piątek, 18 lipca 2014

Bestie cesarza

Tylko to jest prawdziwe, co można rozpisać na krok
i oddech. Byliśmy tam na Pektu-San zbyt krótko.
Pamięć oczu wspomagana przez fotografie jest pełna
barw: Pamiętam Pektu-san do dziś, albo pamiętam,
że pamiętałem: ale moje nogi , moje płuca nie pamiętają
tej góry: o nie - nie stała się w ten sposób pamiętna, bo
nie zmieniła się w pot.

(Marzan)

Gdy nadejdzie noc, poczuję się znów jak bezpański pies. Niesiony bezwzględnym prawem tęsknoty będę wybaczał wszystkim którzy mnie nie zabili. Gdy byłem dzieckiem na dzielni mówiło się "Jeśli chcesz to spróbuj, ale lepiej od razu mnie zabij, bo jeśli wstanę..."
Tymczasem litość urasta w skrzydła z popiołu. Unoszę twarz ku gwiazdom, z wiekiem stają się coraz mniej widoczne. Wycie rozsadza płuca, ale na zewnątrz nie wydobędzie się nawet najcichszy pisk. Jest już po ciszy nocnej, rzeczywistość zeszła na psy.
Pobliźniony potwór ponad wami, bioniczny czołg pozbawiony celów do zabijania, samotny cesarz pozbawiony swego wyśnionego imperium.
Śniło mi się ostatnio, że jestem w zaświatach i są tam wszyscy, i jest tam wszystko. W dali ponad piaszczystą równiną pośród sunących miraży skrzy się miasto, a nad nim niczym dwa stare piszczele giganta piętrzą się obydwie wierze WTC.
Byliśmy na nowych Transformersach. Scenariusz na poziomie sześciolatka a głównych bohaterów przez cały, naprawdę dłłuuuggi  czas trwania filmu ma się ochotę kopnąć w dupę.
W pracy tworzyliśmy przez trzy dni trawnik wokół bloku na Przeróbce. Jeśli będziecie jechać kiedyś z Mostu Siennickiego, to nasze dzieło oplata pierwszy blok za mostem. Ten niepozorny kawałek terenu to najprawdziwszy wycinek piekła. Dziesięć centów ziemi, niżej pół łopaty zwartej darni, a potem już tylko gruz budowlany i znaleziska. Przekopanie się przez to cholerstwo zajęło nam dwa dni. Co dzień asymilowaliśmy po 10 litrów wody i gubiliśmy flaki uciekając wraz z cieniem. Słońce zawsze nas doganiało i łopaty momentalnie nabierały wagi, ciało rozgrzewało się do 60 stopni a świat skręcał się w męce. 10 minut pracy, 10 minut cienia. Gregory popracował z nami drugiego dnia, trzeci przeleżał z czterdziestostopniową gorączką. Trzeci dzień upłynął nam na walce o wyrównanie okolicy co jest dość absorbujące gdy z ziemi niczym tonące wraki sterczą kawały rozbitej, litej płyty darni. Ostatecznie sianie, nawożenie i walcowanie. Trzy worki trawy zamiast 10 i żadnej ziemi aby to przysypać. Co nie spłonie na słońcu to zeżrą ptaki.
Znaleziska, znaleziska., różne różności. Wzbogaciłem się o srebrny nóż stołowy, zmurszałe monety... Nie wyobrażacie sobie nawet jak niesamowicie wygląda wrośnięta w korzenie maszynka do golenia Wilkinson
To wszystko przy akompaniamencie awantur autochtonów: to nie wasz teren, i tak tam będę chodził, wyrwę wam te krzaki... Polacy to kurwy. Zamiast cieszyć się, że kawałek ich okolicy wypięknieje, że ktoś poświęcił czas, siły i pieniądze dla wspólnego dobra, to jedyne co potrafią to nawzajem ściągać się na dno..
Opuściliśmy tamtą okolicę z ulgą, rozrzażeni i napromieniowani, wykończeni po ostatnią rezerwę i na pół ślepi od słońca, a na drugi dzień nasz Il Duce jedyny i wyjątkowy nagrodził nasz skumulowany wysiłek wysyłając nas na koszenie czterech obiektów. " I coś JESZCZE?" Pytam Radosnego, "Tak przycinanie pięciometrowej tui ze stojącego obok rusztowania. Byłem za bardzo wyschnięty by się popłakać, a poza ty potwory nie płaczą.
Niezapomniane wrażenie, gdy gnając przez  ciąg obiektów nalewasz benzyny do zbiornika rozgrzanej do czerwoności kosiarki a ono na twoich oczach wrze i paruje z sykiem. Ta sekunda niepewności czy za chwilę pochylonej twarzy nie owionie ci gorąca fala płomieni.
Tymczasem dzień się kończy, czekam na żonę by udać się do Lidla na cotygodniowe zakupy. Słońce wciska się przez szpary w roletach. Jutro prawdopodobnie będę pił z Rakiem, który przybył w nasze strony spoza zachodnich krańców horyzontu.
Mam ochotę obejrzeć znowu "Constantina". Uwielbiam go oglądać. Zawsze chciałem być taki jak on, zgorzkniały drań o ogromnej, niezgłębionej mocy. Z drugiej strony, zawsze też chciałem zostać alkoholikiem ale zabrakło mi cierpliwości.

