wtorek, 19 czerwca 2012

Ona szjest monognaja

Ja - Skoro ta wasz Białoruś taka
wspaniała, to po co siedzicie ciągle
w Polsce?
B - Bo my jesteśmy piękni ludzie i
chcemy Polskę upiększyć

Osiedle, które codzień powstrzymuję od upadku, tudzież zatonięcia w pierwotnej zupie, zwie się dumnie 3żagle. Faktycznie trzy wysokie białe bryły na tle nieba. Za nimi developer ma długaśny ale wąski pas gruntu. Doszliśmy z Danem do wniosku, że czekają tylko, aż sprzedadzą się wszystkie mieszkania, a wtedy na tym pasku, tuż za ich oknami postawią wielki, długaśny budynek i nazwą go "Spinaker".
W pracy tymczasem na środku jezdni wyblakła plama krwi. Pytałem o to ochroniarzy, ale oni tylko uśmiechają się z rozmarzeniem. Ostatnio, któryś wyciągnął spod krzaka usiłującą trafić w budynek, zamieszkałą tu córę nocy. Odprowadził ją do mieszkania i podobno, coś długo go nie było, a ranno panna koniecznie chciała wiedzieć, który to. Teraz nie mówi im "dzień dobry".
Dziś, gdy chciałem dopytać naszego hegemona o resztę pensji, uciekł w popłochu do swojego nowego dzipa i zniknął poza horyzontem zdarzeń. Podobne zachowania zdarzają mu się ostatnio częściej, do tego dochodzą kwiatki w rodzaju: Wykonana przez nas robota trwająca miesiąc i mająca conieco wspólnego z miesiącem układania pośród kolców tańczącej na wietrze termowłókliny i zasypanie okolicy 22 tonami kamienia, a potem odkrycie, że nasz Il Duce nie wziął za to ani grosza, bo "zrobił" to dla kogoś z grzeczności... Chyba nie muszę dodawać, że do głowy mu nie przyszło, że za dodatkową robotę wartą na wolnym rynku z 8 tałzenów, wypadałoby nam coś dorzucić do pensji.
W każdym razie zastanawiamy się z Danem nad zmianą pracy. Dan ma nawet pomysł: Strzyżenie psów. Kupa radości: Naprawdę? Nie żartuje pani, ten pies miał uszy?
Zadzwoniła też do mnie Awaria z informacją, że weszła na tą górę, co to nie weszła na nią z nami, gdy byliśmy w tamtych górach ostatnio. Kazałem pozdrowić jej ode mnie okolicę. Słuchaj uważnie - mówię - Padnij na kolana tam gdzie stoisz. Oprzyj ręce na ziemi, a następnie pocałuj górę w stok...
Pojechaliśmy do Mławy wyspać się, nażreć ciasta i porozdawać zaproszenia. W obie strony jechaliśmy luksusowym pociągiem Kolei Mazowieckich, prawie zupełnie pustym bo PKP wysiudało go dyskretnie z sieciowego rozkładu. Wracając wpadliśmy wprost w kipiący inwencją tłum Hiszpanów, wszyscy śpiewali: Polska - biało - czerwoni. Potem to samo śpiewał mi jakiś debil z pobliskiego balkonu. Po drugiej godzinie pękła mi żyłka. Wychyliłem się przez okno i ryczę: Grecja - biało - niebiescy! Zamilkł, prawdopodobnie wyszedł z domu w celu odnalezienia mnie, uzbrojony w klucz francuski.
Na drugi dzień wędrowałem do centrum koło stadionu pod prąd kibiców, co chwila mijały nas kolumny UEFA, z jednej z nich pomachał mi Wałęsa, to było słodkie. Z kolei parę dni później wracałem tramwajem z Irlandczykami, ciągle śpiewali, a że refren się powtarzał wkrótce dołączyli się i Polacy i tak sobie śpiewaliśmy, dopuki nie wysiedli przy stadionie i nie ruszyli w kierunku heroicznej porażki.
A teraz? Teraz mamy już w kraju Wielką Narodową Smudę, ścieramy z twarzy spermę kracika a prezes Lato odmówił popełnienia sepuku. Vae victis i pozostańmy przy piłce ręcznej.

