wtorek, 30 stycznia 2007

Łza dla cieniów minionych


- Jesteś potworem?
- Nie
- Wszystkie potwory
tak mówią.

(Gaiman)

Jest już ciemno. Kucam na poszarpanym fundamencie. Betonowy prostokąt wycięty pośród wysokiej trawy i lepkiego błota. Śnieg stopniał, ale w powietrzu znów czuć jego zapach. Ćmię papierosa i na końcu kija wyciągam z mokrej ziemi archaiczną szyjkę od pękatej butelki Piwa Gdańskiego.
Z tymi papierosami to śmieszna rzecz. Gdy zapaliłem pierwszego nic nie poczułem. Moja matka pali tyle, że w sumie jestem palaczem od urodzenia. Nie robi mi to koło pióra, nie sprawia też specjalnej przyjemności. Czasem jednak, dwa, trzy razy w roku zapalam papierosa i wciągam dym. Myślę wtedy specyficznie.
Czasem też rzucam granatem.
W tle szumi morze. W górze zbierają się podniebne floty by zbombardować miasto milionami białych, nietrwałych ulotek. 10 miliardów imion Boga topiących się szybciej niż jesteś w stanie przeczytać. Bawią mnie ludzie twierdzący, że nie ma Boga bo nie ma po nim żadnych śladów. Przecież to jest właśnie Wolna Wola. Mogą wierzyć lub nie to zależy od nich, do Boga należy wyciąganie konsekwencji. Gdybym był wszechmocny i wszechwiedzący i postanowił usunąć po sobie wszelkie ślady, to nie wyobrażam sobie by mogło po mnie pozostać cokolwiek. Jeśliby było trzeba zmieniłbym parę praw fizyki albo przedział postrzegania ludzkich zmysłów. W końcu przedmioty znajdowane w pokładach węgla, a datowane przed potopem mają strukturę wskazującą na inny skład atmosfery...
Tymczasem dotykam zmarzniętego betonu, stała tu kiedyś knajpa, w której wyłudzaliśmy od pijaczków forsę, frytki czy zapałki, by rozpalić gdzieś „ognicho”. Paliliśmy wtedy ogień dla samego faktu spalania, robienia czegoś zakazanego. Rzucam szkłem w ciemność, zaciągam się dymem, mam dziś ochotę na jakąś brudną bajkę.
Stare, brudne bajki roją się od martwych bohaterów. Którzy lęgną się na ich martwej strukturze jak larwy. Studenci na zakręcie, wyskoczyli zza jednego pociągu by wpaść pod drugi, Sue Kwiat paproci, wyniesiona przez zimne fale i rozpoznana dzięki zalaminowanym dokumentom. Szery która przespała się z Mixerem, bo myślała, że to Trol, Wolf wrzucający do przedziału gaz łzawiący. Rak trzymany za nogi, gdy srał z okna pociągu i krzyczący: Jeszcze chwila, widzę stację...
Dawno, dawno temu była sobie czarna Natalia, o czarnych włosach, migdałowych oczach i wschodzie we krwi. Ubierała się w jednoczęściową, długą, rozkosznie przylegającą do ciała suknię, odsłaniającą plecy, a na plecach miała wytatuowane dwa skrzydła. Gdy poruszała łopatkami zdawały się poruszać.
Kiedyś doprowadziłem ją na swoje kolana i utknąłem. Lubię sobie powtarzać, że byłem wtedy „Za Porządny”, ale prawda jest taka, że byłem wtedy martwy i święcie wierzący: Że już nigdy więcej.
Żyłem odruchami.
I kiedyś, gdy kluczyliśmy pośród morenowych wzgórz, Jaśkowej Doliny, usiłując zgubić pościg, spośród zielonych liści wyskoczyła Natalia z rozwianym włosem, w pancernych rękawicach i z wielkim, tępym, dwuręcznym mieczem w rękach. Nikt nas już potem nie gonił.

Ona sama jest nawiedzonym domem,
nie włada sobą. Czasem przybywają
przodkowie i wyglądają na świat po-
przez okna jej oczu. To bardzo
przerażające.