Gdy siedzisz na klopie i do pomieszczenia
wchodzi wzburzony karzeł uzbrojony w
kuszę, to mówienie mu, że jego ukochana
jest kurwą, nie jest i nigdy nie będzie
dobrym pomysłem

*

sobota, 5 lipca 2014

Stacja - Anihilacja

Poprowadziłem sesję dla paru znajomych, w której byliśmy załogą tajnej, bojowej stacji kosmicznej ukrytej gdzieś pośród wiecznej ciemności poza orbitą Ziemi. Na Ziemi wybucha konflikt, rozkazy są sprzeczne a łączność się urywa. Stacja nazywała się Litościwa Kali, ale tylko część nazwy okazała się adekwatna. Ogólnie działy się tam rzeczy straszne i niewątpliwie karygodne, dość powiedzieć, że ostatni wykrwawiający się pozbawiony stóp i oczu członek załogi wcisnął jednak guzik, roztapiając we wrzący żel obydwie Ameryki i pieprzoną Nową Zelandię. Nigdy więcej Hobbitów. Wniosek jest jeden powinno istnieć prawo zabraniające graczom RPG zajmowania jakichkolwiek oficjalnych stanowisk.

W tv przemawia Palikot z nieodłączną
lektorką  języka migowego...
- Kurde! Znowu nie zdążyłem zobaczyć
jak w języku migowym jest: Muppet Show...

