czwartek, 16 marca 2006

Zawsze gdy tak myślę dzieje się coś strasznego


Tau otwiera mój blog na kompie
w pracy. Przez ramie zagląda
jej koleżanka i stwierdza:
O, Kiszczak.

W tym miejscu pozdrowienia dla Sihayi

Dziś mam w głowie pustkę. Dawno nie spałem i ogólnie mi się nie chce. Dam więc adekwatny do sytuacji wierszyk i uznajmy, że mam to z głowy, ok?

Szczęk zamka
Gdy wprowadzam do komory
Kolejny długopis
Przy ścianie pochylony
szybki bieg
Myśli
Ruch!!!
Czeszę serią papier
Kropla krwi
Przesiąka przez biel
Tam gdzie padają litery
W rytm tańca palca na spuście
Kartka pęka
Powoli
W zdziwieniu bezkresnych oczu
Osuwa się na moją stronę
Martwa muza

*

wtorek, 14 marca 2006

Going Under


Obłęd to konieczność. Tak uważał Dick i czasem jestem skłonny się z nim zgodzić. On podejrzewał Lema, że jest szefem słowiańskiej siatki szpiegowskiej i kontaktował się z nimi za pomocą swoich opowiadań. Ja kopię komputer gdy resetuje mi się niespodziewanie w samym gorącym epicentrum wojny z Azowem i ściskam w objęciach wyrywającego się, dwudziestokilowego łabędzia, który usiłuje wydłubać mi oko.
Wiatr jest bardzo zimny. Czuję go pomiędzy żebrami. Nie nienawidzę ludzi, nienawidzę zjawisk. Nienawidzę nazistów próbujących zniszczyć Balcerowicza. Próbujących pogrzebać wszystko, co przez 16 lat z takim trudem zbudowaliśmy. Nienawidzę nazywania „Polakami” i „chrześcijanami” skurwysynów, którzy za moskiewskie pieniądze rzygają swoim strachem i ciemnotą w eter nad Toruniem. Nienawidzę zapalenia płuc, które dopadło małego Baj. Nienawidzę szpitali, kanarów i biedy.
Kleję glany srebrną izolacyjną. Zima ustępuje niechętnie na zewnątrz i wewnątrz. Nie potrafię naprawdę nienawidzić. Potrafię nienawidzić przez chwilę. Widać marny ze mnie Polak i katolik. Maleństwo wróciło z pielgrzymki i opowiada o armatach Częstochowy. Całuję ją w parku pod koronami drzew. Ona mówi, że tęskni. Ja tęsknię. Tęsknimy oboje.

*

sobota, 11 marca 2006

To wszystko co jest nad nami


Idź zbierz nasze siły, byśmy mogli
zmierzyć się w bezsensownym,
frontalnym ataku z przeważającymi
siłami głównego bohatera tej książki
(Gerber,Opowieści z Blarni)

Wczoraj były 66 urodziny Chucka Norrisa, a równocześnie (cóż za zbieg okoliczności) dzień mężczyzny. Zajrzałem więc „Na róg”, gdzie z okazji święta strzeliliśmy sobie brygadką, serwowany przez 3szklaneczki płyn smarujący. Płyn dodam tylko, zapewne pochodzenia kaliningradzkiego, który ma 97%, stapia w szklistą bryłę struny głosowe i normalnie służy zapewne do odrdzewiania metalu.
Następnie w poczuciu braterstwa i harmonii ze światem, zionąc oparami etylenu i elokwencji udaliśmy się na plażę, która, akurat tam jest dosłownie za drzwiami. Seba odpadł na samym początku eskapady, wtapiając się z jakąś panną w tło wydm. Seba jest znany z podobnych wtopień. Kiedyś wypotrzebował jakąś pannę w zaspie śniegu, w mrocznym podwórku za, wtedy jeszcze, kinem „Leningrad”, obecnie „Neptun”, w likwidacji. Było -16 i gość potem przez dwa tygodnie moczył sobie jądra w słoiku z wrzątkiem.
My, ślizgając się niemiłosiernie na łatach lodu dotarliśmy do granicy fal, by karmić zagrypione łabędzie fistaszkami. A bydlęta są tak głodne, że jedzą dosłownie z ręki, prawdopodobnie, gdyby miały pewność, że dostaną za to żarcie, to byłyby gotowe gwizdać deszczową piosenkę, i stepować rządkiem w układzie choreograficznym, rodem z Lord of the dance.
Później zaś idąc i patrząc na piasek zauważyłem swój księżycowy cień. Po tym zawsze można poznać, że jest księżyc. Zagonieni rzeczywistością i wiecznie pogrążeni w myślach nie patrzymy w niebo. I nagle idąc tak przez życie zauważamy, że rzucamy cień w nocy
A niebo mimo naszego biegu i zgiełku, jest ciągle niezmiennie głębokie i pełne gwiazd.

Wiatr trosk wywiał ze mnie nadzieję
Gwizdał pośród wyschniętych żeber umierającej wyobraźni
Pozostałem na plaży z pocałunku wspomnieniem
Rzucony przez fale na piaski fantazji

*

czwartek, 9 marca 2006

Memento Norris


Ja - ...a cóż masz w tej kieszeni?
Pazurek - Bilety, lizaka, rękawiczkę...
Ja - ...pułapkę na myszy...
Pz - ...pułapkę na misie.
Ja - A wiesz kochanie jak wygląda
pułapka na misie?
Pz - Tak. Tak jak ja.

