze mnie Maxi Kazz. Było słoneczko, plamy błękitu, ciepełko. Padać zaczęło, w chwili gdy opuściłem przytulne wnętrza i ruszyłem w noc. Zrazu opadło mi na nos parę zabłąkanych ziarenek drobnego śniegu, wzbudzając lekkie rozbawienie. Pół godziny później pełzłem przygięty do ziemi przez antarktyczną zadymkę oblepiony śniegiem niczym Odwrót Spod Moskwy. Nie muszę chyba dodawać, że kurtka nie ma kaptura, ani, żeby było śmieszniej, się nie zapina co odkryłem oczywiście w ryczącym dziko oku cyklonu. Byłem biały od góry do dołu, za wyjątkiem zgięć, okulary miałem oblepione z obydwu stron a na głowie dziesięciocentymetrową zaspę, niesymetrycznie większą od zawietrznej. Czym bliżej było domu, tym wiatr przyspieszał. W połowie Brzeźna widząc na jakieś dwa metry i strząsając z butów przylepiające się grudy śniegu, kląłem już w najlepsze, głośno, wyraźnie, wygrażając co jakiś czas pięścią niebu. W tym momencie zrobiło się biało. Równocześnie uderzył grom, sugerując, że potwór jest tuż nade mną i drugi raz może wycelować lepiej. Śnieg wokół lśnił przez moment wyraźnie a mi zjeżyły się wszystkie włosy, co przy mojej wybuchowej anatomii oznacza, że całe ubranie na moim ciele na moment się uniosło i zafalowało niczym wypełnione jakimś morskim zielskiem.
Pomny działającego telefonu na piersi oraz niedogodności geograficznej jaką jest bycie najwyższym i przemoczonym obiektem w okolicy w czasie burzy, przyspieszyłem kroku. Zwolniłem dopiero przy domu, rzuciłem ostatnie spojrzenie w niebo, po czym wydeptałem na chodniku przed moim domem, dwumetrowymi babolami, wielkie KURWA.

I animal to You
-zwierzę ci się

(skądś)

*

środa, 18 marca 2009

Jak nazwać przeciwieństwo cudu?


Pretorianie House'a wpadają do
pokoju, gdzie spoczywa ich mistrz,
wprost z obserwacji pacjenta.
C – Mamy krwawienie z odbytu!
H – Wszyscy?

Przyśniło mi się, że kładę się spać i wtedy obudziłem się. Od tego czasu jest mi lepiej. Świadomość, że to może być po prostu sen sprawia, że wszystko staje się lżejsze. Obojętnie kto to śni, czy to dobry sen czy koszmar. We śnie wszystko jest możliwe.
Ostatnio odkryłem też jak trudno żyje się w teraźniejszości. Jestem jakoś tak poskręcany, że normalnie funkcjonuję w trzech czasach równocześnie. Kłopoty z przyszłości, czy z przeszłości wykańczają mnie jakbym przeżywał je „teraz”, a przecież tak naprawdę nie istnieją i większość ludzi ich nie postrzega w ten sposób. To czego nie pamięta nikt inny, i to co ma byt jedynie potencjalny potrafi sprawiać mi fizyczny ból miesiącami. A wspomnień i potencjalnych możliwości są przecież tysiące. Teraz już wiem skąd mam tyle siwych włosów.
W każdym razie zmuszam się i pilnuję by myśleć tylko w czasie teraźniejszym, by tylko w nim postrzegać. Jest to dla mnie cholernie trudne, ale odkrywam też dzięki temu jak możliwe jest wiele rzeczy, które robicie na co dzień.
Tak więc poruszam się ostatnio w czasie teraźniejszym, jeszcze nieco sztywno i niezręcznie, i co jakiś czas powtarzam sobie: to tylko sen.
Czuję się trochę tak jak wtedy gdy przypadkiem odkrywam jakąś dzielnicę, albo stary, zapomniany park. Ten dreszcz i złośliwy uśmiech, który nie chce spełznąć z twarzy.

Tłum łatwo wpada w panikę,
lecz wraca by sprawdzić przed
czym uciekał – lubi jaskrawe
kolory i łatwe do zrozumienia
kwestie.

