czwartek, 21 grudnia 2006

Nadchodzi noc komety


Zamordował mnie ten grudzień.
Nie mam pomysłu na notkę.
Na nic nie mam ochoty. Naj-
chętniej oblałbym się benzyną
i podpalił. Życzę wam wesołych
świąt.

*

sobota, 16 grudnia 2006

Epitafium


Panie Generale Jaruzelski...
Panie Generale Jaruzelski!
Larum grają!
Wróg w mównicach!
A Ty się nie zrywasz...
Czołgów nie wystłasz...
Skurwieli nie wieszasz...

Co się z tobą stało żołnierzu?

czwartek, 14 grudnia 2006

szis de łan


A przed nią sunie gumochłon
a nad nią lata motylek

(Locha Snejpa)

Plac parkowy w świetle księżyca. Broda cofa się pochylony tyłem sypiąc z soli ochronny pentagram. Ja stoję obok i opowiadam jak w 98 stałem tu w kręgu z światłem księżyca na twarzy i składałem pełni prośbę o nie zostanie ojcem w pięćdziesiątym ósmym dniu bez okresu. W starym worku marynarskim leżącym na asfalcie leży wszystko co pozostało po Bezimiennej, resztę jej ojczym spakował w karton po telewizorze firmy SONY i wyniósł na śmieci. W mieszkaniu pozostał tylko przybity do drzwi czerwony pantofelek. Najwyraźniej nie wszystkie bajki o Kopciuszku kończą się dobrze.
W cieniu pod drzewami słychać stłumione głosy, idę ku nim i ku kubkowi śliwowicy. Broda zapala opiumową świecę a 3szklaneczki wiruje w srebrzystych plamach światła w takt jakiejś niesłyszalnej muzyku.
Po wszystkim pójdziemy na plażę i ostatni łyk śliwowicy wylejemy do morza. Świeczkę zostawimy palącą się w piasku. Taka to księżycowa stypa.
Brak zimy stał się niespodziewanie piękny. Powietrze jest przejrzyste, światła skrzą się na wilgotnych asfaltach, w kałużach odbija się stal nieba. Odnajdujemy się z Małą w herbaciarni, prosimy o "romantyczny wieczór". Dan opowiada o tonie komputerów i 600 kilo mosiądzu. Herbaciarka zdejmuje sweter, siada z nami pokazując brzuch, opowiada o obrazach dla Krauzego.
Świat wciąż nie daje mi motywacji by kupić lepsze buty i cisnąć trampki w kąt. W roziskrzonym milionem świątecznych lampek przejściu przy baszcie Jacek jakiś sprzedawca w skupieniu obejmuje wielkiego dmuchanego Mikołaja szarpiącego się spazmatycznie na wietrze...
Miałem pisać dziś o czymś innym, o czymś mocnym, poruszającym i pięknym w swej rozpaczy, niczym Galadriela kuszona przez pierścień, ale treść wywiał mi ciepły wiatr, rozpacz stępił znajomy zapach. Lady Pazurek pojawiła się dziś w mym życiu na moment burząc misterne plany pogrążania się w melancholii i egzystencjonalnych przemyśleniach. Przyszła na godzinę, zapachniała, zaszalała mi w głowie i pomknęła na niemiecki rozpuszczając się w wypełnionych rzeczywistością drzwiach.

Ctchulu studiował na KULu

(Z serii mądrości ludowe Tau)

wtorek, 12 grudnia 2006

Jestem nikim znikąd


Obwinianie innych jest
wymówką dla bierności

(Matthews)

