sobota, 28 kwietnia 2012

Mój móóózg... tęsknię za nim

- Jesteś piękna gdy tak jesz...
- Aha, gdy jem... nigdy już
nie przestanę

(My)

No więc z tą wycieraczką Nergala to było tak. Tego dnia uprawialiśmy dirty dancing tudzież wirujący sex w wąskich i wyjątkowo stromych kiszkach klatek na Apartamentach, znaczy się pucowaliśmy tamtejsze posadzki za pomocą maszyn wirująco - tryskająco - ssących. Szczerze mówiąc straciłem już nadzieję na umiejscowienie drzwi Nergala, sądząc, że w kłębinach i rozstępach domowych pieleszy poddał się fali słodkopierdzącego konformizmu i przed drzwiami położył jak pozostali autochtoni jakiś słomkowy wiecheć z tekstem Welcom Home, ale nie. Wlazłszy na ostatnie piętro i ominowszy wyglądający wyjątkowo diabolicznie, czarny rower trafiłem na jedyną w moim życiu czarną wycieraczkę z płonącą czaszką i napisem: Welcome to hell. Brawa za konsekwencję do ostatniej kropli kwasu. Zanim sprzątneliśmy, szturchnąłem ją parę razy dla pewności na wypadek, gdyby kryła się pod nią zapadnia z wirującymi ostrzami, tudzież zasuszone jelito cienkie ministranta.
Tymczasem do portu dopłynął kontener z trzema zabytkowymi samochodami, było w nim ciepło i przyjaźnie, a po podłodze i ścianach biegały sobie dziesiątki pająków, którymi nasi rozrywkowi dokerzy rzucali się radośnie dla żartu i wpychali za kołnierze, dopuki nie dowiedzieli się, że to przybyłe turystycznie z Kaliforni czarne wdowy. Potem mogłem obejrzeć sobie na TVN24 moją matkę, która akurat rządzi wszelką biomasą, która przekracza w obie strony naszą morską granicę. W jednym z wozów, w zasnutym szczelnie pajęczyną bagażniku, było gniazdo z setkami jajeczek. Zachowano trzy okazy potworów na pamiatkę. Dwa pierwsze włożone do jednego słoika natychmiast się pomordowały. Trzeci konał 7 godzin w spirytusie pukając nogogłaszczką w szybkę i zapewne bełkocząc coś o wychowaniu w trzeźwości.
Wciąż nie dostaliśmy trzeciego budynku na 3żaglach, ale podobno konkurencyjną firmą zarządza koleś, którego żona jest oficjalną kochanką prezesa Impro, więc można powiedzieć, że naszemu szefowi nie staje nieco nieco "głębi argumentów".
Ostatnio też usłyszałem, że mógłbym wpaść na Brętowo i w godzinkę zamieść chodnik wzdłuż Słowackiego. Wpadłem, poodkopywałem go przez 6h, pocierając głową (dosłownie) o przejeżdżające autobusy i ujawniając przy tym niepokojąco głębokie dziury i zapadliska, w których zapewne zniknąłby nie jeden emeryt, gdyby nie okazało się, że za dwa dni wpada tam ekipa z koparką i wszystko rozpiży w pizdu. Wspomnę tylko, że robota była na tyle fascynująca i absorbująca, że ciskając za siebie mięsistą, bogatą w różnorakie formy życia pacynę błota, zdjąłem łopatą z roweru jakąś kobitę. na szczęście była w takim szoku, że po otrzepaniu biustu z gąsienic i glonów udała się w dalszą podróż nie strasząc prokuraturą ani sądem ostatecznym.
Coś jeszcze? Aaa, chłopaki na Brętowie mieli coś poprawić na dachu Cmentarnej Wieży. Cały szczyt budynku to Penthaus z wyjebiście wielkim balkonem. I właśnie na tym balkonie, gdy kolesie wychynęli zza winkla, ich oczom ukazała się opalająca się w pierwszych wiosennych promieniach słońca naga, młoda dama regulująca sobie maszynką strefę bikini... Podobno wrzaski było słychać 17 pięter niżej.