- Dość! Idę w noc! Pić, tańczyć w zapamiętaniu i ... całować się z dziewczynami. Ale nie martw się kochanie nie posunę się dalej niż do drugiej bazy.
- Nie miałbyś po co wracać. Wszystkie twoje czołgi byłyby zmiażdżone.
- Nie zrobiłabyś tego...
- CHCESZ ZARYZYKOWAĆ?
Życie się toczy, życie sunie w koleinie pracy i związanego z pracą obłędnego zmęczenia. Mieliśmy kolejne walne zebranie i Il Duce zaaprobował nasze postulaty, w sumie w ostatniej chwili. Choć o tym nie wie, prawdopodobnie dni dzieliły go od masowego exodusu siły roboczej. Kurcze, ależ bym poleżał gdzieś w ciszy nad jeziorem, albo popatrzył z góry w jakąś dolinę. Nic to, z pierwotnego chaosu w stały kształt przyoblekł się plan, powstały stałe ekipy, ze stałym zakresem obowiązków, co choć trochę ograniczyło 'horror niepewności jutra'. Sytuacja zdaje się stabilizować. Jak w "Kryzysie wieku średniego" patrząc przez lornetkę mojego życia widzę jak w odległej mgle majaczy coś co może okazać się napisami końcowymi.
Boży myje "molo" na Trzech Żaglach. Wali ciśnieniówką po dechach jakimś różowym roztworem, który przesiąknął przez buty i wypalił mu ich kształt na stopach. Uwielbiam z nim jeździć tym jego lewitującym szrotem. Ten wóz wygląda jak zbiór pojedynczych części podążających razem mniej więcej w tym samym kierunku, całość w kupie trzyma chyba tylko wielka naklejka Rammsteina na tylnej szybie. Boży uwielbia kobiety, zresztą z wzajemnością, Ostatnio robił jednej tatuaż i zesztywniały mu plecy, a ta ni z tego ni z owego położyła go na brzuchu, zdjęła bluzkę i nasmarowała się olejkiem. Po czym wymasowała go erotycznie biustem z cdnem. Enyłej w czasie jazdy rzadko patrzy na drogę, za to wydaje z siebie entuzjastyczne okrzyki, pocieszny konglomerat wulgaryzmów i czaru: Kocham cię! wrzeszczy za jakąś laską. Idzie jakaś parka, a on: Zostaw ją ! Ona jest moja.
Ostatnio stoimy na rondzie De la Sale, a tam na światłach dziewczyna z nogami do stratosfery. Kocham cię! krzyczy Boży. Ja też- wrzeszczę I ja, i ja - drze się z tyłu Gregory. Będziemy twoim fanklubem! Będziemy cię czcić!!!
Dwa tygodnie temu nawiedził nas Marzan by wkraczając w lodowate fale przywitać się z morzem. Landryna pracuje jako kontroler jakości w jakimś zakładzie przemysłowym, nazywają  ją tam Brytanem z KJtu. W kościele pojawił się misjonarz opowiadający o misji w Kamerunie i wszystko było dobrze, dopóki nie uściślił, że to misja zajmująca się trędowatymi... To fascynujące jak ludzie mogę próbować odsunąć się jednocześnie pozostając w miejscu. Na zewnątrz kościóła czekał z puszką jego podopieczny, Brat Antoni, wysoki jak baobab i czarny jak noc nad sawanną, mało kto nie wrzucił mu czegoś.
Dzwonię do żony do pracy, gadamy i rozmowa zeszła na codzienną bułeczkę jaką robię ślubnej do pracy, w tle słychać jej koleżankę: Niech zrobi dwie, bo mnie jutro nie ma! Ja - A więc to ona cię tam tuczy! Powiedz jej, że dopadnę ją z zemstą. i będę karmił pączkami aż eksploduje.
Pazurkowata wraca doma i mówi: Powiedziała, że pączki mają być z cukrem pudrem i dżemem różanym, bo nie lubi lukru...
No i jak tu być złowrogą maszyną zniszczenia.

Jedzie laska na rowerze, szorty, top.
- Popatrz jak jej wszystko rozkosznie podryguje.
- E tam, zobacz jaki cellulit.
- Ale jakże rozkosznie podskakujący cellulit

(My)

*


sobota, 14 czerwca 2014

Bóg, płeć i ojczyzna

Są takie dni, gdy sprawy idą
naprawdę dobrze, idą świetnie!
- Ale nie wiadomo dokąd

(RMF)

No i nastąpiły nieuniknione i z dawna przewidywane zmiany personalne. Chirurgicznym tym aktem wymościł swe  terytorium Don Chichot jako nowy kierownik sił lotnych a niebezpiecznych naszej niepowstrzymanej firmy.  Przedstawił też zarysy planu co daje lekką nadzieję na okiełznanie postępującego burdelu i ostatecznej demoralizacji naszego pachnącego rozchlapanych chlorofilem hufca.. Miło by było gdyby ktoś faktycznie zainteresował się tym i co i jak robimy, a nie tylko wysyłał nas za horyzont bez instrukcji i środków za to ze słowami "jedźcie sobie i zróbcie" a potem dawał nam odczuć swoją głęboką irytację za ewentualne niedoróbki.
Z drugiej strony trochę szkoda, że ominęła mnie ta brzytwa Okchama, a już słyszałem jej świat, mimo ogólnie egzystencjalnych obaw miałem nadzieję na prawdziwe, wielomiesięczne wakacje i jakiś ogień pośród nocy na Mazurach i wiatr na szczycie góry i gotyki i renesansy i falafel na dworcu we Wrocławiu i fortecę na Srebrnej Górze. Na czas przez palce i gorący kadłub czołgu pod tyłkiem. Zapach zboża i kolejowych podkładów...
Nic to. Akapit ciszy dla utraconych współtowarzyszy, którzy  zniknęli z tyłu jak płatki wiśni wzburzone podmuchem przemykającej kosiarki, czy jakoś tak...

