piątek, 31 sierpnia 2007

Bóg, Honor, Kaczyński


Niech ludzie poczują wagę tego kim
jesteś, i pozwól im sobie z tym poradzić

(Elredge)

No i Sąd Najwyższy Najjaśniejszej uświadomił mi nagle, że prowadząc bloga jestem redaktorem naczelnym, mam święty obowiązek mój periodyk zarejestrować i uiścić odpowiednią opłatę w którymś z urzędów naszego grabieżczego państwa, a co najwspanialsze, ponoszę odpowiedzialność karną za treść bloga, by w razie gdyby gestapowcom Gebelsika- Dżonego Zioberko coś się nie spodobało, można było mnie posadzić.
Przyznaję, że przez moment zastanawiałem się nawet, czy nie wprowadzić tu lekkiej cenzury, ale doszedłem do wniosku, że po tym, co dotychczas napisałem o tych prawicowych skurwysynach i tak już jest za późno i jakby co to i tak postawią mnie pod murem.
Jak znam siebie, to na moment przed komendą „ognia!” krzyknąłbym: niech żyje wolna miłość!, czy coś równie odkrywczego.
Z drugiej strony, jak to fajnie brzmieć będzie w CV – Redaktor Naczelny, Dysydent a może nawet Internowany.
A tymczasem zgodnie z przewidywaniami, niepowtarzalny rząd nazistowskich nieudaczników z naszym cudownym premierem (który niech żyje) na czele, na każdy problem, którego nie potrafi rozwiązać, a nie potrafi żadnego, reaguje siłą. Już nie mogę się doczekać, aż zaśnieżą ekrany i z telewizora spojrzy na mnie posępnie świński pysk Jarka i tym swoim namiętnym, nosowym głosem powie: Są granice, których przekroczyć nie wolno... a zza okien dojdzie drapanie gąsienic po bruku.
A tak poza tym to Pazurkowatej strzeliła dwudziestka. Wczoraj była impreza w herbaciarni, po której obładowany niczym wielbłąd niosłem jej do domu siaty prezentów. Dzisiaj moja Lejdi wpadnie na drugą część imprezy do mnie, gdzie dostanie też ode mnie prezent nr 2: różowe, miękkie kapucie pokryte gęsto małymi różowymi dredami... Całość wygląda jak zły sen predatora transwestyty.

„sztuka jest jak anarchia”

(Kasi Nosowskiej)

sztuka jest jak sex, i ażeby stać się artystą
należy zejść na pobocze nierządu

(Adam Majewski)

*

wtorek, 28 sierpnia 2007

Argh! Ściga mnie Camarro szatana!!!


Ziemia obraca się z tak ogromną prędkością, że gdybyśmy zmaterializowali się zupełnie nieruchomi, tuż nad jej powierzchnią, uderzenie powietrza rozbiłoby nas w krwawą mgłę.
Przy rozbieraniu starych, blaszanych ścian , odskakujący odprysk trafił mnie w zawias od szczęki, tuż za językiem , w chwili gdy krzyknąłem. Gdy go wyciągałem, myślałem o tym, że jeszcze parę centów i wbiłby się w gardło. Blaszany smyczek generujący ciszę na głosowych strunach.
Nie wiem czemu, ale strasznie nas to wtedy bawiło. Ja wyciągałem pordzewiałe ostrza z ręki, którą się zasłoniłem a seba kokietował nas kolejnym wbitym płytko w powiekę. Może to przez pogodę. Jest piękna, ostra i niesie pierwsze echa jesiennego szaleństwa.
Ostatnio niczym nie potrafię się zmartwić, i naprawdę nie wiem czy jest się z czego cieszyć.