(Angela Carter. The Lady of the house of love)

*

sobota, 27 stycznia 2007

Papierowy kierowco


Mam w sobie ogień
Lecz nie wiem jak nim ogrzać lód
I morze wspomnień
Czy ugaszę nim pragnienie ust

(Jakis zapomniany zespół)

Mój pierwszy w życiu wieczorek poetycki odbył się w budynku Poczty Polskiej. Było minus szesnaście. Kafelkowaliśmy wtedy laboratoria uniwerku, w których obecnie pracuje Tau. Budynek był surowy, od wiatru oddzielała nas folia. Wrzątek pokrywał się warstewką lodu nim doniosło się go na 4 piętro. Ręce pokrywały się plamami i bezboleśnie odpadały paznokcie.
Jak to bywa w naprawdę zimne dni, niebo było bezchmurne, a Miasto przykrywała rozgwieżdżona kopuła nieba. Stałem czekając na Goszką na Długiej. Patrzyłem w bezdenne niebo, otoczony obłokiem pary i myślałem jak nierzeczywiście wygląda nagie ciało Neptuna w ten lodowaty wieczór. Zawsze myślałem, że tak będzie gdy juz się skończymy: Czysto, lodowato i gwieździście.
Potem wędrowałem "pod rekę" zaukami. Ciepłe smugi świateł z okien, zapachy obiadów i przytłumiona muzyka spoza butelkowego szkła. Goszka zawsze była moim negatywem, a może odwrotnie. Nic się w "Nas" nie zgadzało, tam gdzie jedno było piękne drugie było potworne.
Potem zakurzony wieczór. Słowa czytane chropowatym głosem Wizji, siostry Goszkiej. Patrzyłem z zazdrością jak Romeo przytula Wizję, z pozoru bardzo męską bohaterkę rzeczywistości i uspokaja ją, dając jej dotyk i pewność obecności. Ojciec Goszkiej i Wizji poszedł na dno z "Kudową Zdrój" na Śródziemnym. Gdy tak słuchałem tych wierszy o papierowych samochodach, roztoczach i chodnikowych prorokach czułem, że Wizja nigdy mu tego nie wybaczyła.
Po raz pierwszy słuchałem wtedy wierszy. Po raz pierwszy oglądałem ludzi, którzy przychodzą ich słuchać. Wokół w przyćmionym świetle spoczywały w szklanych gablotach, stare karabiny, zmurszałe strzępy mundurów i zaśniedziałe drobiazgi wydobyte z masowej mogiły na Zaspie.
Pamiętam jak w dzieciństwie nie raz i nie dwa zdarzało się tam w białym piasku znaleźć rzuchwę czy pordzewiałą kopertę od zegarka.
Pamiętam też, że wracając z tego wieczorku, wszedłem na moją ulicę przykrytą czarnym niebem i pod tymi wszystkimi gwiazdami poczułem sie sam. Tak strasznie sam, jak Bóg.

Pieśń przed bitwą
Doktryna piekieł
Sziwa oplatajacy pole
Tysiącem złotych palców
Dziesięć milionów krwawiących
Ciał tańczy
Pod dłonią lalkarza

*

czwartek, 25 stycznia 2007

Emocjonalia


Ja - A ja to lubię wysokie, mroczne,
długonogie, z włosami do pasa...
Seba - Ty, ale przecież Szponiasta to
niska blondynka.
Ja - Dowód na to że miłość jest ślepa.