Zastępowałem niedawno Basiolindę w jednym z Żagli. Patrząc z 17 piętra  na odległe Brzeźno budzące się powoli do życia w porannym słońcu, widziałem złotą mgłę przykrywającą świat w dole. Ścieliła się mlecznie na łąkach, tuliła do ścian, wylewała na bulwary. Z dołu nie było jej widać. Tachając odkurzacz w dół, piętro po piętrze czułem się jakbym schodził jakąś szklaną wierzą w głąb złocistego oceanu. Ścigałem się z jej opadający powoli poziomem.
Nie dowlokłem się wczoraj na empikowo- poetycką imprezę u Lenn, a podobno była Toroj. Mam teraz wyrzuty sumienia. W takich chwilach naprawdę czuję na kartu stęchły oddech nadpełzającej starości.
Starszy wpadł do faterlandu z Uzbeklandu. zaproszono nas dziś na konsumpcję powitalną. Ciekawe jakie będą jego wzruszające, pierwsze słowa po dwóch miesiącach nieobecności... "znowu się upasłeś" czy "dlaczego nie skosiłeś dzisiaj trawników"?

Bip bip, intruz w ogrodzie!
Uruchamiam spryskiwacze
z naftą...

(Dan)

*

niedziela, 8 czerwca 2014

Lost minute

Żelazo w twojej krwi sformowało
się w sercach gwiazd miliardy lat
temu i tryliony kilometrów stąd

(sieć)

Nadchodziła noc w gwieździstej sukience koloru indygo. Zachodnie niebo różowiało jeszcze ponad czarnym konturem wzgórz i klifów, pośród których złotą lawą skrzyło się uspokajające się Gottenhaven. Wiatr był chłodny ale nie zimny. Piasek pod nogami niebieski.
Stałem tak patrząc. Za plecami miałem pulsujące młodością  WhiteTown i wypełnioną po brzegi muzyką i tańczącymi Wyspę Piratów. Szanty, piwo, przyjaciele. Rytm i taniec, i słodko gorzkie, smakujące papierosowym dymem i sosem z nachosów usta dziewczyn. "Hiszpańskie dziewczyny" i "Szantaż oliwski", piosenka za piosenką, trzy gitary, bębny i harmonijka Strusia, wielki powrót CDNów.
I przeraźliwa, lodowata samotność w tym oddychającym tłumie. I pomroczna świadomość braku celu, czegoś za czym można by tęsknić. Nie ma nic straszniejszego od osiągnięcia doskonałości, czymkolwiek by ona nie była.
A potem długi, szalony marsz przez noc. Oglądanie ludzi, którzy w ciemnościach robili sobie zabawne rzeczy. Jakiś dres patrzy na mnie i się śmieje: Ale kucyk! Sam jesteś kucyk mówię wymijając go - rozbrykany, szczerbaty tarpanik.
Przed Brzeźnem  wywabiają mnie na plażę dźwięki gitary. Stara kompania Prawego i nieobecnej już Dżesiki, która zaćpała się z żalu po motorowym salcie Tomcata. Koleś sunął pięknie wirując wraz z dwustukilogramowym żelastwem po kostropatych płytach starego lotniska na Zaspie, a za nim, na betonie zostawała linia krwi, strzępów stali i porwanych marzeń. Przynajmniej Dżesi odeszła jak dama i powoli, acz konsekwentnie  odpłynęła ku chmurom w obłoku opium.
Nasze brzeźnieńskie uniwersum pustoszeje. Ci którzy mieli rozum uciekli w świat, ci co zostali wymierają, padają jak jakieś zerodowane kostki domina. A na nawozie z naszych murszejących kadłubów nie wyrasta już nic. Dzieci wychowują się podczepione do monitorów, nie rodzą się nowe tajemnice a przeżycia są jedynie wirtualne. Nikt nie powinien przeżywać końca swojego świata. To okrutne.
Śpiewaliśmy o cyganach i piliśmy wino z gąsiora, patrząc jak pośród srebrzystości obłoków sunie stacja kosmiczna i śmiejąc się, że gdzieś tam wysoko pośród ciemności, mknie po niebie motor z Tomkatem i Dżesi, patrzą na nas w dół z pobłażliwym uśmiechem i dodają gazu w pogoni za czymś lepszym i niewyobrażalnym.
Jutro mam być o 7:30 na Wróblim Zadupiu. Jeszcze nie wiem jak to zrobię. Ode mnie jedzie się tam godzinę czterdzieści, pod warunkiem, że w ogóle coś jedzie. Pewnie będę musiał wstać o 5 i ruszyć przed szóstą a wszystko po to by odprawić zbiorowy ceremoniał podbudowywania ego naszej firmowej kadry, a przynajmniej tak słyszałem. Naprawdę nie musicie wiedzieć...
A jest tak pięknie pod błękitną kopułą nieba. Może po prostu wyłączę telefon, wyśpię się i pójdę na wagary. Jeśli być bezrobotnym to tylko teraz.