*

wtorek, 21 sierpnia 2007

Życie jest snem, w wietrze brzmią słowa


Upał. Chodnikiem wędruje grupa ubranych na czarno metali, z naprzeciwka nadchodzi grupa czarno ubranych zakonnic. Obie grupy zajmują całą szerokość chodnika. Idą aż nadchodzi nieunikniony moment, gdy dochodzą do siebie i stają naprzeciwko.
Chwila ciężkiej ciszy. Nagle kudłacz w koszulce Sepkultury rzuca "gorąco nie?". Zaczyna się rozmowa, przesuwam się obok przez rozżarzone powietrze, słuchając mimochodem prowadzonej ze znawstwem przez obie strony rozmowy o uroku noszenia latem czarnych ubrań.
Zerwałem sobie bok odlepiając od podłogi pralkę.
Byliśmy w Poznaniu. Bez planu, bez wiedzy. Krążyliśmy ulicami, patrząc i chłonąc. Nie mając pojęcia, na co patrzymy. Nie znając nazw. Niemal cielista w dotyku czekolada z filiżanki w Republice Róż, zapiekanka rzeźnicka, mięsista konsystencja przelewającej się pod mostami rzeki. Niepojęta różnorodność tramwajów. Przedtem monstrualne spóźnienie pociągu odebrało nam ekscytujący zapewne widok na trykające się koziołki. Na rynku turyści i dziwne ławki. Na ulicach czarne cheerleaderki wręczające ulotki. Zmęczenie i niedospanie. Północ dogoniona w Mieście. Gdy o świcie z niego wyruszałem, wraz ze świtem, z trzech stron przybiegły do mnie trzy koty. Popatrzyły na mnie wyczekująco i dalej pobiegły razem. Po nich przyszedł narąbany trójkącik. Laska balansowała na wysokich obcasach, ubrana była jak japońska lolitka, ale skórę miała śniadą a proporcje zgoła nie japońskie. Spytali o otwarty sklep z klinem.
Dziś znalazłem na śmietniku stertę książek o dalekich miastach. Za 1,5 h idę z dziewczynami na Transformers, potem poczytam o miejscu Moskwy w historii.

*

czwartek, 16 sierpnia 2007

Tańcząc w ciemnościach


-Kochanie, chodź spłodzimy Antychrysta
-Dobrze, po ślubie

(My)

Kloszard zatrzymany w pół drogi skądś dokądś. Obok porzucone torby pełne życiowego dorobku. Oberwany dziadek trzymający kurczowo długopis i wystawiwszy język w skupieniu piszący coś na nisko wiszącym bilboardzie potępiającym torby jednorazowe.
Na drugi dzień znów szedłem tamtędy i z ciekawości podszedłem poczytać. Cały wielometrowy plakat, od góry do dołu pokryty był pismem. Bełkot, sentencje, kawałki reklam, przerwane myśli. Całość nie do ogarnięcia...
Kiedyś czytałem opowieść o „sercu zachodu” i tam był stary ślepiec, który tuszem malował proroctwo na ścianie, obraz wielkiej bitwy. Od rana do nocy dodawał kolejne szczegóły. A gdy w końcu ludzie zrozumieli, że to prawdziwe proroctwo i przybiegli je poznać, ściana okazała się już jednolicie czarna. Kolejne szczegóły zaciemniły obraz.
Niedawno, gdy wracałem przez Wrzeszcz, zgasło światło. Miasto zmieniło się w linie konturów na tle nieba, budynki stały się kształtami brył odciśniętymi w powietrzu. Reflektory przejeżdżającychc samochodów rzucały przerażające ruchome cienie drzew i słupów, tańczące i przenikające się, spazmatycznie niczym pełgający płomień gasnącej świecy, aż po sam skraj ataku apopleksji.
Rowerzyści krzyczeli z daleka. Okna nieśmiało rozświetliły płomyki świec i lamp naftowych. Na ulice i do parków wylała się młodzież. Całowano się w ciemnościach na ławkach i mówiono o wojnie światów.

*

wtorek, 14 sierpnia 2007

Kwadratowa piosenka


moim sąsiadem jest anioł
on strzeże ludzkich snów
dlatego wraca późno do domu
na schodach słyszę dyskretne kroki
i szelest
zwijanych skrzydeł
on rano staje w moich drzwiach
otwartych na oścież
i mówi:
twoje okno znowu
świeciło długo
w noc

(Poświatowska)

