sobota, 22 marca 2014

Zakurzony kąt pod biurkiem wieczności

Dzisiejszy dzień to dziki korkociąg w dół. Rzeczywistość mnie pali. Czuję upływający czas i cieszy mnie to bo każda upływająca sekunda zbliża mnie do ostatecznej ciemności, w której będę wreszcie mógł wyszeptać w ucho mojemu dowcipnemu Stwórcy "A teraz zniszcz mnie, całkowicie i ostatecznie. Pluje na każdą z twoich wieczności chcę przestać czuć i myśleć. Chcę być unicestwiony tak by nie pozostał po mnie żaden ślad"
Gdy umrę karzę się spalić na stosie z moich  książek.
Każdy oddech sprawia mi metaforyczny ból, myśl o pójściu do pracy w poniedziałek wywołuje już fizyczne cierpienie. Chcę iść spać i nie obudzić się. Chcę wszystko rzucić i zostawić. Chcę kogoś obchodzić.
Człowiek jest skonstruowany tak by żyć do 35 roku życia. W realnym świecie albo już umierał ze starości, albo go coś zeżarło. Po tym terminie ważności, jest już tylko powolne umieranie. Utrata szczegółów i kolorów. Miejsce wszechogarniającego przyzwyczajenia bez zdziwień i zadziwień. Miejsce w którym najlepszym miejscem do ucieczki jest pamięć.
Chyba że ma się marną pamięć. Wtedy przejebane.
Moja mielizna rozbrzmiewa dziś stojedynką Depeszów, na głowie mam kaptur by ukryć się przed rozlewającym się pomiędzy zbyt bliskimi horyzontami słońcem. Jestem sam. Zupełnie sam w sobie i nie mam nawet gdzie iść bo dawny świat postatomowych fantazji zajęły zgrabnie przycięte osiedla pastelowych domków. Dzikie ścieżki pokrył polbruk i plastikowa horda mieniąca się w słońcu od opakowań z Biedronki.
W nocy przeszła nad nami niesiona południowym wiatrem burza. Ale nie zabrała mnie ze sobą.

*

niedziela, 16 marca 2014

Czasami bycie mną jest dość tajemnicze

- Hej chłopaki z Nagasaki!
- Hej dziewczyny z Hiroszimy!

(Jedno z tych tajemniczych wymian powitań jakie można usłyszeć z rana w pracy)

Pierwszy wiosenny sztorm porywa z dachów ostatnie strzępy jesieni. Ulicami toczą się fale pyłu i przypadkowi żule o rozszerzoych niedowierzaniem przekrwionych ślepiach, śmieci dekorują fraktalami płoty. Morze wypluwa na brzeg wszystko co ludzkie. Gałęzie zaczynają się zielenić, Daniel po raz pierwszy w tym roku psuje weltykulator. Wraży łeb unoszą hormony  i znów zaczynam wszędzie widzieć kobiety.
Landryna już nas nie kocha, zdaje się rozciągnęła swoją prywatną wojnę z Avatarem na nas wszystkich, albo może za bardzo przeszkadzaliśmy w procesie minionyzacji Areckiego, któż to może wiedzieć.
Dziś masturbacyjne referendum na Krymie, ruski brędzlują swoją dumkę narodową. Na miejscu Ukraińców w chwili gdy kacapy postanowią przytulić się do swej przegniłej Rodiny, uznałbym ich wybór, pogratulował a następnie odciął wodę, prąd, gaz i ścieki podłączone przecież do Ukrainy, a na koniec wybudowałbym na granicy wysoki zwieńczony drutem kolczastym pod napięciem mur i tylko od czasu do czasu zaglądał na drugą stronę przez peryskop by zobaczyć jak tam radzą sobie bez turystyki, która generuje większość miejscowego dochodu. Chcą do Rosji, więc niech Rosja ich utrzymuje.
I tyle na dziś, pogoda zmieniła się i solidnie mnie muli. Za jakąś chwilę skorzystam z nieobecności małżonki i udam się na plażę w celu pielęgnowania miejscowych stosunków towarzyskich. A jutro praca, o rany jak mi się nie chce nawet o tym myśleć.

