sobota, 15 kwietnia 2006

Jajecznica


Umysły nieskomplikowane
lepiej sobie radzą z interpre-
tacją rzeczywistości.

Piątek doszczętnie przesiedziałem. Dom opuściłem dwukrotnie: raz by zaopatrzyć się w substancje tuczące, które mi, dziecku z komunistycznym syndromem niedoboru, umiliły wydatnie wieczór, drugi raz po żurek, którego oczywiście zapomniała matka. Był to właśnie szczyt zakupowy stoczyłem więc kilka potyczek i jedną czy dwie walne bitwy z miejscową ludnością, gnającą z głodem w oczach pomiędzy półkami.
Trochę prac domowych, sporo czytania zaległej prasy, której sterta osiągnęła tymczasem metr..
Świat odciął się od nieba parawanem czarnych chmur. Siedziałem słuchając Tatu i znów nie mogąc pisać wierszy. To zdaje się jakaś duchowa impotencja, przychodząca wraz z wiosną i niskim ciśnieniem. Starsi szykowali się do wyjazdu do Mławy, a ja posegregowałem pranie. Katana ładnie mi teraz pachnie Lenorem. To jeden z nielicznych zapachów jakie dochodzą do mnie przez skancerowany na niegdysiejsze zamówienie Raczka, nos.
Wczoraj po raz pierwszy w życiu zjadłem mazurka.
Fajnie móc coś jeszcze zrobić po raz pierwszy.
Cały dzień wysyłałem Małej smsy, że ją kocham: kocham rano, kocham w południe, kocham, a jakże, wieczorem. Oczywiście w nocy też ją kochałem. Obejrzałem po ciemku wybitne dzieło kinematografii jakim jest niewątpliwie film „Bunkier SS”, potem w ciemnościach snuli się za mną zmumifikowani żołnierze Wermachtu.
Żeby było śmieszniej film jest oparty na faktach, a dokładniej na mrocznej historii bunkrów na Babich Dołach w Gdyni, skąd 3 lata po wojnie wyszli Niemcy pytając , kto wygrał. Plotka głosi, że z 2000 wyszło stamtąd 3 i jeden wykorkował po wyjściu na słońce. Ale to już zupełnie inna historia.
Dziś jest sobota (tych którzy pamiętają Gratkę przeszedł właśnie dreszcz rozkoszy na wspomnienie cyklu felietonów Klamerki). Zapieprzam jak mały motorek, bo całe świąteczne sprzątanie rodzina rozkosznie złożyła na moje barki. Niebo jest błękitne, słońce zmienia ekran w szarą taflę a ja udaję się do kuchni zmierzyć się z legendarnym, zagubionym pod wieloma warstwami archeologicznymi , zmywakiem...

Brud i wolność zawsze
się splatają

*

czwartek, 13 kwietnia 2006

Białe skrzydła Kopciuszka


Wiecie po czym można poznać, że się kogoś kocha? Po tym, że zachowuje się związane z tą drugą osobą przedmioty same w sobie pozbawione już sensu i użyteczności: Kapsel po piwie, zgniecione sreberko po cukierku, włos, kawałek sznurka. Swoją drogą ciekawe czy Kerry nadal ma to ślicznie pomalowane, szczelnie zamknięte pudełeczko, które dostał od Merigold, którego pod żadnym pozorem miał nie otwierać, a w którym coś zachęcająco grzechotało... Ciekawe czy je otworzył... i co do diaska tam było?
Dziś nie byłem u Zwierzów, bo Zwierz wiedziony zapewne myślami o potędze i pasją poznawczą zamordował drugi komputer, a na pierwszym miała siedzieć Tau i preparować coś co zapewne doprowadzi jej studentów do histerii i zaowocuje stworzeniem śmiercionośnego retrowirusa roznoszonego na kocich łapach.
Piszę zatem z własnego, osobistego domu korzystając z tego, że starszy oddalił się poza zasięg wzroku i stracił kontrolę nad laptopem. Zaraz wejdę na stronę biseksualnych, niemieckich koprofagów i poczekam moment, żeby sprawdzić jak skuteczny ma firewall.
Tak, dla wszystkich którzy nie uwierzyli Awarii, mamy teraz w herbaciarni krzesło - dalmatyńczyka. Hahahaha (tu błyskawica i wstrząsający odgłos gromu) stworzyłem potwora.
Na koniec szybki wierszyk, może niezbyt mądry ale za to jak najbardziej autentyczny i knajpiany...

Podobno niechciani mężczyźni są niebezpieczni
Skądże...
Mada Faka!
Zagryzam pokal
Krew na wardze
Miesza się z piwem na szkle
Zmienia kolor
Odsuń się
Wieprzu
Celuję w okno!!!