Babka ma w mieszkaniu drzwi bezpośrednio z sypialni do rodzinnej kwatery lokatorskiej. To pozwala jej, jak to mówi, trzymać rękę na pulsie, znaczy się grzebać pod nieobecność lokatorów w ich rzeczach i wyżerać im słodycze. W każdym razie ostatnio nastąpiła rzecz strrraszna, mianowicie: Lokatorka Gotowała Kapustę...
W efekcie widzimy podwójne drzwi otwarte, a w nich spowijanego w nielepiące się,samoprzylepne uszczelki Kiszczaka. A po obydwu stronach, każda na swoim terytorium dwie kobity podające dwie taśmy klejące. Po co o tym piszę? chodzi mi o wrażenie, że każdą nogą stałem w innym świecie. Babskie mieszkania to osobne rzeczywistości, każda z osobnym zestawem praw fizycznych, kontinum i potencjałem prawdopodobieństwa. Stojąc tam czułem jak napierają na mnie z obydwu stron kolorami, wystrojem, zapachami. Z obydwu stron stały też dwie kobity, obie z rękami założonymi na piersiach i mierzące się czujnym wzrokiem. A ja w środku, pomiędzy światami, w pewnym rodzaju próżni. Czułem ja te dwie rzeczywistości ścierają się i napierają na siebie wzajemnie.
Opowiadałem niedawno Siostrom jak wracając kiedyś z wykładów z Torunia trafiłem do kumpla który miał odstawić do aeroklubu pod Miastem awionetkę. W pewnym momencie oddał mi na parenaście sekund stery (TU radosny chichot dziewczyn). Przyznaję, dłużej trzymać nie chciałem. To było mniej więcej takie uczucie jakie mają zazwyczaj faceci, gdy ktoś im niespodziewanie włoży do rąk maleńkie niemowlę. Strach oddychać.
Skończyłem czytać "Piołun i miód" Białołęckiej. Skończyłem też "Wilcze gniazda" Galiny i "Saturn" Bovy, ale tamte nie zrobiły na mnie takiego wrażenia. Lubię książki które się kończą a ty zawisasz w pustce za okładką chcąc czytać dalej. Co prawda Zwierzu twierdzi, że autorka dopiero teraz, w trzecim tomie, zaczyna wyczuwać własny świat, ale ja się z nim nie zgadzam. Mi się tam podobało od początku... Zaznaczył Kiszczak. Tym bardziej, że zawsze istniała możliwość, że rozsierdzona autorka odnajdzie go w herbaciarni i utopi w herbacie "romantyczny wieczór" tudzież zatłucze tępym ciastkiem imbirowym.

*

sobota, 20 stycznia 2007

Wiatr przez pustynię niesie falę śpiewu...


Traktuj ludzi lepiej niż na to
zasługują. Zrobią wszystko by
sprostać swojemu, nowemu wize-
runkowi.

Odwiedziliśmy w szpitalu naszego bezpalcego kolegę. Obsiedliśmy go niczym sępy i zaczeliśmy snuć lużną rozmowę o ożywczych podmuchach północnej bryzy, niskich rentach oraz o tym, że koleś tak lubił grać na fliperach. Nasza ofiara nie dała sie jednak zbić z tropu i spod mrocznej piżamki w jerzyki wyjęła zamontowaną na łańcuszku, spreparowaną kostkę z własngo palca środkowego. Znaczy się kazał nam się fakać w dość makabryczny sposób. Obiecał nam, że pozostałe kostki znajdziemy kiedyś w zupie.
Z kolei gdy pojawiłem się u Tau, ta puściła mi nizłą krótkometrażówkę. Film opowiadał o grupie młodych ludzi spędzających życie na pracy w markecie, oraz o wpływie tejże na psychikę. Gdy człowiek już zostaje osnuty tę lekką psychozą, nastepuje kolejny krok ku nieralizmowi, albowiem, jeden z młodych ludzi, tkwiący w tej nudzie rozsadzającej każdy kolejny dzień, codziennie o pewnej godzinie zatrzymuje czas, rozbiera będące akurat w sklepie dziewczyny i siedząc na koszyku czy zgrzewce napojów, szkicuje ołówkiem ich akty.
Akkurat gdy wstukiwałem u Stworów poprzednią notkę, był tam brat Zwierza prowadzący nierówną walkę z materią, przy wymianie zamka. Nie będę się nad tym rozwodził, dodam tylko, że działy się tam rzeczy straszne...
Gdy już poszedł, powiedziałem Tau, żeby nigdy, przenigdy nie zatrudniała ludzi, którzy mowią do siebie w czasie pracy, ponieważ oni mówia do siebie, żeby się uspokoic.

