czwartek, 7 października 2004

Gdzie jest płomień kiedy wybucha?


...nie mam pomysłu, nie mam chęci, chce mi się spać. Więcej już chyba pić nie będę...ale mniej też nie. Wczoraj Phantom narzekał, ale stawiał masowo takie małe kolorowe drinki, ja już po dwóch piwach przyjąłem w siebie tą mieszankę, ale sam nie wiem co było bardziej toksyczne, alkohol czy słowa. Magnolia wróciła z Niemiec i uzgodnili, że nie są już razem. Phantom stawiał nawet dziewczynom z sąsiedniego stolika. Chwyciłem za końcówkę i wezwałem Magnolię w celu wyjaśnienia sytuacji, przyniosła mi czekoladę wielkości dachówki, ale dopiero po tym jak zrobiła sobie pasemka.
Do tego dostałem buzi od Void, w sam środek czoła i propozycję, wyfugowania kafelek u jej progu. Zawsze coś. Spotkałem też przeszłość, w postaci Eli, która była niegdyś biernym elementem paru tragedii z moją włącznie.
Tylko Awari wiedziała co jest dla mnie najlepsze i dała mi przesłodzoną, herbatę karmelową, po niej nawet deszcz zmienił kolor.

Na bramce: obrazek psa i napis, nawet jeżeli on cię nie zagryzie ja cię zastrzelę.

wtorek, 5 października 2004

Są rzeczy których nie ma.


Jeżeli pyta się faceta o jego ideał kobiety , wyrecytuje jakiś banał i rzuci cyferkami z życiorysu Pameli Anderson. Prawda jest zabawna, podobają nam się dziewczyny, których raczej nie zobaczy się w reklamie. Piękne kobiety są dla mężczyzn pozbawionych wyobraźni.
Void jest piękna, ale nie w telewizyjnym sensie. Jej miły wygląd, ostry jak lancet umysł i to światło pod skórą sprawiają, że jest jak ciepły , perłowy marmur. Przy prawdziwym pięknie można się grzać jak przy płomieniu.
Dom Void jest domem kobiet. Mieszkają tam we cztery z psicą, kotem wielkości spaniela, szczurem i rybkami. Jak na razie nikt nikogo nie zjadł. Dom Void stoi w jednej z zapomnianych dzielnic. Pośród XIX wiecznych kamienic wiatr unosi tajemnice, księżyc odbija się od kopułek i rzeźbień, kładzie miękko pośród dachówek i bruków. W rozłożystych cieniach kasztanowców siedzą koty obserwując z namysłem przechodniów. Pod domem Void krzyżują się linie energetyczne, każdy kto tam przychodzi czuje się dobrze i zawsze wraca. Void ma siostrę zwaną Awatarem. Void ubiera się na biało, Awatar na czarno. Różnią się też wszystkim poza tym, nawet wzrostem i sposobem mówienia. W pokoju przedzielonym szafą, w którym mieszkają siostry, była kiedyś kaplica Masonów. Pod białą farbą ukryta jest czarna. Loża była na Polibudzie.
Pod domem jest piwnica o wielu drzwiach i kamiennej posadzce, z której na wysokość metra sterczą masywne fundamenty kamienic sprzed kilkuset lat.
W piwniczce jest ściana z przegródkami, w których śpią butelki. W cieniu stoją pękate gąsiory. W tej piwniczce jest wino.
Void pociągnęła parę razy z gumowego węża, krwisty płyn pociurkał na sito, przykryte kawałkiem materiału i zaczął ściekać do wiadra. Plastikowe wiadro napełniało się winem, które Awari za pomocą czerpaka i lejka przelewała do butelek, ja wciskałem korki, Void zalewała je woskiem. Na surowych ścianach wiszą lampy, lampki kolejowe, przykurzone lampy naftowe. Na środku ściany butelek wkomponowany jest stary kredens z szklanymi drzwiczkami, a za nimi specjalne butelki, ze specjalnymi winami. To o kolorze miodu smakowało marzeniem.
Szklane kielichy, opowieści o trupie SS-manki znalezionej tuż po wojnie w miejscu gdzie teraz stoją nasze stopy i o Niemcu, który przyjechał kiedyś obejrzeć swój stary dom.
Potem na górze zamordowaliśmy flipsy i porwaliśmy stare Fantastyki. Ja zabrałem obraz, Void treść. Odchodząc, stanąłem za furtką, patrząc w perspektywę ulicy. Siedzący na gzymsie kot, puścił do mnie oko, a ja pomyślałem, że właśnie dla takich chwil się żyje. Dla takich wieczorów, dla takich ludzi i takiego wina.
W tramwaju parsknąłem śmiechem w nos jakiejś dreslady, bo pomyślałem sobie jak to opowiem ludziom, że przebywałem w jednym pomieszczeniu z wiadrem wina.
A poza tym, nie zaproszono mnie na wieczorek panieński Lennonki. Zgłosiłem pretensje, argumentując, że też mam biust. Nie pomogło nawet gdy zasugerowałem, że się ogolę. Lenn dostała w prezencie różne potrzebne rzeczy: satynowe ciuszki, świeczki o interesujących kształtach czy puchate kajdanki. Nocą dziewczyny wdrapały się na szczyt szczytów Gradowej Góry i rzucały tymi białymi kulkami w okna gwiazdom.