W ogólnym przekonaniu wiewiórki to
istoty wprost urocze, gdy skaczą po
drzewach ludzie pokazują je sobie palcami.
- Ojej, jaka rozkoszna - a ich głosy stają
się niezwykle przesłodzone i wznoszą się
falsetem w górę.
Pozwólcie jednak, że wyjaśnię tu od razu
jedną rzecz: wiewiórki są rozkoszne tylko
wtedy, gdy są na tyle małe, że można je
rozdeptać. Kiedy człowiek staje przed
gigantyczną wiewiórką wielkości betoniarki
z miejsca przechodzi mu słabość do tych
stworzonek...

(Hearne)

*

poniedziałek, 10 marca 2014

Wampiryczne cechy polskiego romantyzmu

Na plecach nosiła strzelbę z
kompozytów ceramicznych,
a jej wyraz twarzy sugerował
wiele niezałatwionych spraw
( Pratchett\Baxter)

Wolny jak dzika świnia, owinięty w muślin czasu wolnego, pod słońcem tego nagłego wcześniaka wiosny mknę przez przestrzeń powiewając strzępkami dobrych myśli, śladem wspomnień starych i zaśniedziałych jak lufa dziadkowego mauzera ukrytego w meandrach strychu, w oczekiwaniu powrót czasów złych i niewyraźnych.  Przez te dwa dni zamierzam udawać że mam wolną wolę.
WhiteTown było dla mnie zawsze starą, stylową damą. Pastele cieni pośród koronek fasad starych willi. Zwiewny duch belle epoque  dobrego wychowania przeniknięty miejscami rytmem muzyki osiemdziesiątych lat. WhiteTown zawsze było ucieczką od trywialności dnia codziennego i oddechów ludzi w SKMce... ale przestało. Dziś ulice wypełnia ruch, a za coraz cieńszą skorupką fasad wzbiera krzyk. Dawna dama osiadła w falbanach dachówek pośród spienionych zielenią wzgórz zmienia się w balansującego na obcasach biznesowego wampa, malowaną wydmuszkę bez duszy, katatoniczkę o ostrym make upie.
Dawno, dawno temu chodziłem do WhiteTown by się uspokoić, by się otulić harmonią, mieszanką morza i miasta ze snów. Nie byłem sam, wokół krążyło całe mnóstwo różnej maści dziwaków i outsiderów z całej Polski. Całe mnóstwo ludzi przyjeżdżało tu by spędzić swój ostatni dzień na Ziemi, a potem umrzeć gdzieś w pół drogi do Gottenhaven. Na piasku pozostawały po nich torby i plecaki z dokumentami, porzuconymi drobiazgami, czy garścią wierszy. Dziś opuszczałem WhiteTown rozedrgany jak pęknięty dzwon i jedynie Ostatni Antykwariat na Drodze uratował sytuację.
Rozumiem że czas ucieka, wszystko się zmienia. Dawniej wyprawa do WhiteTown była właśnie tym - wyprawą. Szło się przez zdziczałe lasy pozbawione dróg, pełne bunkrów, jakiś postrzępionych stalowych resztek innych czasów i szkieł tłuczonych butelek. Przebywało się piaski plaż, stawał na zmurszałym moście ponad potokiem. Wędrowało przez dzielnice i osady zapadłe w komunistyczny skuwający zmysły błogostan. Była tylko pustka, niebo i powietrze. WhiteTown zaś skrzył się jak milion gwiazd na horyzoncie. niczym jakieś eteryczne miasto, jakieś Rivendel na krawędzi poznania.
Dziś wszystko łączy niekończący się bulwar po którym suną niezłomne ławice emerytów a powietrze wypełnia 12 języków. Świat zabudował się i ucywilizował i jest to dobre, ale po drodze gdzieś zagubił jakąś ważną cząstkę. Pamiętacie jak w Neverending Story w ciemności siedzi Bastian i Cesarzowa a ich twarze rozświetla maleńkie ziarenko trzymane w jej dłoni? Dziś jest tu pięknie, nowo i wygodnie, a wokół przemyka całe mnóstwo ludzi którzy nie widzą nic poza sobą i ciągle coś mówią do telefonów.
Na krawędzi wieczoru stanąłem na betonowych strzępach przeszłości wgryzających się w piasek plaży w Brzeźnie. Stałem tak, a noc coraz mocniej otulała mnie swym skrzydłem pełnym satelitów. Patrzyłem w dal ponad wodą na świetlistą koronkę WhiteTown, myśląc, że chyba jednak wolę patrzeć na nie z daleka, gdy przestrzeń między nami wypełniają uderzające powoli o brzeg fale możliwości.