Wczoraj, nie bacząc na dziki, kleszcze, powalone drzewa i inne przeszkody terenowe znosiliśmy z Niedźwiednika szafkę. Szafka była rozłożona, a nas wędrowało zgrabnym sznureczkiem łącznie 5 sztuk, stanowiliśmy więc dość widowiskową kawalkadę. Potem gdy przy wizgu narzędzi drewniany transformers obrał docelową formę i zasiedlił podstępnie róg kuchni Marzanów, cała kompania , od czasu do czasu pastwiąc się nad kotem zasiadła do stołu, na którym wzruszająco szkliła się flaszka Absolwenta, przeciągały leniwie kiszone ogórki i czaiło posępnie ciasto, do którego z braku mleka, Lenn użyła maślanki. Leżało tak sobie na środku stołu i wyglądało jakby miało złe przeczucia.
Gdy rodzina Lenn ewakuowała się a ja pozostałem sam na sam z wielką nadzieją młodej , polskiej literatury, postanowiliśmy kontynuować imprezę we własnym zakresie mordując brutalnie kolejną połówkę Absolwenta i dobijając jakąś przypadkową Luksusową. Marzan z pijacką emfazą odczytał mi swoje nowe wiersze, ten o jego bagiennej tułaczce w dzikich i niebezpiecznych okolicach łeby i drugi, który można by nazwać: „Być jak Jack Sparrow...” . Toczyliśmy najprawdziwsze męskie rozmowy, aż przybyła Lennonka a Marzan udał się w długą i niebezpieczną drogę, przez rozkopane torowiska Wrzeszcza, do sklepu Aga 2, celem zakupu kolejnego litra paliwa do naszych rozgrzewających się reaktorów.
Potem był ser wędzony, oliwki które obgryzało się z pestek, wiersze Mickiewicza i Broniewskiego, mówione razem, przez tego co czytał i tych którzy znali je z pamięci. Muzyka zamilkła a my dalej mówiliśmy sobie wiersze aż nadeszła godzina 1 i Marzan padł na posterunku epatując swoim umięśnionym torsem humanisty.
Droga powrotna była cudowna. Miasto wokół cichło, świetlista zwykle laguna Zaspy spała przykryta mrocznym całunem poniedziałkowej nocy. Kroki plątały mi się rozkosznie gdy wędrowałem środkiem, tłocznych zwykle ulic, (bo chodniki okazały się zbyt wąskie, a chaszcze po obydwu ich stronach niezwykle cierniste a przy tym zajadłe). Odlałem się na środku skrzyżowania, z nieznanych mi przyczyn uwielbiam to, to taki mój mały socjopatyczy fetysz.
Zasnąłem nim głowa dotknęła poduszki, a spałem jak aniołek.
Między momenten otwarcia oczy a chwilą gdy zadziałało 5 Ibupromów przeżyłem naprawdę straszne chwile. Leżąc w przeróżnych miejscach i pozycjach przeczekałem ze trzy godziny zanim moje ciało zaczęło przejawiać chęć współpracy. Gdy ból zmalał nadszedł głód i wpieprzam właśnie, niczym Kokosz, czwarte danie drugiego śniadania.
Taaak, zaczynamy kolejny piękny dzień. Ciapek opowiadał wczoraj niestworzone historie o kolejowej knajpie Trol, gdzieś w Oliwie, wymieniliśmy wczoraj profesjonalne komentarze na ten temat z Marzanem i w sumie czujemy się wstępnie zachęceni. Muszę dokupić Ibupromu...

*

sobota, 11 sierpnia 2007

Nie odlatuj moja piękna


Jestem kotem idącym po lince
rozpiętej pomiędzy dachami
budynków, wysoko, wysoko
ponad brukiem. Księżyc srebrzy
mi końcówki wąsów, a ja chcę
i nie chcę równocześnie dojść
do celu. Może dlatego że nie
wiem, co tam znajdę? Najpierw
trzeba uciszyć wiatr. Ponad
przepaścią to trudne nawet
dla kota

(Tau)

