Wypijmy za niego. Jeśli jest w niebie
to znaczy, że się tam włamał.
(Castle)
Umarł Różewicz i Marquez. Trwa drugi ćwierćwiecze moich 100 lat samotności. Pudzian podnosi stalowe wieko dachu Teatru Szekspirowskiego wypuszczając na świat sen nocy wiosennej. Myślę że dzisiejsi ludzie fizycznie są młodsi ale duchowo starzeją się szybciej Ich dusze rdzewieją, rozsiewając pył. Interakcje pokrywają się glonem.
Koncert Laibacha pośród zwalistych, betonowych kolumn stoczniowej hali. Stoimy tuż przy scenie czując jak ciepłe fale powietrza gnanego dźwiękiem uderzają w nas jak ogromna kocia łapa. Gdzieś w ciemności z tyłu czai się Texx. Powoli zaczynam się przyzwyczajać, że gdy obejrzę się gdzieś w ciemnym, pełnym ludzi i muzyki miejscu to Texx już tam jest.
Krótkowłosa dziewczyna ubrana w tą seksualną mieszankę stroju niemieckiej urzędniczki, stojąca za mównicą i śpiewająca wykorzystująca gestykulację wprost z przemówień Hitlera. Niedoścignione piękno osmozy niewinności z maszynowym autorytaryzmem. Głos przesiąknięty dymem, czas przetkany światłem.
Pulsujący rytmem mroczny tłum. Fetysze, mundury, dziewczyny ubrane w obcisłym stylu lat dwudziestych z ustami mocno podkreślonymi ciemną szminką. A pośrodku tego wszystkiego Agentka w czerwonym dresiku adidasa.Widziałem jak wokalista sunie tym swoim monumentalnym wzrokiem po widowni i nagle trafia wzrokiem na nią a jego źrenice rozszerzają się nagle niczym eksplodujące gwiazdy...
Noc się kończy i nastaje praca. Praca, praca pod wiosennym słońcem. Pętla autobusowa na Jasieńskiej, która gwałtownie zarasta domami i na której co noc ktoś wywraca Toy Toya przygotowanego dla kierowców. Droga, która nie powiedziała jeszcze ostatniego słowa, i która jak podejrzewamy dotrze pewnego dnia do Dziwnego Ronda nieopodal obwodnicy, które leży niczym opuszczony, kosmiczny obwarzanek na szczycie wzgórza.
Ostatnio ciągle czuję w palcach rośliny, rozwijające się i umierające. Czuję się jak lekarz przyjmujący je na ten wiosenny świat tudzież wyprawiający ich martwe, suche ciała na kolejny. Po rękach spływa mi krew i pot, z górki, wprost na Dana, bezszelestnie zjeżdża martwej flory kontener i naprawdę przez dłuższą chwilę zastanawiam się czy go ostrzec czy poobserwować tę przepiękną katastrofę.
Spędzam noc na kortach do squosza w Fittnessclubie Który Nigdy Nie Śpi. Naprawdę, ludzie potrafią przyjechać ćwiczyć o 2 w nocy. Zmywam milion sto dziesięć plamek po uderzających piłkach, za pomocą baranka umieszczonego na sześciometrowym teleskopie... jakkolwiek dziwnie miałoby to zabrzmieć.
Kocica Lenn pożarła kawałek plastiku, musieli ją pociąć i sponiewierać. Śmieliśmy się z Danem, że po wszystkich tych wysiłkach i nerwach Lenn pokazuje jej ten kawałek plastiku i mówi "Zobacz co kotek miał w brzuszku" a kotek - chap!
- To tamtędy jadą siły inwazyjne.
Pewnie zajęli port, a most właśnie
stamtąd prowadzi...
- Nigdy mi się nie podobał.
(Jutro)
*
sobota, 26 kwietnia 2014
niedziela, 13 kwietnia 2014
Dyskretna eksplozja
- Aaaarrrgh!
- Co tam?
- Aaaaa, kochanie, czemu ja
nie jestem antychrystem?
- Nie można mieć wszystkiego
(My)
Gdy usiadłem z kumplem "Przy Plaży" w knajpie, która miała spłonąć za niecałe 5 dni, patrzyliśmy jak spośród fal i wiatru wchodzi do środka dziewczyna z solą w rudych włosach, podchodzi do jakiegoś typa przy stoliku obok i upuszcza mu w talerz i pokal wirującą garść strzępków papieru. Potem bez słowa rusza do drzwi, za którymi miesza się w hormonalnym konglomeracie noc, wiatr i wiosna. Spojrzeliśmy na siebie równocześnie... Anioły nigdy niczego nie tłumaczą - mówię - Uważają swoje działania za dogmaty.
Teraz śmierdzi tam mokrą spalenizną.
W tym miesiącu miliard ludzi na całym świecie bierze udział w demokratycznych wyborach. Rekord wszech czasów. Rosja tymczasem proponuje nam, Rumunom i Węgrom rozbiór Ukrainy i układa Ukraińcom konstytucję. Osobiście uważam, że i my powinniśmy jak najszybciej skontaktować się z Chinami i rozważyć palącą kwestię bezpieczeństwa, dobrobytu i prawa do stanowienia milionów naszych obywateli zamieszkujących Syberię, Rosyjski Daleki Wschód, Okręg Królewiecki i Białoruś. Byłby fun i fajerwerki.
Byliśmy w kinie na Noe. Idea, że Arka była przeznaczona wyłącznie dla zwierząt, a ludzie na jej pokładzie byli tylko po to by zapewnić im bezpieczną podróż do nowego świata, a potem wymrzeć bezpotomnie , przekonuje mnie. Tym bardziej im częściej rzucę okiem na kampanię wyborczą naszych wybrańców narodu
Kiedyś wdzięczny acz nieco znużony naród zamknie ich wszystkich szczelnie w budynku sejmu i wpuści krokodyle.
Skoro już wysyła nas do piekła
mógłby przynajmniej dać wóz,
żebyśmy tam dojechali...