- Moja Ty kaczuszko...
-Jestem kaczuszką! Żółta,
puchata i siedzę w wodzie!
- Ale...
- Mam płetwy!!!

(My)

*

piątek, 1 czerwca 2012

Nothingness

- Ale przecież straciłeś wszystko
- Wszystko to za mało

(Dr House)

W moim śnie bitwa kończyła się o świcie. Atrament nocy spływał powoli za linię horyzontu. Niebo pyszniło się elektrycznym błękitem i indygo, jaśniejąc biało, roziskrzoną linią na wschodzie. Było chłodno, ale w ten sposób, w jaki bywa chłodno nad ranem w ciepłe lato.
Uliczka małego miasteczka, powoli rozsnuwające się dymy, trzask dopalającego się drewna. Dziury w budynkach, wokół nich rozbryzgi krwi. Pogięty metal, kawałki pokruszonego gruzu na jezdni. Rozrzucone ciała, broń i mnóstwo łusek rozbłyskujących w blasku nadchodzącej jutrzenki. Jest spokojnie, co jakiś czas z oddali dobiega krótka, ale zaciekła palba z broni maszynowej, albo głuche tąpnięcie eksplozji. Po ulicy niczym widma snują się sanitariusze, przyklękają po kilku przy kupkach cienia, wabieni nieznacznym ruchem, albo cichym jękiem. Ich ręce pracują sprawnie, prawie się nie odzywają, ich ubrania i twarze spryskane są czerwienią.
Jesteśmy u końca uliczki, która otwiera się na stadion, czy może szkolne boisko. Obok stoją liczne, wiktoriańskie budynki. Trybuny rzucają cień na płytę boiska, która jest zasłana setkami ciał. Stłoczonymi, leżącymi gęsto obok siebie, wtulonymi. Wszystkie oddychają. I ten mocny, wspólny oddech jest świetnie słyszalny pośród rozsnuwających się dymów, w ciszy po bitwie, na progu wstającego dnia.
Tego broniliśmy. Tuż przed bramą rozbity pociskiem spychacz, dalej przewrócony Hammer podczepiony do stojącej krzywo na kołach małej cysterny. Dwa czołgi, jeden doszczętnie spalony i wbity błotnikiem w ścianę kamienicy, drugi uszkodzony. Siedzę oparty o jego gąsienicę. Ubrany w poszarpane battledressy i kamizelkę taktyczną z kieszeniami, mam parę zabandażowanych byle jak obcierek, połowa twarzy kostropata od drobnych ranek po odłamkach. Krwawy trądzik.
Palę papierosa, zwisa mi drżąc z kącika ust. Na kolanach mam karabin bez magazynka. Trzęsie mnie jak w febrze. Obok mnie siedzi dziewczyna, opiera mi głowę na ramieniu, przód jej bluzy jest czarny i wilgotny. Oddycha bardzo szybko. Wyciągam papierosa z ust i wypuszczam dym, oddech dziewczyny milknie. Nadal opiera mi się na ramieniu, ale jej oczy patrzą zupełnie nieruchomo. Drżącą ręką wkładam papierosa do ust, potem wyciągam ją w bok i zamykam jej oczy.
Nadchodzi świt, niedługo wzejdzie słońce i śpiący obudzą się.

*

sobota, 19 maja 2012

Głaskana inaczej

Wyszła kupka
brudna dupka

(Dan objaśniający zawiłości egzystencji Krewetce)