- 42 rannych po nalocie 42 martwych
- Nie szanują czerwonego Krzyża?
- Celują w niego

*

sobota, 1 marca 2014

Odwaga to wdzięk w warunkach stresu

...i wtedy wszechświat skończył się
pośród eksplozji światła i wspaniałości

Byliśmy jakiś czas temu na próbie CDNów. Wieczór w zużytym budynku dawnej Macieży Szkolnej w Frei Stadt Danzig. Szanty pośród zwojów opuszczonych kurtyn, Kudłaty podpięty do żył basu wciąż na nowo godzący się z innym wyważeniem gitary, piwo, zachrypnięte głosy i papierosy w odrapanym kiblu z oknem z widokiem na wały i stary polder wojenny. Oddech umykających w noc pociągów i buszowanie pośród teatralnych rekwizytów. "Coś dzisiaj będzie" spytały dwie laski opuszczające budynek, gdy nasza wesoła gromadka wkraczała do środka. "Tylko my" mówię, "...i nie będziemy się dziś rozbierać".
W pracy nadal oglądamy świat od spodu. W czułych ramionach Dana maszyna spłonęła, wspominałem już o jakiejś jego protoplastce na Titanicu? A o tym, że w wojsku udało mu się popsuć wóz opancerzony którym jeździł. Jedyny dziurawy BRDM w całej kompani. No więc maszyna jęcząc potępieńczo gasnącymi wirnikami oddała bohatersko krew, a my wylądowaliśmy pod glebą z ciśnieniówką w inspirującym naszą wrodzoną pomysłowość oraz skłonności samobójcze towarzystwie niedrożnych studzienek odpływowych. Można więc powiedzieć, że przez ostatnie dni głównie brodziliśmy niczym jakieś obleczone w robocze łachy, zmechanizowane bociany zagłady. Dodam tylko, że oprócz nas w tej wodzie znajdowały się też maszyny oraz intrygująco skomplikowana sieć przedłużaczy, skutkiem czego co jakiś czas Dan krzyczał, podskakiwał tudzież wykonywał skomplikowane figury taneczne. Raz wpadł nawet na pomysł by podwieszać kabel na metalowej listwie pod sufitem. Z zapartym tchem obserwowałem jak stojąc po kostki w wodzie i mokry po kolana wyciąga dłoń ku szynie a między nią a jego dłonią przeskakuje pięć różowych błyskawic.
Oczywiście rozpuściłem zaraz tą opowieść. Wczoraj schodzi do mnie Gregory i pyta"Gdzie jest Zeus?". Ja myślę "Zeus, Zeus, AHA!", "Na górze" odpowiadam.
Do Bossa zadzwoniła jakaś kobiecina, że trzeba jej w ogródku przyciąć krzaczki. Wzięliśmy więc sekator, Dan poszedł z rzeczoną obejrzeć ogródek. Wraca i chichra się pod nosem. "Co jest?" zainteresowałem się. "Krzaczki" zarechotał Dan. Okazało się że to pieprzone pięciometrowe tuje i świerki wielkie jak baobaby rozciągające się puszczą pierwotną na sąsiednie parcele. Bez drabiny i piły łańcuchowej możemy co najwyżej się pod nimi położyć by kontemplować upływ pór roku tudzież powolne przesuwnanie się ramion galaktyki.
Żona znowu na wykładach, mam wolną chatę i właśnie rozważam konsekwencje tego faktu. Dzwoniła 3szklaneczki z Canady, że mieszka teraz w miejscu, w którym idąc do kibla zabiera się strzelbę z amunicją na niedźwiedzie. Siostra Szponiastej urodziła miesiąc przed terminem kolejnego potomka. To już powoli staje się rodzinną tradycją..Ciesząc się słońcem na spacerze mało nie wdepnąłem w jakąś entuzjastycznie kopulującą pośród lasu parkę, znaczy się wiosna. Dziewczyna była na dole. Zauważyła mnie i puściła do mnie oko.
Tymczasem Zachód ujawnia swoją tradycyjną ignorancję w kwestiach rosyjskich, Mówią o prawach i ostrożności, tak jak w 20, 39, 45,68, 81 itd. Oni naprawdę niczego się nie uczą. Przecież najmniejszy rosyjski osesek słysząc słowa:: ostrożność, respektowanie praw czy rozmowy, od razu wie, że ma do czynienia ze słabością i tym samym wszystko mu wolno. Rosja rozumie i szanuje tylko siłę, prawa i układy to jedynie środki do celu potrzebne jedynie przez chwilę. Jak tak dalej pójdzie to spokojnie i bez pośpiechu odbiorą Ukrainie Krym a przy odrobinie finezji jeszcze spory kęs terytorium, a Europa i Stany będą szczęśliwe, że tylko tak się skończyło. Zali.