W pracy mamy maraton śmierci, drugi miesiąc brniemy przez najcięższe roboty, bez istotnych chwil przerwy. Czuję się jak gwiezdny pancernik ziejący w przestrzeń spośród porwanego poszycia i powyginanych wręg szczątkami i krystalizującą się atmosferą. Boli mnie właściwie wszystko, a wiadra z dziesiątkami kilo trującego pyłu, zlewają się w jedno z tachaniem przez 100 pięter przemysłowych odkurzaczy. Obecnie pełzamy przy ziemi anihilując rodzące się życie, które uznano z niewłaściwe. Mam suchy, wydrenowany mózg, zerwany bok i pocięte w krwawą arabeskę ręce. Dziś pójdę na koncert Laibacha pod dźwigami i może kogoś pobije. Może ktoś pobije mnie a wtedy wreszcie sobie poleżę...
W tak zwanym międzyczasie dotarliśmy ostatecznie do garsoniery Lenn gdzie w półmroku przetykanym kotem spędziliśmy wieczorek kulinarnych lubieżności i obejrzeliśmy po raz kolejny Zaplątanych w towarzystwie kolesia, który mówił rzeczy w stylu: "Och jaki Piękny król" po czym zaczynał histerycznie płakać.
Babcia tymczasem znalazła jakiegoś desperata, który zdjął jej muszlę klozetową po czym za pomocą dłuta i młota a prawdopodobnie także taktycznej broni jądrowej przywracał drożność rurom. Biegała potem z odłamkiem takiego kamyczka po okolicy i wszystkim go pokazywała. Sąsiadom, nam, nawet ojcu w Uzbekistanie, niestety podczas tego ostatniego odłożyła mi ten hołubiony, wygłaskany kamyczek na stół. Spędziłem potem upojną godzinę uspakajając moją hipochondrię Ajaxem i odrobiną Domestosa. Uwielbiam moją rodzinę.. Gdybym miał zbombardować Talibów użyłbym jej w charakterze bomb.
Na pokładzie panowała cisza. SI przeżywała
bezgłośny żal. Nie było nic do powiedzenia, a
poza tym kobieta siedząca w fotelu pilota i tak
niczego nie słyszała. .Jej mundur był poplamiony
i przepocony, skóra tłusta, brudne włosy posklejane
w strąki, a przekrwione oczy płonęły szmaragdowym
ogniem.
Okręt "Megajra" pędził w głąb układu a za jego
sterami siedział obłęd.
(Weber)
*
- Co tam?
- Aaaaa, kochanie, czemu ja
nie jestem antychrystem?
- Nie można mieć wszystkiego
(My)
Gdy usiadłem z kumplem "Przy Plaży" w knajpie, która miała spłonąć za niecałe 5 dni, patrzyliśmy jak spośród fal i wiatru wchodzi do środka dziewczyna z solą w rudych włosach, podchodzi do jakiegoś typa przy stoliku obok i upuszcza mu w talerz i pokal wirującą garść strzępków papieru. Potem bez słowa rusza do drzwi, za którymi miesza się w hormonalnym konglomeracie noc, wiatr i wiosna. Spojrzeliśmy na siebie równocześnie... Anioły nigdy niczego nie tłumaczą - mówię - Uważają swoje działania za dogmaty.
Teraz śmierdzi tam mokrą spalenizną.
W tym miesiącu miliard ludzi na całym świecie bierze udział w demokratycznych wyborach. Rekord wszech czasów. Rosja tymczasem proponuje nam, Rumunom i Węgrom rozbiór Ukrainy i układa Ukraińcom konstytucję. Osobiście uważam, że i my powinniśmy jak najszybciej skontaktować się z Chinami i rozważyć palącą kwestię bezpieczeństwa, dobrobytu i prawa do stanowienia milionów naszych obywateli zamieszkujących Syberię, Rosyjski Daleki Wschód, Okręg Królewiecki i Białoruś. Byłby fun i fajerwerki.
Byliśmy w kinie na Noe. Idea, że Arka była przeznaczona wyłącznie dla zwierząt, a ludzie na jej pokładzie byli tylko po to by zapewnić im bezpieczną podróż do nowego świata, a potem wymrzeć bezpotomnie , przekonuje mnie. Tym bardziej im częściej rzucę okiem na kampanię wyborczą naszych wybrańców narodu
Kiedyś wdzięczny acz nieco znużony naród zamknie ich wszystkich szczelnie w budynku sejmu i wpuści krokodyle.
Skoro już wysyła nas do piekła
mógłby przynajmniej dać wóz,
żebyśmy tam dojechali...
W pracy mamy maraton śmierci, drugi miesiąc brniemy przez najcięższe roboty, bez istotnych chwil przerwy. Czuję się jak gwiezdny pancernik ziejący w przestrzeń spośród porwanego poszycia i powyginanych wręg szczątkami i krystalizującą się atmosferą. Boli mnie właściwie wszystko, a wiadra z dziesiątkami kilo trującego pyłu, zlewają się w jedno z tachaniem przez 100 pięter przemysłowych odkurzaczy. Obecnie pełzamy przy ziemi anihilując rodzące się życie, które uznano z niewłaściwe. Mam suchy, wydrenowany mózg, zerwany bok i pocięte w krwawą arabeskę ręce. Dziś pójdę na koncert Laibacha pod dźwigami i może kogoś pobije. Może ktoś pobije mnie a wtedy wreszcie sobie poleżę...
W tak zwanym międzyczasie dotarliśmy ostatecznie do garsoniery Lenn gdzie w półmroku przetykanym kotem spędziliśmy wieczorek kulinarnych lubieżności i obejrzeliśmy po raz kolejny Zaplątanych w towarzystwie kolesia, który mówił rzeczy w stylu: "Och jaki Piękny król" po czym zaczynał histerycznie płakać.
Babcia tymczasem znalazła jakiegoś desperata, który zdjął jej muszlę klozetową po czym za pomocą dłuta i młota a prawdopodobnie także taktycznej broni jądrowej przywracał drożność rurom. Biegała potem z odłamkiem takiego kamyczka po okolicy i wszystkim go pokazywała. Sąsiadom, nam, nawet ojcu w Uzbekistanie, niestety podczas tego ostatniego odłożyła mi ten hołubiony, wygłaskany kamyczek na stół. Spędziłem potem upojną godzinę uspakajając moją hipochondrię Ajaxem i odrobiną Domestosa. Uwielbiam moją rodzinę.. Gdybym miał zbombardować Talibów użyłbym jej w charakterze bomb.
Na pokładzie panowała cisza. SI przeżywała
bezgłośny żal. Nie było nic do powiedzenia, a
poza tym kobieta siedząca w fotelu pilota i tak
niczego nie słyszała. .Jej mundur był poplamiony
i przepocony, skóra tłusta, brudne włosy posklejane
w strąki, a przekrwione oczy płonęły szmaragdowym
ogniem.