Kosiłem. Przez cały tydzień. Kosiłem powierzchnie, rabaty, place, stoki, wzgórza, ściany i wądoły. Wykosiłem chyba od środka, każdą dziurę w okolicy. Wtaczałem raz za razem 30-to kilową, ryczącą niczym Armageddon i plującą organicznymi szczątkami maszynę na stoki o nachyleniu 80%, niektórzy płacą żeby robić podobne rzeczy na siłowni. Niczym Ponury Kosiarz wykosiłem życie od zadupnych pól Osowej po przymorskie wydmy Zasspy, a gdy dopełnił się tydzień i wracałem do domu, spotkałem na ulicy mojego ojca, który bez żadnych wstępów, cześć , czy spierdalaj powiedział, że w sobotę będą goście i podwórko trzeba co? Tak, tak - wykosić. Jedyny plus z tego taki, że po niefrasobliwym machaniu tym warczącym molochem w pracy, manewrowanie domową kosiareczką, czy nawet pełnym koszem w Lidlu to betka.
Oprócz koszenia jeszcze pieliłem. Na Osowej jest taki legendarny i siejący powszechną grozę w sercach wszystkich pielaczy stok. Jest piaszczysty, w słońcu nagrzewa się do jakich 60 stopni a wszelkie rachityczne paskudztwa, które na nim wegetują, trzymają się uporczywie i wytrwale maty przeciwko chwastopm wkopanej tuż pod powierzchnią ziemi. Często się zdarza, że wykończony pyłem i upałem człowiek odkrywa nagle, że trzyma w ręku 3 metry stoku, który następnie trzeba ostrożnie położyć na ziemi i pieczołowicie przyspać ziemią. Poza tym są tam, mrówki, milion mrowisk na metr kwadratowy, ewentualnie jedno mega mrowisko, zbierajace siły do inwazji na pobliskie osiedla i pożarcia żywcem ich nowobogackich mieszkańców. W każdym razie odkryłem je dość ptzypadkowo w czasie pielenia, gdy nagle z zamyślenia wyrwała mnie niepokojąca świadomość, że mam dwie, siegające łokci, czarne, żywe i ruszające się rekawice. Szkoda, że w pobliżu nie było żadnych kamer, to co później nastąpiło, bez problemu zakwalifikowałoby mnie do You can dance.
Po za tym wrzuciłem na fb bombę erotyczną w wykonaniu Areckiego i Tancereczki. Najfajniejszy jest tam kontrast - Wywarzony Arecki, u którego zawsze można zauważyć ułamek sekudy opóźnienia, gdy podejmuje decyzję jak się zachować i wyposarzony w kończyny godne Sailor Moon oraz mięsożerny uśmiech, kipiący nieokiełznaną energią, blondyniasty żywioł opatający go niczym rosiczka. Odzew nastąpił zanim udało mi się oderwać ociekające lubrykantem łapska od klawiatury. Podobało mi się. Biorę więc aparat i ruszam w świat. Jeśli usłyszycie oddech w szafie albo dostrzeżecie ruch w sitku odpływowym uśmiechnijcie się ładnie.

- Palący kolesie wyglądają stylowo. Kochanie
jak bym wyglądał jako palacz z papierosem?
- Samotnie

(My)

*

niedziela, 13 maja 2012

Cycki są nasze, wy je tylko nosicie

No i tak, w Dworku Sierakowskich katabuk tańczył z poetami, a ja pojawiłem się wyłącznie na wyświetlanych w tle zdjeciach. W żwirowni zapewne migotały płomienie, oświetlając twarze i ogrzewając myśli, w Cocneju serca uderzały w ciemnościach w takt metalowych riffów i absorbowanego alkoholu a na imieninach dziadka Szponiastej pożerano domowe pasztety i ciasta. A ja leżałem. W sumie jakoś tak bez powodu. Po prostu zabrakło mi mocy by wstać i iść. Kiedyś tłumaczyłem znajomym, że żyję wielokrotnie szybciej niż oni, że w swej drodze zachaczam o inne światy i grzeję się pod tysiącem innych słońc. Teraz czuję to w całem rozpiętości, leżę w ciemności patrząc na płomień świecy i czuję się 35 -cio letnim starcem. Podobno gdy nie korzystamy zdanej nam mocy nasza wola słabnie. Jestem własną ofiarą. Może to praca, może ganianie przy ślubie a może inwaja katolicyzmu na moje wewnętrzne chrześcijaństwo. Może zwyczajnie zbyt mocno powiązałem się z rzeczywistością, stałem zbyt realny. Może podszedłem zbyt blisko tego co jest i zaraziłem się szarością. Nie wiem. Nie czuję się pełen, nic się ze mnie nie przelewa, nie czuję się głodny.
Myślę o tym by rzucić pracę, ta utknęła w martwym punkcie beznadziei. Mimo wszystko nie potrafię trwać zupełnie w miejscu, gdy na horyzoncie nie ma żadnych perspektyw. Potrzebuję nowych celów, potrzebuję ich bardziej niż czegokolwiek.

