piątek, 8 października 2004
czwartek, 7 października 2004
Gdzie jest płomień kiedy wybucha?
...nie mam pomysłu, nie mam chęci,
chce mi się spać. Więcej już chyba pić nie będę...ale mniej też nie. Wczoraj
Phantom narzekał, ale stawiał masowo takie małe kolorowe drinki, ja już po
dwóch piwach przyjąłem w siebie tą mieszankę, ale sam nie wiem co było bardziej
toksyczne, alkohol czy słowa. Magnolia wróciła z Niemiec i uzgodnili, że nie są
już razem. Phantom stawiał nawet dziewczynom z sąsiedniego stolika. Chwyciłem
za końcówkę i wezwałem Magnolię w celu wyjaśnienia sytuacji, przyniosła mi czekoladę
wielkości dachówki, ale dopiero po tym jak zrobiła sobie pasemka.
Do tego dostałem buzi od Void, w
sam środek czoła i propozycję, wyfugowania kafelek u jej progu. Zawsze coś.
Spotkałem też przeszłość, w postaci Eli, która była niegdyś biernym elementem
paru tragedii z moją włącznie.
Tylko Awari wiedziała co jest dla
mnie najlepsze i dała mi przesłodzoną, herbatę karmelową, po niej nawet deszcz
zmienił kolor.
Na bramce: obrazek psa i napis,
nawet jeżeli on cię nie zagryzie ja cię zastrzelę.
wtorek, 5 października 2004
Są rzeczy których nie ma.
Jeżeli pyta się faceta o jego
ideał kobiety , wyrecytuje jakiś banał i rzuci cyferkami z życiorysu Pameli
Anderson. Prawda jest zabawna, podobają nam się dziewczyny, których raczej nie
zobaczy się w reklamie. Piękne kobiety są dla mężczyzn pozbawionych wyobraźni.
Void jest piękna, ale nie w
telewizyjnym sensie. Jej miły wygląd, ostry jak lancet umysł i to światło pod
skórą sprawiają, że jest jak ciepły , perłowy marmur. Przy prawdziwym pięknie
można się grzać jak przy płomieniu.
Dom Void jest domem kobiet.
Mieszkają tam we cztery z psicą, kotem wielkości spaniela, szczurem i rybkami.
Jak na razie nikt nikogo nie zjadł. Dom Void stoi w jednej z zapomnianych
dzielnic. Pośród XIX wiecznych kamienic wiatr unosi tajemnice, księżyc odbija
się od kopułek i rzeźbień, kładzie miękko pośród dachówek i bruków. W
rozłożystych cieniach kasztanowców siedzą koty obserwując z namysłem przechodniów.
Pod domem Void krzyżują się linie energetyczne, każdy kto tam przychodzi czuje
się dobrze i zawsze wraca. Void ma siostrę zwaną Awatarem. Void ubiera się na
biało, Awatar na czarno. Różnią się też wszystkim poza tym, nawet wzrostem i
sposobem mówienia. W pokoju przedzielonym szafą, w którym mieszkają siostry,
była kiedyś kaplica Masonów. Pod białą farbą ukryta jest czarna. Loża była na
Polibudzie.
Pod domem jest piwnica o wielu
drzwiach i kamiennej posadzce, z której na wysokość metra sterczą masywne
fundamenty kamienic sprzed kilkuset lat.
W piwniczce jest ściana z
przegródkami, w których śpią butelki. W cieniu stoją pękate gąsiory. W tej
piwniczce jest wino.
Void pociągnęła parę razy z
gumowego węża, krwisty płyn pociurkał na sito, przykryte kawałkiem materiału i
zaczął ściekać do wiadra. Plastikowe wiadro napełniało się winem, które Awari
za pomocą czerpaka i lejka przelewała do butelek, ja wciskałem korki, Void
zalewała je woskiem. Na surowych ścianach wiszą lampy, lampki kolejowe,
przykurzone lampy naftowe. Na środku ściany butelek wkomponowany jest stary
kredens z szklanymi drzwiczkami, a za nimi specjalne butelki, ze specjalnymi
winami. To o kolorze miodu smakowało marzeniem.
Szklane kielichy, opowieści o
trupie SS-manki znalezionej tuż po wojnie w miejscu gdzie teraz stoją nasze
stopy i o Niemcu, który przyjechał kiedyś obejrzeć swój stary dom.
Potem na górze zamordowaliśmy
flipsy i porwaliśmy stare Fantastyki. Ja zabrałem obraz, Void treść. Odchodząc,
stanąłem za furtką, patrząc w perspektywę ulicy. Siedzący na gzymsie kot,
puścił do mnie oko, a ja pomyślałem, że właśnie dla takich chwil się żyje. Dla
takich wieczorów, dla takich ludzi i takiego wina.
W tramwaju parsknąłem śmiechem w
nos jakiejś dreslady, bo pomyślałem sobie jak to opowiem ludziom, że
przebywałem w jednym pomieszczeniu z wiadrem wina.