Okręt "Megajra" pędził w głąb układu a za jego
sterami siedział obłęd.
(Weber)
*
sobota, 22 marca 2014
Zakurzony kąt pod biurkiem wieczności
Dzisiejszy dzień to dziki korkociąg w dół. Rzeczywistość mnie pali. Czuję upływający czas i cieszy mnie to bo każda upływająca sekunda zbliża mnie do ostatecznej ciemności, w której będę wreszcie mógł wyszeptać w ucho mojemu dowcipnemu Stwórcy "A teraz zniszcz mnie, całkowicie i ostatecznie. Pluje na każdą z twoich wieczności chcę przestać czuć i myśleć. Chcę być unicestwiony tak by nie pozostał po mnie żaden ślad"
Gdy umrę karzę się spalić na stosie z moich książek.
Każdy oddech sprawia mi metaforyczny ból, myśl o pójściu do pracy w poniedziałek wywołuje już fizyczne cierpienie. Chcę iść spać i nie obudzić się. Chcę wszystko rzucić i zostawić. Chcę kogoś obchodzić.
Człowiek jest skonstruowany tak by żyć do 35 roku życia. W realnym świecie albo już umierał ze starości, albo go coś zeżarło. Po tym terminie ważności, jest już tylko powolne umieranie. Utrata szczegółów i kolorów. Miejsce wszechogarniającego przyzwyczajenia bez zdziwień i zadziwień. Miejsce w którym najlepszym miejscem do ucieczki jest pamięć.
Chyba że ma się marną pamięć. Wtedy przejebane.
Moja mielizna rozbrzmiewa dziś stojedynką Depeszów, na głowie mam kaptur by ukryć się przed rozlewającym się pomiędzy zbyt bliskimi horyzontami słońcem. Jestem sam. Zupełnie sam w sobie i nie mam nawet gdzie iść bo dawny świat postatomowych fantazji zajęły zgrabnie przycięte osiedla pastelowych domków. Dzikie ścieżki pokrył polbruk i plastikowa horda mieniąca się w słońcu od opakowań z Biedronki.
W nocy przeszła nad nami niesiona południowym wiatrem burza. Ale nie zabrała mnie ze sobą.
*
Gdy umrę karzę się spalić na stosie z moich książek.
Każdy oddech sprawia mi metaforyczny ból, myśl o pójściu do pracy w poniedziałek wywołuje już fizyczne cierpienie. Chcę iść spać i nie obudzić się. Chcę wszystko rzucić i zostawić. Chcę kogoś obchodzić.
Człowiek jest skonstruowany tak by żyć do 35 roku życia. W realnym świecie albo już umierał ze starości, albo go coś zeżarło. Po tym terminie ważności, jest już tylko powolne umieranie. Utrata szczegółów i kolorów. Miejsce wszechogarniającego przyzwyczajenia bez zdziwień i zadziwień. Miejsce w którym najlepszym miejscem do ucieczki jest pamięć.
Chyba że ma się marną pamięć. Wtedy przejebane.
Moja mielizna rozbrzmiewa dziś stojedynką Depeszów, na głowie mam kaptur by ukryć się przed rozlewającym się pomiędzy zbyt bliskimi horyzontami słońcem. Jestem sam. Zupełnie sam w sobie i nie mam nawet gdzie iść bo dawny świat postatomowych fantazji zajęły zgrabnie przycięte osiedla pastelowych domków. Dzikie ścieżki pokrył polbruk i plastikowa horda mieniąca się w słońcu od opakowań z Biedronki.
W nocy przeszła nad nami niesiona południowym wiatrem burza. Ale nie zabrała mnie ze sobą.
*
niedziela, 16 marca 2014
Czasami bycie mną jest dość tajemnicze
- Hej chłopaki z Nagasaki!
- Hej dziewczyny z Hiroszimy!
(Jedno z tych tajemniczych wymian powitań jakie można usłyszeć z rana w pracy)
Pierwszy wiosenny sztorm porywa z dachów ostatnie strzępy jesieni. Ulicami toczą się fale pyłu i przypadkowi żule o rozszerzoych niedowierzaniem przekrwionych ślepiach, śmieci dekorują fraktalami płoty. Morze wypluwa na brzeg wszystko co ludzkie. Gałęzie zaczynają się zielenić, Daniel po raz pierwszy w tym roku psuje weltykulator. Wraży łeb unoszą hormony i znów zaczynam wszędzie widzieć kobiety.
Landryna już nas nie kocha, zdaje się rozciągnęła swoją prywatną wojnę z Avatarem na nas wszystkich, albo może za bardzo przeszkadzaliśmy w procesie minionyzacji Areckiego, któż to może wiedzieć.
Dziś masturbacyjne referendum na Krymie, ruski brędzlują swoją dumkę narodową. Na miejscu Ukraińców w chwili gdy kacapy postanowią przytulić się do swej przegniłej Rodiny, uznałbym ich wybór, pogratulował a następnie odciął wodę, prąd, gaz i ścieki podłączone przecież do Ukrainy, a na koniec wybudowałbym na granicy wysoki zwieńczony drutem kolczastym pod napięciem mur i tylko od czasu do czasu zaglądał na drugą stronę przez peryskop by zobaczyć jak tam radzą sobie bez turystyki, która generuje większość miejscowego dochodu. Chcą do Rosji, więc niech Rosja ich utrzymuje.
I tyle na dziś, pogoda zmieniła się i solidnie mnie muli. Za jakąś chwilę skorzystam z nieobecności małżonki i udam się na plażę w celu pielęgnowania miejscowych stosunków towarzyskich. A jutro praca, o rany jak mi się nie chce nawet o tym myśleć.
W ogólnym przekonaniu wiewiórki to
istoty wprost urocze, gdy skaczą po
drzewach ludzie pokazują je sobie palcami.
- Ojej, jaka rozkoszna - a ich głosy stają
się niezwykle przesłodzone i wznoszą się
falsetem w górę.
Pozwólcie jednak, że wyjaśnię tu od razu
jedną rzecz: wiewiórki są rozkoszne tylko
wtedy, gdy są na tyle małe, że można je
rozdeptać. Kiedy człowiek staje przed
gigantyczną wiewiórką wielkości betoniarki
z miejsca przechodzi mu słabość do tych
stworzonek...