- Wciśniesz się przez to
okienko w łazience.
- Super, chyba w kawałkach

(My)

*

piątek, 13 kwietnia 2012

Każdy jest celem, ale ty bądź ruchomym

Na złomie:
- Dzień dobry mam szyny.
- A skąd pan je wziął?
- A leżały, jedna obok drugiej na
dłuższym odcinku, no to wziąłem

(Dan)

"Titanic" Camerona kosztował więcej niż prawdziwy statek, wczoraj zdaje się było 100-lecie zatonięcia, równocześnie umownego początku XX wieku, zwanego też "krótkim stuleciem", bo zakończył się w 1989. Cóż, krótko za to intensywnie do bólu.
Tymczasem wokół eksploduje wiosna, wylewa się treścią w przestrzeń, transmutuje nieorganiczne w organiczne i zmienia naszą gospodarkę hormonalną w śmiercionośną broń. Doświadczyliśmy ostatnio tej żywotności, gdy wywoziliśmy mech do lasu i Dan zaparkował w mrowisku. Powrót był więc pełen atrakcji i niespodzianek, w sumie przypominał nieco akcję filmu "Węże w samolocie" ale bez Samuela L Jacksona. Dan stwierdził, że powinniśmy dziękować wszystkim bogom eterni, że mrówki nie mają po pół metra, bo mogłaby nam się taka wcisnąć za kratkę z tyłu, upakować ciasno i żuwaczkami rozpruwać zagłówki.
To był w ogóle fajny dzień, walczyliśmy bohatersko z wertykulatorem szlachtując na plastry faunę i florę Osowej. Boss miał specjalnie przyjechać by przywieźć worki. Przyjechał, popatrzył, pochwalił: że fajne rowki.
- Masz worki?
- Nie
Ale nic. Wiosna. Kwiatki rosną, ptaszyny śpiewają, chłopcy wrzucają pigułki gwałtu do drinków dziewcząt. A my toczymy nierówną walkę na pierwszej linii frontu w wojnie z przyrodą. Nie dajcie się kochani ogłupiać ekologom, to że obecnie mamy przewagę technologiczną, nie oznacza, że Matka Przyroda nie chce nas już okaleczać, mordować a na końcu pożreć. Ona czeka tylko na moment naszej nieuwagi.
Ostatnio skracaliśmy drzewa. Trzymałem jedną ręką zagłębiającą się w błotnistym gruncie, rozbujaną drabinę ukoronowaną wywijającym warczącą piłą łańcuchową pośród gałęzi Danem, a drugą łapałem trzymetrowe, spadające pnie, by nie uszkodziły broń Boże rododendronów. Był fun, gałęzie były giętkie i strzelały co chwilę D w twarz i różne mniej dyplomatyczne części ciała, a on machał w szale piłą koło mojej twarzy rozwiewając mi włosy powiewem.
Wygenerowaliśmy w ten sposób ogromną górę gałęzi, którą następnie musieliśmy połamać na drzazgi i powciskać do worów. Nasz szef technokrata dowiózł nam oczywiście super sprzęt - rozdrabniarkę. Jechaliśmy tak pełni nadziei ujrzenia majestatycznego, zębatego mechanizmu, w który ewentualnie będziemy mogli wrzucać szczekliwe pieski autochtonów, a może i samych autochtonów, niestety sprzęt ustawiony z dumą przez Bossa okazał się być kompostnikiem wielkości małej walizki i po pierwszej gałązce wydał z siebie serię straszliwych dźwięków przywodzącym na myśl reformę zdrowia, po czym odmówił współpracy. Tak więc dziabaliśmy te drewienka ręcznie, bo wypadł jeden sekator na dwóch.
My bawiliśmy się w bobry a Stasiozaurs i Natali drapali trawniki. Przed osiedlem jest największy trawnik w okolicy i siłą rzeczy, miejscowi, kulturalni mieszkańcy z tych wszystkich ociekających miedzią i piaskowcem postawnych willi, wyprowadzają tam swoje psy, koty a i sądząc po gabarytach niektórych pozostałości, także emu, impale, tudzież bawoły wietnamskie. Enyłej, stwierdziliśmy, że pozbieramy te wszystkie klocki i ułożymy w wielki napis: KOCHAM TO, albo: Ułóż ciąg dalszy. Ostatecznie pomysłem zastrzelił nas Dan, stwierdził, że powtykamy w te wszystkie kupki psie przysmaki, a potem będziemy tylko obserwować te wszystkie yorki, pudle i dalmatyńczyki. Myślę, że właściciele szybki nauczyliby się omijać tę okolicę. Ogólnie rzecz ujmując słowem dnia okazało się: kałożerca.
I tyle na dziś, w sobotę, jeśli będę żył to napiszę wam o wycieraczce Nergala. Na razie jestem jeszcze na lekkiej fazie składającej się równo ze zmęczenia, bólu i nerwów skołatanych katolicką asymilacją, strzyżeniem trawy nożyczkami oraz pierwszym spotkaniem rodzin, mojej i Szponiastej. Wystarczy tylko wspomnieć, że dziś tworzyłem pod koniec pracy erotyczny ciuszek z czarnej taśmy izolacyjnej dla Barbie o obciętych włosach, którą jakaś kochająca dziecina posłała w kosmos przez okno.