A poza tym, nie zaproszono mnie
na wieczorek panieński Lennonki. Zgłosiłem pretensje, argumentując, że też mam
biust. Nie pomogło nawet gdy zasugerowałem, że się ogolę. Lenn dostała w
prezencie różne potrzebne rzeczy: satynowe ciuszki, świeczki o interesujących
kształtach czy puchate kajdanki. Nocą dziewczyny wdrapały się na szczyt
szczytów Gradowej Góry i rzucały tymi białymi kulkami w okna gwiazdom.
sobota, 2 października 2004
Diamentowe tsunami
Dawno temu gdy stałem w tym
miejscu miałem marzenie. Zawsze była noc, a ja stałem na tym betonowym ogryzku,
jaki pozostał po odparowanym przez sowieckie bombowce, starym molu. Czarne fale
pędziły ku mnie z mroku jak rozcapierzone dłonie, powoli traciły impet i
zwijały się w sobie w spienionych implozjach. A ja przez granice światów
widziałem jak pod ciemną powierzchnią pojawia się złoty blask. Narasta, aż
ponad fale wynurza się złota kobieta. Jej ciało, ubranie, miodowe włosy lśnią
nasyconym światłem jak żar. Jej oczy są światłem. Patrzy wprost w tą wygłodzoną
otchłań, którą noszę w głowie. Uśmiecha się drapieżnie, wyciąga rękę i kładzie
mi ją na powiekach. Zamyka mi oczy. Opuszki jej palców są jak dwie ciepłe
monety. To były czasy, gdy nie pozwalałem się dotknąć nikomu. Wyćwiczony przez
miejscową szkołę podstawową morderców, reagowałem szybciej niż myślałem. Jak
karaluch który już ucieka a jeszcze nie wie czemu. Jeżeli ktoś dotknął mnie
niespodziewanie, odskakiwałem i natychmiast wyprowadzałem cios. Jeszcze wiele
lat później odruchowo odsuwałem się od wyciągniętej ręki. Znowu tu jestem.
Piszę w świetle księżyca, oparty o zimną metalową barierkę. Przede mną czarne
morze szumi coś sobie pod nosem. Niebo jest takie postrzępione jak na moich rysunkach.
Jestem tu tylko jeszcze jednym cieniem, mrok okrywa moją twarz ochronnym
płaszczykiem i czuję się szczęśliwy. Kocham to co jest i co wieczór przed snem
dziękuję za to co mam. Miasto pędzi przez jesień, z pewną taką nieśmiałością u
ust pojawia się para. Herbata smakuje coraz lepiej. Na początku października,
minister rolnictwa odznaczy mojego starszego krzyżem zasługi. No, teraz się
dopiero dobiorą do niego pozostałe szczury. Z mojego punktu widzenia świat jest
naprawdę piękny...
czwartek, 30 września 2004
Wieczność jest naprawdę nudna, zwłaszcza pod koniec
...i tylko Arabowie nie mogli
wyjść z osłupienia spowodowanego faktem, że ośmielono się wypowiedzieć im
świętą wojnę , a chrześcijańscy terroryści okazali się skuteczniejsi w
podkładaniu bomb.
historia wg Kiszczaka AD 2016
Dla waszej informacji, napalm
można przygotować w 20 minut z substancji dostępnych w każdej szanującej się
kuchni. Żeby było śmieszniej warto też w tym celu mieć kota.
Po 11 września Kostek ogłosił w
sieci nabór wysokich, błękitnookich blondynów. Zobowiązał się do dostarczenia
boeninga wypełnionego paliwem i koordynatów Mekki. Większość ludzi go zjechała,
ale kilku się zgłosiło.
Nie mam dziś za wiele do
powiedzenia. Jest ciepło i wilgotno, miasto otula mgła, nadając miękkość
kształtom. Kończy się miesiąc wrzesień i zaczyna październik, dla mnie miesiąc
rocznic.
Moja matka znalazła blog, wydrukowała
parę notek i pokazała w domu. Myślę, że na dłuższą metę nie jest to najlepszy
pomysł, przynajmniej dopóki nie będę gdzieś daleko.
Jest to jakiś rodzaj katastrofy,
takie moje, małe WTC, które otrząsa z mrzonek i przywraca do rzeczywistości.
Nawet względna anonimowość zapewnia bezpieczeństwo, bo nawet gdy ktoś cię
nienawidzi to z reguły nie chce mu się ciebie szukać.
