Kochanie czy dużym nietaktem
będzie pójście na polsatowski
Top Trendy w kurtce TVNu?
Ciemność wypełniają gwiazdy, zapach grillowanej tkanki i dym z węgla drzewnego. Szanty niosą się nad łąkami Wiślinki, Kudłaty brzdąka na gitarze swój "Żółty kajak", Przyszywani synowie Radosnego wtórują mu znając tylko refren. Dinozaury szantowej sceny, ostatnie CDNy, ludzie od robót prostych a ciężkich, dosadnie składa się wiersz nieskomplikowanego odpoczynku.
Brak drew do ognia nie był problemem, w odblasku zachodzącego słońca błysnęły ostrza siekier a pośród płomieni trzaskały wkrótce wesoło jakieś biurka, szafki i coś co przez moment płonęło na zielono a potem zrobiło psytpsytpsyt i odleciało na północ. wszyscy śpiewali tę samą piosenkę, ale każdy własną. Wiozła nas stamtąd przez noc dziewczyna ratująca wcześniaki w szpitalu na Zaspie. Cud że te balangi w cieniu rafineryjnych zbiorników nie zakończyły się jakimś ognistym grzybem. W Brzeźnie pewnie biliby brawo... oczywiście dopiero po przejściu fali uderzeniowej.
Wpadliśmy też na drugi dzień Top Trendy, ja po to by zobaczyć Lisowską, po co Szponiasta - nie pytałem. Była wierchuszka młodej polskiej muzyki i bawiliśmy się nieźle, szczególnie, że gdy gasły kamery i prowadzący odwalali takie numery, że człowiek mógł w końcu zapomnieć, że żyje w kraju cichej acz nieustępliwej cenzury obyczajowej. W pewnym momencie cały amfiteatr zaśpiewał "Ona tańczy dla mnie", a kolesie ze sceny stwierdzili, że nikogo by to nie śmieszyło gdyby śpiewał to kto inny niż Weekend. Po czym zaczęli śpiewać różnymi stylami: łzawą Górniak, chrypiącego Stachurskiego, ale mistrzostwem świata było wykonanie al'a Cugowski. Według nas powinien wygrać Lemon ze swoim "Napraw", nie wiem jak to wyglądało w TV, ale na miejscu mroziło krew w żyłach. Ludzie tak skakali na niektórych kawałkach, że trybuny zaczęły wibrować a lampy tańczyć na kablach, kubki podskakiwało i piwo lało się w dół kaskadami. W czasie części drugiej, gdy śpiewali ludzie znikąd, Nagle zgasł prąd. Momentalnie cała cudowność show biznesu, cały kolor i blichtr uleciały ukazując szarą podszewkę stygnących ekranów. Potem gdy wygrał dość bezbarwny i ogólnie żałosny młody Riedel i wszedł, a właściwie wykuśtykał o kulach by wykonać zwycięską piosenkę, nabijaliśmy się trochę, że pewnie za kulisami odbywa się już niezłe tankowanie i chłopina potknął się o 10 000 wolt.
O 1 w nocy na Monciaku są takie tłumy, że nie można się przedrzeć do morza.
W Empiku robią miejsce na półkach i z tyłu ustawili szafy pełne książek z dychę, obłowiłem się tak, że zataczałem się idąc do tramwaju. Osiemnastego wyszła nowa Honor, miałem ją 3 dni wcześniej i teraz już wiem WSZYSTKO.
Wszystko jest tam schludne do
niemożliwości, nikt się na nikogo
naprawdę nie wścieka, mówią np:
"Ty nikczemny huncwocie" zamiast
"Obyś srał jeżami!"
Johnson
*
wtorek, 18 czerwca 2013
wtorek, 28 maja 2013
Pożeram śmiało ciało
Babcia - Dlaczego nie zetniesz włosów?
Brzydkie to i gorące...
Ja - A ty dlaczego trzymasz psa, ani to
jajek nie znosi, ani mleka nie daje
Nim nadejdą aniołki strzyżemy trawnik Pana Boga wzdłuż czternastowiecznych fundamentów. Stare kamienie spojone mchem. Żelazna pieczęć mierniczych jego wysokości Kajzera Wszechniemiec odciśnięta na ścianie kościoła, wiatr porusza liśćmi i światłocieniami, pachnie gorące paliwo. Kocham zapach benzyny.
Matka Boska ponad poszarpaną folią i strzępami papieru, dziś ujawniamy światu co wierni złożyli na tej świętej ziemi od zeszłego lata. Cola ma smak nektaru bogów, droga na Gdańsk wiedzie przez zapach tarcicy w Kowalach.
Pierwszym potwierdzonym ewolucjonistą był Św Augustyn. Uważał, że dzieło stworzenia powstało w pewnym stanie wyjściowym, obdarzone potencjałem rozwoju i zmian. Podobno Bóg nie mógł stworzyć świata w 7 dni... ale właściwie ile trwa dzień Boga? Milisekundę, dzień, dziesięć tysięcy lat, miliard? Może wciąż mamy przedpołudnie dnia ósmego a zapracowany Stwórca pracuje przy biurku ustawionym pośród dziewiczych, białych piasków tropikalnej plaży, a czasoprzestrzeń opalizując omywa mu stopy, jedna powolna fala za drugą.