(Hearne)
*
- Hej dziewczyny z Hiroszimy!
(Jedno z tych tajemniczych wymian powitań jakie można usłyszeć z rana w pracy)
Pierwszy wiosenny sztorm porywa z dachów ostatnie strzępy jesieni. Ulicami toczą się fale pyłu i przypadkowi żule o rozszerzoych niedowierzaniem przekrwionych ślepiach, śmieci dekorują fraktalami płoty. Morze wypluwa na brzeg wszystko co ludzkie. Gałęzie zaczynają się zielenić, Daniel po raz pierwszy w tym roku psuje weltykulator. Wraży łeb unoszą hormony i znów zaczynam wszędzie widzieć kobiety.
Landryna już nas nie kocha, zdaje się rozciągnęła swoją prywatną wojnę z Avatarem na nas wszystkich, albo może za bardzo przeszkadzaliśmy w procesie minionyzacji Areckiego, któż to może wiedzieć.
Dziś masturbacyjne referendum na Krymie, ruski brędzlują swoją dumkę narodową. Na miejscu Ukraińców w chwili gdy kacapy postanowią przytulić się do swej przegniłej Rodiny, uznałbym ich wybór, pogratulował a następnie odciął wodę, prąd, gaz i ścieki podłączone przecież do Ukrainy, a na koniec wybudowałbym na granicy wysoki zwieńczony drutem kolczastym pod napięciem mur i tylko od czasu do czasu zaglądał na drugą stronę przez peryskop by zobaczyć jak tam radzą sobie bez turystyki, która generuje większość miejscowego dochodu. Chcą do Rosji, więc niech Rosja ich utrzymuje.
I tyle na dziś, pogoda zmieniła się i solidnie mnie muli. Za jakąś chwilę skorzystam z nieobecności małżonki i udam się na plażę w celu pielęgnowania miejscowych stosunków towarzyskich. A jutro praca, o rany jak mi się nie chce nawet o tym myśleć.
W ogólnym przekonaniu wiewiórki to
istoty wprost urocze, gdy skaczą po
drzewach ludzie pokazują je sobie palcami.
- Ojej, jaka rozkoszna - a ich głosy stają
się niezwykle przesłodzone i wznoszą się
falsetem w górę.
Pozwólcie jednak, że wyjaśnię tu od razu
jedną rzecz: wiewiórki są rozkoszne tylko
wtedy, gdy są na tyle małe, że można je
rozdeptać. Kiedy człowiek staje przed
gigantyczną wiewiórką wielkości betoniarki
z miejsca przechodzi mu słabość do tych
stworzonek...
(Hearne)
*
poniedziałek, 10 marca 2014
Wampiryczne cechy polskiego romantyzmu
Na plecach nosiła strzelbę z
kompozytów ceramicznych,
a jej wyraz twarzy sugerował
wiele niezałatwionych spraw
( Pratchett\Baxter)
Wolny jak dzika świnia, owinięty w muślin czasu wolnego, pod słońcem tego nagłego wcześniaka wiosny mknę przez przestrzeń powiewając strzępkami dobrych myśli, śladem wspomnień starych i zaśniedziałych jak lufa dziadkowego mauzera ukrytego w meandrach strychu, w oczekiwaniu powrót czasów złych i niewyraźnych. Przez te dwa dni zamierzam udawać że mam wolną wolę.
WhiteTown było dla mnie zawsze starą, stylową damą. Pastele cieni pośród koronek fasad starych willi. Zwiewny duch belle epoque dobrego wychowania przeniknięty miejscami rytmem muzyki osiemdziesiątych lat. WhiteTown zawsze było ucieczką od trywialności dnia codziennego i oddechów ludzi w SKMce... ale przestało. Dziś ulice wypełnia ruch, a za coraz cieńszą skorupką fasad wzbiera krzyk. Dawna dama osiadła w falbanach dachówek pośród spienionych zielenią wzgórz zmienia się w balansującego na obcasach biznesowego wampa, malowaną wydmuszkę bez duszy, katatoniczkę o ostrym make upie.
Dawno, dawno temu chodziłem do WhiteTown by się uspokoić, by się otulić harmonią, mieszanką morza i miasta ze snów. Nie byłem sam, wokół krążyło całe mnóstwo różnej maści dziwaków i outsiderów z całej Polski. Całe mnóstwo ludzi przyjeżdżało tu by spędzić swój ostatni dzień na Ziemi, a potem umrzeć gdzieś w pół drogi do Gottenhaven. Na piasku pozostawały po nich torby i plecaki z dokumentami, porzuconymi drobiazgami, czy garścią wierszy. Dziś opuszczałem WhiteTown rozedrgany jak pęknięty dzwon i jedynie Ostatni Antykwariat na Drodze uratował sytuację.
Rozumiem że czas ucieka, wszystko się zmienia. Dawniej wyprawa do WhiteTown była właśnie tym - wyprawą. Szło się przez zdziczałe lasy pozbawione dróg, pełne bunkrów, jakiś postrzępionych stalowych resztek innych czasów i szkieł tłuczonych butelek. Przebywało się piaski plaż, stawał na zmurszałym moście ponad potokiem. Wędrowało przez dzielnice i osady zapadłe w komunistyczny skuwający zmysły błogostan. Była tylko pustka, niebo i powietrze. WhiteTown zaś skrzył się jak milion gwiazd na horyzoncie. niczym jakieś eteryczne miasto, jakieś Rivendel na krawędzi poznania.
Dziś wszystko łączy niekończący się bulwar po którym suną niezłomne ławice emerytów a powietrze wypełnia 12 języków. Świat zabudował się i ucywilizował i jest to dobre, ale po drodze gdzieś zagubił jakąś ważną cząstkę. Pamiętacie jak w Neverending Story w ciemności siedzi Bastian i Cesarzowa a ich twarze rozświetla maleńkie ziarenko trzymane w jej dłoni? Dziś jest tu pięknie, nowo i wygodnie, a wokół przemyka całe mnóstwo ludzi którzy nie widzą nic poza sobą i ciągle coś mówią do telefonów.
Na krawędzi wieczoru stanąłem na betonowych strzępach przeszłości wgryzających się w piasek plaży w Brzeźnie. Stałem tak, a noc coraz mocniej otulała mnie swym skrzydłem pełnym satelitów. Patrzyłem w dal ponad wodą na świetlistą koronkę WhiteTown, myśląc, że chyba jednak wolę patrzeć na nie z daleka, gdy przestrzeń między nami wypełniają uderzające powoli o brzeg fale możliwości.