Mam swoje praw! Zapisane w karcie,
cały dzień nie dostałem wody
- Właściwie - Rzekła zimno Lessa -
Karta nie wspomina o wodzie pośród
praw człowieka

(McCaffrey

*

sobota, 22 lutego 2014

Wysyłają diabła by dopełnił boskiego dzieła

Co robi dzik na zamku?
Penetruje lochy...

(Gregory)

17 lutego był dzień głaskania kota. Śniło się polowanie na stalowego, puszczającego parę na złączach tygrysa, w mieszkaniu moich starszych. W tym śnie co chwilę ktoś znikał.
Wciąż pracuję w tym samym miejscu. A już się witałem z gąską, z ulgą myślałem o nadrabianiu czytelniczych zaległości, powolnym meandrowaniu w kierunku Sopotu przez pozbawioną smrodu chemii przestrzeń, czy gotowaniu obiadów żonie. Istnieje taki moment gdy znużenie osiąga taki poziom, że nawet najgorsze rzeczy stają się zupełnie obojętne i takie sytuacje gdy zrobienie cokolwiek, nawet odcięcie sobie ucha, są lepsze niż stanie w miejscu.
Tymczasem odbyliśmy walne spotkanie akcjonariuszy i sytuacja się nieco wyklarowała, choć oczywiście chłopaki tradycyjnie wysłali mnie do przodu na pożarcie, Dan usiadł sobie gdzieś w tle, a Radosny za mną lekko skulony, tak że z perspektywy prezesowskiego biurka widoczna chyba była tylko jego aura. Ostatecznie ustaliliśmy że problemem jest niedostateczna komunikacja, po czym odstawiliśmy ten problem na później i  z ulgą się rozeszliśmy, a biała karawela świetnej firmy AquaC pożeglowała dalej przez wzburzone morza detergentów.
Śniegi ustąpiły, ptaki drą mordy od bladego świtu, a my powracamy na z dawien porzucone terytoria, gdzie zniechęceni osobliwą nieustępliwością w odzyskiwaniu opłat przez Naszego Il Duce autochtoni przerzucili się na firmy pokrewne, aczkolwiek tańsze. Najwyraźniej otrzymali to za co zapłacili bo teraz podobno "błagają" o nasz powrót. Cóż, nie dostaliśmy białych, kawaleryjskich koni, by dzierżąc dumnie wiadra i z mopami u pasa urządzić tryumfalny przejazd wykafelkowymi holami, mimo to jest jakaś taka podskórna duma, że wolą bulić ciężki pieniądz tylko za to byśmy raczyli powrócić.
Na jednym z takich obiektów, który ktoś inteligentnie umieścił tuż przy wzgórzu, tak że nawet z 4 piętra można kontemplować trawę za oknem, wylądowaliśmy by doczyścić ściany. Ongiś jakiś światły architekt umyślił sobie, że klatki będą nowatorsko i intrygująco wyglądały bez cokołów. Oczywiście osobnikowi tak mocno skażonemu abstrakcyjnym myśleniem do głowy nie przyszło, że cokoły wymyślono z pewnych praktycznych względów, np: aby panie myjące schody nie zmieniały mopami ścian w kipiącą poczerniałym tłuszczem sodomie z gomorią. To walnął jeszcze chropowaty tynk na ściany, a co.