Moja pamięć zawisa nagle na konturze Lady Pazurek stojącej w tle okna wypełnionego burzą. Błyskawice plączą się z jej włosami,
Czterdziestka Radosnego, balkon ponad rozpadliną wypełniony mieszanką zapachu grillowanej karkówki, ziół i papierosowego dymu. Gitary i szanty śpiewane przez całą noc, podlewaną wściekłymi psami, czerwona setka za setką. Rany jak ja dawno nie śpiewałem. Potem rozpostarte skrzydła nocy, rozbłyski błyskawic nad horyzontem, szczęk żelaza... lecz niestety, po nocy przychodzi dzień a po burzy spokój. Nagle ptaki budzą mnie tłukąc się do okien... Tupot białych mew, drapanie pterodaktyli i stepowanie kiwi, może nawet jedna czy dwa tąpnięcia dodo. Naprawdę bałem się wstać, czułem się jak walnięta młotkiem kryształowa waza, która wciąż zachowuje kształt o ile nikt jej nie dotknie. Leżałem tak sobie czując jak coś we mnie burczy, wije się i rusza, wyglądając co czas jakiś na świat moimi oczami. Malinami odbijało mi się do południa.
Trzeba będzie to powtórzyć.
- Znowu opis przyrody.
-Spoko, w tej książce opisy przyrody służą
tylko i wyłącznie w doprowadzeniu kogoś
do jakiejś paszczy. Paszcza już tam jest.
(My)
*
Brzydkie to i gorące...
Ja - A ty dlaczego trzymasz psa, ani to
jajek nie znosi, ani mleka nie daje
Nim nadejdą aniołki strzyżemy trawnik Pana Boga wzdłuż czternastowiecznych fundamentów. Stare kamienie spojone mchem. Żelazna pieczęć mierniczych jego wysokości Kajzera Wszechniemiec odciśnięta na ścianie kościoła, wiatr porusza liśćmi i światłocieniami, pachnie gorące paliwo. Kocham zapach benzyny.
Matka Boska ponad poszarpaną folią i strzępami papieru, dziś ujawniamy światu co wierni złożyli na tej świętej ziemi od zeszłego lata. Cola ma smak nektaru bogów, droga na Gdańsk wiedzie przez zapach tarcicy w Kowalach.
Pierwszym potwierdzonym ewolucjonistą był Św Augustyn. Uważał, że dzieło stworzenia powstało w pewnym stanie wyjściowym, obdarzone potencjałem rozwoju i zmian. Podobno Bóg nie mógł stworzyć świata w 7 dni... ale właściwie ile trwa dzień Boga? Milisekundę, dzień, dziesięć tysięcy lat, miliard? Może wciąż mamy przedpołudnie dnia ósmego a zapracowany Stwórca pracuje przy biurku ustawionym pośród dziewiczych, białych piasków tropikalnej plaży, a czasoprzestrzeń opalizując omywa mu stopy, jedna powolna fala za drugą.
Moja pamięć zawisa nagle na konturze Lady Pazurek stojącej w tle okna wypełnionego burzą. Błyskawice plączą się z jej włosami,
Czterdziestka Radosnego, balkon ponad rozpadliną wypełniony mieszanką zapachu grillowanej karkówki, ziół i papierosowego dymu. Gitary i szanty śpiewane przez całą noc, podlewaną wściekłymi psami, czerwona setka za setką. Rany jak ja dawno nie śpiewałem. Potem rozpostarte skrzydła nocy, rozbłyski błyskawic nad horyzontem, szczęk żelaza... lecz niestety, po nocy przychodzi dzień a po burzy spokój. Nagle ptaki budzą mnie tłukąc się do okien... Tupot białych mew, drapanie pterodaktyli i stepowanie kiwi, może nawet jedna czy dwa tąpnięcia dodo. Naprawdę bałem się wstać, czułem się jak walnięta młotkiem kryształowa waza, która wciąż zachowuje kształt o ile nikt jej nie dotknie. Leżałem tak sobie czując jak coś we mnie burczy, wije się i rusza, wyglądając co czas jakiś na świat moimi oczami. Malinami odbijało mi się do południa.
Trzeba będzie to powtórzyć.
- Znowu opis przyrody.
-Spoko, w tej książce opisy przyrody służą
tylko i wyłącznie w doprowadzeniu kogoś
do jakiejś paszczy. Paszcza już tam jest.
(My)
*
środa, 15 maja 2013
Chciałaś upaść, to teraz leż
Po praniu:
- I co kocie , Perwol pogłębia czerń ubrań?
- Jawohl Perwol!
(My)
Grad wielkość kurzych jaj w Wielkopolsce, tornada we Włoszech, "Pojutrze" Emmericha też się tak zaczynało.
Próbowaliśmy ściąć mi włosy, scena: siedzę na golasa, nade mną Szponiasta niczym niczym litościwa bogini żniw czy inna faraonica - rączki na boki w jednej maszynka w drugiej nożyczki - Trochę ich szkoda - Nooo - I długo rosły - I tak fajnie błyszczą... Włosy wygrały.
Wyspę Cegieł obili blachą, stalowa ściana wyrosła od strony Motławy. może w końcu z tego gruzowiska wzniosą się ku niebu ściany najnowszych spichlerzy. Znalazłem tez nową, ukrytą z lekka przed światem fontannę Neptuna, z tajemniczych przyczyn pachnie stęchlizną. Kupiłem pierwszą w moim życiu mangę i trochę czasu zajęło mi przyzwyczajenie się do czytania pod prąd.
W pracy dokończyliśmy z hukiem przyspieszony sezon wiosennych porządków. Kończymy zamiatanie dróg osiedlowych na Wawelskiej, nie chciało nam, się już tachać resztki gruntu w wiadrach, dyskretnie wmietliśmy go więc, że tak powiem, pod parking, na którym stała akurat czarna Alfa. Nagle zagulgotało coś trzy piętra wyżej, zaszumiało i z klatki wysypało się paru dresiarzy. Było bardzo, bardzo słonecznie, my przegrzani, zakurzeni jak niebożęta i nieludzko wkurwieni bo robotę wykonywaliśmy za jełopów, którzy nie tylko nie wykonali swojej części pracy ale dodatkowo nas oszukali... no i ściskaliśmy akurat w rękach czterokilowe, stalowe i finezyjnie wygięte miotły Fiskersa. Dresy wypadły z chmury kurzu i na widok wyrazu naszych fizjonomii gwałtownie wyhamowali. Zapanowała tzw krepująca cisza, którą w końcu przerwał Radosny niosącym szereg znaczeń pytaniem: Co, ryj swędzi?