Lepiej być dobrym nikim
niż złym kimś

*

środa, 4 czerwca 2014

Nieujażmiona

Strasznie płaczące dziecko
w asyście bezsilnego rodzica.
Dan nachyla się nad nim i mówi:
Nie płacz, bo gdy dzieci płaczą
z lasu wychodzi potwór i je
pożera, bo myśli, że to owce

Ostatnio śniło mi się, że chowam się przed podmuchem eksplozji nuklearnej w świeżo wykopanym grobie.
W pracy pogłębiający się chaos. Grafik nie istnieje, wersje zmieniają się trzy razy dziennie. Myjemy hale garażowe płynem do naczyń, bo nikt nie dowozi nam chemii. Jeździmy komunikacją w brudnych, porwanych szmatach, bo nikt nas nie dowozi. Kosimy mokrą, wysoką do kolan trawę zostawiając za sobą klomby pełne spienionej, zielonej pulpy. Pachnąca chlorofilem krew ziemi. Ostrza grzęzną i szarpią się. Kiedyś któreś w końcu zerwie się i poszybuje w dal by ciąć i patroszyć, mam nadzieję, że będę wtedy dość daleko i w miarę możliwości za czymś betonowym.
Ostatnio Il Duce i jego kreatywny zastępca Don Chichot zarządzili, że po maszynie mamy na halach doczyszczać wszystkie rogi mopem. Jako przyjazna i uczynna dusza postanowiłem nieco nam ułatwić i pojechałem maszyną jak najbliżej ściany. Akurat w tym miejscu na ścianie na lekko sterczących  metalowych kątownikach zamontowane były rury. Musiałem iść mocno wygięty w bok i opierać się na panelu i gdy tak sobie popychałem to basze muzealne, huczące monstrum usłyszałem DŹWIĘK. Po czym z włącznika o który się zapierałem wyskoczył przepiękny, różowy łuk elektryczny i pomknął mi w górę ramienia zostawiając zygzak wypalony w bujnym owłosieniu. Dobrze że wyrwało włącznik, bo pewnie jeszcze bym na nim wisiał wesoło skwiercząc, a tak cisnęło mną  tylko o ścianę no i oczywiście skronią prosto w kątownik. Dobrze że miałem czapkę, nic mi się w nic nie wbiło, ale na lekki wstrząs mózgu zapewne się załapałem bo jeszcze przez tydzień napieprzał mnie baniak, a życie urozmaicały mi zawroty głowy w różnych niespodziewanych momentach.
Przez ostatnie dwa tygodnie w ogóle prześladował mnie cholerny pech, nerwy więc lekko przecierały mi się na kantach. Gdy więc stałem tak pośród rozmoczonych, pokrytych blobem trawników wywrzeszczałem Danowi i Stasiowi elegię o etosie pracy, o tym że jest ona misją i celem i ... wyśmiali mnie. I w sumie mieli rację, praca nie jest już żadną wartością to tylko środek do celu. To ja jestem nienormalny przejmując się do obłędu i wkładając wszystkie siły w coś co nikogo nie obchodzi.
Tymczasem w Mieście mamy plagę znikania. Zniknięty został postrzelony żuraw z mariny, ten co to przez jego ramię przeszedł pocisk czołgowy zostawiając tylko wąską wstążkę metalu. Znika "indiańska wioska", niesamowita, niskopienna osada długich domków sformowanych w przyjemny układ placów i podwórek wzdłuż torów we Wrzeszczu. Mała zielona wyspa pośród skłębionej zabudowy i przemysłowych, metalowych splątków. Niegdyś zamieszkiwali ją licznie wojujący socjaliści, stąd nazwa. Znikają budynki, znikają przejścia...Kiedyś stworzę książkę o tym znikaniu i zadedykuję ją prezydenturze Pawła Adamowicza.

A na trawnikach dziesiątki ślimaków,
gdy idę z podkaszarką to tylko fruwają...
jak ptaki. Ciekawe co wtedy czują?