*

wtorek, 11 kwietnia 2006

Urojony wróg


Wczoraj razem z Herbaciarzem zdemontowałem a później ponownie złożyłem herbaciarnię. Kurz wypełnił mnie szczelnie od nosa po wyrostek robaczkowy. Wnętrze nieco się zmieniło, ja zaś narozkręcałem się więcej mebli niż przedtem przez całe życie. Położyłem m.in kafelki na podłodze w łazience, jeśli więc kogoś pochłonie tam ziemia to moja, nie chwaląc się, zasługa.
Razem z nami w tym pylistym, wibrującym od decybeli piekle siedziała biedna Awari. służąca nam pomocą i jako piorunochron. Herbaciarz ją nieźle ganiał, a ona tak ma, że jak ktoś ją opieprza, traci pewność siebie i inicjatywę, przez co pieprzy wszystko jeszcze bardziej, a tym samym daje okazję do dalszego opieprzania. Sytuacja dająca szereg perwersyjnych możliwości.
Jestem wykończony i prawie nie widzę. Zaraz wychodzę sprzedawać moje kartki świąteczne. W radiu Madonna tak ładnie przeprasza po polsku,. a ja oglądam, mrużąc oczy, te moje dzieła i przez głowę przelatują mi myśli typu: Czy w tym kurczaku jest wystarczająco dużo żółci? albo Czy ta kartka dostatecznie nasiąkła błękitem?
Maleństwo przysyła mi mruczącego smsa pisząc , że tęskni.
Ja dziś w końcu położę się spać. Po 4 dobach praktycznie bez snu czuję się jakbym miał się zaraz rozlecieć.
Po drodze pójdę zapłacić rachunki. Tylko one są wieczne.

*

sobota, 8 kwietnia 2006

Jupikajej

Od trzech dni rysuję kartki świąteczne dla Avatara. Oczoplazmy można dostać od tych pieprzonych, żółtych kurczaczków. Oczywiście nie muszę dodawać, że święta w moim wydaniu są raczej krwiożercze i obracają się głównie wokół zagadnienia ostatecznego rozwiązania kwestii: zając czy kurczak.
Poza tym robota, robota, robota. Nie mam czasu, każda minuta jest cenna. Boli mnie każda chwila stracona na jedzenie, spanie czy w kiblu. Zapieprzam jak jebana maszynka. Tylko Pazurkowata ma u mnie licencję na bezczas.
I tyle, dodam tylko, że ostatnio w domu dokonaliśmy wiekopomnego odkrycia, które wstrząsnęło podstawami naszej egzystencji. To co radośnie , przez długie lata wypełniało nam przestrzeń powietrzną domu i co przez wiele lat bezpodstawnie uważaliśmy za mole, a z czym toczyliśmy bezwzględną, wypełnioną ofiarami po obu stronach wojnę, okazało się Pomacnicą Spichżówką.
Zdaję sobie sprawę , że dla większości z was to niewielka lub zgoła żadna różnica, dla nas jednak ogromna, ponieważ rewiduje nasze dotychczasowe poglądy na to gdzie to tatałajstwo się mnoży.
Pozdrawiam więc was z linii frontu, która aktualnie przebiega przez oblężoną i wybebeszaną właśnie kuchnię. Ruszam w kierunku odgłosów artylerii. Ciao...

*

czwartek, 6 kwietnia 2006

Ulubieńcy bogów umierają w dzieciństwie


Spać mi się chce. Od tygodnia. Budzę się zmęczony, piję dziennie 2 - 3 kawy, zapijam herbatką z guarany, czy innego cholerstwa, potem snuję się przez dzień w sennym widzie. Ciągle nie mam pewności czy coś zdarzyło się naprawdę czy nie. Świat zostaje we mnie wycinkami, często pozbawionymi kontekstu.
Gdy wpadliśmy z Galathornem do baru RugBuś, ujrzeliśmy pośród papierosowego dymu mdły odblaskk światła na łysych glacach. Ja na czarno w skórze, Sławek z tymi swoimi loczkami, myślałem, że już po nas. Żeby było śmieszniej rozkładaliśmy jeszcze na stole tarota, z rysunkami Luisa Rojo.
Wczoraj wybrałem się na Dolne Miasto, żeby popatrzeć jak rosną nowe domy na Lastadii. Stały tam jakieś dress ladies. Jak mnie zobaczyły w powiewającym płaszczu zaczęły wspólnie nucić: chodził lisek koło drogi, nie miał ręki ani nogi...
Kiedy indziej stojący w zaułku dres na mój widok stwierdził do kolesi: Ma okulary, będzie żył. Polska to taki kraj w którym ludzie na siebie nie patrzą. Ja z kolei po brzeżnieńku śledzę każdy ruch wokół, a z racji gównianego wzroku, każdemu kogo zobaczę dłużej się przyglądam. Tak też było i teraz, wpatrzyłem się w gościa a on po paru sekundach zaczął wykazywać lekkie cechy popłochu. Dresy jak psy traktują spojrzenie wprost jak wyzwanie. Pomyślcie co to może być za psychopata, który nie tylko wozi się na twojej ulicy ale do tego przygląda ci się z zimnym zainteresowaniem, jakby oglądał kotlet.
I tyle słowotoku, idę zrobić sobie kawę...