Teraz już wzeszła szczęśliwa gwiazda wirujących ostrzy i zaczęliśmy sezon na koszenia. Jestem zielony, pachnę jak wiosna. Cały parter wypełnia buchający z moich ciuchów roboczych aromat zmasakrowanych ziół i traw, z kieszeni wysypują mi się rozwścieczone biedronki.
Kosiarki stały się częścią naszych ciał, dostaliśmy dwie nowiutkie maszyny, a rżniemy 4 obiekty dziennie.Przez skórę odbieramy każde drgnięcie stalowych ścięgien silników, czujemy każde skrobnięcie noża o kamień, płuca przepełnia organiczny zapach gorącej wachy i aromat masowego trawobójstwa. Spalone ręce, spalone twarze, wiatr we włosach, śmiech i pęd przez Miasto.
Radosny zakupił zgrzewkę koli po 79 groszy litrowa butelka.... Piliście kiedyś NRDowską kolę w małych buteleczkach? Smakuje tym samym lekarstwem, tyle że tamta była z reguły tak nagazowana, że wybuchała przez nos. Śmiejemy się, że można by to cholerstwo używać w charakterze politury do mebli, albo lać do baku podkaszarki.
Struna boli, przypomina, że już jutro mogę znowu paść i już leżeć do końca życia. Weronika postanawia umrzeć, Pułkownik Kiszczak postanawia iść pośród oblanych złotem popołudnia ścian Miasta Miast i przeczesywać przestrzeń ulic i zaułków echosondą swoich uczuć. Być może jutro mój czas się skończy w przepoconej pościeli i zmienianych przez żonę pampersach, ale na razie CIĄGLE TU JESTEM
Ja uromatyczniony - Kochanie, ukradłaś mi serce?
Szponiasta - Tak. Trzymam je w sejfie i jem razem
z innymi wiedźmami by zachować wieczną młodość.
...czasem lepiej nie pytać.
*
- I co kocie , Perwol pogłębia czerń ubrań?
- Jawohl Perwol!
(My)
Grad wielkość kurzych jaj w Wielkopolsce, tornada we Włoszech, "Pojutrze" Emmericha też się tak zaczynało.
Próbowaliśmy ściąć mi włosy, scena: siedzę na golasa, nade mną Szponiasta niczym niczym litościwa bogini żniw czy inna faraonica - rączki na boki w jednej maszynka w drugiej nożyczki - Trochę ich szkoda - Nooo - I długo rosły - I tak fajnie błyszczą... Włosy wygrały.
Wyspę Cegieł obili blachą, stalowa ściana wyrosła od strony Motławy. może w końcu z tego gruzowiska wzniosą się ku niebu ściany najnowszych spichlerzy. Znalazłem tez nową, ukrytą z lekka przed światem fontannę Neptuna, z tajemniczych przyczyn pachnie stęchlizną. Kupiłem pierwszą w moim życiu mangę i trochę czasu zajęło mi przyzwyczajenie się do czytania pod prąd.
W pracy dokończyliśmy z hukiem przyspieszony sezon wiosennych porządków. Kończymy zamiatanie dróg osiedlowych na Wawelskiej, nie chciało nam, się już tachać resztki gruntu w wiadrach, dyskretnie wmietliśmy go więc, że tak powiem, pod parking, na którym stała akurat czarna Alfa. Nagle zagulgotało coś trzy piętra wyżej, zaszumiało i z klatki wysypało się paru dresiarzy. Było bardzo, bardzo słonecznie, my przegrzani, zakurzeni jak niebożęta i nieludzko wkurwieni bo robotę wykonywaliśmy za jełopów, którzy nie tylko nie wykonali swojej części pracy ale dodatkowo nas oszukali... no i ściskaliśmy akurat w rękach czterokilowe, stalowe i finezyjnie wygięte miotły Fiskersa. Dresy wypadły z chmury kurzu i na widok wyrazu naszych fizjonomii gwałtownie wyhamowali. Zapanowała tzw krepująca cisza, którą w końcu przerwał Radosny niosącym szereg znaczeń pytaniem: Co, ryj swędzi?
Teraz już wzeszła szczęśliwa gwiazda wirujących ostrzy i zaczęliśmy sezon na koszenia. Jestem zielony, pachnę jak wiosna. Cały parter wypełnia buchający z moich ciuchów roboczych aromat zmasakrowanych ziół i traw, z kieszeni wysypują mi się rozwścieczone biedronki.
Kosiarki stały się częścią naszych ciał, dostaliśmy dwie nowiutkie maszyny, a rżniemy 4 obiekty dziennie.Przez skórę odbieramy każde drgnięcie stalowych ścięgien silników, czujemy każde skrobnięcie noża o kamień, płuca przepełnia organiczny zapach gorącej wachy i aromat masowego trawobójstwa. Spalone ręce, spalone twarze, wiatr we włosach, śmiech i pęd przez Miasto.
Radosny zakupił zgrzewkę koli po 79 groszy litrowa butelka.... Piliście kiedyś NRDowską kolę w małych buteleczkach? Smakuje tym samym lekarstwem, tyle że tamta była z reguły tak nagazowana, że wybuchała przez nos. Śmiejemy się, że można by to cholerstwo używać w charakterze politury do mebli, albo lać do baku podkaszarki.