(Dan)

*

sobota, 26 kwietnia 2014

Rock'n'roll engines

Wypijmy za niego. Jeśli jest  w niebie
to znaczy, że się tam włamał.

(Castle)

Umarł Różewicz i Marquez. Trwa drugi ćwierćwiecze moich 100 lat samotności. Pudzian podnosi stalowe wieko dachu Teatru Szekspirowskiego wypuszczając na świat sen nocy wiosennej. Myślę że dzisiejsi ludzie fizycznie są młodsi ale duchowo starzeją się szybciej  Ich dusze rdzewieją, rozsiewając pył. Interakcje pokrywają się glonem.
Koncert Laibacha pośród zwalistych, betonowych kolumn stoczniowej hali. Stoimy tuż przy scenie czując jak ciepłe fale powietrza gnanego dźwiękiem uderzają w nas jak ogromna kocia łapa. Gdzieś w ciemności z tyłu czai się Texx. Powoli zaczynam się przyzwyczajać, że gdy obejrzę się gdzieś w ciemnym, pełnym ludzi i muzyki miejscu to Texx już tam jest.
Krótkowłosa dziewczyna ubrana w tą seksualną mieszankę stroju niemieckiej urzędniczki, stojąca za mównicą i śpiewająca wykorzystująca gestykulację wprost z przemówień Hitlera. Niedoścignione piękno osmozy niewinności z maszynowym autorytaryzmem. Głos przesiąknięty dymem, czas przetkany światłem.
Pulsujący rytmem mroczny tłum. Fetysze, mundury, dziewczyny ubrane w obcisłym stylu lat dwudziestych z ustami mocno podkreślonymi ciemną szminką. A pośrodku tego wszystkiego Agentka w czerwonym dresiku adidasa.Widziałem jak wokalista sunie tym swoim monumentalnym wzrokiem po widowni i nagle trafia wzrokiem na nią a jego źrenice rozszerzają się nagle niczym eksplodujące gwiazdy...
   Noc się kończy i nastaje praca. Praca, praca pod wiosennym słońcem. Pętla autobusowa na Jasieńskiej, która gwałtownie zarasta domami i na której co noc ktoś wywraca Toy Toya przygotowanego dla kierowców. Droga, która nie powiedziała jeszcze ostatniego słowa, i która jak podejrzewamy dotrze pewnego dnia do Dziwnego Ronda nieopodal obwodnicy, które leży niczym opuszczony, kosmiczny obwarzanek na szczycie wzgórza.
Ostatnio ciągle czuję w palcach rośliny, rozwijające się i umierające. Czuję się jak lekarz przyjmujący je na ten wiosenny świat tudzież wyprawiający ich martwe, suche ciała na kolejny. Po rękach spływa mi krew i pot, z górki, wprost na Dana, bezszelestnie zjeżdża martwej flory kontener i naprawdę przez dłuższą chwilę zastanawiam się czy go ostrzec czy poobserwować tę przepiękną katastrofę.
Spędzam noc na kortach do squosza w Fittnessclubie Który Nigdy Nie Śpi. Naprawdę, ludzie potrafią przyjechać ćwiczyć o 2 w nocy. Zmywam milion sto dziesięć plamek po uderzających piłkach, za pomocą baranka umieszczonego na sześciometrowym teleskopie... jakkolwiek dziwnie miałoby to zabrzmieć.
Kocica Lenn pożarła kawałek plastiku, musieli ją pociąć i sponiewierać. Śmieliśmy się z Danem, że po wszystkich tych wysiłkach i nerwach Lenn pokazuje jej ten kawałek plastiku i mówi "Zobacz co kotek miał w brzuszku" a kotek - chap!

- To tamtędy jadą siły inwazyjne.
Pewnie zajęli port, a most właśnie
stamtąd prowadzi...
- Nigdy mi się nie podobał.