To był chyba motyw przewodni z "Niebieskiego", ten utwór narastający przez cały film. Potem ścieżka z "Bandyty" i "First kiss" z "Ostatniego Mohikanina" na koniec rozdzierająca rozpacz kawałka z "Reqiem dla snu".
Ksywka czy imię straciły znaczenie. Karetka wywiozła ciało. Nie wypełniała żadnych formularzy, państwo więc weźmie sobie co zdrowsze organy. "Państwo to zorganizowana forma gwałtu", w świetle ostatnich politycznych wydarzeń, sentencja ta nabiera zupełnie nowego znaczenia.
W sumie wszyscy czekaliśmy aż to się stanie. Gdy się stało pozostała tylko ulga. Pierwsze dziecko urodziła jeszcze w podstawówce, już wtedy ostro piła ale jeszcze nie ćpała, była komuna i nie było za bardzo co. Aż z oparów sepii i szarości spokojnych lat osiemdziesiątych wynurzył się kapitalizm z pełnym asortymentem środków.
Wiecie, czasem naprawdę zastanawiam się czy wolność jest tego warta, szczególnie gdy jest taka zimna i nieludzka, a korzystają z niej ludzie którzy nią gardzą i traktują jako rzecz oczywistą.
Dziś pierwsze dziecko nie żyje, drugie jest w "domu opieki", a jej posiniaczone ciało, na którym nie było już miejsca, w które dałoby się wbić igłę, kamienieje w jakiejś lodówce pod Akademią Medyczną.
Nie lubię późnej jesieni. Trwam wtedy zawsze w permamentnej depresji, bolą mnie zęby, a grudzień ssie pieniądze jak czarna dzióra. W robocie wilgotny wiatr przenika na wskroś, deszcz zaciera kontury i ciągle jest za ciemno.
Tak naprawdę nie piszę o niej bo ruszyła mnie jej śmierć. Piszę dlatego, że mnie nie ruszyła, bardziej zabolałaby mnie śmierć bohatera książki, bardziej bolało gdy umarł Miłosz a kościelno-polityczne hieny odmówily własnego cichego grobu Księdzu Twardowskiemu i wbetonowały go w podłogę najnowszego pomnika pychy i arogancji. Bardziej bolało gdy Bruce Willis umierał w ramionach Madaleine Stowe w "12 małp".
Nie potrafię żałować kogoś z "nas", kogoś, jak to ładnie określiła Masłowska w swoim przełomowym felietonie dla Rzepy, z "pokolenie Nic". Kogos z tej bandy poszukiwaczy i straceńców, którym odmówiono ich wojny i pozbawiono celu. Nie potrafię nas żałować. Istniejemy po to by cierpieć i ginąć, dając początek pięknym opowieściom. Stworzeni do przebijania ścian, których nigdy nie wybudowano.
Tę składankę sam jej dałem. Teraz wyjąłem płytę z obdrapanego odtwarzacza, włożyłem do pudełka, a pudełko, wychodząc, upchnąłem w kieszeni płaszcza.

*

niedziela, 10 grudnia 2006

Jesteś potrzebny swoim wrogom by mogli się określić


Wolałbym żeby ludzie dziwili się
czemu nie mam pomnika, niż żeby
się dziwili czemu go mam.

(Katon Starszy)

Dzisiaj nie spałem. Ciekawe jest to, że nie dlatego, że miałem coś do roboty, czy że zaczytałem się, niepostrzeżenie mijając północ. Mi się po prostu nie chciało spać.
O 1:30 wstałem, ubrałem się i zacząłem czytać. Gdy zabrakło książki, odpaliłem moją Syrenę wśród komputerów i pośród trzasków i terkotów podbijałem aż po świt Czechy i Brzandenburgię. Dopiero po 6 walnąłem się na łóżku, przykryłem kocem, który wciąż jeszcze pachnie Pazurkowatą, po piątku, i zdrzemnąłem się z półtorej godzinki.
Rano byłem rozkosznie nieprzytomny, zataczałem sie pomagając starszym szykować śniadanie, ale w taki sposób, że przepływałem miękko pomiędzy wszystkimi niestabilnymi przedmiotami i co ostrzejszymi kantami. Świat docierał do mnie z lekkim szumem, jak przez grubą watę.
Bezsenność jest sprawą niezwykle intymną. To czas, który należy tylko do nas, coś jak wagary w podstawówce. Nikt cię w tej chwili nie bierze pod uwagę, każdemu wydaje się, że wie gdzie jesteś i co robisz, i nie uwzględnia cię w swoich rachubach. Ty zaś w tym czasie możesz zrobić absolutnie wszystko. Zamknięty w ciszy i zamkniętym pokoju, otoczony plątaniną własnych myśli. W tej godzinie przed świtem, gdy na ulicach nikt cię nie zaczepia, bo o tej porze ludzie sprowadzają się do dwóch pragnień: snu i ognia. O tej porze, wszyscy zamykają się w sobie i milczą. Godziny przed switem to czas potworów. O tej porze wszyscy są cicho, bo potwory mogłyby usłyszeć i przyjść...
Kurcze. Czasem sam jestem zadziwiony dokąd zanoszą mnie strumienie moich notek.

- czy przeworza państwo istoty
z innych planów, potwory, cho-
wańce?
- Nie, skądże - odpowiedział wo-
źnica, a z wnetrza fioletowej,
żyłkowanej zbroi buchnęła para
i błysnęły czerwienia oczy.

(sesja)

czwartek, 7 grudnia 2006

Uciekać już czy jeszcze?