- Wiesz może jak leczyc osiki?
- A co? Kaszlą?

(Bash)

*

czwartek, 18 stycznia 2007

Zgadnij gdzie Sheryll Crow ma implanty


Jan Paweł II osobiście
odprawił 3 egzorcyzmy

Każdemu z was się pewnie zdarzyło, że jakoś tam odciął sobie krążenie w którejś kończynie i potem gdy krew wracała to czuliście takie dość nieznośne szczypanie. Dla tych, którzy są tego nieświadomi, informuję, że podobny numer udaje się z prostatą. Zasiedzi się człowiek, wstanie... i zgadnijcie co go szczypie...
Ostatnio w gronie szpetnych trzydziestoletnich czy też jak chce Seba w Radykalnych Falangach Obrony Browaru Hevelius - Krwawy Sierpień, sekcja Poniedziałek, oddaliśmy się fascynującemu zajęciu porównywania tapet do telefonów w różnych pismach. Tapety te różnią się nie tylko tematyką ale też stylistyką, a nawet kolorem. Okazało się na przykład, że w pismach samochodowych, oprócz rzecz jasna samochodów i akceroriów, jest więcej motywów Tatoo i rozebranych laseczek, ale zazwyczaj od tyłu... łaj?. Poza tym pozostajemy pod niegasnącym czarem gierki: Zalicz Sesję z uroczą studentką. Zastanawialiśmy się także, czy kobiety naprawdę tak przepadają za tymi wszystkimi puchatymi, stworzonkami tudzież różowiusimi misiaczkami. Patrząc na wyćwiekowaną, spoczywającą nieopodal w błogim stuporze Domienikę, sądziliśmy, że powinny to być raczej jakieś opalone, męskie ciała powiązane mokrymi pasami, tudzież dwuręczny topór zaprojektowany specjalnie przez muzyków Behemotha... Cóż, wiatr wiał, noc przetaczała się górą skłębioną ciemnością z której co czas jakiś błyskały zimowe gwiazdy, a my walczyliśmy dzielnie do ostatniej baterii.
Mieliśmy tu ostatnio niezłe wygwizdowo, choć słowo niezłe może niezbyt dokładnie opisuje coś co zdejmuje asfalty i sprawia, że idąc po ulicy obserwujesz wyprzedzające cię, wędrujące kałuże. W każdym razie w samym epickim epicentrum tej hekatomby, wpadł do mnie koleś z którym co czas jakiś wstawiam okna i powiedział, że jakiejś kobicie na Zaspie wiatr wjechał do mieszkania z oknami i babka daje podwójną stawkę za ratunek. Zadałem tylko dwa pytania: Które piętro i "z której strony". Gdy odpowiedział kazałem mu się wypchać.
Zaspa jest dzielnicą Wielkiego Przymorza i znajduje się na nadmorskich terenach dawnego lotniska. Wiatr pędząc znad zatoki uderza w ścianę morenowych wzgórz, odbija się od nich, zbijając się i nabierając wyjącej treści, rozpędza się nad łąkami, parkiem Jana Pawła i pasem startowym, po czym wali z prędkością dźwięku w betonową barierę Zaspy, wytwarzając między blokami wiry porywające samochody. Właśnie tam mój funfel wraz z pomocnikiem instalował na 12 piętrze 200 kilowe okno. Okno to okazało się jego ostatnim, albowiem w momencie gdy cały obklejony żółtą mazią usiłował je wypiankować, frywolny podmuch wiatru zerwał kotwy i okienkiem bujmął, odcinając mu cztery palce. Właściwię to rozmazując o ścianę. Jego pomocnik postanowił zepsuć nam dzień pokazując na plaży pokrwawione chrząstki. Epitafium dla kretynizmu w foliowej torebce.

- Niech ci się przyśni coś
przyjemnego. Śnij o mnie.
- Zdecyduj się.