Asia - Rycerze wyginęli, zostały tylko smoki
Darek - Nie ma popytu nie ma podaży

*

sobota, 31 marca 2012

Szaman wszamany

- Twoje udka już nie schudną, one po
prostu mają taki kształt.
- Och, to nie ma sensu, zjem ciasteczko.

(My)

Wchodzę do kościołów jak do zadziwiających akwariów pełnych oddechów. Jestem na mszy. Potem zadaję pytania: czemu to, czemu tak, czemu w tym momencie. Jestem turystą we własnym kraju. Obcy w obcym kraju. Nadchodzi noc pierwszej spowiedzi i pierwszej komunii. Jak można streścić trzydzieści pięć lat czynienia zła i wolnego wyboru według własnego rozeznania. Każdy dzień był odkryciem, nie istniała żadna moralność poza moją własną. Teraz muszę nasunąć na siebie chrześcijaństwo niczym puchową kołdrę. Cieplej i bezpieczniej, ale mniej oddechu i swobody ruchu. Wiele czasu zajęło mi odkrycie, że każdy debil może być wolny. Wyzwanie to nałożyć na siebie ograniczenia i wytrwać w nich.
Nigdy nie byłem modny. Myślę też, że narastająca tępota, niezaradność w realnym świecie i lenistwo nowych pokoleń, może być właśnie związana z osłabnięciem wiary. To próby i ograniczenia wykuwają w nas siłę woli i determinację. To wiara w transcendencję, w coś większego od nas daje nam oparcie pośród wirującego pyłu, jaki nazywamy rzeczywistością.
Czuję się dziś jak starzec. Jestem bardzo, bardzo zmęczony. Pracowałem non stop dwa tygodnie, zrobiłem prywatnie, po nocach dwa remonty, a i w dzień nasz Il Duce nie oszczędzał nas za bardzo. Parę dni temu obudziłem się jak w horrorze, w pokrwawionej pościeli, a to po prostu w nocy popękały mi rany i odciski na rękach. Do tego jeszcze lekkie przygnębienie polityką finansową naszego szefa. Istnieją trzy etapy w wypłacaniu pensji: Motywacyjny, dostajesz tyle kasy, że jesteś z niej zadowolony, chce ci się pracować, starać i robić więcej niż się od ciebie wymaga. Drugi - gdy ciężko ci się chodzi do roboty, nie kosisz kokosów, ale pensja przynajmniej rekompensuje niewygodę. Ostatni to etap szacunku, a liczy się go od tyłu, pensja nie odzwierciedla w najmniejszym stopniu już wykonywanej pracy, a mimo to szef nakłada kolejne zobowiązania. Ja wiem, że jest kryzys, ciężko na rynku, ale szczerze mówiąc ja i większość ludzi firmy czujemy się nieszanowani. Ostatnio o mało nie doszło do otwartej rebelii, jedyne co uratowało Bossa, to to, że nie wypłacił ludziom kasy za odśnieżanie w tym samym momencie. Gdyby to zrobił i wszyscy wkurwiliby się równocześnie, wspierając nawzajem swoją złością, to dziś w firmie miałby dwie osoby.
W tym miesiącu ma być podwyżka. Obejrzę ją sobie, a potem zastanowię się co dalej.
Na razie pada śnieg.

