czwartek, 15 czerwca 2006

Warstwy wszechświata


Sfrustrował mnie,
Urwałem mu głowę.

(Dan)

Gdy byłem mały (tak, byłem kiedyś mały) z kawałków drewna, kory i suchej trawy budowałem na podwórku: osady, grody, dworzyszcza i co tam jeszcze, zależy od tego, co akurat czytałem. Budynki, zabudowania gospodarskie, wieże, palisady, tu kuźnia a tu długi dom rodowy. Zza umocnień wyglądali ustawieni żołnierze.
A gdy już wszystko było na swoim miejscu, piękne i gotowe, podpalałem płat folii i urządzałem katiusze. Ognisty deszcz leciał z furkotem z nieba, budynki zajmowały się ogniem zgodnie z założeniami, skwierczeli rozpaczliwie płonący wojownicy. Czysta, dziecięca cykliczność tworzenia i niszczenia własnych dzieł.
W zeszłym roku równałem podwórko, w kolejnej rozpaczliwej próbie stworzenia wokół domu czegoś w rodzaju trawnika i w ferworze walki, rozgrabiłem niski wzgórek w rogu podwórka, a tam tuż pod powierzchnią ziemi, warstwa archeologiczna za warstwą, fundamenty osad i miast. Wypalone do powierzchni ziemi drewniane obrysy domów i obwałowań. Stopione bryłki ciał w szarym popiele.
Gdyby nie skala, mogłaby z tego być jakaś niezła tragedia z jakimś pouczającym morałem

-...ale...ale, warzywa są zdrowe!
- A co ja na chorego wyglądam

*

wtorek, 13 czerwca 2006

Spotkania


Sami powiedzcie, co wydaje się
wam bardziej realne: Hogwart,
czy Zimbwabwe?

Jakiś czas temu, w pewnym mieście na dalekim południu natknąłem się na Kasię Rokitę, noszącą zaszczytny tytuł: Seksualnej Rekordzistki Świata. Jak na osobę, która w parę godzin przyjęła w swoim wnętrzu kilkuset facetów, wyglądała skromnie i niepozornie. Ot drobna blondyneczka. Przez moment zastanawiałem się czy nie poprosić jej o autograf, ale strach mnie zdjął na myśl, czym mogłaby się podpisać...
Z kolei gdzieś niedaleko środka nocy, na jednym z miejskich skrzyżowań, natknąłem się na EB, moją niegdysiejszą, licealną wychowawczynię, podążającą akurat w zapadającym zmroku z synem. Na jego zdumione spojrzenia odpowiedziała: on jest z TEJ klasy. Sam już nie wiedziałem: śmiać się czy płakać.
A tak wogóle, to od piątku jestem z moją szponiastą Miłością w górach. Sam nie wiem w jakich, bo to się zmieniało do samego końca. Notki ładuje zaś zapewne ktoś znajomy. Kto, też nie mam pojęcia. Zależy kto był na tyle nieroztropny, by zareagować na wypowiedziane w herbaciarni: Mam taki mały problem...

sobota, 10 czerwca 2006

Ciche kroki pośród kocimiętki


DJ w Medyku był najwyraźniej przygłuchy, pozbawiony jakichkolwiek zdolności wokalnych i obdarzony gustem pełzającym gdzieś wśród „skaczących murzynów” ( to te teledyski pełne wielkich cyców i wibrujących tyłków z celulitisem, które mają odwrócić uwagę od śpiewającego) a dołami polskiego hip-hopolo, które jest podróbą hip - hopu niemieckiego, który jest podróbą hip-hopu amerykańskiego. Aparatura była stara i trzeszcząca, wchodząca w te, poddźwiękowe rejony na granicy bólu. Co chwilę musiałem obracać głowę pod kolejną falą postrzępionych oktaw i ustawiać się w poprzek dźwięku. Jedna żałość.
Na szczęście obok była Pazurkowata, a chaotyczny, gęsty od dymu tanich papierosów klimat, tych potrójnych, młodzieżowych urodzin, spływał jak brudny balsam na mą steraną codziennością duszę. Najprawdziwszy, pędzony na arszenikach absynt rzeczywistości.
Byłem tam chyba najstarszy. Zadowolony z siebie, zwalisty dinozaur na skraju parkietu, tulący do siebie uśmiechniętą laskę, z kurwikami w oczach (czymkolwiek są...). Nawet barmani byli ode mnie młodsi, a pozbawieni karków ochroniarze ledwo mnie doganiali.
Przedtem lądowałem u Małej, by poczekać półgodzinną „chwilkę” aż moja piękność wyszlifuje te wszystkie kanty i wygładzi powierzchnie. Jej matka z wielkim zainteresowaniem zaczęła badać mój gestapowski płaszcz. Wodziła palcami po pęknięciach i grubych szwach, własnej produkcji. Na wszelkie nie zadane pytania odpowiedziałem, że to cholerstwo ma już przecież 70 lat.