(Bash)

*

wtorek, 16 stycznia 2007

Ziuu, za oknem przeleciał kotek


 Mam gdzieś w szufladzie taki projekt, do zrealizowania, gdy już będę słynny i bogaty, aby stworzyć Muzeum Broni Fantastycznych. Wyglądałoby jak najprawdziwsze muzeum wojskowości. Szklane gabloty z bronią ręczną, naturalnej wielkości myśliwce i pojazdy na placu, modele gwiezdnych krążowników wykonane przez studentów Polibudy.
Muzeum byłoby podzielone na działy, czy też może światy. Wprost z jasnych korytarzy miasta w chmurach przechodziłoby sie w mroczny i wilgotny korytarz z Obcego i mijając woskową Ripley mierzącą z rusznicy pulsacyjnej do królowej roju szłoby się w kierunku ekspozycji Star Tracka, by zrobić sobie zdjęcie na mostku SNN Enterprise w toważystwie kapitanów Kirka i Pickarda.
Byłyby tam światy z filmów, książek i gier, nawet tych najmniej ważnych i zwykle nieznanych. Do tego kilku hektarowe pole o zmiennej scenografi do rozgrywania larpów...
Tymczasem na trawnikach koło stacji Politechnika masowo rosną stokrotki a na wydmach kobiety sprzedajne ścinają bazie.
Wiatr jest niesamowity. Nawet takie stukilowe monstrum jak ja ścina z nóg. W niedzielę wędrując do centrum, pławiłem się z kocią radością w dzikich podmuchach i modrym błękicie który zalewał Miasto. Nagle, dosłownie, nagle pojawiła mi się zza pleców wydżabista czarna chmura, deszcz lunął poziomymi liniami, głowę dałbym, że moczył nawet od dołu. Chcąc nie chcąc założyłem czapkę. Wiatr oczywiście zdjął mi ją natychmiast i umieścił grzbietem w jedynej w okolicy kałuży. Zgrzytając zębami pomyślałem sobie, że przecież mogło był gorzej, mogła upaść w wodę wnętrzem. W tym momencie oczywiście czapka leniwie przewróciła sie na drugą stronę i z lekkim przechyłem pogrążyła sie w odmęcie niczym zbombardowany lotniskowiec.
Rzucałem "pannami lekkich obyczajów" przez następne dwa kilometry. Potem zacząłem się śmiać. Zaś chmura spełniwszy swoje dywersyjne zadanie zniknęła równie nagle jak się pojawiła.
Orkiestranci pomimo kunsztownego kluczenia i gubienia tropów dopadli mnie w tak ciemnym i odosobnionym zaułku, że niemalże sądziłem, że znajduje się wyłącznie w mojej wyobraźni. Opróżniłem więc moje rozliczne kieszenie z wielomiesięcznych miedziantch złogów, a potem wkładałem im do puszki monety i wkładałem i wkładałem... Pewnie pomysleli, że nie wiadomo ile im tam wsypałem. Nakleiłem sobie serducho niczym żydowską gwiazdę i od tej chwili miałem aryjczyków, tfu wolontariuszy z głowy.
Zawsze przyklejałem sobie te serduszka w dziwnych miejscach. Kiedyś nakleiłem sobie 3 na rękaw jak belki sierżanta. Kiedy indziej przykleiłem sobie serduszko na jajach. Pozostawiając na mieście reakcje jak pokos fali.
Mała i jej matka są twardsze ode mnie, oparły się ziejącej zza każdego rogu opresji i były bez serduszek. Pomyślałem o tym przez moment i wiatr wyrwał serduszko jakiejs kobiecie i ponióswszy przez całą szerokość Długiego Targu podturlał nam pod nogi. Podniosłem je i wręczyłem mojej Piękności na dłoni...
W herbaciarni z oparów przeszłości wychynęła Blevins. Drobna blondyneczka, o włosach jak przenna mgiełka i ciętym poczuciu humoru. Wieloletnia bohaterka moich fantazji erotycznych, w których zwykle występowała w kusej rozpiętej bluzeczce. Zazwyczaj podwieszona za ręce pod sufitem.
Kiedyś o mało co ze soba nie chodzilismy i o mało co nie całowaliśmy się, ale to już opowiesć na osobną notkę. Ostatecznie stanął między nami problem dojrzałości i to niestety na moją niekorzysć.
Przez cały czas pisania przemieszczam się wzdłuż stołu uciekając przed ostrym blaskiem słońca. wiatr zdaje się ucichł, pogoda jest piękna, a Pazurkowata ma dzisiaj pierwszy egzamin swojej pierwszej w życiu sesji. Trzymajcie więc kciuki.