Przez ponad tydzień doczyszczaliśmy to roztworem w którym rozpuszczały nam się gąbki pozostawiając po sobie tylko tę cienką, ścierną warstwę, a w efekcie uzyskaliśmy przepięknego dalmatyńczyka. Pracuje tam fajna kobitka, w normalnym świecie dorabia jako naczelniczka poczty. To mi przypomina jak pewien pan doktor z uniwerku odkrył, że jego niezwykle elokwentna sekretarka dorabia trzy razy w tygodniu tańcząc na rurze. Nosił to brzemię z uśmiechem.
Ostatnio zaś znów gramy w doungens & dragons na halach garażowych. Odcięci od światła słonecznego, snujemy się niczym potępione dusze z Tartaru pośród tumanów toksycznego pyłu składających się głównie z soli, ropy i zastawu metali ciężkich, maszyna radośnie międzia błocko, wchodząc na coraz wyższe tony i gubiąc co chwila jakieś części niczym postrzelany gwiezdny krążownik. Na Cmentarnej Wieży dopadł nas oczywiście na sam koniec 3 hali Hitler, H ma uczulenie na kórz oraz zestaw ekspresyjnych fraz którymi owo uczulenie werbalizuje. Poprzednio dopadł Dana, Dan nie przepada za ludźmi, którzy wypadają na niego znienacka i zaczynają krzyczeć, uśmiechnął się więc tylko, odwrócił się i poszedł. Jak stwierdził: Tacy ludzie są jak wiatr, odwracasz się i już nie wieje. Była z tego niezła chryja, tym razem postawiliśmy więc na dyplomację. Nie pomogło, następnym razem spróbujemy krwawej przemocy, wymyślnych tortur i podpalenia żywcem. Naprawdę nie mamy już ochoty tłumaczyć, że to mam najbardziej ze wszystkich zależy na tym by się nie kurzyło, bo to my tym oddychamy  i naprawdę pracujemy najszybciej jak się da, bo chcemy jak najszybciej wydostać się z tego piekła.
Ostatnio Starszy zapytał mnie kiedy wreszcie podejmę jakąś normalną pracę, odrzekłem :że lubię pracę fizyczną... Jestem szaleńcem
I tyle siedzę sam, bo żona mi poszła na wykłady, zapisała się na informatykę. Już zacieram macki, zostanie moim webmasterem i sami wiecie co będziemy robić... to co zwykle. Rozszerzać dominację nad światem. Ostatnio gdy coś mnie wkurza to mi mówi: Gdy już zostaniesz dyktatorem to zrobisz z tym porządek. Miło gdy ktoś docenia nasz potencjał.

-Czy widzisz coś ty narobił?
Utytłałeś pomidora w keczupie!
Przecież to tak jakbyś unurzał go
we krwi jego pobratymców.
-Zaraz zakończę jego cierpienia

(My)

*

wtorek, 4 lutego 2014

Oscylująca lina błysku

Każda uncja mojego cynizmu
ma za sobą precedens historyczny

(Cook)

Czasem musimy robić coś bez sensu
by wszystko miało sens

(Nasz Szef Najdroższy i Ukochany)