(Pratchett)

*

czwartek, 12 marca 2009

Dzień dobry... że tak pozwolę sobie skłamać


He he, Kiszczun popatrz tylko,
Cruse w Walkirii wygląda jak
Grebo u Pratchetta

(Tomasz)

Szaro. Nic nie robię, tylko piję i sikam. Skończyłem „HMS Ulisses”, pod koniec tradycyjnie upuściłem parę łez. Babka dała mi talerz białego barszczu, składającego się głównie z rozgotowanych, kapuścianych liści. Bez żadnych planów wiszę sobie w próżni.
Ostatecznie, wydostałem się z domu. Zmusiłem się by iść. Iść aż stopy pokryły odciski i pojawiła się krew. Mówią: „Jeśli nie wiesz co robić, zacznij robić cokolwiek, aż coś zacznie się dziać” - To działa!
Pozwoliłem sobie zagubić się w mieście, skręcałem, gdy przychodziła mi ochota, dążyłem do małych celów, miejsc na które chciałem po prostu popatrzeć.
Praktycznie wyburzyli ten niezwykły, potrójny budynek koło Żurawia, który niegdyś zajmowała ciepłownia a potem część ekspozycji Muzeum Morskiego. To był chyba jedyny, istniejący przykład tego jak patrycjuszowskie kamienice budowaliby komuniści. Nie był specjalnie piękny, był interesujący. W jego miejscu stanie coś lepszego. I tak właśnie powinno być. Na Grząskiej, w miejscu gdzie wykopano średniowieczną aptekę, dla odmiany wychynął już z ziemi parter nowych kamienic. Wykop przesunął się o przecznicę w kierunku Kościoła Mariackiego i sięgnął aż do zmurszałych, drewnianych kratownic wczesnego średniowiecza i przekroju krzyżackich wodociągów.
Zdechło „Ciuciu”, jedyny taki sklep w Polsce, gdzie na oczach ludzi robiono ręcznie cukierki. To strata niepowetowana i szczerze mówiąc uważam, że takie miejsca Miasto powinno dofinansowywać i chronić, jako wyjątkowe skarby. Będzie mi brakować słodkiego zapachu wypełniającego Powroźniczą.
Koło Polibudy spojrzałem w rozświetlone okno, wyjąłem telefon i zadzwoniłem. Lenn przebijając się przez warstwy i prądy niczym transatlantyk, dotarła do szyby i zamachała mi pękatym brzuszkiem.
Przez Wrzeszcz w tętnicę Hallera aż do Morza, potem zmuszony linią brzegu na Pętlę, gdzie pod krzyżem dopadła mnie telefonem Szponiasta. Krążyłem rozmawiając z nią po nowo zbudowanym skwerku. Potem już tylko kupiłem chleb i snikersa i udałem się do domu by suszyć strupy na stopach w rozmigotanym świetle telewizora.

Gdy przestrzegasz zasad
zadowoleni są wszyscy
inni

(Dr House)

*

środa, 11 marca 2009

Miało być w poniedziałek, ale siadła mi moc


Był sobie raz chłopak i dziewczyna. Bóg stworzył ich oboje. Trudno powiedzieć jak do tego doszło, ale na jakimś rutynowym badaniu wyszło, że ona ma HIV. Oparli się wtedy o siebie czołami i współprzepłyneli przez ten ocean żałości. Pewnego dnia przy piwie on powiedział, że to nie do zniesienia, że ta historia się tak nie skończy, a nawet nie zacznie, że albo oboje albo żadne. Jak postanowił tak zrobił, trudno dziś powiedzieć jak i kiedy, ale krążą opowieści, że gdy się skaleczyła nabrał na palec jej krwi i włożył sobie do ust.
Bardzo, barrrdzo romantyczne, niepojęte i niewymownie głupie, bo ona nosicielką może być do późnej starości, a on przez cztery lata i osiem miesięcy grał z Kostuchą w warcaby.
I chuj, stopklatka. Dziewczyna pozostawiona z pochyloną głową na dworcu, gdy pociąg jedzie do Honolulu. Błoto na butach i deszcz na szybie. Jutro, kurwa, idę na pogrzeb.

09.03.2009

*

sobota, 7 marca 2009

W poszukiwaniu szklanej żyły


Niepojęte dlaczego ofiara nie
dała się złożyć...

(Madagaskar2)

Publikacje, stypendia od wojewody, nagrody i nuncjusz papieski. Zagubienie się w Wawie i bieg pod prąd ruchomych schodów. Marzan przemknął przez noc obleczony w mundur i czapkę kubańskiego compadres, obładowany bagażem opowieści. Wciągnęliśmy po dwa piwa i skomentowaliśmy ostatnie pięć miesięcy. We wtorek być może podążę do Gdyni i podemoralizuję na Strychu jego studentów.
Wyprawa do rozpadliny udała się nam niezwykle, jeszcze wszystko mnie boli. Wspomnieć chyba tylko wystarczy siedzenie na łyżce spychacza, którą jeden z dowcipnisiów postanowił umieścić w pobliskim, piaszczystym stoku. Z mroków nocy przybył dziki tłum jakiś zalkoholizowanych, a nieznanych mi bliżej osobników, który dołączył się do naszej wesołej brygadki. Co ważniejsze przynieśli dwie zgrzewki paliwa do reaktorów. Z oparu onirycznych przejść przebija się do mnie, że chyba wspomnieli, że paru z nich czyta mojego bloga i przybyli zza gór i rzek na mój przedwieczny, zachrypnięty zew, by oddać cześć mej mrocznej potędze, czy coś w ten deseń. Przybyły z nimi niewiasty, z których dwie urządziły wkrótce zapasy w słonym błocie, zakończone wyrwaniem kolczyka z dolnej wargi. Zdaje się, że interweniował uczynny jak zwykle Seba, sadzając okrwawione dziewcze na osłonie silnika czegoś wielkiego i żółtego i tłumacząc, że ślina ma właściwości lecznicze. Rano pozbierałem się w domu w miarę sensownie, choć z początku trochę kulałem, bo najwyraźniej jakiś kutas ugryzł mnie w łydkę. A, i nigdy nie szukajcie bursztynów po pijanemu, w nocy i przy świetle telefonów komórkowych. Ciągle jeszcze znajduję w różnych dziwnych miejscach oszlifowane przez wodę kawałki butelkowego szkła..