Jesteśmy czującymi maszynami,
które przypadkiem myślą.

(Watts)

*

niedziela, 25 marca 2012

Pij mleko zostaniesz kaleką

Dziś wieczorem Lulu zaśpiewa,
zniszczy i umrze, a Luisa zatańczy,
spustoszy serca i utonie w dżinie

(Williams)

Szponiasta poszła ze swoją mamą do Careffura i kupiła chleb, wodę i wino.
Ja absorbuję wiosnę skórą. Mam przypieczoną jedną trzecią twarzy. Wśród krwawych ruchów tektonicznych zasklepiają mi się ostatnie ciecia w dziąsłach, po kolejnym remoncie paszczęki. Byliśmy na Johnie Carterze. Ludzie, którzy czytali "Księżniczkę Marsa" pozostaną niezaspokojeni, ci którzy nie czytali są zadowoleni, ale niczyjej duszy dzieło to raczej nie przenicuje. W każdym razie były starcia powietrznych flot, ostrza rozpryskujące posokę i księżniczki do uratowania, czyli wszystko czego trzeba wiecznie dorastającym chłopcom. Ostatnio dzwonił Seba i pytał o czym jest "Najczarniejsza godzina", wytłumaczyłem mu więc najprościej jak mogłem: Ludzkość nie płaciła rachunków za prąd więc windykatorzy z Procjona przylecieli z nakazem eksmisji.
Na zewnątrz jest przejrzyście. W dzień jaskrawe słońce toczy się po błękitnej emalii nieba, w nocy gwiazdy zstępują milionami na spokojne wody zatoki. Nagłe sztormy zmieniające błękit wody w kipiący granat i wichury zwijające bruki i nanoszące wydemki piasku na balkonach, na 17 piętrach wierzowców. Na 3żaglach kobieta miała na szybach zakładu kosmetycznego naklejki to wiatr i piasek podziurawiły je jak sito a miejscami zdarły jak wielka piaskarka. Kobiety oblekają się w metafizykę i odżywki do włosów, zakochuję się średnio trzy razy dziennie, a potem tłumaczę Pazurzastej jaka jest różnica między zakochaniem a kochaniem.
Znowu nie poszedłem do Cockneya. Z jednej strony bym chciał, ale z drugiej nie znalazłem tam ludzi którzy rzeczywiście by mnie obchodzili i przebywanie z którymi nie kosztowałoby mnie świadomego wysiłku.
W piątek odebraliśmy z Pazurzastą obrączki, zrobił nam je dziadek, ostatni partyzant handlu detalicznego, który ma maleńki zakładzik wciśnięty między galerie i salony Wrzeszcza. Jest tam tak wąsko, że człowiek ma wrażenie, że zaraz potrze ramionami o ściany. W każdym razie złote krążki już są, różnica wielkości jest spora, moja orbituje wokół jej, czyli w sumie wszystko jak trzeba.