Byliśmy w piekle i wróciliśmy z niego. Momentami było tak zimno, że zamarzała mi  wilgoć pod powiekami i rysowała oczy. W zamieci, przed świtem po 9 godzin, wiernie i z uporem wykonywaliśmy wolę naszego szefa i wtłaczaliśmy świat w ramy jego wizji. W zamian otrzymywaliśmy szykany, teksty tak do bólu przesiąknięte żałosną amatorszczyzną, że gdyby nasz Il Duce miał choćby odrobinę doświadczenia praktycznego i usłyszał co sam wygaduje to położyłby się w kącie, cicho zaszlochał, po czym spłonął ze wstydu. Założę się że koleś nigdy nie znalazł się w sytuacji,  w której po paru godzinach pracy musi, pod kątem pracy do wykonania kolejnego dnia, zdecydować czy naderwać sobie staw łokciowy czy mięsień w ramieniu.
Podobno opuszczamy się, nie myślimy, jesteśmy za wolni. Trzeba być naprawdę debilem aby nie zrozumieć, że jak wysyła się ludzi dzień po dniu w zamieć od przedświtu do popołudnia to trzeba im potem dać choćby jeden dzień wolnego a nie wysyłać ich od razu do skuwania lodu, które jest najcięższą i najpotworniejszą robotą  jaką w ogóle wykonujemy. Dwa lata temu po paru dniach skuwania, od drgań powylatywały mi plomby z zębów.
A my przecież nie zwalniamy. My w końcu zaczynamy pracować normalnie. Ja akurat jestem tak perwersyjnie poskręcany, że lubię pracować, w szczególności pracować fizycznie. Robię to od 20 lat i zetknąłem się z dziesiątkami szefów i zleceniodawców. Zdarzały się marudy i skurwysyny, idioci i skąpcy, ale po raz pierwszy w życiu spotkałem typa, który robi wszystko by odebrać własnym ludziom jakąkolwiek motywację do pracy.
Zaczynamy pracować normalnie. To dla mnie trudne, mam swoje tempo i ulubiony poziom wysiłku, trudno mi się zmusić by pracować wolniej i gorzej, ale zrobię to, bo nasze dotychczasowe wysiłki by być szybkimi i skutecznymi okazały się błędem. Staraliśmy się przez całe lata w nadziei, że nasz wysiłek i poświęcenie zostaną docenione, tymczasem byliśmy nieustannie karani. Jeśli robiliśmy coś szybko i skutecznie to dokładano nam pracy, a potem jeszcze dokładano, i jeszcze, aż do użygu . Było to o tyle perfidne że równocześnie karmieni byliśmy szczytnym hasłem : Jeśli skończycie szybciej zasługujecie by iść szybciej do domu. Co okazywało się zwykle wyświechtanym frazesem nie mającym pokrycia w rzeczywistości.
Nasz cudowny, Il Duce który niech żyje, nie liczy naszej pracy wkładanym w nią wysiłkiem i przeszkodami, które musimy pokonać, ale czasem. Dla niego sprzątanie hali garażowej latem to to samo co sprzątanie zimą, odśnieżanie świeżego śniegu to to samo co sprzątanie zmrożonego, skuwanie lodu w czasie odwilży to to samo co skuwanie przy minusach...
Czasem jedyne co chroni tego faceta przed rytualnym ubojem to to, że u niego pracuję
Jestem zmęczony, bardzo Jesteśmy schorowani i wymęczeni, podziurawieni bólem i chorobami snujemy się jak widma ledwo będąc w stanie ciągnąć za sobą narzędzia. A nasz Wszechwspaniały wisi nam kasę za trzy miesiące odśnieżania, a gdy w końcu raczy nam ją oddać to tradycyjnie nas oszuka.
Było tak, że prze 6 tygodni odśnieżania miałem 2 dni wolnego, wiecie ile wtedy dostałem za całą zimę? 300zł.
Dziś  przypieprzał się do nas od rana, a na koniec, za dobrze wykonaną pracę nagrodził nas obcięciem premii.
Czuję to.
Nadchodzi koniec. .