(Jutro)

*

niedziela, 13 kwietnia 2014

Dyskretna eksplozja

- Aaaarrrgh!
- Co tam?
- Aaaaa, kochanie, czemu ja
   nie jestem antychrystem?
- Nie można mieć wszystkiego

(My)

Gdy usiadłem z kumplem "Przy Plaży" w knajpie, która miała spłonąć za niecałe 5 dni, patrzyliśmy jak spośród fal i wiatru wchodzi do środka dziewczyna z solą w rudych włosach, podchodzi do jakiegoś typa przy stoliku obok i upuszcza mu w talerz i pokal wirującą garść strzępków papieru. Potem bez słowa rusza do drzwi, za którymi miesza się w hormonalnym konglomeracie noc, wiatr i wiosna. Spojrzeliśmy na siebie równocześnie... Anioły nigdy niczego nie tłumaczą - mówię - Uważają swoje działania za dogmaty.
Teraz śmierdzi tam mokrą spalenizną.
W tym miesiącu miliard ludzi na całym świecie bierze udział w demokratycznych wyborach. Rekord wszech czasów. Rosja tymczasem proponuje nam, Rumunom i Węgrom rozbiór Ukrainy i układa Ukraińcom konstytucję. Osobiście uważam, że i my powinniśmy jak najszybciej skontaktować się z Chinami i rozważyć palącą kwestię bezpieczeństwa, dobrobytu i prawa do stanowienia milionów naszych obywateli zamieszkujących Syberię, Rosyjski Daleki Wschód, Okręg Królewiecki i Białoruś. Byłby fun i fajerwerki.
Byliśmy w kinie na Noe. Idea, że Arka była przeznaczona wyłącznie dla zwierząt, a ludzie na jej pokładzie byli tylko po to by zapewnić im bezpieczną podróż do nowego świata, a potem wymrzeć bezpotomnie , przekonuje mnie. Tym bardziej im częściej rzucę okiem na kampanię wyborczą naszych wybrańców narodu
Kiedyś wdzięczny acz nieco znużony naród zamknie ich wszystkich szczelnie w budynku sejmu i wpuści krokodyle.

Skoro już wysyła nas do piekła
mógłby przynajmniej dać wóz,
żebyśmy tam dojechali...

W pracy mamy maraton śmierci, drugi miesiąc brniemy przez najcięższe roboty, bez istotnych chwil przerwy. Czuję się jak gwiezdny pancernik ziejący w przestrzeń spośród porwanego poszycia i powyginanych wręg szczątkami i krystalizującą się atmosferą. Boli mnie właściwie wszystko, a wiadra z dziesiątkami kilo trującego pyłu, zlewają się w jedno z tachaniem przez 100 pięter przemysłowych odkurzaczy. Obecnie pełzamy przy ziemi anihilując rodzące się życie, które uznano z niewłaściwe. Mam suchy, wydrenowany mózg, zerwany bok i pocięte w krwawą arabeskę ręce. Dziś pójdę na koncert Laibacha pod dźwigami i może kogoś pobije. Może ktoś pobije mnie a wtedy wreszcie sobie poleżę...
W tak zwanym międzyczasie dotarliśmy ostatecznie do garsoniery Lenn gdzie w półmroku przetykanym kotem spędziliśmy wieczorek kulinarnych lubieżności i obejrzeliśmy po raz kolejny Zaplątanych w towarzystwie kolesia, który mówił rzeczy w stylu: "Och jaki Piękny król" po czym zaczynał histerycznie płakać.
Babcia tymczasem znalazła jakiegoś desperata, który zdjął jej muszlę klozetową po czym za pomocą dłuta i młota a prawdopodobnie także taktycznej broni jądrowej przywracał drożność rurom. Biegała potem z odłamkiem takiego kamyczka po okolicy i wszystkim go pokazywała. Sąsiadom, nam, nawet ojcu w Uzbekistanie, niestety podczas tego ostatniego odłożyła mi ten hołubiony, wygłaskany kamyczek na stół. Spędziłem potem upojną godzinę uspakajając moją hipochondrię Ajaxem i odrobiną Domestosa. Uwielbiam moją rodzinę.. Gdybym miał zbombardować Talibów użyłbym jej w charakterze bomb.

Na pokładzie panowała cisza. SI przeżywała
bezgłośny żal. Nie było nic do powiedzenia, a
poza tym kobieta siedząca w fotelu pilota i tak
niczego nie słyszała. .Jej mundur był poplamiony
i przepocony, skóra tłusta, brudne włosy posklejane
w strąki, a przekrwione oczy płonęły szmaragdowym
ogniem.
Okręt "Megajra" pędził w głąb układu a za jego
sterami siedział obłęd.

(Weber)

*