Ogłoszenia drobne: Zestaw
żarówek Osram. Chory na
żołądek.

(Lennonka)

*

sobota, 13 stycznia 2007

...i zaginął po nim wszelki ślad, gdy wyruszył zbadać dno swojej lodówki


Wciąż waham się czy
zwiększyć prędkość
światła.

(Bóg)

Fascynujący widok cysterny Orlenu ścigającej sie na głównej ulicy Wrzeszcza z tirem wyładowanym butlami gazowymi. Aż stanąłem by popatrzeć jak chodnikami przestępuje fala niepewności. Wiemy że umrzemy, ale każdemu zdaje się, że to będzie kiedyś, za kilka lat, a nie za trzy sekundy, gdy rozpyli nas fala uderzeniowa, czy rozłożą błyskawicznie namnarzajace się komórki czerniaka.
Lubię tą świadomość. W Fightclubie jest taka scena, gdy Brad Pitt wywleka ze sklepu chłopaka i przykłada mu pistolet do głowy, zadaje parę pytań, przeglada portfel. Znajduje nieważną legitymację studencką i mówi: to twoja życiowa szansa, masz wrócić na studia. Inaczej znajde cię i zabiję... Coś w tym duchu. Później puszcza gówniarza, patrzy jak ucieka i mówi do stojącego obok zszokowanego Nortona: Jutro będzie najpiękniejszy dzień jego życia.
Byliśmy ostatnio na Apocalipto i parę dni później na Arturze wśród Miminków. Film Gipsona dość ciekawy ze względów poznawczych, okazał sie jednak kinem dość miernym i sztampowym, jeszcze jedna amerykańska produkcja z serii "Zabili go i uciekł". Jedyne co dobrego ze sobą niesie, to to, że wybije z głów różnym lekkoduchom idylliczny obraz kochanych indian zniszczonych przez złowrogich białasów. Kochani indianie wyżynali na ołtarzach do 15000 ofiar dziennie, a ich światła cywilizacja była rzeźnią parującą od krwi. Hiszpanie dokonali mniej więcej tego samego co kilkaset lat później Rosjanie miażdżąc pod obcasem nazistowskiego robala.
Miminki za to, wbrew oczekiwaniom, okazały się cudne i bardzo europejskie. Zero amerykańskiego pieprzenia, żli nie są do końca źli, dobrzy też zabijają, jak się całują to z języczkiem, aż trzęsą im się uszka.
Siedząc zaś i czekając na seans, obserwując przewijającą się w kontekście Avatara,usiłującą bezskutecznie kupić bilety na Kabaret Moralnego Niepokoju, słuchałem jak Lady Pazurek odczytuje co ciekawsze fragmenty swoich archeologicznych artykułów.
Wiecie że pierwsze prace archeologicznie w Polsce były za Jagiełły? Doniesiono mu o polu na którym ziemia rodzi garnki. Zabrał tam więc swojego austryjackiego kuzyna i kazał kopać, i rzeczywiscie nakopali garnków. Jeszcze przez setki lat pisano o Polsce jako o kraju w którym ziemia rodzi garnki. Biorąc pod uwagę, że były to zapewne urny pogrzebowe kultury łużyckiej, ciekawe czy gotowali w nich potem zupę.

Logo wyryte na granitowej
szorstkosci, zachwytu trans-
cendencją, utopijna riwiera
pewnej szczeliny.

(Goździk)

*