*

czwartek, 8 czerwca 2006

Powinno być tyle imion ile ludzi


"Pieśń żeglarzy" Keseja pożarła mnie, zatopiła i pochłonęła. O trzeciej nad ranem wynurzyłem się na powierzchnię wraz z ostatnim wersem. Co biorąc pod uwagę ilość odwalonej ostatnio przeze mnie roboty i stan nerwów napiętych jak postronki i dźwięczących jak struny, nie było ani zdrowe, ani mądre za to autentycznie wspaniałe. Pełen jeszcze niepojętego, zaparzyłem drżącymi rękami podwójnego early greya i zapatrzyłem się w jaśniejące powoli okno.
Prawdziwe książki się przeżywa, te najwspanialsze sięgają intensywnością wytwarzanych doznań aktowi seksualnemu. Wymęczony i wymięty stygłem więc u tego okna i czułem się jakby zgwałcił mnie kombajn.
Szkoda, że takie przeżycia są jednostkowe i tak naprawdę nie mam możliwości podzielenia się tym z wami. Dla każdego opowieść jest inna, bo za każdym razem łączy się z zupełnie inną osobistą historią.
To tak jak z telepatią, jest niemożliwa, ponieważ każdy mózg rozwija się osobno, w innych warunkach i pod wpływem innych bodźców. Tak więc nie ma dwóch umysłów, które nadawałyby jednym kodem. Tak naprawdę, każdy człowiek jest osobnym gatunkiem.
A tak poza tym wgapiłem się bezrozumnie, nad ranem, w "Strefę 11", czy coś podobnego, gdzie poinformowano mnie, że za sześć lat nastąpi przebiegunowanie Ziemi i gigantyczne fale pływowe wedrą się w głąb lądu. Myślę, że w 2012 wybiorę się na naprawdę długie wakacje w góry...

*

wtorek, 6 czerwca 2006

To jest miejsce, a to jest czas


Te chwile są piękne gdy trwają.
Gdy się kończą, są złe.

(Ultraviolet)

W kieszeni katany noszę łezkę żywicy z zatopionym w środku skorpionem. Znalazłem go jakiegoś posztormowego ranka, pośród głazów i wpółrozpuszczonych płyt jumbo sterczących z piasków na końcu świata. Pośród kamieni mignął mi kolor. „Jaki wyjebisty bursztyn”, pomyślałem sobie a tu ta tania pamiątka z jakiegoś odległego kraju, może wyrzucona ze statku, a może przybyła z rzeką z dalekiego południa.
Wczoraj zaś nad Brzeźnem znowu zawisła granica chmur, ciężkie, sine i pełne treści podniebne krążowniki ustawione naprzeciwko przestworu niesamowicie błękitnego nieba. Niestety słońce wybrało sobie tę zachmurzoną połowę.
Dopiero wieczorem granica cofnęła się i przyczaiła gdzieś za morenowymi wzgórzami. Pośród rozświetlonego błękitu rozsnuły się delikatną pajęczyną obłoki, ułożone przez mocny, żeglarski wiatr na kształt wielkiej dłoni, czy może ogromnej eksplozji magicznego pyłu. Pośród tych perłowych smug pieczętując zaklęcie wędrowała srebrna połówka księżyca.
Patrzyłem z wysokości zaspińskiego, kwadratowego mostu, na falujące trawy rozbujane wiatrem i na to niebo. I skojarzyłem to z niedawno czytaną książką. Był w niej ogromny orbital zawieszony w czarnej pustce przestrzeni. Wielka pętla na której grawitację udawała siła odśrodkowa, nazywał zdaje się Vavach. Przy jego brzegach były dwa pasy lądu szerokości 2000 km każdy, zaś pozostałą przestrzeń wypełniał ocean.
Wspaniały błękitny pierścień po którego niekończących się wodach płynęły statki wielkości miast, a każde okrążenie zabierało im 40 lat.

Nocą dławiłam łzy w sierści
mruczącego drapieżcy. Dra-
pnął mnie w oko, posypały
się mokre rzęsy. Spadła za-
słona i zobaczyłam mur nie
do przebycia. Nigdy cię nie
posiądę, chociaż ty zrobiłeś
to już dawno. żal ci mnie, czy
cieszy cię mój skowyt?
Waleczny morderco!

(C-Loop)

sobota, 3 czerwca 2006

wfgyuqwer - czy coś w tym stylu


Zasada kotów i chirurgów:
w razie wątpliwości- umyj się

(Lenn)