*

czwartek, 16 stycznia 2014

Czekając na śnieg

Too late to
die young

(sieć)

W sylwestrową, jasną noc pełną radioaktywnych płynów, nagłych eksplozji i oszalałych psów nienawidzących tymczasem rodzaju ludzkiego, szliśmy sobie z Krzysiem przez ciemność. Odprowadziliśmy właśnie znajomych na ostatni nocny autobus, droga wyginała się łagodnym łukiem, z lewej prężyły się wyłysiałe drzewostany, z prawej wyginały ku niebu dachy w kształcie łodzi przedwojenne domy Niemców, którzy umkneli przed II RP zajmującą ówczesny Hel. Pewnie nie spodziewali się że RP ich w końcu dogoni, tylko numerek będzie już miała inny. Gdzieś za drzewami sennie przeciągało się Morze Bałtyckie, gdzieś przed nami spoczywały stalowe cielska zbiorników pełne oktanów i oleistych trakcji. Równomierny krok, mrok przepływający obok, nagle przymglone światła z przodu. Wyrwany z lasu brukowany placyk na nim rozświetlona choinka, wielki kamień - pomnik, wokół pełgające świece. Na tym łuku rozprysnął się w ciemność samochód syna Tygrysa. Licznik zatrzymał się na 190, podobno w miejscu gdzie leży kamień znaleziono głowę. Lepiej niczego nie dotykać bo podobno wokół są kamery, a za nimi ludzie pozbawieni poczucia humoru.
Noc pomiędzy datami, kameralnie wśród domowych kotletów i ogórków konserwowanych w chili, w tle rozbłyskującej od horyzontu po horyzont rafinerii i zmrożonej wódki. Egzystencjalne rozmowy nad ranem, powrót tramwajem z kolesiami wiozącymi typa w sklepowym wózku, bo dogoniła go petarda. Wysiedli oczywiście na pętli w Brzeźnie, a jakże.
Na wymuszonym terrorem urlopie nadrabiałem zaległości, pogoda była taka, że nie dało się wyjść. Więc z narażeniem życia i nietykalności cielesnej posprzątałem  conieco, stworzyłem pseudopawlacz i skonstruowałem pseudoszafki w kuchni. Pomalowałem to wszystko farbą olejną, która nie chciała wyschnąć. Posprzątałem też w kompie, który przypomina bar wegetariański po zamachu masarza -samobójcy. Z nieznanych mi przyczyn mą małżonkę jedyną i niepowtarzalną denerwują jpg w typie"chewbacca i dwie panie w strojach szturmowców".
Długie okresy zapchejpracy, nagle przerywane akcjami typu: Jedźcie szybko odśnieżyć bo się stopi! Wysypaliśmy ocean soli, pocę się się i łzawię. Radykalnie wprowadzam zmiany w geografii mojego ciała, ale to zupełnie inna, odrażająca historia.
Wiecie że "Zmierzch " to oficjalnie horror? I to jest dopiero komedia. Tusk obiecał, że Polska wejdzie do dwudziestki najbogatszych państw świata. Biorąc pod uwagę, że jesteśmy na 21 miejscu, nie będzie to wymagało od niego wielkiego wysiłku, wystarczy poczekać aż potknie się Hiszpania, zakrztuszą Włosi tudzież poślizgnie się na kawałku greckiej fety Republika Wszystkich Żabojadów. Moja babka depcząc rabaty wynosi resztki za płot "dla kociaków". Z moich obserwacji wynika, że "Kociaki" są czarne, skaczą na dwóch krępych  łapkach i mówią "kra". Po czym obżarte wzbijają się ku niebu i ulatują ku kolejnej opowieści. Prawicowe hieny kąsają po łydkach Owsiaka, a żeby ich łoś pokąsał!  Szponiasta wpatruje się magnetycznym wzrokiem w skoki. Jestem tak wymęczony, że nie mogę utrzymać ciągłości myśli.    
Tymczasem nadchodzi. Jest już tuż za linią horyzontu. Narasta falą ciśnienia, odkształca noc, wywołuje pieczenie za powiekami. Ledwo dodrapaliśmy te wszystkie osiedla do kostki, asfaltu, imentu, a tu już tuż, tuż, nadchodzi kolejna spieniona śnieżnie fala uderzająca w brzeg naszej smaganej lodowatym wiatrem rzeczywistości. Oczywiście tradycyjnie na weekend..Ciekawe czy uda mi się dotrzeć na kolejną parapetówę Lenn bez doprowadzenia mojego szefa do depresji.

Śmiech to zdrowie...ten kto to
wymyślił na pewno nie miał
krwi w płucach.

(Hearne)

*