Struna boli, przypomina, że już jutro mogę znowu paść i już leżeć do końca życia. Weronika postanawia umrzeć, Pułkownik Kiszczak postanawia iść pośród oblanych złotem popołudnia ścian Miasta Miast i przeczesywać przestrzeń ulic i zaułków echosondą swoich uczuć. Być może jutro mój czas się skończy w przepoconej pościeli i zmienianych przez żonę pampersach, ale na razie CIĄGLE TU JESTEM
Ja uromatyczniony - Kochanie, ukradłaś mi serce?
Szponiasta - Tak. Trzymam je w sejfie i jem razem
z innymi wiedźmami by zachować wieczną młodość.
...czasem lepiej nie pytać.
*
czwartek, 2 maja 2013
Czwartek to taki wicepiątek...
Hradani Bahzell Bahnakson z plemienia
Koniokradów nigdy nie chciał zostać
wybrankiem boga wojny. Niestety bóg
wojny nalegał.
(Weber)
To naprawdę deprymujące Kiedyś uwielbiałem tu pisać. Teraz jednak gdy po jakiejś półgodzinie siedzenia kość ogonowa zmienia mi się w poligon w Semipałatyńsku odczuwam do tego lekką niechęć, żeby nie powiedzieć, że jestem żywiołowo zainteresowany wszystkim poza tym. Ostatnio nawet gdy w końcu stanąłem nad klawiaturą obudził się we mnie ukryty niewątpliwie od neolitu instynkt pierwszych rolników, po czym udałem się nawozić ogródek i przesadzać kwiatki. Zasadziłem nawet w donicy bazie, które od jakiegoś czasu stały w wazonie... inna sprawa, że stały tak długo aż puściły listki i korzenie.
W międzyczasie wydarzyło się całe mnóstwo rzeczy z których większość zdążyłem już zapomnieć. Pracuję, i jak na razie nic mi nie odpadło, choć nie narzekam na nadmiar komfortu. W wozie nie usiądę inaczej jak z butlą po koli wciśniętą w lędźwiowe okolice i pochylam się tak jakby bokiem. W sumie więcej klękam niż się pochylam, co mi przypomina, że muszę jeszcze jakoś zrzucić pozostałe 14 kilo nadwagi zanim eksplodują mi kolana. Ostatnio jednym ciągiem czyścimy wszystkie podziemne hale garażowe Trójmiasta. Po zimie miejscowy pył ma specyficzny chemiczno-solny skład, skutkiem czego oczy mamy czerwone jak króliki a w płucach dymiący krater Etny.
Moja rodzicielka tak dzielnie i żywiołowo świętowała ostatni dzień wolności przed powrotem ojca, że potknęła się o własne łóżko i strzaskała dokumentnie bark. Spędziliśmy z nią upojne godziny w szpitalu na Zaspie wożąc ją na wózku po rentgenach, ultrasonografach i salach zabiegowych skąd dobiegały jej upiorne wrzaski. Pooglądaliśmy sobie z jaką bezczelną pogardą i niepowstrzymaną skutecznością białe kitle gnają korytarzami staruszków w obięcia śmierci, coś obrzydliwego i nie do uwierzenia, jak instytucja stworzona przecież z założenia by służyć ludziom potrafi ich publicznie i okrutnie upodlić. Ciągle stoi mi przed oczyma jakiś dziadek z cewnikiem czarnym od krwi, którego płacząca żona przywiozła tego dnia trzeci raz do szpitala i uśmiechniętego konowała, który tłumaczył jej, że w szpitalu nie mogą jej pomóc i lepiej niech zmieni lekarza pierwszego kontaktu. Ostatnio łatwo się wkurwiam i gdy kolejny niedouczony, arogancki debil stanął nad moją matką i z pretensją zaczął ją wypytywać czemu zsiniała jej dłoń i nie ma w niej czucie, wziąłem go za fraki i wytłumaczyłem jak dziecku, że jak się zrobi za ciasny opatrunek i odetnie krążenie pod pachą, to tak się zwykle dzieje. Ostatecznie rodzicielka skończyła na stole i teraz może się cieszyć długą na palec blizną i zestawem tytanowych śrub. Przejście przez odprawę na lotnisku, już nigdy nie będzie takie samo.
A poza tym spokój, pusto, krzaki popierdalają.. Choć przyznam że czasem sam się zadziwiam, ostatnio zjadłem z puszki coś niemieckiego, co, co prawda miało termin ważności do 2016, ale nabyłem to drogą kupna w 2008.
- Co będziemy dzisiaj jeść?
- Demony przeszłości...
...
-Sprzątałeś lodówkę?
(My)
*
Koniokradów nigdy nie chciał zostać
wybrankiem boga wojny. Niestety bóg
wojny nalegał.
(Weber)
To naprawdę deprymujące Kiedyś uwielbiałem tu pisać. Teraz jednak gdy po jakiejś półgodzinie siedzenia kość ogonowa zmienia mi się w poligon w Semipałatyńsku odczuwam do tego lekką niechęć, żeby nie powiedzieć, że jestem żywiołowo zainteresowany wszystkim poza tym. Ostatnio nawet gdy w końcu stanąłem nad klawiaturą obudził się we mnie ukryty niewątpliwie od neolitu instynkt pierwszych rolników, po czym udałem się nawozić ogródek i przesadzać kwiatki. Zasadziłem nawet w donicy bazie, które od jakiegoś czasu stały w wazonie... inna sprawa, że stały tak długo aż puściły listki i korzenie.