sobota, 2 października 2004

Diamentowe tsunami


Dawno temu gdy stałem w tym miejscu miałem marzenie. Zawsze była noc, a ja stałem na tym betonowym ogryzku, jaki pozostał po odparowanym przez sowieckie bombowce, starym molu. Czarne fale pędziły ku mnie z mroku jak rozcapierzone dłonie, powoli traciły impet i zwijały się w sobie w spienionych implozjach. A ja przez granice światów widziałem jak pod ciemną powierzchnią pojawia się złoty blask. Narasta, aż ponad fale wynurza się złota kobieta. Jej ciało, ubranie, miodowe włosy lśnią nasyconym światłem jak żar. Jej oczy są światłem. Patrzy wprost w tą wygłodzoną otchłań, którą noszę w głowie. Uśmiecha się drapieżnie, wyciąga rękę i kładzie mi ją na powiekach. Zamyka mi oczy. Opuszki jej palców są jak dwie ciepłe monety. To były czasy, gdy nie pozwalałem się dotknąć nikomu. Wyćwiczony przez miejscową szkołę podstawową morderców, reagowałem szybciej niż myślałem. Jak karaluch który już ucieka a jeszcze nie wie czemu. Jeżeli ktoś dotknął mnie niespodziewanie, odskakiwałem i natychmiast wyprowadzałem cios. Jeszcze wiele lat później odruchowo odsuwałem się od wyciągniętej ręki. Znowu tu jestem. Piszę w świetle księżyca, oparty o zimną metalową barierkę. Przede mną czarne morze szumi coś sobie pod nosem. Niebo jest takie postrzępione jak na moich rysunkach. Jestem tu tylko jeszcze jednym cieniem, mrok okrywa moją twarz ochronnym płaszczykiem i czuję się szczęśliwy. Kocham to co jest i co wieczór przed snem dziękuję za to co mam. Miasto pędzi przez jesień, z pewną taką nieśmiałością u ust pojawia się para. Herbata smakuje coraz lepiej. Na początku października, minister rolnictwa odznaczy mojego starszego krzyżem zasługi. No, teraz się dopiero dobiorą do niego pozostałe szczury. Z mojego punktu widzenia świat jest naprawdę piękny...

czwartek, 30 września 2004

Wieczność jest naprawdę nudna, zwłaszcza pod koniec


...i tylko Arabowie nie mogli wyjść z osłupienia spowodowanego faktem, że ośmielono się wypowiedzieć im świętą wojnę , a chrześcijańscy terroryści okazali się skuteczniejsi w podkładaniu bomb.

historia wg Kiszczaka AD 2016

Dla waszej informacji, napalm można przygotować w 20 minut z substancji dostępnych w każdej szanującej się kuchni. Żeby było śmieszniej warto też w tym celu mieć kota.
Po 11 września Kostek ogłosił w sieci nabór wysokich, błękitnookich blondynów. Zobowiązał się do dostarczenia boeninga wypełnionego paliwem i koordynatów Mekki. Większość ludzi go zjechała, ale kilku się zgłosiło.
Nie mam dziś za wiele do powiedzenia. Jest ciepło i wilgotno, miasto otula mgła, nadając miękkość kształtom. Kończy się miesiąc wrzesień i zaczyna październik, dla mnie miesiąc rocznic.
Moja matka znalazła blog, wydrukowała parę notek i pokazała w domu. Myślę, że na dłuższą metę nie jest to najlepszy pomysł, przynajmniej dopóki nie będę gdzieś daleko.
Jest to jakiś rodzaj katastrofy, takie moje, małe WTC, które otrząsa z mrzonek i przywraca do rzeczywistości. Nawet względna anonimowość zapewnia bezpieczeństwo, bo nawet gdy ktoś cię nienawidzi to z reguły nie chce mu się ciebie szukać.