11
otwieram nieistniejące okno
na 96 piętrze
widok na boeningi
zapiera dech w piersiach
na śmierć
w niepamięć osuwa się biurko
a wiatrem ulatują
uwolnione papiery
z tyłu szybem leci
winda pełna ludzi
wszystko umiera
ludzie spadają jak łzy
przez deszcz garniturów i
żakietów macham do kamer
za daleko by rozróżnić
twarz pozostaje gest
legary topią się
ugina się niebo
podłoga pod moimi nogami
zaczyna się przemieszczać
odległy horyzont
wszystko
płynie w powietrzu
oparty czołem o szybę
widzę pędzącą ku mnie
ziemię
to takie piękne...
wtorek, 28 września 2004
bardzo, bardzo donnerwetter
Piąta rano to ulubiona pora
samobójców
o tej porze nikomu nie chce się
żyć
Dzisiaj będzie o wczoraj...
Dużo pracowałem i wydawałem bez
radości pieniądze na potrzebne rzeczy. Czasem naprawdę ciężko jest być
teoretycznie bezrobotnym. Do tego mocno męczy mnie wymuszona obietnicą
uczciwość. Skuteczne czynienie zła daje satysfakcję i gwarantuje wysokie
poczucie własnej wartości. Kiedyś jednak doszedłem do wniosku, że jestem jednak
coś winien społeczeństwu na którym żeruję.
Przed chwilą wszedł mój starszy i
nastąpiła intensywna wymiana opinii. Znowu dowiedziałem się, że mam wypierdalać
z domu .
Na chwilę przed wieczorem o
Brzeżno uderzyło słońce, wcisnęło się pomiędzy szare płyty paździerzowe nieba i
ziemi, wszystko aż drgnęło pod naporem światła. A mój pokój zalało płynne
złoto. Każdy jeden przedmiot na chwilę stał się piękny. Pomyślałem, że gdzieś
tam daleko jest ten szczęśliwy świat nad którym świeci słońce, a nam dane jest
ujrzeć przez chwilę jego blask przez jakąś podniebną dziurkę od klucza.
Parę dni temu po piętnastu latach
rozważań, ustaliłem w końcu mój pogląd na aborcję. Przedtem byłem ciągle
rozerwany pomiędzy argumenty logiczne i emocjonalne, logika walczyła z
moralnością. To dla mnie ważny przełom, przedtem starałem się unikać tego
tematu, by nie wydać się niekonsekwentny. Od razu podzieliłem się moim sukcesem
z Lenn, byłem z siebie naprawdę dumny.
Ojciec nadal przetacza się przez
dom, a ja podgrzewam co jakiś czas atmosferę zadając uprzejmie pytania typu:
Wybacz, ale czy ten wrzask ci w czymś pomaga? Czy wydaje ci się, że dzięki
niemu jesteś lepiej rozumiany, a przynajmniej lepiej słyszalny? Albo pod koniec
kolejnej tyrady, gdy już wyleje do końca pretensje i patrzy na mnie, oczekując
ukorzenia, bicia w piersi i podziwu dla bezwzględnej mądrości wieku, ja patrzę
na niego z mglistym uśmiechem i pytam zachęcająco: No i ?
Nic to, jak mawiał pan Michał.
Leżę sobie zwisając ze stołu. Przez słuchawki płynie ścieżka z Requiem for the
dream. Umieram w sobie cicho i jestem zmęczony, naprawdę zmęczony...niech mi
ktoś przyniesie herbaty...
Na koniec i was uszczęśliwię:
400 razy brudniejsza
od przeciętnej deski klozetowej
jest klawiatura komputera.
A więc myjcie przed włożeniem do
ust,
cokolwiek to jest...
sobota, 25 września 2004
pierwsze słowa mojego ojca po powrocie z dwutygodniowej podróży "aleś ty się spasł"
bursztyn w gablocie
znaleziony w błocie
gdzieś na bezkresnych równinach
przez przemytników namiętności
którzy do życia potrzebują tylko
haszyszu dni umarłych
przekwitłych kwiatów równin i
pożółkłej trawy
chmury na horyzoncie
głaszczą gwiazdy
chłostą ulewy
opiewanej w ptasich legendach
gdzieś pod dachami światów
wszystkich światów do jakich
docierają
murszejące kogi kupców
rzeczywistości
widmowa galera
pełna tajwańskiej elektroniki
pędzi z wiatrem by podbić Inków
ale rozbije się o stalowy kadłub
Nautyliusa
Kapitan Nemo uśmiecha się pod
nosem
odpalając pociski balistyczne
które zetrą z powierzchni ziemi
Dżakartę
i setki dżonek na redzie Singapuru
gdzieś tam przy dnie
syreny niosą trumnę z Leninem
pogrążonym w syberyjskim śnie
o krajobrazie okratowanym
antenami baz ostatecznych
śpiących pod lodem niczym krakeny
dosiadając demona gnam przez
senne odbicia
nie to demonica
i to ona mnie dosiada
prężąc spocone piersi
będziemy pierwsi
na granicie skarpy
gdzieś nad Arabią Saudyjską
w izraelskim myśliwcu
polując na kaczki
i piekąc ziemniaki w ognisku
Subskrybuj:
Posty (Atom)