Dan - Czas na małe picie.
Mała - Czas na Magdę M

W kieszeni dogorywa mi bilet z Liverpoolu, z lotniska im. Johna Lennona, który wciąż przekazuję Lennonce od Awarii. Cierpię na chroniczny brak śniegu, który jednoznacznie uciąłby granicę depresji, generowaną przez skondensowaną szarość i ciężar wilgotnego nieba, i ostatecznie wyznaczyłby granicę pór roku.
Czuję się zbombardowany powietrzem, Nocami księżyc w pełni otacza się świetlistą aureolą, gdzieś tak na trzydzieści centymetrów, jeśliby przyłożyć linijkę.
Choruję na późną jesień, wszystko mnie boli, śpię i nie mogę się wyspać, codziennie żygam tym co jem.
Wszystko nagle pęka wylewa się błękit i eksploduje protonową jasnością słońce. W mój przekrwiony zasięg wzroku, wkracza Mikołaj o wyskubanych brwiach wręcz mi ulotkę i dziewczęcym głosem zza brody, mówi mi "proszę". Wysoko na oblachowanych gzymsach kamienic dźwięczą roztańczone kroki zakochanych gołębi.
Doczytuję "Wieczny pokój" w Empicu, gdy czuję, że coś puchatego ociera się o mnie w ciasnym przejściu. Nie dziwi mnie to, w tej krainie wielorybów i rozfalowanych puffmutterów, ale kątem oka wychwytuję dwie, białe, dropiące drobnym kroczkiem stopy. Unoszę głowę i patrzę... Unoszę wyżej, i stoję oto w obliczu monstrualnego muminka z ogonkiem założonym za pasek. Patrzy na mnie znacząco...
Swoją drogą nigdy nie zastanawiałem się na wielkością muminków. Nigdy przecież nie było prawdziwego człowieka, który stanąłby obok nich dla porównania. Włóczykij był wszak gatunkiem samym w sobie.

Jedyny sens wypuszczenia moich
szczurów to ich powrót do klatki.
Zrobią wszystko by do niej dotrzeć,
wydostać się z pokoju.

(Avatar)

*

wtorek, 5 grudnia 2006

Na budowę umysłu wpływa czas


Bóg jest ostatecznym ograniczeniem, a jego istnienie jest absolutnie irracjonalne, jako że nie można wskazać przyczyny, która nakładałaby na niego ograniczenie właściwe jego naturze. Bóg nie jest realnością lecz dopiero podstawą realnej rzeczywistości. Dla natury Boga nie potrafimy znaleźć żadnej racji, gdyż dopiero owa natura jest podstawą racjonalności. Bóg jest rzeczywistym bytem, którego moc nadaje całej wielości wiecznotrwałych obiektów stopniowalny związek z kolejnymi fazami ich urzeczywistnienia. Przy nim nie może zaistnieć nic istotnie nowego. Cel jaki Bóg upatruje w twórczym wzroście, to ewokacja (przedstawienie, pokazanie, wywołanie wspomnień[słownik]) nowej intensywności. Nie on ma być podnietą dla naszych uczuć. On jest wiecznotrwałym bodźcem pragnienia nadającemu cel wszystkiemu, co żyje, jest nieskończoną cierpliwością, czułą troską, o to, by nic na tym świecie nie było na próżno. (Gardner).
Jakby ktoś pytał to spoczywam rozmemłany w pierwotnym mule depresji i nie mogę się na niczym konkretnym skoncentrować. Wszystko leci mi z rąk, nie rozumiem książek które czytam, nie potrafię przejąć się problemami i podjąć wyzwań. Siedzę więc i myślę. Myślę już drugi dzień o tym, że: a co jeśli regułą we wszechświecie jest nieskończoność. Jesteśmy śmiertelni, mierzymy czas, żyjemy w rzeczywistości w której wszystko ma początek i koniec. Ale przecież nasze postrzeganie jest ograniczone do tak małego fragmentu wszechświata, że właściwie niczego nie jesteśmy w stanie zobaczyć. Trudno tego dokonać jeżeli minimalny czas jakiegoś sensownego eksperymentu wynosi 10 milionów lat, a to co się dzieje może odbywać się poza zakresem naszych zmysłów. A co jeśli we wszechświecie chodzi o jakiś tajemniczy taniec promieniowania?
Pozostaje wiara. Wiara, że istnieje Bóg, Bóg który nie podlega logice czy prawom fizyki, ponieważ jest ich przyczyną a nie konsekwencją, a my istniejemy po to stawać się lepszymi, zaplanowanym sposobem w jaki porządkuje się wszechświat, a nie ślepym przypadkiem zmieszania się związków chemicznych.
Leże tak sobie zmiażdżony jesienią i marzę o celowości.

*