W międzyczasie wydarzyło się całe mnóstwo rzeczy z których większość zdążyłem już zapomnieć. Pracuję, i jak na razie nic mi nie odpadło, choć nie narzekam na nadmiar komfortu. W wozie nie usiądę inaczej jak z butlą po koli wciśniętą w lędźwiowe okolice i pochylam się tak jakby bokiem. W sumie więcej klękam niż się pochylam, co mi przypomina, że muszę jeszcze jakoś zrzucić pozostałe 14 kilo nadwagi zanim eksplodują mi kolana. Ostatnio jednym ciągiem czyścimy wszystkie podziemne hale garażowe Trójmiasta. Po zimie miejscowy pył ma specyficzny chemiczno-solny skład, skutkiem czego oczy mamy czerwone jak króliki a w płucach dymiący krater Etny.
Moja rodzicielka tak dzielnie i żywiołowo świętowała ostatni dzień wolności przed powrotem ojca, że potknęła się o własne łóżko i strzaskała dokumentnie bark. Spędziliśmy z nią upojne godziny w szpitalu na Zaspie wożąc ją na wózku po rentgenach, ultrasonografach i salach zabiegowych skąd dobiegały jej upiorne wrzaski. Pooglądaliśmy sobie z jaką bezczelną pogardą i niepowstrzymaną skutecznością białe kitle gnają korytarzami staruszków w obięcia śmierci, coś obrzydliwego i nie do uwierzenia, jak instytucja stworzona przecież z założenia by służyć ludziom potrafi ich publicznie i okrutnie upodlić. Ciągle stoi mi przed oczyma jakiś dziadek z cewnikiem czarnym od krwi, którego płacząca żona przywiozła tego dnia trzeci raz do szpitala i uśmiechniętego konowała, który tłumaczył jej, że w szpitalu nie mogą jej pomóc i lepiej niech zmieni lekarza pierwszego kontaktu. Ostatnio łatwo się wkurwiam i gdy kolejny niedouczony, arogancki debil stanął nad moją matką i z pretensją zaczął ją wypytywać czemu zsiniała jej dłoń i nie ma w niej czucie, wziąłem go za fraki i wytłumaczyłem jak dziecku, że jak się zrobi za ciasny opatrunek i odetnie krążenie pod pachą, to tak się zwykle dzieje. Ostatecznie rodzicielka skończyła na stole i teraz może się cieszyć długą na palec blizną i zestawem tytanowych śrub. Przejście przez odprawę na lotnisku, już nigdy nie będzie takie samo.
A poza tym spokój, pusto, krzaki popierdalają.. Choć przyznam że czasem sam się zadziwiam, ostatnio zjadłem z puszki coś niemieckiego, co, co prawda miało termin ważności do 2016, ale nabyłem to drogą kupna w 2008.
- Co będziemy dzisiaj jeść?
- Demony przeszłości...
...
-Sprzątałeś lodówkę?
(My)
*
wtorek, 2 kwietnia 2013
Olbrzymie maleństwo
...i to brzmienie silnika. Przy pełnym
przyspieszeniu na pełnej mocy Aston
nie warczy ani nie wyje. Brzmi jak
najbardziej ekscytujące fragmenty
biblii. Brzmi jak apokalipsa.
(Clarkson)
Jutro wracam do pracy. Na zewnątrz pośród smug arktycznego wiatru rozwija kryształowe skrzydła nowa epoka lodowcowa. W najśmielszych snach nie przypuszczałem, że będę odśnieżał w kwietniu, co najwyżej wirujące płatki kwiatów wiśni.Ciekawe czy uda mi się tak pracować, żeby struna mi znowu nie pękła. Zabawna rzecz ten kręgosłup, człowiek nie zdaje sobie sprawy że go ma póki nie zaboli. Ostatnio często śni mi się że się pochylam i wiążę sobie buty. Budzę się zaśliniony. Taka mała fantazja seksualna.
Lenn nadal się nie odzywa obrażona, że nie potrafi wychować własnego dziecka. Nadal wisi nam za światłowód, powinna dziękować wszystkim bogom, że telewizor był dobrze osadzony bo inaczej pożegnałaby ze trzy pensje.
Stasiu z Void i Małym Boro wprowadzają się do mieszkania sąsiadującego przez ścianę z teściową. Śmieję się, że powinni jej wybić do kuchni okno bufetowe.
Landryna wpadła z Areckim i opisała ze szczegółami swój ślub, który odbędzie się zdaje w 2015. Ma wybrane już wszystko, od sali po sznurówki gorsetu i buciki z futerkiem na noc poślubną.. Nawet spróbowali 16 rodzajów tortu. Potem zagryźli je frytkami i mieli ciekawą noc.
Szponiasta zaś opisywała perypetie pewnego znajomego pana doktora, który pojechał dorobić sobie do Libii. Jak chciał pojechać na urlop, to przyjechał miejscowa bojówka wyposażona w broń maszynową i obiecała mu, że jak tylko się ruszy to dopadną go, jego rodzinę i poobcinają ręce pielęgniarkom. Gość zostawił tam samochód i kupę szmalu i przewędrował z przemytnikami, bez wiz i papierów, perę granic. (Chyba nie lubił za bardzo pielęgniarek). Teraz dzwonią do niego co czas jakiś i uprzejmie zachęcają by wrócił odebrać pensję... Wrócilibyście?
Zadzwonił do mnie Seba podobno został już rozdziewiczony przez Czarny Ląd. Udał się z jakimś biznesem w głąb kontynentu i popieściła go malaria. Mówi że jak malaria cię polubi, to ci nie pomogą żadne piguły, ani płyny przeciw komarom. Malaria jak wierna kochanka pozostanie już z tobą na zawsze. Ale ogólnie gość wydaje się zadowolony, drugie murzyniątko jest już w drodze i postawił warsztat mechaniczny, w którym odzyskuje metal z min morskich przynoszonych z zatoki przez pomocnych autochtonów. Żyć nie umierać.