Dawno, dawno temu, na początku lat dziewięćdziesiątych, gdy komunizm przenikał się nierealnie z kapitalizmem i właściwie nie wiedziało się w jakim świecie się jest, ale wszystko wydawało się niesamowite, mój Wujcio(już nie)szefuńcio postanowił wziąć swój los we własne ręce i założył firmę. Codziennie o świcie jechał z Mławy pod Warszawę i tam ładował pełną pakę francuskiego pieczywa, które w tamtych czasach czerstwych bułek i kolejek do piekarni, było niezwykłą nowością o posmaku luksusu. Stawał potem na rynkach okolicznych miasteczek i sprzedawał towar z paki wprost z buchających zapachem i ciepłem worków. Siadywałem czasem obok niego na pace, żując leniwie kręciołka z rodzynkami albo wysysając czekoladę z rogalików i patrzyłem na Działdowo, Iławę czy inną Lubawę.
Utrwalone w sepii obrazy życia i ruchu, wspomnienie smaku gumy Lazer.
Wujcio miał starego, zdezelowanego żuka, którym woził towar i którego ciągle naprawiał w czasie wolnym od pracy. Leżeli pod nim we dwóch, razem z jakimś typem, któremu razem z rakiem wycieli pół gardła, i który miał głos, który wpędziłby w kompleksy Lorda Vadera.
Bywało, że zostawał jakiś towar, pamiętam stojące w korytarzu domu babci worki pełne smakołyków, które podbieraliśmy wiecznie z kuzynostwem. Wróciłem z tych wakacji grubszy niż kiedykolwiek przedtem.
W herbaciarni pojawili się niespodziewanie Timetraveler i Tim. Time jest w prostej linii potomkinią i dziedziczką Tych Czartoryskich, w swoim czasie znaliśmy się z Gratki, później wsiąkła gdzieś w Holandii, podobno w jakiejś sekcie. Pisała później w sieci o ukochanym guru na stronach z różowym tłem i w sumie nie spodziewałem się jej już zobaczyć. Tim to człowiek odwiecznie łysiejący, pierwsze pokolenie Gratki, widziany przeze mnie ostatnio w sklepie ze śrubkami.
Obecnie to bardzo starzy, zgorzkniali i cyniczni ludzie. Pamiętam ich młodych i pełnych energii, teraz zobaczyłem dwa dymiące wraki. Dziwny widok rozpaczliwego cynizmu i nieporadnej ironii. Też taki byłem przez czas jakiś, ale szybko wyrosłem, dlatego też było mi naprawdę trudno traktować ich inaczej jak zwykłych gówniarzy. Mam szczerą nadzieję, że nic z tego ze mnie nie wyciekło.
Jesteśmy zbudowani optymalnie, do działania i radości. Nieszczęście i ból zabijają nas. Istniejemy po to by doskonalić siebie, jako jednostki i jako gatunek. Ktoś kto celowo siebie niszczy jest dla mnie gówniarzem, który nie dorósł jeszcze do tego by nazywać siebie człowiekiem. Prawdziwi ludzie starają się pojąć otaczającą ich rzeczywistość i kreować ją. Zwierzęta jej podlegają. Na człowieczeństwo trzeba sobie zapracować.

*

czwartek, 9 sierpnia 2007

Bujam się, bujam


....a co by to było gdyby tak
Kiszczak biegał baz tej ko-
szulki po lesie w okresie
łowieckim?

(Krzysiek)

Jakiś czas temu wyprowadził się od nas lokator, który na co dzień pracuje jako strażnik miejski. Zostawił po sobie trochę gratów w tym książki. Osobiście sądzę, że dobór tytułów jest nieco osobliwy, a nawet bym rzekł niepokojący. „Faszyzm”, „Diabeł”, „Alternatywa satanizmu”, „100 słodkich deserów”, wolę nie wnikać, kto nam „służy” i nas „chroni”...
Mój Wujcio(już nie)szefuńcio remontuje nam klatkę. Facet jest typem szefa znanym bliżej pracownikom jako: „opierdalający pierdoła”, jego firma notuje więc dużą rotację pracowników. Teraz też po tym jak wypłacił gościom kasę w weekend, nikt się już nie pojawił i Wujcio ratuje się podnajmując mnie. Dziś szlifowałem Cekol wtajemniczeni wiedzą, że zajęcie to powoduje powstawanie hałd drobnego, białego pyłu, który wchodzi dosłownie wszędzie. Dziś też babka otwiera drzwi i w krzyk. Nie poznała mnie, bo pył oblepił każdy najdrobniejszy włos i wyglądałem jak morderczy Mikołaj tudzież Siergiej Syberyjczyk.
Z nowości można też odnotować powrót Seby z rejsu. Wrócił z niego bez dwóch palców i z tryplem. Jak już wyśledzimy gdzie się przed nami ukrywa to zapewne opowiem wam jakąś mrożącą krew w żyłach historię.


*