Rzeczy się stają.
Idee istnieją

(Platon)

*

czwartek, 3 maja 2012

Moje serce jest struną harfy

No dobra, kto nie uzbroił
swojej stacji kosmicznej?

(Iron Sky)

Dwa wstrząsy. "Iron Sky" spodziewana radosna komedia sf mrozi końcówką duszę i dzwoni w zamienionych w porcelanę kościach. Skandynaw, który to nakręcił, zrobił to ze składek internautów i sponsorów i widać, że nie zrobił tego dla kasy czy sławy, ale dlatego, że chciał. Scenariusz nie ma hoolywoodzkiej liniowości, efekty liczne, ale jako wyraźne tło. I szczerze mówiąc wcale się nie dziwię, że ma tak złe recenzje w Stanach i na naszych rodzimych forach pasjonatów Street dance 33 czy sekciarzy celebrujące dylematy ekranowego Petera Parkera - półowada transwestyty. Naprawdę nie sądziłem, że wyjdę z tego filmu zamyślony, no ale w końcu to naprawdę dobra opowieść, o tym że nawet najbardziej zabójcza ideologia nie jest tak niebezpieczna jak zwykła głupota i chciwość.
Najwyraźniej było mi mało choć już i tak wędrowałem przez świat z lekka przybity, w każdym razie przeczytałem sobie jeszcze "Przejście" Connie Willis. Ośmiusetstronową cegłę kryształowej bogini literatury. Kobieta pisze tak intensywnie, że pękają flaki i topią się zęby. Człowiek nie chce tego czytać, chce wyjść, chce spać, ale nie może się oderwać, a po przewróceniu ostatniej strony wyje z nieskończonej tęsknoty pod pustym niebem...
Poza tym chodzę co wieczór na próby do kościoła, wyśpiewuję hymny jak w "Sensie życia" i notorycznie zapominam kwestie, które będę miał wybełkotać, gdy biszop będzie mnie smerał w czasie bierzmowania.

- Mam spowiedź i muszę zrobić
rachunek sumienia, ale co ja mam
tam powiedzieć, przecież jestem
bezgrzeszny.
- Pycha, to po pierwsze...

(My)

*

sobota, 28 kwietnia 2012

Mój móóózg... tęsknię za nim

- Jesteś piękna gdy tak jesz...
- Aha, gdy jem... nigdy już
nie przestanę

(My)