Chcesz mi przeziębić piersi?
Wiesz jak głupio będą wyglądać
gdy zaczną kichać?
(Lady Pazurek)
*
przyspieszeniu na pełnej mocy Aston
nie warczy ani nie wyje. Brzmi jak
najbardziej ekscytujące fragmenty
biblii. Brzmi jak apokalipsa.
(Clarkson)
Jutro wracam do pracy. Na zewnątrz pośród smug arktycznego wiatru rozwija kryształowe skrzydła nowa epoka lodowcowa. W najśmielszych snach nie przypuszczałem, że będę odśnieżał w kwietniu, co najwyżej wirujące płatki kwiatów wiśni.Ciekawe czy uda mi się tak pracować, żeby struna mi znowu nie pękła. Zabawna rzecz ten kręgosłup, człowiek nie zdaje sobie sprawy że go ma póki nie zaboli. Ostatnio często śni mi się że się pochylam i wiążę sobie buty. Budzę się zaśliniony. Taka mała fantazja seksualna.
Lenn nadal się nie odzywa obrażona, że nie potrafi wychować własnego dziecka. Nadal wisi nam za światłowód, powinna dziękować wszystkim bogom, że telewizor był dobrze osadzony bo inaczej pożegnałaby ze trzy pensje.
Stasiu z Void i Małym Boro wprowadzają się do mieszkania sąsiadującego przez ścianę z teściową. Śmieję się, że powinni jej wybić do kuchni okno bufetowe.
Landryna wpadła z Areckim i opisała ze szczegółami swój ślub, który odbędzie się zdaje w 2015. Ma wybrane już wszystko, od sali po sznurówki gorsetu i buciki z futerkiem na noc poślubną.. Nawet spróbowali 16 rodzajów tortu. Potem zagryźli je frytkami i mieli ciekawą noc.
Szponiasta zaś opisywała perypetie pewnego znajomego pana doktora, który pojechał dorobić sobie do Libii. Jak chciał pojechać na urlop, to przyjechał miejscowa bojówka wyposażona w broń maszynową i obiecała mu, że jak tylko się ruszy to dopadną go, jego rodzinę i poobcinają ręce pielęgniarkom. Gość zostawił tam samochód i kupę szmalu i przewędrował z przemytnikami, bez wiz i papierów, perę granic. (Chyba nie lubił za bardzo pielęgniarek). Teraz dzwonią do niego co czas jakiś i uprzejmie zachęcają by wrócił odebrać pensję... Wrócilibyście?
Zadzwonił do mnie Seba podobno został już rozdziewiczony przez Czarny Ląd. Udał się z jakimś biznesem w głąb kontynentu i popieściła go malaria. Mówi że jak malaria cię polubi, to ci nie pomogą żadne piguły, ani płyny przeciw komarom. Malaria jak wierna kochanka pozostanie już z tobą na zawsze. Ale ogólnie gość wydaje się zadowolony, drugie murzyniątko jest już w drodze i postawił warsztat mechaniczny, w którym odzyskuje metal z min morskich przynoszonych z zatoki przez pomocnych autochtonów. Żyć nie umierać.
Chcesz mi przeziębić piersi?
Wiesz jak głupio będą wyglądać
gdy zaczną kichać?
(Lady Pazurek)
*
środa, 13 marca 2013
Święty, Święty, Święty, Pan Bóg zastępów
Marzenia są dla kobiet i dzieci, dla
mężczyzn są zadania do wykonania
(Ktoś kiedyś)
Szponiasta przywlekła z pracy wielką matę na stół, przypominam gwoli porządku, że luba pracuje w szpitalu położniczym. No właśnie, co może być na takiej macie, którą wykłada się biurka w fabryce niemowlaków? Taaaaak, dokładnie, kalendarz... i dokładny wykaz chorób układu rozrodczego tudzież patologii ciąży. Obecnie więc spożywam śniadania patrząc na wielką, antypoślizgową matę wypełnioną wszystkim co może przytrafić się pochwie.
Wczoraj byłem z Babką w szpitalu na Zaspie. Tak tym słynnym szpitalu z którego pacjęci z połamanymi rękami spuszczają się po piorunochronach by udać się do jakiegokolwiek innego ośrodka zdrowia z chatką Babki Zielarki i zagubionym pośród bagien Chramem Wielkiego Pożeracza Dusz włącznie. No ale nic, idziemy. Dobudowali tam ostatnio dodatkowe piętro, od razu widać. Cały budynek osiadł i jest popękany jak skorupka jajka. Pęknięcia biegną od drzwi do drzwi, od okna do okna, biegną nawet pomiędzy puszkami elektrycznymi na ścianach. W dodatku patrząc na dzielne choć nieskoordynowane wysiłki ekip remontowych, pojawiają się ciągle nowe. Stałem więc tam z duszą na ramieniu czekając aż Babce wyciągną rurę z przełyku. Gdy wyszła, była bardzo nieszczęśliwa bo zamrozili jej gardło i język i nie mogła zdać szczegółowej relacji.
Marnie jest ze mną ostatnio. ZUS postanowił mnie zagłodzić, wracam więc chory do pracy. Będzie super, muszę jedynie odkryć jak pracować nie pochylając się. Moi starsi dobijają mnie zamiast wsparcia serwując jakieś obłędne pomysły tudzież niechętną obojętność, zależy o którym osobniku mówimy. Szczerze mówiąc, gdy po tych paru ciepłych, błękitno-słonecznych dniach ze wschodu nadszedł sztorm sypiąc przez trzy dni śniegiem i terminalnym mrozem, często wychodziłem z domu z myślą, by iść gdzieś za park, położyć się w zaspie i poczekać na śmierć. Jest mi ostatnio kurewsko źle. Przy Szponiastej nie chcę już nic mówić, bo w końcu ile można narzekać nim się kogoś ostatecznie stłamsi? Resztki przyjaciół opadają ze mnie jak skóra po chorobie popromiennej. Nie wiem czy jeszcze mam pracę, nie wiem czy kiedykolwiek będę mógł normalnie siedzieć czy pochylić się i zawiązać buta. Nic już nie wiem.