-... tak? No to będę chodził na dziwki.
- Nie będziesz. We śnie podetnę ci ścięgna...

(My)

*

czwartek, 8 marca 2012

Zgorzkniała, w oparach dżinu staczała się przez dziesięciolecia

Gdybyśmy mieli wyskakiwać z
łóżek to spalibyśmy w tosterach

(Garfield)

Szóstego marca miałem jakiś taki dogłębny nastrój. Usiadłem więc nad moimi notesami i sprawdziłem co robiłem i myślałem wstecz rok po roku aż do 1996. Fascynująca lektura. Podążanie pod prąd ewolucji, ku rejonom prostszym i oświetlonych mniej przybrudzonym słońcem. To zadżebisty pomysł na książkę, "Moich 50 szóstych marca". Tylko przydałoby się przeżyć jeszcze te parę lat. Tymczasem znowu śnił mi się koniec świata. Tym razem nie była to jakaś sytuacja z jego cieniem w tle. Tym razem byłem z sobą aż do samego końca. Mogłem obserwować ostateczną gonitwę myśli, gdy próbujesz pomyśleć wszystko czego nie pomyślałeś, nim przestaniesz, a potem nagłe zapadnięcie ciemności. Tym razem przyjąłem to wszystko ze spokojem.
Dziś uziemiło mnie z lekka w domu, musiałem porzucić Dana zmagającego się z piętrami i całą utęsknioną społeczność 3żagli, która chciałaby powiedzieć mi "dzień dobry". Po południu muszę za to zmierzyć się z dentystą, mam cichą nadzieję, że do tego czasu będę chodzić. Dziś mamy też iść ze Szponiastą na polowanie na rajstopy, najbardziej goździkowe z komunistycznych świąt w końcu zobowiązuje.
Opowiadałem wam już, że Lenn uczyniła drugie podejście do wynajęcia wymarzonego mieszkania? Uczyniła. Miało być na Zasspie, dwupokojowe, z tym, że jeden pokój zamknięty na głucho i nie wolno go było pod żadnym pozorem otwierać. Znając Lenn jestem prawie pewien, że za tymi drzwiami kryło się coś potwornego, co nocami wychodzi na żer i wracając do siebie gubi niefrasobliwie okrwawione paznokcie i pokruszone trzonowce. Chociaż co ja tam wiem, może trzymali tam pobierającą ciągle rentę, zmumifikowaną babcię, ewentualnie dzieci w beczkach. W każdym razie sprawa i tak rozbiła się o kota. Pewnie martwili się, że cokolwiek egzystuje za drzwiami mogłoby nie zdzierżyć tuptającego tuż obok, włochatego, kalorycznego przysmaku.
Coś jeszcze? A, będę świadkiem na procesie. Tamara i Marko vs pięciu skinheadów. Tamara pochodzi z kazachstańskich Polaków i jest apetycznie śniada i czarnowłosa, a Marko, który się zwykle za nią snuje w nadziei na darmowe żarcie jest jakąś emo hybrydą hipisa z punkowcem. Trudno się więc dziwić, że ściągnął na siebie uwagę miejscowego "kułka gejowskiego" jak untermenszów nazywamy w Brzeźnie. Marko to tykowaty chuderlak, szybko więc zniknął pod butami, natomiast Tamara jako płeć słaba została tymczasem zignorowana, co okazało się błędem, ponieważ wyciągnęła z tylnej kieszeni nóż do tapet i urządziła niedorobionym pokaz wyższości rasowej oraz ogólnie wyraziła swoją dezaprobatę dla ich stylu ubierania się i szeroko pojętego światopoglądu, co z boku wyglądało nieco jak atak miksera na pięć niewinnych kalarepek. Gdy kolesie sadzili susami w kierunku wydm jednemu zdaje się powiewał na wietrze płat czoła. I wiecie co, ci bohaterowie poszli do sądu. Już nie mogę się doczekać miny sędziego jak zobaczy pięciu dwumetrowych, łysych byków skarżących się, że napadła ich śniada panienka metr pięćdziesiąt i dziecko kwiat, o aparycji uschniętego słonecznika.