- 42 rannych po nalocie 42 martwych
- Nie szanują czerwonego Krzyża?
- Celują w niego
*
kompozytów ceramicznych,
a jej wyraz twarzy sugerował
wiele niezałatwionych spraw
( Pratchett\Baxter)
Wolny jak dzika świnia, owinięty w muślin czasu wolnego, pod słońcem tego nagłego wcześniaka wiosny mknę przez przestrzeń powiewając strzępkami dobrych myśli, śladem wspomnień starych i zaśniedziałych jak lufa dziadkowego mauzera ukrytego w meandrach strychu, w oczekiwaniu powrót czasów złych i niewyraźnych. Przez te dwa dni zamierzam udawać że mam wolną wolę.
WhiteTown było dla mnie zawsze starą, stylową damą. Pastele cieni pośród koronek fasad starych willi. Zwiewny duch belle epoque dobrego wychowania przeniknięty miejscami rytmem muzyki osiemdziesiątych lat. WhiteTown zawsze było ucieczką od trywialności dnia codziennego i oddechów ludzi w SKMce... ale przestało. Dziś ulice wypełnia ruch, a za coraz cieńszą skorupką fasad wzbiera krzyk. Dawna dama osiadła w falbanach dachówek pośród spienionych zielenią wzgórz zmienia się w balansującego na obcasach biznesowego wampa, malowaną wydmuszkę bez duszy, katatoniczkę o ostrym make upie.
Dawno, dawno temu chodziłem do WhiteTown by się uspokoić, by się otulić harmonią, mieszanką morza i miasta ze snów. Nie byłem sam, wokół krążyło całe mnóstwo różnej maści dziwaków i outsiderów z całej Polski. Całe mnóstwo ludzi przyjeżdżało tu by spędzić swój ostatni dzień na Ziemi, a potem umrzeć gdzieś w pół drogi do Gottenhaven. Na piasku pozostawały po nich torby i plecaki z dokumentami, porzuconymi drobiazgami, czy garścią wierszy. Dziś opuszczałem WhiteTown rozedrgany jak pęknięty dzwon i jedynie Ostatni Antykwariat na Drodze uratował sytuację.
Rozumiem że czas ucieka, wszystko się zmienia. Dawniej wyprawa do WhiteTown była właśnie tym - wyprawą. Szło się przez zdziczałe lasy pozbawione dróg, pełne bunkrów, jakiś postrzępionych stalowych resztek innych czasów i szkieł tłuczonych butelek. Przebywało się piaski plaż, stawał na zmurszałym moście ponad potokiem. Wędrowało przez dzielnice i osady zapadłe w komunistyczny skuwający zmysły błogostan. Była tylko pustka, niebo i powietrze. WhiteTown zaś skrzył się jak milion gwiazd na horyzoncie. niczym jakieś eteryczne miasto, jakieś Rivendel na krawędzi poznania.
Dziś wszystko łączy niekończący się bulwar po którym suną niezłomne ławice emerytów a powietrze wypełnia 12 języków. Świat zabudował się i ucywilizował i jest to dobre, ale po drodze gdzieś zagubił jakąś ważną cząstkę. Pamiętacie jak w Neverending Story w ciemności siedzi Bastian i Cesarzowa a ich twarze rozświetla maleńkie ziarenko trzymane w jej dłoni? Dziś jest tu pięknie, nowo i wygodnie, a wokół przemyka całe mnóstwo ludzi którzy nie widzą nic poza sobą i ciągle coś mówią do telefonów.
Na krawędzi wieczoru stanąłem na betonowych strzępach przeszłości wgryzających się w piasek plaży w Brzeźnie. Stałem tak, a noc coraz mocniej otulała mnie swym skrzydłem pełnym satelitów. Patrzyłem w dal ponad wodą na świetlistą koronkę WhiteTown, myśląc, że chyba jednak wolę patrzeć na nie z daleka, gdy przestrzeń między nami wypełniają uderzające powoli o brzeg fale możliwości.
- 42 rannych po nalocie 42 martwych
- Nie szanują czerwonego Krzyża?
- Celują w niego
*
sobota, 1 marca 2014
Odwaga to wdzięk w warunkach stresu
...i wtedy wszechświat skończył się
pośród eksplozji światła i wspaniałości
Byliśmy jakiś czas temu na próbie CDNów. Wieczór w zużytym budynku dawnej Macieży Szkolnej w Frei Stadt Danzig. Szanty pośród zwojów opuszczonych kurtyn, Kudłaty podpięty do żył basu wciąż na nowo godzący się z innym wyważeniem gitary, piwo, zachrypnięte głosy i papierosy w odrapanym kiblu z oknem z widokiem na wały i stary polder wojenny. Oddech umykających w noc pociągów i buszowanie pośród teatralnych rekwizytów. "Coś dzisiaj będzie" spytały dwie laski opuszczające budynek, gdy nasza wesoła gromadka wkraczała do środka. "Tylko my" mówię, "...i nie będziemy się dziś rozbierać".
W pracy nadal oglądamy świat od spodu. W czułych ramionach Dana maszyna spłonęła, wspominałem już o jakiejś jego protoplastce na Titanicu? A o tym, że w wojsku udało mu się popsuć wóz opancerzony którym jeździł. Jedyny dziurawy BRDM w całej kompani. No więc maszyna jęcząc potępieńczo gasnącymi wirnikami oddała bohatersko krew, a my wylądowaliśmy pod glebą z ciśnieniówką w inspirującym naszą wrodzoną pomysłowość oraz skłonności samobójcze towarzystwie niedrożnych studzienek odpływowych. Można więc powiedzieć, że przez ostatnie dni głównie brodziliśmy niczym jakieś obleczone w robocze łachy, zmechanizowane bociany zagłady. Dodam tylko, że oprócz nas w tej wodzie znajdowały się też maszyny oraz intrygująco skomplikowana sieć przedłużaczy, skutkiem czego co jakiś czas Dan krzyczał, podskakiwał tudzież wykonywał skomplikowane figury taneczne. Raz wpadł nawet na pomysł by podwieszać kabel na metalowej listwie pod sufitem. Z zapartym tchem obserwowałem jak stojąc po kostki w wodzie i mokry po kolana wyciąga dłoń ku szynie a między nią a jego dłonią przeskakuje pięć różowych błyskawic.