11

otwieram nieistniejące okno
na 96 piętrze
World Trade Center
widok na boeningi
zapiera dech w piersiach
na śmierć
w niepamięć osuwa się biurko
a wiatrem ulatują
uwolnione papiery
z tyłu szybem leci
winda pełna ludzi
wszystko umiera
ludzie spadają jak łzy
przez deszcz garniturów i
żakietów macham do kamer
za daleko by rozróżnić
twarz pozostaje gest
legary topią się
ugina się niebo
podłoga pod moimi nogami
zaczyna się przemieszczać
odległy horyzont
wszystko
płynie w powietrzu
oparty czołem o szybę
widzę pędzącą ku mnie
ziemię
to takie piękne...

wtorek, 28 września 2004

bardzo, bardzo donnerwetter

Piąta rano to ulubiona pora samobójców
o tej porze nikomu nie chce się żyć

Dzisiaj będzie o wczoraj...
Dużo pracowałem i wydawałem bez radości pieniądze na potrzebne rzeczy. Czasem naprawdę ciężko jest być teoretycznie bezrobotnym. Do tego mocno męczy mnie wymuszona obietnicą uczciwość. Skuteczne czynienie zła daje satysfakcję i gwarantuje wysokie poczucie własnej wartości. Kiedyś jednak doszedłem do wniosku, że jestem jednak coś winien społeczeństwu na którym żeruję.
Przed chwilą wszedł mój starszy i nastąpiła intensywna wymiana opinii. Znowu dowiedziałem się, że mam wypierdalać z domu .
Na chwilę przed wieczorem o Brzeżno uderzyło słońce, wcisnęło się pomiędzy szare płyty paździerzowe nieba i ziemi, wszystko aż drgnęło pod naporem światła. A mój pokój zalało płynne złoto. Każdy jeden przedmiot na chwilę stał się piękny. Pomyślałem, że gdzieś tam daleko jest ten szczęśliwy świat nad którym świeci słońce, a nam dane jest ujrzeć przez chwilę jego blask przez jakąś podniebną dziurkę od klucza.
Parę dni temu po piętnastu latach rozważań, ustaliłem w końcu mój pogląd na aborcję. Przedtem byłem ciągle rozerwany pomiędzy argumenty logiczne i emocjonalne, logika walczyła z moralnością. To dla mnie ważny przełom, przedtem starałem się unikać tego tematu, by nie wydać się niekonsekwentny. Od razu podzieliłem się moim sukcesem z Lenn, byłem z siebie naprawdę dumny.
Ojciec nadal przetacza się przez dom, a ja podgrzewam co jakiś czas atmosferę zadając uprzejmie pytania typu: Wybacz, ale czy ten wrzask ci w czymś pomaga? Czy wydaje ci się, że dzięki niemu jesteś lepiej rozumiany, a przynajmniej lepiej słyszalny? Albo pod koniec kolejnej tyrady, gdy już wyleje do końca pretensje i patrzy na mnie, oczekując ukorzenia, bicia w piersi i podziwu dla bezwzględnej mądrości wieku, ja patrzę na niego z mglistym uśmiechem i pytam zachęcająco: No i ?
Nic to, jak mawiał pan Michał. Leżę sobie zwisając ze stołu. Przez słuchawki płynie ścieżka z Requiem for the dream. Umieram w sobie cicho i jestem zmęczony, naprawdę zmęczony...niech mi ktoś przyniesie herbaty...

Na koniec i was uszczęśliwię:
400 razy brudniejsza
od przeciętnej deski klozetowej
jest klawiatura komputera.

A więc myjcie przed włożeniem do ust,
cokolwiek to jest...

sobota, 25 września 2004

pierwsze słowa mojego ojca po powrocie z dwutygodniowej podróży "aleś ty się spasł"


bursztyn w gablocie
znaleziony w błocie
gdzieś na bezkresnych równinach
przez przemytników namiętności
którzy do życia potrzebują tylko haszyszu dni umarłych
przekwitłych kwiatów równin i pożółkłej trawy
chmury na horyzoncie
głaszczą gwiazdy
chłostą ulewy
opiewanej w ptasich legendach
gdzieś pod dachami światów
wszystkich światów do jakich docierają
murszejące kogi kupców rzeczywistości
widmowa galera
pełna tajwańskiej elektroniki
pędzi z wiatrem by podbić Inków
ale rozbije się o stalowy kadłub Nautyliusa
Kapitan Nemo uśmiecha się pod nosem
odpalając pociski balistyczne
które zetrą z powierzchni ziemi Dżakartę
i setki dżonek na redzie Singapuru
gdzieś tam przy dnie
syreny niosą trumnę z Leninem
pogrążonym w syberyjskim śnie
o krajobrazie okratowanym
antenami baz ostatecznych
śpiących pod lodem niczym krakeny
dosiadając demona gnam przez senne odbicia
nie to demonica
i to ona mnie dosiada
prężąc spocone piersi
będziemy pierwsi
na granicie skarpy
gdzieś nad Arabią Saudyjską
w izraelskim myśliwcu
polując na kaczki
i piekąc ziemniaki w ognisku