Dziś się rozchmurzyło. Na tle nieba są piękne, wyraźne kontury drzew i budynków. Odprowadziłem Pazurkowatą do Przyjaciółki, a potem szedłem i szedłem i nie chciałem się zatrzymać.
Po ulicach biegały człekokształtne
płomienie, ścigane przez ludzi z
kocami...
)Stephenson)
*
mężczyzn są zadania do wykonania
(Ktoś kiedyś)
Szponiasta przywlekła z pracy wielką matę na stół, przypominam gwoli porządku, że luba pracuje w szpitalu położniczym. No właśnie, co może być na takiej macie, którą wykłada się biurka w fabryce niemowlaków? Taaaaak, dokładnie, kalendarz... i dokładny wykaz chorób układu rozrodczego tudzież patologii ciąży. Obecnie więc spożywam śniadania patrząc na wielką, antypoślizgową matę wypełnioną wszystkim co może przytrafić się pochwie.
Wczoraj byłem z Babką w szpitalu na Zaspie. Tak tym słynnym szpitalu z którego pacjęci z połamanymi rękami spuszczają się po piorunochronach by udać się do jakiegokolwiek innego ośrodka zdrowia z chatką Babki Zielarki i zagubionym pośród bagien Chramem Wielkiego Pożeracza Dusz włącznie. No ale nic, idziemy. Dobudowali tam ostatnio dodatkowe piętro, od razu widać. Cały budynek osiadł i jest popękany jak skorupka jajka. Pęknięcia biegną od drzwi do drzwi, od okna do okna, biegną nawet pomiędzy puszkami elektrycznymi na ścianach. W dodatku patrząc na dzielne choć nieskoordynowane wysiłki ekip remontowych, pojawiają się ciągle nowe. Stałem więc tam z duszą na ramieniu czekając aż Babce wyciągną rurę z przełyku. Gdy wyszła, była bardzo nieszczęśliwa bo zamrozili jej gardło i język i nie mogła zdać szczegółowej relacji.
Marnie jest ze mną ostatnio. ZUS postanowił mnie zagłodzić, wracam więc chory do pracy. Będzie super, muszę jedynie odkryć jak pracować nie pochylając się. Moi starsi dobijają mnie zamiast wsparcia serwując jakieś obłędne pomysły tudzież niechętną obojętność, zależy o którym osobniku mówimy. Szczerze mówiąc, gdy po tych paru ciepłych, błękitno-słonecznych dniach ze wschodu nadszedł sztorm sypiąc przez trzy dni śniegiem i terminalnym mrozem, często wychodziłem z domu z myślą, by iść gdzieś za park, położyć się w zaspie i poczekać na śmierć. Jest mi ostatnio kurewsko źle. Przy Szponiastej nie chcę już nic mówić, bo w końcu ile można narzekać nim się kogoś ostatecznie stłamsi? Resztki przyjaciół opadają ze mnie jak skóra po chorobie popromiennej. Nie wiem czy jeszcze mam pracę, nie wiem czy kiedykolwiek będę mógł normalnie siedzieć czy pochylić się i zawiązać buta. Nic już nie wiem.
Dziś się rozchmurzyło. Na tle nieba są piękne, wyraźne kontury drzew i budynków. Odprowadziłem Pazurkowatą do Przyjaciółki, a potem szedłem i szedłem i nie chciałem się zatrzymać.
Po ulicach biegały człekokształtne
płomienie, ścigane przez ludzi z
kocami...
)Stephenson)
*
piątek, 8 marca 2013
Spalinowe spadachrony
Ja - Wychodzisz, a tu cała plaża opalających
się wampirycznych foczek...
Pazurek - Nie, wampiryczna foczka nie może
się opalać, przecież jest wampiryczna.
Daleki zwiad. Codziennie zapuszczam się dalej. Nocne przeloty przez pełznące kolonie bloków Zaspy. Segmentowe, betonowe cielska skrzą się w świetle księżyca, roziskrzone girlandy okien ujawniają bezwstydnie kokony zamarłej teraźniejszości i dzieci wpatrzone w gwiazdy. Dalekie rubieże Olivy i Wrzeszcza, czerpiącego swą nazwę od starosłowiańskich wrzosów, gdzie z ziemi wynurzają się coraz to nowe szliste cielska wieżowców i gdzie stary nasyp kolejowy ujawnił całą swą niespodziewaną nagość po pożarciu przez Miasto tysięcy drzew i krzewów ( paru ścieżek, kilku kryjówek gwałcicieli i powszechnego azylu młodzieży spożywającej). Znika z historii miejsca półokrąg zieleni i ślad po zerwanych mostach i strzaskanych lokomotywach. Nigdy nie pojadą już tutaj widmowe pociągi Waissera Dawidka, pojadą prawdziwe w kierunku Wysoczyzny i Kaszub i dalej po podniebnych liniach Rębiechowa ku reszcie świata i smaganemu przeciągiem podbrzuszu Boga.