Oczywiście rozpuściłem zaraz tą opowieść. Wczoraj schodzi do mnie Gregory i pyta"Gdzie jest Zeus?". Ja myślę "Zeus, Zeus, AHA!", "Na górze" odpowiadam.
Do Bossa zadzwoniła jakaś kobiecina, że trzeba jej w ogródku przyciąć krzaczki. Wzięliśmy więc sekator, Dan poszedł z rzeczoną obejrzeć ogródek. Wraca i chichra się pod nosem. "Co jest?" zainteresowałem się. "Krzaczki" zarechotał Dan. Okazało się że to pieprzone pięciometrowe tuje i świerki wielkie jak baobaby rozciągające się puszczą pierwotną na sąsiednie parcele. Bez drabiny i piły łańcuchowej możemy co najwyżej się pod nimi położyć by kontemplować upływ pór roku tudzież powolne przesuwnanie się ramion galaktyki.
Żona znowu na wykładach, mam wolną chatę i właśnie rozważam konsekwencje tego faktu. Dzwoniła 3szklaneczki z Canady, że mieszka teraz w miejscu, w którym idąc do kibla zabiera się strzelbę z amunicją na niedźwiedzie. Siostra Szponiastej urodziła miesiąc przed terminem kolejnego potomka. To już powoli staje się rodzinną tradycją..Ciesząc się słońcem na spacerze mało nie wdepnąłem w jakąś entuzjastycznie kopulującą pośród lasu parkę, znaczy się wiosna. Dziewczyna była na dole. Zauważyła mnie i puściła do mnie oko.
Tymczasem Zachód ujawnia swoją tradycyjną ignorancję w kwestiach rosyjskich, Mówią o prawach i ostrożności, tak jak w 20, 39, 45,68, 81 itd. Oni naprawdę niczego się nie uczą. Przecież najmniejszy rosyjski osesek słysząc słowa:: ostrożność, respektowanie praw czy rozmowy, od razu wie, że ma do czynienia ze słabością i tym samym wszystko mu wolno. Rosja rozumie i szanuje tylko siłę, prawa i układy to jedynie środki do celu potrzebne jedynie przez chwilę. Jak tak dalej pójdzie to spokojnie i bez pośpiechu odbiorą Ukrainie Krym a przy odrobinie finezji jeszcze spory kęs terytorium, a Europa i Stany będą szczęśliwe, że tylko tak się skończyło. Zali.
Mam swoje praw! Zapisane w karcie,
cały dzień nie dostałem wody
- Właściwie - Rzekła zimno Lessa -
Karta nie wspomina o wodzie pośród
praw człowieka
(McCaffrey
*
pośród eksplozji światła i wspaniałości
Byliśmy jakiś czas temu na próbie CDNów. Wieczór w zużytym budynku dawnej Macieży Szkolnej w Frei Stadt Danzig. Szanty pośród zwojów opuszczonych kurtyn, Kudłaty podpięty do żył basu wciąż na nowo godzący się z innym wyważeniem gitary, piwo, zachrypnięte głosy i papierosy w odrapanym kiblu z oknem z widokiem na wały i stary polder wojenny. Oddech umykających w noc pociągów i buszowanie pośród teatralnych rekwizytów. "Coś dzisiaj będzie" spytały dwie laski opuszczające budynek, gdy nasza wesoła gromadka wkraczała do środka. "Tylko my" mówię, "...i nie będziemy się dziś rozbierać".
W pracy nadal oglądamy świat od spodu. W czułych ramionach Dana maszyna spłonęła, wspominałem już o jakiejś jego protoplastce na Titanicu? A o tym, że w wojsku udało mu się popsuć wóz opancerzony którym jeździł. Jedyny dziurawy BRDM w całej kompani. No więc maszyna jęcząc potępieńczo gasnącymi wirnikami oddała bohatersko krew, a my wylądowaliśmy pod glebą z ciśnieniówką w inspirującym naszą wrodzoną pomysłowość oraz skłonności samobójcze towarzystwie niedrożnych studzienek odpływowych. Można więc powiedzieć, że przez ostatnie dni głównie brodziliśmy niczym jakieś obleczone w robocze łachy, zmechanizowane bociany zagłady. Dodam tylko, że oprócz nas w tej wodzie znajdowały się też maszyny oraz intrygująco skomplikowana sieć przedłużaczy, skutkiem czego co jakiś czas Dan krzyczał, podskakiwał tudzież wykonywał skomplikowane figury taneczne. Raz wpadł nawet na pomysł by podwieszać kabel na metalowej listwie pod sufitem. Z zapartym tchem obserwowałem jak stojąc po kostki w wodzie i mokry po kolana wyciąga dłoń ku szynie a między nią a jego dłonią przeskakuje pięć różowych błyskawic.
Oczywiście rozpuściłem zaraz tą opowieść. Wczoraj schodzi do mnie Gregory i pyta"Gdzie jest Zeus?". Ja myślę "Zeus, Zeus, AHA!", "Na górze" odpowiadam.
Do Bossa zadzwoniła jakaś kobiecina, że trzeba jej w ogródku przyciąć krzaczki. Wzięliśmy więc sekator, Dan poszedł z rzeczoną obejrzeć ogródek. Wraca i chichra się pod nosem. "Co jest?" zainteresowałem się. "Krzaczki" zarechotał Dan. Okazało się że to pieprzone pięciometrowe tuje i świerki wielkie jak baobaby rozciągające się puszczą pierwotną na sąsiednie parcele. Bez drabiny i piły łańcuchowej możemy co najwyżej się pod nimi położyć by kontemplować upływ pór roku tudzież powolne przesuwnanie się ramion galaktyki.
Żona znowu na wykładach, mam wolną chatę i właśnie rozważam konsekwencje tego faktu. Dzwoniła 3szklaneczki z Canady, że mieszka teraz w miejscu, w którym idąc do kibla zabiera się strzelbę z amunicją na niedźwiedzie. Siostra Szponiastej urodziła miesiąc przed terminem kolejnego potomka. To już powoli staje się rodzinną tradycją..Ciesząc się słońcem na spacerze mało nie wdepnąłem w jakąś entuzjastycznie kopulującą pośród lasu parkę, znaczy się wiosna. Dziewczyna była na dole. Zauważyła mnie i puściła do mnie oko.