Meva - Empik, to byłaby świetna praca
             gdyby nie ta gówniana centrala...
Ja - To ogłoście secesję.

*

środa, 4 marca 2009

50 000 years I cry


Ostatni czerwony Kapturek niósł
ostatniej babci ostatnią kolację

(Potem)

No nic. Nadszedł kolejny dzień. Za oknem zaprątkowało niebo pokryte pleśnią?. Przeżułem ostatni kawałek wyschniętego chleba z nieświeżą parówką, zdechłym ogórkiem i cebulą w stanie terminalnym. Założyłem „Zew Cthulu” zakładką w słodkie kotki i powlokłem się do babki gnieść ciasto na pierogi... Jeśli jeszcze się nie domyśleliście, to nie mam pomysłu na notkę i piszę z czystego poczucia obowiązku i ogromnej, zapewne sympatii jaką dla was niewątpliwie żywię.
Dziś w nocy idziemy stadem na rozkopane plaże WhiteTown. Robią tam jakiś fascynujące eksperymenty z odpływami rozlicznych strumieni i ogromny wykop ciągnie się kilometrami. Praktycznie plaża przestała istnieć a wzdłuż brzegu ciągną się wielgachne góry piasku, na które będziemy się ochoczo wspinać i z których będziemy się radośnie staczać. Taka miniatura historii RP. W każdym razie dno Wielkiej Szczeliny zasiedlają koparki, spychacze i inne narzędzia chaosu, które w naszych wprawnych rękach na zawsze zmienią życie całych dzielnic, a w ludzkich sercach posieją pokorę i bojaźń bożą. Seba całą noc dorabiał wytrychy. Jeśli ktoś z was mieszka w okolicy niech wyjedzie. Byle szybko, bo z nami, po paru piwach, jak z tyranozaurami – ruch dopinguje nas do pościgu, a zapewniam, że bycie ściganym przez dwudziestotonowy buldożer jest przeżyciem niezapomnianym.
To mi z kolei przypomniało, że miałem wspomnieć o placu budowy Baltic Areny, którą mam praktycznie za rogiem. Ludzie! tyle koparek to ja widziałem tylko w best of the best of Koralgol, czyli w tym odcinku, w którym wylądowali na planecie złowrogich maszyn pożerające ostatnie kwiatki. Za Letniewem rosną stożkowo góry ziemi a maszyny stoją i pracują na nich na różnych poziomach. Wygląda to jakby Matrix wygrał i postanowił zbudować piramidy.
Jutro przychodzi do mnie Marzan. Będziemy pić, grzebać się w stercie „Znaku” z lat osiemdziesiątych i obgadywać Lennonkę. Dziś natomiast przybędzie Lady Pazurek by zainstalować mi Europę Universalis - drugą wojnę. Sprawdzę czy da się zawrzeć sojusz z Nazistowskimi Niemcami i zatknąć biało czerwoną chorągiew nad Empire State Building.

Pogrożę mu tylko palcem
- rzekł kładąc go na cynglu

(Lec)

*

niedziela, 1 marca 2009

HELP


Jak wspaniale być gigantycznym, inteligentnym czołgiem o długości 5 i szerokości 2 kilometrów. Jak cudownie móc zniszczyć wszystko w odległości pół kontynentu i gnać sobie beztrosko po wypalonych stepach Europy. Miażdżyć gąsienicami gotyckie katedry patrząc z fascynacją na osypujące się kolorowym deszczem szkiełka witraży, cieszyć się każdym refleksem chwytanego przez nie blasku. Jak miło grzać kostropaty pancerz w bladym słońcu, gdzieś na pustej plaży w absolutnej ciszy zakłócanej jedynie przez wiatr i wędrujące ziarenka piasku. Szalony, wszechpotężny hiperdinozaur niepodzielnie panujący nad pustyniami opustoszałej planety.
Nikogo nie ma. Jestem tu sam. Brak mi interakcji.
Na pomoc

Napis ułożony na plaży z pordzewiałych puszek piwa

*