No więc z tą wycieraczką Nergala to było tak. Tego dnia uprawialiśmy dirty dancing tudzież wirujący sex w wąskich i wyjątkowo stromych kiszkach klatek na Apartamentach, znaczy się pucowaliśmy tamtejsze posadzki za pomocą maszyn wirująco - tryskająco - ssących. Szczerze mówiąc straciłem już nadzieję na umiejscowienie drzwi Nergala, sądząc, że w kłębinach i rozstępach domowych pieleszy poddał się fali słodkopierdzącego konformizmu i przed drzwiami położył jak pozostali autochtoni jakiś słomkowy wiecheć z tekstem Welcom Home, ale nie. Wlazłszy na ostatnie piętro i ominowszy wyglądający wyjątkowo diabolicznie, czarny rower trafiłem na jedyną w moim życiu czarną wycieraczkę z płonącą czaszką i napisem: Welcome to hell. Brawa za konsekwencję do ostatniej kropli kwasu. Zanim sprzątneliśmy, szturchnąłem ją parę razy dla pewności na wypadek, gdyby kryła się pod nią zapadnia z wirującymi ostrzami, tudzież zasuszone jelito cienkie ministranta.
Tymczasem do portu dopłynął kontener z trzema zabytkowymi samochodami, było w nim ciepło i przyjaźnie, a po podłodze i ścianach biegały sobie dziesiątki pająków, którymi nasi rozrywkowi dokerzy rzucali się radośnie dla żartu i wpychali za kołnierze, dopuki nie dowiedzieli się, że to przybyłe turystycznie z Kaliforni czarne wdowy. Potem mogłem obejrzeć sobie na TVN24 moją matkę, która akurat rządzi wszelką biomasą, która przekracza w obie strony naszą morską granicę. W jednym z wozów, w zasnutym szczelnie pajęczyną bagażniku, było gniazdo z setkami jajeczek. Zachowano trzy okazy potworów na pamiatkę. Dwa pierwsze włożone do jednego słoika natychmiast się pomordowały. Trzeci konał 7 godzin w spirytusie pukając nogogłaszczką w szybkę i zapewne bełkocząc coś o wychowaniu w trzeźwości.
Wciąż nie dostaliśmy trzeciego budynku na 3żaglach, ale podobno konkurencyjną firmą zarządza koleś, którego żona jest oficjalną kochanką prezesa Impro, więc można powiedzieć, że naszemu szefowi nie staje nieco nieco "głębi argumentów".
Ostatnio też usłyszałem, że mógłbym wpaść na Brętowo i w godzinkę zamieść chodnik wzdłuż Słowackiego. Wpadłem, poodkopywałem go przez 6h, pocierając głową (dosłownie) o przejeżdżające autobusy i ujawniając przy tym niepokojąco głębokie dziury i zapadliska, w których zapewne zniknąłby nie jeden emeryt, gdyby nie okazało się, że za dwa dni wpada tam ekipa z koparką i wszystko rozpiży w pizdu. Wspomnę tylko, że robota była na tyle fascynująca i absorbująca, że ciskając za siebie mięsistą, bogatą w różnorakie formy życia pacynę błota, zdjąłem łopatą z roweru jakąś kobitę. na szczęście była w takim szoku, że po otrzepaniu biustu z gąsienic i glonów udała się w dalszą podróż nie strasząc prokuraturą ani sądem ostatecznym.
Coś jeszcze? Aaa, chłopaki na Brętowie mieli coś poprawić na dachu Cmentarnej Wieży. Cały szczyt budynku to Penthaus z wyjebiście wielkim balkonem. I właśnie na tym balkonie, gdy kolesie wychynęli zza winkla, ich oczom ukazała się opalająca się w pierwszych wiosennych promieniach słońca naga, młoda dama regulująca sobie maszynką strefę bikini... Podobno wrzaski było słychać 17 pięter niżej.

- Wciśniesz się przez to
okienko w łazience.
- Super, chyba w kawałkach

(My)

*

piątek, 13 kwietnia 2012

Każdy jest celem, ale ty bądź ruchomym

Na złomie:
- Dzień dobry mam szyny.
- A skąd pan je wziął?
- A leżały, jedna obok drugiej na
dłuższym odcinku, no to wziąłem

(Dan)