WhiteTown zmienia się w oczach, rzadki i niespotykany widok, gdy na zbyt małej przestrzeni gromadzi się zbyt wiele pieniędzy Rozpruli właśnie swoje miasto by zbudować najbrzydszy dworzec w Polsce. Oddalam się od tego pogardliwie krętym cięciem doliny Potoku Elizy. Idę ku morzu i lasom. Morze jest wielkie i wieczne, przykrywa swym miękkim cielskiem pragnienia i tajemnice. Zaczyna się tu, pod twoimi stopami i mknie ku wiecznemu Infinity. Ktoś to kiedyś ładnie napisał. potem to znajdę.
Wpadł Marzan ze zmiażdżonym paliczkiem. Kopał laptopa przez szafkę i czekał na chirurga, czy innego nogologa. Snuł opowieści z porwanych szlaków i o tym jak pomimo wyczerpania limitu, pewnego dnia włączył mu się niespodziewanie internet i po paru chwilach snucia się wśród bitów trafił na najładniejszą dziewczynę swego życia, która podziela jego wschodnie fascynacje i razem z nim słuch radzieckiej muzyki. Słuchałem ostatnio bez końca jego płyty, Kerouac i Bębny Jacka Oltera bez przerwy i naprzemiennie.
Noc rozdudniona, ja znowu w trasie, wącham powietrze. Patrzę na dziewczyny i roztkliwiam się z lekka niesiony wiosenną falą hormonów. Jak żywioły które nas niszczą najpiękniejsze są te, które nas unicestwiają byśmy mogli odradzać się na nowo z popiołu lub pięknie ginąć. Kurwy inspiracji takie jak Lenn czy Yoru. Pozostawiające za sobą pas przepięknych zniszczeń, które gdy porosną mchem i byliną staną się miejscem schadzek przy świetle księżyca.
Potem zaś wyrywam się trzewiom nocy do ciepłych pieleszy i szerokokątnych ekranów, do żony - zbożowo - słonecznej bogini wszelkiego lata. Ból miesza się z strachem w szklance mojego ciał. Przytulam się więc, topię w zapachu i nie myślę już więcej o niczym.
W górze toczyła się bitwa
Czyniących i płonęło niebo,
na dole żywi walczyli z
umarłymi
(Grzędowicz)
się wampirycznych foczek...
Pazurek - Nie, wampiryczna foczka nie może
się opalać, przecież jest wampiryczna.
Daleki zwiad. Codziennie zapuszczam się dalej. Nocne przeloty przez pełznące kolonie bloków Zaspy. Segmentowe, betonowe cielska skrzą się w świetle księżyca, roziskrzone girlandy okien ujawniają bezwstydnie kokony zamarłej teraźniejszości i dzieci wpatrzone w gwiazdy. Dalekie rubieże Olivy i Wrzeszcza, czerpiącego swą nazwę od starosłowiańskich wrzosów, gdzie z ziemi wynurzają się coraz to nowe szliste cielska wieżowców i gdzie stary nasyp kolejowy ujawnił całą swą niespodziewaną nagość po pożarciu przez Miasto tysięcy drzew i krzewów ( paru ścieżek, kilku kryjówek gwałcicieli i powszechnego azylu młodzieży spożywającej). Znika z historii miejsca półokrąg zieleni i ślad po zerwanych mostach i strzaskanych lokomotywach. Nigdy nie pojadą już tutaj widmowe pociągi Waissera Dawidka, pojadą prawdziwe w kierunku Wysoczyzny i Kaszub i dalej po podniebnych liniach Rębiechowa ku reszcie świata i smaganemu przeciągiem podbrzuszu Boga.
WhiteTown zmienia się w oczach, rzadki i niespotykany widok, gdy na zbyt małej przestrzeni gromadzi się zbyt wiele pieniędzy Rozpruli właśnie swoje miasto by zbudować najbrzydszy dworzec w Polsce. Oddalam się od tego pogardliwie krętym cięciem doliny Potoku Elizy. Idę ku morzu i lasom. Morze jest wielkie i wieczne, przykrywa swym miękkim cielskiem pragnienia i tajemnice. Zaczyna się tu, pod twoimi stopami i mknie ku wiecznemu Infinity. Ktoś to kiedyś ładnie napisał. potem to znajdę.
Wpadł Marzan ze zmiażdżonym paliczkiem. Kopał laptopa przez szafkę i czekał na chirurga, czy innego nogologa. Snuł opowieści z porwanych szlaków i o tym jak pomimo wyczerpania limitu, pewnego dnia włączył mu się niespodziewanie internet i po paru chwilach snucia się wśród bitów trafił na najładniejszą dziewczynę swego życia, która podziela jego wschodnie fascynacje i razem z nim słuch radzieckiej muzyki. Słuchałem ostatnio bez końca jego płyty, Kerouac i Bębny Jacka Oltera bez przerwy i naprzemiennie.
Noc rozdudniona, ja znowu w trasie, wącham powietrze. Patrzę na dziewczyny i roztkliwiam się z lekka niesiony wiosenną falą hormonów. Jak żywioły które nas niszczą najpiękniejsze są te, które nas unicestwiają byśmy mogli odradzać się na nowo z popiołu lub pięknie ginąć. Kurwy inspiracji takie jak Lenn czy Yoru. Pozostawiające za sobą pas przepięknych zniszczeń, które gdy porosną mchem i byliną staną się miejscem schadzek przy świetle księżyca.
Potem zaś wyrywam się trzewiom nocy do ciepłych pieleszy i szerokokątnych ekranów, do żony - zbożowo - słonecznej bogini wszelkiego lata. Ból miesza się z strachem w szklance mojego ciał. Przytulam się więc, topię w zapachu i nie myślę już więcej o niczym.
W górze toczyła się bitwa
Czyniących i płonęło niebo,
na dole żywi walczyli z
umarłymi
(Grzędowicz)
Subskrybuj:
Posty (Atom)