SU - 76
Połączenie czołgu lekkiego T-70 z armatą
przeciwpancerną ZiS-3. Powstał szybki i
zwrotny, choć niewygodny dla załogi, ni-
szczyciel czołgów. W połowie 1945 r. prze-
mianowano go z niszczyciela czołgów na
działo samobieżne wsparcia piechoty.
Wyprodukowano 12,5 tyś. sztuk. Załogi
nazywały je Bladź.

(Encyklopedia czołgów i pojazdów bojowych)

*

piątek, 2 marca 2012

Czekolada nie zadaje pytań. Czekolada rozumie

- Hm
- Co tam?
- Zastanawiam się czemu dziś jesteś
taka przylegliwa?
- Martwi cię to?
- Nie, po prostu zastanawia mnie jaki
to okres okresu.
- A co, nie podoba się? To sobie
pójdę! Aaaale za chwilę...

(My)

No dobra, dobra już jestem. Musiałem na koniec zimy skoczyć jeszcze do piekła, a potem to odchorować. Przez 6 tygodni miałem dwa dni wolnego. Wstawałem przed świtem i gubiłem jelita od morza po najdalsze krańce GórnegoTarasu, a gdy śniegi stopniały, a lody spłynęły wysłano nas z maszynami pod powierzchnię gruntu, gdzie pchając ryk i wibrację przez ciemność, i rzygając kurzem spędziliśmy kolejny tydzień. Uwielbiam to, szczególnie po zimie, gdy odkładający się przez dwa miechy drobny pył zastyga w osadową skałę z inkluzjami szkieł i kawałków metalu. Jeszcze przez trzy dni płakałem niczym szatan nad upadkiem Małego Korsykanina czarnymi łzami i musiałem pilnować się, gdzie kicham by nie przerobić komuś ściany, albo ciuchów w dalmatyńczyka.
Ale nic to. Nadeszło słońce. Przybyły wiosenne wiatry. Wjeżdżam na szczyt, pod samo niebo, by popatrzeć z góry na krzywiznę Ziemi. Krzywizna jest ciemnogranatowa, upstrzona białymi plamami kipiącej furii. Morze Smutków o tej porze roku ma niesamowity, głęboki kolor elfich łez. Wiem, zrobiło się ździebko mangowo. Niemniej, żadnych siedzących na gzymsach aniołów o wielkich oczach, błyszczących niczym grzyby i ćmiącym pogniecione papierosy nie zauważono. Żadnych błękitnych smużek dymu, ani wirujących piór, wprost z mokrych snów Mamoru Oshi. Tylko kilka zapomnianych, poskręcanych niczym ofiary bomby neutronowej, jesiennych liści i roziskrzona linia Hellu na horyzoncie. Tam gdzie śpią kostropate cielska bunkrów, a milion pokrytych kołderką wydmowego piasku pocisków śni o tarciu.
Wiecie, że niecałe dwa metry pod falami, tuż obok półwyspu spoczywa pogrzebane całe, średniowieczne miasto? Mieszkali tam piraci blokujący zatokę. Był tam między innymi pierwszy na ziemiach polskich zegar wieżowy. Teraz pozostała siatka ulic, fundamenty i poprzewracane przez sztormy nagrobki.
Wielkie zmęczenie przyniosło wielką obojętność. Wyjałowiło z celów i pragnień. Kompletny brak, złości czy podniecenia. Wjeżdżałem tylko pod koniec roboty na górę i patrzyłem w dół w symulacji Boga. To niesamowite jakie dźwięki wydaje tak ogromny budynek omiatany wiatrem o prędkości 130 km/h. Jęczy, szumi, wyje, stęka, zgrzyta, szepcze. Człowiek czuje się w nim jak ostatni ocalały na tonącym U - boocie.
Byliśmy już załatwiać obrączki. W maleńkim warsztacie wciśniętym między przeszłość, przyszłość a Galerię Bałtycką. Ostatecznie zrezygnowałem z wypisanej po wewnętrznej stronie w języku mordoru: Jeden by wszystkie zjednoczyć i w ciemności związać. Mogłoby to być, jak zasugerował Dan, zrobione farbą czułą na ciepło. Tymczasem w mojej obrączce będzie wyryte: Pazurek, a w Pazurkowatej: Misiu, ale o tym cicho sza...