Tymczasem Zachód ujawnia swoją tradycyjną ignorancję w kwestiach rosyjskich, Mówią o prawach i ostrożności, tak jak w 20, 39, 45,68, 81 itd. Oni naprawdę niczego się nie uczą. Przecież najmniejszy rosyjski osesek słysząc słowa:: ostrożność, respektowanie praw czy rozmowy, od razu wie, że ma do czynienia ze słabością i tym samym wszystko mu wolno. Rosja rozumie i szanuje tylko siłę, prawa i układy to jedynie środki do celu potrzebne jedynie przez chwilę. Jak tak dalej pójdzie to spokojnie i bez pośpiechu odbiorą Ukrainie Krym a przy odrobinie finezji jeszcze spory kęs terytorium, a Europa i Stany będą szczęśliwe, że tylko tak się skończyło. Zali.
Mam swoje praw! Zapisane w karcie,
cały dzień nie dostałem wody
- Właściwie - Rzekła zimno Lessa -
Karta nie wspomina o wodzie pośród
praw człowieka
(McCaffrey
*
sobota, 22 lutego 2014
Wysyłają diabła by dopełnił boskiego dzieła
Co robi dzik na zamku?
Penetruje lochy...
(Gregory)
17 lutego był dzień głaskania kota. Śniło się polowanie na stalowego, puszczającego parę na złączach tygrysa, w mieszkaniu moich starszych. W tym śnie co chwilę ktoś znikał.
Wciąż pracuję w tym samym miejscu. A już się witałem z gąską, z ulgą myślałem o nadrabianiu czytelniczych zaległości, powolnym meandrowaniu w kierunku Sopotu przez pozbawioną smrodu chemii przestrzeń, czy gotowaniu obiadów żonie. Istnieje taki moment gdy znużenie osiąga taki poziom, że nawet najgorsze rzeczy stają się zupełnie obojętne i takie sytuacje gdy zrobienie cokolwiek, nawet odcięcie sobie ucha, są lepsze niż stanie w miejscu.
Tymczasem odbyliśmy walne spotkanie akcjonariuszy i sytuacja się nieco wyklarowała, choć oczywiście chłopaki tradycyjnie wysłali mnie do przodu na pożarcie, Dan usiadł sobie gdzieś w tle, a Radosny za mną lekko skulony, tak że z perspektywy prezesowskiego biurka widoczna chyba była tylko jego aura. Ostatecznie ustaliliśmy że problemem jest niedostateczna komunikacja, po czym odstawiliśmy ten problem na później i z ulgą się rozeszliśmy, a biała karawela świetnej firmy AquaC pożeglowała dalej przez wzburzone morza detergentów.
Śniegi ustąpiły, ptaki drą mordy od bladego świtu, a my powracamy na z dawien porzucone terytoria, gdzie zniechęceni osobliwą nieustępliwością w odzyskiwaniu opłat przez Naszego Il Duce autochtoni przerzucili się na firmy pokrewne, aczkolwiek tańsze. Najwyraźniej otrzymali to za co zapłacili bo teraz podobno "błagają" o nasz powrót. Cóż, nie dostaliśmy białych, kawaleryjskich koni, by dzierżąc dumnie wiadra i z mopami u pasa urządzić tryumfalny przejazd wykafelkowymi holami, mimo to jest jakaś taka podskórna duma, że wolą bulić ciężki pieniądz tylko za to byśmy raczyli powrócić.
Na jednym z takich obiektów, który ktoś inteligentnie umieścił tuż przy wzgórzu, tak że nawet z 4 piętra można kontemplować trawę za oknem, wylądowaliśmy by doczyścić ściany. Ongiś jakiś światły architekt umyślił sobie, że klatki będą nowatorsko i intrygująco wyglądały bez cokołów. Oczywiście osobnikowi tak mocno skażonemu abstrakcyjnym myśleniem do głowy nie przyszło, że cokoły wymyślono z pewnych praktycznych względów, np: aby panie myjące schody nie zmieniały mopami ścian w kipiącą poczerniałym tłuszczem sodomie z gomorią. To walnął jeszcze chropowaty tynk na ściany, a co.
Przez ponad tydzień doczyszczaliśmy to roztworem w którym rozpuszczały nam się gąbki pozostawiając po sobie tylko tę cienką, ścierną warstwę, a w efekcie uzyskaliśmy przepięknego dalmatyńczyka. Pracuje tam fajna kobitka, w normalnym świecie dorabia jako naczelniczka poczty. To mi przypomina jak pewien pan doktor z uniwerku odkrył, że jego niezwykle elokwentna sekretarka dorabia trzy razy w tygodniu tańcząc na rurze. Nosił to brzemię z uśmiechem.
Ostatnio zaś znów gramy w doungens & dragons na halach garażowych. Odcięci od światła słonecznego, snujemy się niczym potępione dusze z Tartaru pośród tumanów toksycznego pyłu składających się głównie z soli, ropy i zastawu metali ciężkich, maszyna radośnie międzia błocko, wchodząc na coraz wyższe tony i gubiąc co chwila jakieś części niczym postrzelany gwiezdny krążownik. Na Cmentarnej Wieży dopadł nas oczywiście na sam koniec 3 hali Hitler, H ma uczulenie na kórz oraz zestaw ekspresyjnych fraz którymi owo uczulenie werbalizuje. Poprzednio dopadł Dana, Dan nie przepada za ludźmi, którzy wypadają na niego znienacka i zaczynają krzyczeć, uśmiechnął się więc tylko, odwrócił się i poszedł. Jak stwierdził: Tacy ludzie są jak wiatr, odwracasz się i już nie wieje. Była z tego niezła chryja, tym razem postawiliśmy więc na dyplomację. Nie pomogło, następnym razem spróbujemy krwawej przemocy, wymyślnych tortur i podpalenia żywcem. Naprawdę nie mamy już ochoty tłumaczyć, że to mam najbardziej ze wszystkich zależy na tym by się nie kurzyło, bo to my tym oddychamy i naprawdę pracujemy najszybciej jak się da, bo chcemy jak najszybciej wydostać się z tego piekła.