*

wtorek, 4 kwietnia 2006

Tęcza nad Brzeźnem


Brunatne pola były częściowo zalane. Pokrywały
je łańcuszki lodowatych szarych kałuż. Ich układ
na polach miał znaczenie. Kałuże zostały wypisane
przez deszcz. Były magią deszczu, tak jak stado
czarnych ptaków było zaklęciem rzuconym przez
niebo, a ruch szarobrązowych traw zaklęciem
wiatru. Wszystko miało ukryte znaczenie.
(Jonathan Strange i pan Norrell)

Schodziłem ze starego mostu granicznego. Łączy dwa stare potwory: Brzeźno i Letniewo. Potężna stalowa konstrukcja oparta na masywnych filarach z czerwonej cegły, w których umieszczono wielkie łukowate wejścia o stalowych bramach i niewielkie okienka obramowane piaskowcem. To wszystko w cieniu przysadzistej, betonowej wieży ciśnień, wyrastającej z półkolistego cienia dawnej lokomotywowni. Kiedyś spoczywały tu, niczym wyrzucone na brzeg jakiegoś niezwykłego morza, rdzewiejące cielska parowozów, ale olimpiada w Chinach oczyściła Europę z niepotrzebnego metalu i zabrała ze sobą stare maszyny, niczym fala przypływu. Teraz pustaki powoli wypierają stąd cegłę. Nowe czasy pączkują wielkimi pakami zmielonej makulatury z pobliskiego skupu, wiatr niesie przez torowiska białe paski papieru.
Nieważne skąd świeci słońce w okolicy zawsze zalegają długie cienie. Całość wygląda jak forteca broniąca w milczeniu skrzyżowania trzech dzielnic.
Wkraczając na „Podszewkę Miasta” w drodze do centrum zawsze przechodzę dołem. Jednak gdy wracam, wspinam się po przeżartych rdzą metalowych schodach, odwracam się i patrzę na ciągnące się łukiem Miasto. Bywa że stoję tam dłużej wpatrując się w zmierzch i patrząc jak zapalają się światła.
W niedzielę schodziłem z mostu pośród wielkich, ciepłych kropel deszczu podświetlonych pod ostrym kątem przez zachodzące słońce. Spotkanie ze znajomymi zdołowało mnie i obrało z energii. Bywają w moim życiu takie chwile gdy tęsknię za bezpieczeństwem. Bywa że marzę o stabilizacji, pracy i pewności, ale nie za taką cenę. Gdy widzę co stałość robi z ludźmi, patrząc jak niegdyś żywe jak ogień osobowości zasypiają w sobie przykryte łupieżem dni codziennych, ogarnia mnie groza, która karze mi biec. Biec przez deszcz i zimno. Uciekać w ogień i płonąć. Ciskać się bez sensu po zakamarkach życia, pozostać wyrzutkiem.
Czasem tylko patrzę w rozświetlone pośród zimowego wieczoru okna i tęsknię.
Gdy wreszcie zszedłem z mostu ujrzałem tęcze rozciągniętą łukiem nad Brzeźnem. Była piękna. A ja pomyślałem: Czy ten świat nie jest dla nas, czy nie dla nas powstał? Ile innych gatunków na tej planecie potrafiłoby tę tęczę choćby zauważyć? Ileż potrafiłoby się nią zachwycić? Ile potrafiłoby się nad nią zamyślić.

*

sobota, 1 kwietnia 2006

Bez uczuciowych przecieków


Jest taka miejska legenda: Facet idzie na dyskotekę i spotyka zadżebistą lasencję. Od słowa do słowa udają się do hotelu, gdzie facet nagle odpływa. Budzi się rano w wannie z zimną wodą, z wody sterczy jakaś rurka, a obok na stoliku komórka i kartka: Nie masz nerki. Zadzwoń do szpitala.
Z kolei mój koleś z Przeróbki (ksywę litościwie przemilczę (oczywiście pod warunkiem odpowiedniej dotacji), trafił do jakiejś lepszej knajpy. Tam dosiadł się jakiś typ, który stawiał przez cały wieczór. Rano ziomek się budzi i ma nerkę, za to boli go tyłek, a w kieszeni znajduje 100 zł.
Piszę to wszystko w związku z tym, że zaraz udaję się ze Sławkiem, znanym także jako Galathorn, w kierunku ulicy Do studzienki, która słynie nie tylko z legendy o świętym Źródełku leczącym ślepców i pełnego domowego wina domu Sióstr, ale także knajp o słusznej renomie miejsc z których się nie wraca.
Wyciągam więc z zielonej skrzynki irlandzkiego funta, ze spieniężenia którego powinno mi starczyć na co najmniej półtorej piwa i idę pić, chlać, żłopać, bekać, uzupełniać to co się ulało i obrzygiwać dresiarzy. Jeśli przez tydzień nie ukarze się kolejna notka, powiadomcie rodzinę.

A ona uśmiecha się
i tuli do powietrza,
które go od niej dzieli.

*