"Titanic" Camerona kosztował więcej niż prawdziwy statek, wczoraj zdaje się było 100-lecie zatonięcia, równocześnie umownego początku XX wieku, zwanego też "krótkim stuleciem", bo zakończył się w 1989. Cóż, krótko za to intensywnie do bólu.
Tymczasem wokół eksploduje wiosna, wylewa się treścią w przestrzeń, transmutuje nieorganiczne w organiczne i zmienia naszą gospodarkę hormonalną w śmiercionośną broń. Doświadczyliśmy ostatnio tej żywotności, gdy wywoziliśmy mech do lasu i Dan zaparkował w mrowisku. Powrót był więc pełen atrakcji i niespodzianek, w sumie przypominał nieco akcję filmu "Węże w samolocie" ale bez Samuela L Jacksona. Dan stwierdził, że powinniśmy dziękować wszystkim bogom eterni, że mrówki nie mają po pół metra, bo mogłaby nam się taka wcisnąć za kratkę z tyłu, upakować ciasno i żuwaczkami rozpruwać zagłówki.
To był w ogóle fajny dzień, walczyliśmy bohatersko z wertykulatorem szlachtując na plastry faunę i florę Osowej. Boss miał specjalnie przyjechać by przywieźć worki. Przyjechał, popatrzył, pochwalił: że fajne rowki.
- Masz worki?
- Nie
Ale nic. Wiosna. Kwiatki rosną, ptaszyny śpiewają, chłopcy wrzucają pigułki gwałtu do drinków dziewcząt. A my toczymy nierówną walkę na pierwszej linii frontu w wojnie z przyrodą. Nie dajcie się kochani ogłupiać ekologom, to że obecnie mamy przewagę technologiczną, nie oznacza, że Matka Przyroda nie chce nas już okaleczać, mordować a na końcu pożreć. Ona czeka tylko na moment naszej nieuwagi.
Ostatnio skracaliśmy drzewa. Trzymałem jedną ręką zagłębiającą się w błotnistym gruncie, rozbujaną drabinę ukoronowaną wywijającym warczącą piłą łańcuchową pośród gałęzi Danem, a drugą łapałem trzymetrowe, spadające pnie, by nie uszkodziły broń Boże rododendronów. Był fun, gałęzie były giętkie i strzelały co chwilę D w twarz i różne mniej dyplomatyczne części ciała, a on machał w szale piłą koło mojej twarzy rozwiewając mi włosy powiewem.
Wygenerowaliśmy w ten sposób ogromną górę gałęzi, którą następnie musieliśmy połamać na drzazgi i powciskać do worów. Nasz szef technokrata dowiózł nam oczywiście super sprzęt - rozdrabniarkę. Jechaliśmy tak pełni nadziei ujrzenia majestatycznego, zębatego mechanizmu, w który ewentualnie będziemy mogli wrzucać szczekliwe pieski autochtonów, a może i samych autochtonów, niestety sprzęt ustawiony z dumą przez Bossa okazał się być kompostnikiem wielkości małej walizki i po pierwszej gałązce wydał z siebie serię straszliwych dźwięków przywodzącym na myśl reformę zdrowia, po czym odmówił współpracy. Tak więc dziabaliśmy te drewienka ręcznie, bo wypadł jeden sekator na dwóch.
My bawiliśmy się w bobry a Stasiozaurs i Natali drapali trawniki. Przed osiedlem jest największy trawnik w okolicy i siłą rzeczy, miejscowi, kulturalni mieszkańcy z tych wszystkich ociekających miedzią i piaskowcem postawnych willi, wyprowadzają tam swoje psy, koty a i sądząc po gabarytach niektórych pozostałości, także emu, impale, tudzież bawoły wietnamskie. Enyłej, stwierdziliśmy, że pozbieramy te wszystkie klocki i ułożymy w wielki napis: KOCHAM TO, albo: Ułóż ciąg dalszy. Ostatecznie pomysłem zastrzelił nas Dan, stwierdził, że powtykamy w te wszystkie kupki psie przysmaki, a potem będziemy tylko obserwować te wszystkie yorki, pudle i dalmatyńczyki. Myślę, że właściciele szybki nauczyliby się omijać tę okolicę. Ogólnie rzecz ujmując słowem dnia okazało się: kałożerca.
I tyle na dziś, w sobotę, jeśli będę żył to napiszę wam o wycieraczce Nergala. Na razie jestem jeszcze na lekkiej fazie składającej się równo ze zmęczenia, bólu i nerwów skołatanych katolicką asymilacją, strzyżeniem trawy nożyczkami oraz pierwszym spotkaniem rodzin, mojej i Szponiastej. Wystarczy tylko wspomnieć, że dziś tworzyłem pod koniec pracy erotyczny ciuszek z czarnej taśmy izolacyjnej dla Barbie o obciętych włosach, którą jakaś kochająca dziecina posłała w kosmos przez okno.

Asia - Rycerze wyginęli, zostały tylko smoki
Darek - Nie ma popytu nie ma podaży

*