Ostatnio Starszy zapytał mnie kiedy wreszcie podejmę jakąś normalną pracę, odrzekłem :że lubię pracę fizyczną... Jestem szaleńcem
I tyle siedzę sam, bo żona mi poszła na wykłady, zapisała się na informatykę. Już zacieram macki, zostanie moim webmasterem i sami wiecie co będziemy robić... to co zwykle. Rozszerzać dominację nad światem. Ostatnio gdy coś mnie wkurza to mi mówi: Gdy już zostaniesz dyktatorem to zrobisz z tym porządek. Miło gdy ktoś docenia nasz potencjał.
-Czy widzisz coś ty narobił?
Utytłałeś pomidora w keczupie!
Przecież to tak jakbyś unurzał go
we krwi jego pobratymców.
-Zaraz zakończę jego cierpienia
(My)
*
Penetruje lochy...
(Gregory)
17 lutego był dzień głaskania kota. Śniło się polowanie na stalowego, puszczającego parę na złączach tygrysa, w mieszkaniu moich starszych. W tym śnie co chwilę ktoś znikał.
Wciąż pracuję w tym samym miejscu. A już się witałem z gąską, z ulgą myślałem o nadrabianiu czytelniczych zaległości, powolnym meandrowaniu w kierunku Sopotu przez pozbawioną smrodu chemii przestrzeń, czy gotowaniu obiadów żonie. Istnieje taki moment gdy znużenie osiąga taki poziom, że nawet najgorsze rzeczy stają się zupełnie obojętne i takie sytuacje gdy zrobienie cokolwiek, nawet odcięcie sobie ucha, są lepsze niż stanie w miejscu.
Tymczasem odbyliśmy walne spotkanie akcjonariuszy i sytuacja się nieco wyklarowała, choć oczywiście chłopaki tradycyjnie wysłali mnie do przodu na pożarcie, Dan usiadł sobie gdzieś w tle, a Radosny za mną lekko skulony, tak że z perspektywy prezesowskiego biurka widoczna chyba była tylko jego aura. Ostatecznie ustaliliśmy że problemem jest niedostateczna komunikacja, po czym odstawiliśmy ten problem na później i z ulgą się rozeszliśmy, a biała karawela świetnej firmy AquaC pożeglowała dalej przez wzburzone morza detergentów.
Śniegi ustąpiły, ptaki drą mordy od bladego świtu, a my powracamy na z dawien porzucone terytoria, gdzie zniechęceni osobliwą nieustępliwością w odzyskiwaniu opłat przez Naszego Il Duce autochtoni przerzucili się na firmy pokrewne, aczkolwiek tańsze. Najwyraźniej otrzymali to za co zapłacili bo teraz podobno "błagają" o nasz powrót. Cóż, nie dostaliśmy białych, kawaleryjskich koni, by dzierżąc dumnie wiadra i z mopami u pasa urządzić tryumfalny przejazd wykafelkowymi holami, mimo to jest jakaś taka podskórna duma, że wolą bulić ciężki pieniądz tylko za to byśmy raczyli powrócić.
Na jednym z takich obiektów, który ktoś inteligentnie umieścił tuż przy wzgórzu, tak że nawet z 4 piętra można kontemplować trawę za oknem, wylądowaliśmy by doczyścić ściany. Ongiś jakiś światły architekt umyślił sobie, że klatki będą nowatorsko i intrygująco wyglądały bez cokołów. Oczywiście osobnikowi tak mocno skażonemu abstrakcyjnym myśleniem do głowy nie przyszło, że cokoły wymyślono z pewnych praktycznych względów, np: aby panie myjące schody nie zmieniały mopami ścian w kipiącą poczerniałym tłuszczem sodomie z gomorią. To walnął jeszcze chropowaty tynk na ściany, a co.
Przez ponad tydzień doczyszczaliśmy to roztworem w którym rozpuszczały nam się gąbki pozostawiając po sobie tylko tę cienką, ścierną warstwę, a w efekcie uzyskaliśmy przepięknego dalmatyńczyka. Pracuje tam fajna kobitka, w normalnym świecie dorabia jako naczelniczka poczty. To mi przypomina jak pewien pan doktor z uniwerku odkrył, że jego niezwykle elokwentna sekretarka dorabia trzy razy w tygodniu tańcząc na rurze. Nosił to brzemię z uśmiechem.
Ostatnio zaś znów gramy w doungens & dragons na halach garażowych. Odcięci od światła słonecznego, snujemy się niczym potępione dusze z Tartaru pośród tumanów toksycznego pyłu składających się głównie z soli, ropy i zastawu metali ciężkich, maszyna radośnie międzia błocko, wchodząc na coraz wyższe tony i gubiąc co chwila jakieś części niczym postrzelany gwiezdny krążownik. Na Cmentarnej Wieży dopadł nas oczywiście na sam koniec 3 hali Hitler, H ma uczulenie na kórz oraz zestaw ekspresyjnych fraz którymi owo uczulenie werbalizuje. Poprzednio dopadł Dana, Dan nie przepada za ludźmi, którzy wypadają na niego znienacka i zaczynają krzyczeć, uśmiechnął się więc tylko, odwrócił się i poszedł. Jak stwierdził: Tacy ludzie są jak wiatr, odwracasz się i już nie wieje. Była z tego niezła chryja, tym razem postawiliśmy więc na dyplomację. Nie pomogło, następnym razem spróbujemy krwawej przemocy, wymyślnych tortur i podpalenia żywcem. Naprawdę nie mamy już ochoty tłumaczyć, że to mam najbardziej ze wszystkich zależy na tym by się nie kurzyło, bo to my tym oddychamy i naprawdę pracujemy najszybciej jak się da, bo chcemy jak najszybciej wydostać się z tego piekła.
Ostatnio Starszy zapytał mnie kiedy wreszcie podejmę jakąś normalną pracę, odrzekłem :że lubię pracę fizyczną... Jestem szaleńcem
I tyle siedzę sam, bo żona mi poszła na wykłady, zapisała się na informatykę. Już zacieram macki, zostanie moim webmasterem i sami wiecie co będziemy robić... to co zwykle. Rozszerzać dominację nad światem. Ostatnio gdy coś mnie wkurza to mi mówi: Gdy już zostaniesz dyktatorem to zrobisz z tym porządek. Miło gdy ktoś docenia nasz potencjał.
-Czy widzisz coś ty narobił?
Utytłałeś pomidora w keczupie!
Przecież to tak jakbyś unurzał go
we krwi jego pobratymców.
-Zaraz zakończę jego cierpienia
(My)
*
Subskrybuj:
Posty (Atom)