- Coś ty zrobił z włosami?
- Co takiego?
- Wyglądasz jak Kame Hame Aaa!
- Uuu, super. Będę tak chodził.
- Ale chyba nie tam gdzie ja?

(My)

*

piątek, 17 lutego 2012

101 potraw z Magdy Gesler

Szef - Pod koniec tygodnia będzie jeszcze
sypał śnieg, ale to już koniec. Zawsze na
zmianę pogody napieprza mnie noga, a
teraz boli jak cholera.
Ja - Cieszy mnie twój ból.

Na pół roku przed ślubem odkryłem w łazience nieznany mi krem... Argh! Cicha inwazja już się rozpoczęła! Kobiety tak mają, wpływają jedwabistą osmozą w życie faceta, wypełniają półki i szafy, i ani się koleś obejrzy a już przymierza jej bielizną...khm, tego. Zmieniając temat Ciapek sprzedał swoje mordercze Tico, z którego upływ płynu hamulcowego tamowano wkręcając w przewód śrubę oraz wzbogacając je w szereg tanich, ale jakże odkrywczych ulepszeń. Kupił je za 5 stów sprzedał za 4. Sprzedał je dwumetrowemu, łysemu sprzedawcy pizzy z Oruni... Powiedziałem mu że jeżeli kiedykolwiek nocą, w ciemnym zaułku poczuje zapach pizzy TO NIECH SPIERDALA!!!
Wylądowałem ostatnio w mieszkaniu Kapsuła, kulturalnie: Piwko, chłopaki rżną w domino na pieniądze. Tradycyjnie, aby umilić nam czas Kapsuł odpalił na kompie jedną z komercyjnych stron, które tak lubimy: Wyuzdane panny młode czy coś. Jakie było nasze zdziwienie, gdy pod ociekającymi welonami zdjęciami otworzyło się nagle okienko czatu i po angielsku zaczęło się do nas mizdrzyć: Jesteś z miasta amberu? Ile masz lat? chcesz wylizać ogoloną cipkę? To Gada! Wpadliśmy w lekką panikę, w końcu to coś jakby przy gotowaniu przemówiła do ciebie kuchenka, rzucając od niechcenia "Gorący dzień mamy dzisiaj". Po chwili czat się zirytował: Ej! Mówię do ciebie dupku! Ja tu pracuję... Dalej nastąpiły coraz barwniejsze przekleństwa. Odłączyliśmy się zanim doszła do grubszego kalibru. Już nigdy tam nie zajrzymy.
Dopadł nas terror komunikacji społecznej, już wkrótce idąc do kibelka z laptopem będziecie zaklejać kamerkę, bo nigdy nie będziecie mieli pewności czy po otwarciu jakiejś strony nie pojawi się chichocząca laska, pokazująca dwoma palcami coś długości karaska. No, chyba że to taka sprytna akcja kręgów katolickich, w celu przepełnienia strachem serc grzeszników.
Dobra koniec wakacji, boss dzwonił, że śnieg przestał padać, ruszam więc na wojnę.

Radio:
Kobiety nie mówią tylko o jednej
rzeczy... (Pełna napięcia cisza) o
nietrzymaniu moczu. - Niepotrzebnie!
My z Danem chórem - Potrzebnie!

*