W czasie dni nauki, Katedra Mikrobiologii przerobiła jeden ze swych korytarzy na wnętrze jelita. Tau mówi, że mieli nawet puszczać nagranie z odpowiednimi dźwiękami, skąd by mieli je wziąć, wolała nie wnikać. Opowiadała też o tym, jak parę dni wcześniej, w ich kibelku utknął jakiś narkoman. Wyobraź sobie - zaśmiała się znad herbaty - jesteś narkomanem. Przysnąłeś sobie na kibelku, budzisz się, wychodzisz wciąż jeszcze na haju... a tu jelito...
Tau chodziła tym korytarzem i wracała z powrotem... cokolwiek to miałoby oznaczać.
Wiosna przynosi zmiany, boom mieszkaniowy zmienia Miasto w plac budowy, dawne przejścia i ścieżki tracą aktualność, wyznaczają się nowe a Awarii opuszcza w końcu szlachetny stan robotniczy. Przestaje wreszcie kobietować zza lady i przechodzi na stronę wroga. dokładniej w szeregi krwiopijców wysysających soki z naszego biednego kraju i jego niewinnych obywateli. Jednym słowem, ukąszona zapewne przez jakąś księgową, w mdłym świetle pełni księżyca, przeobraża się w URZĘDNICZKĘ!!!
Teraz czekamy już tylko na wieści o serii tajemniczych samobójstw anglojęzycznych studentów Akademii Medycznej, którzy okazali się na tyle nieroztropni by spróbować załatwić coś w dziekanacie.
Ostatnio sunąc z Małą wzdłuż Wielkiej Alei natknęliśmy się na Baset. Niewiastę, którą w latach burzliwej młodości, doprowadziłem na skraj orgazmu w podziemiach „Św Jerzego, opowiadając: jak to budzi się w nocy i we własnym łóżku i wyczuwa obok siebie ciepłe, chude ciało Marylin Mansona. Teraz wyraźnie spoważniała, ale nie o tym być miało. Miało być o spojrzeniach jakimi obcinała Pazurkowatą. Jakąż niesamowitą frajdą było obserwować tę sieć spojrzeń, ocen, obserwacji i zmian mimiki. Nie ma pokoju pomiędzy kobietami.
No i na koniec o niemieckich koszulkach dla kiboli: jest na nich Polska w niemieckich barwach i napis: W 1939 zdobyliśmy Polskę w 28 dni, teraz sterczy 90 minut. Myślę że warto by im coś niecoś przypomnieć i wyszykować koszulki na których możnaby delikatnie napomknąć o 45 , rozdeptywaniu prusaków i innego robactwa...

Wszyscy chcą naszego dobra.
Nie dajcie go sobie zabrać.

(Lec)

*

czwartek, 1 czerwca 2006

To wiatr, nie oddech


- Blob powiadasz...
- Tak, był wielki, mokry i miał oczka.
- Oczka?
- Tak, ale miał ich mnóstwo...

(Dan & Kłosa)

Dawno, dawno temu, w perłowym Whitetown, kiedy świat był jeszcze młody, a miłość słodko - gorzka, obca, dzika i wyposażona w pazury, pierwsza z trzech kobiet mojego życia zaprowadziła mnie do lokalu. Miejsce nazywało się "Pod psią i kocią łapą", mieściło się w starej sopockiej willi, pełnej secesji, gzymsików i osiadłej wygodnie w pełnym zieleni ogrodzie otoczonej kutym płotem. Wchodziło się tam po zdobionych schodkach, nad wejściem był szyld, na którym zgodnie siedział pies z kotem, a w dół zwieszały się dwa ogony, zrobione z czegoś puchatego, które, każdy wchodzący odruchowo usiłował złapać.
Kocią łapę przerobiono z dwupokojowego mieszkania, nie usuwając jednak części jego wyposażenia. Stąpało się więc po podłodze z pięknie lakierowanych desek, wokół stały kredensy na nich lampki i bibeloty, na stolikach były domowe serwety, a pod ścianami półki z książkami.
To tam po raz pierwszy w życiu posmakowałem herbaty "o innym smaku", dotychczas wydawało mi się, że herbata ma smak herbaciany i wielkim zaskoczeniem były dla mnie smaki owocowe czy karmelowy, które właścicielka wyciągała ze specjalnego drewnianego pudła.
Tam też zetknąłem się po raz pierwszy z prawdziwą poezją. Nie z czymś z podręczników, co przyjmowało się, że jest, ale nie ma większego znaczenia, ale czymś, co dotyka prawdziwego życia i daleko poza nie wykracza. Zdjęty przypadkowo z półki, "Bal u cesarzowej" na zawsze zmienił tor mojego życia.
Tam w końcu opowiadałem Goszkiej o sobie przeróżne farmazony, bo w oparciu o dotychczasowe doświadczenia sądziłem, że rzeczywistość jest oparta na kłamstwie, a najlepiej radzi sobie w niej ten, kto potrafi nią lepiej manipulować.
Wszystko to przeminęło. Kocia łapa, Goszka, która teraz uczy na ekonomi i nie odzywa się do mnie, nowość smaków herbaty i poezji. Dziś w herbaciarni pijąc "Różę Królowej Zofii" albo "Dominikańską", piszę kiepskie wiersze, kombinując po cichu jak je wyda.
Tamto miejsce pozostało jednak na zawsze we mnie, stało się dla mnie archetypem knajpy i niedoścignionym marzeniem, o którym śnię nocami.

- Czy ty w ogóle w coś wierzysz?
- W swoje przetrwanie
- W takim razie twoja religia
umrze razem z tobą

*