Wczoraj o świcie wracałem z roboty z Sopotu. Postanowiłem iść kawałek plażą. Po zamarzniętym piasku wędruje się jak po autostradzie. Wyszło słońce, świat rozmywał się w pastelowej mgiełce a niebo było tak błękitne, że zlewało się z morzem. Tę sielską i jakże romantyczną scenerię zakłóciły mi ptaki.
Ludzie wpadli ostatnio w psychozę ptasiej grypy i przestali je karmić. I teraz ptaki są już tak głodne, że nie biegną w kierunku każdego zauważonego człowieka, one lecą!
Leciało na was kiedyś dwadzieścia wielgachnych łabędzi? Bo na mnie już tak. Z łopotem skrzydeł, żądzą w oczach i majestatycznie powiewając płetwami, a każdy chciał być szybszy niż koledzy.
Na szczęście za mną wlazł jakiś frajer z torbą foliową i natychmiast został zakwalifikowany jako obiekt pokarmonośny. Stałem jeszcze chwilę w zadumie obserwując jak ucieka.
Z tymi ptakami to niezły numer, po niektórych widać już wycieńczenie, niedługo zaczną masowo padać z głodu, i dopiero wtedy zacznie się panika. Jak to powiedziała moja Piękność, ludzie stwierdzą; widzicie, były chore, dobrze że nie chodziliśmy ich karmić.
W herbaciarni na dzień kobiet wieczorek męski i poważne, dorosłe rozmowy o sklejaniu modeli i polskiej armii, na szczęście przybyła Avatar ratując sytuację, choć pozostaliśmy nieutuleni w żalu po Mi-24 usuwanych z Pruszcza Gd, i zastępowanych przez amerykańskie Predatory. Kto wędrując przez pomorskie lasy znalazł się nagle w cieniu przelatującej formacji pruszczańskich 24, i usłyszał ten DŹWIĘK, ten może połączyć się z nami w żalu, wypłakać nam się w rękaw i postawić nam piwo.
Na koniec opowiem o nietypowej robocie, jaka mi się ostatnio trafiła. Kobieta wynajęła mnie i 4 kolesi, żebyśmy przeszukali mieszkanie, które dostała po ojcu. Meble były już wyniesione, kobita wpuściła nas na puste pokoje. Podobno tatuś był sknera i paranoik, i w 3 lata po jego śmierci, cała rodzina nadal poszukiwała metalowej kasetki z testamentem, papierami i zapewne większą lub mniejszą garścią rodzinnych precjozów.
Oczywiście to co dyletantom i amatorom zabrało 3 lata, zdrowym chłopakom z Brzeźna, którzy ewolucyjnie wykształcili wykrywacz kasiory w płacie czołowym, zajęło godzinę czterdzieści minut. Uznaliśmy, że dziadek mimo że paranoik, w wieku 86 lat żadnych akrobacji raczej nie wykonywał, ani niczego ciężkiego nie dźwigał, sprawdziliśmy więc wszystkie panele.
Kasetka była pod ruchomymi kafelkami w odpływie pod wanną.

Ja - Duże ptaki nie mają
się gdzie schować...
Pazurek - Chowają się na plaży,
pośród innych ptaków,
które się tam schowały.

*

wtorek, 7 marca 2006

Black hole sun


Bóg ukrył się jaknajdokładniej
by świat było widać
(Twardowski)

No cześć. Tęskniliście?
Wiatr rwie na niebie chmury. W ziemię uderza słoneczny blask przywracając światu kolory. Błękit wlewa się w oczy i zmienia coś w środku. Czuję narastającą gotowość. Cały świat wokół drży w ostatecznym napięciu oczekiwania na wiosnę.
W sobotę przed dworcem głównym omijały nas autobusy. Stałem z Awari czekając na ten właściwy, patrząc w szare oczy jakiejś dziewczyny. Oczy miała piękne. Była młoda, ale na twarzy miała skośne rysy zmarszczek jakie wypala smutek. Ona patrzyła na mnie ja na nią. Aż przyjechał autobus a ona odjechała. Rzucając ostatnie spojrzenie zza szyby ułożyła usta w jakieś słowo.
W Pruszczu Gdańskim jest stara XIX wieczna cukrownia. Jest martwa. Jej trup zawisł z boku miasta, miasto nie miało co z nią zrobić, oddało ją więc artystom. Artyści urządzili wystawę zdjęć i wizualizacji.
Krążyliśmy tam ściskając wysokie, plastikowe kieliszki z drinkami i kawałkami arbuza wetkniętymi na brzeżek. Oglądaliśmy zamarznięte, rammsteinowe kadry uwiecznionych metalowych konstrukcji, starych cegieł, cyrylicy i szwabachy umieszczonych obok siebie. W końcu jednak wyszliśmy stamtąd na zimny, rozgwieżdżony świat, nieświadomi zupełnie, że nasza przygoda dopiero się zaczyna.
A zaczęła się w chwili, gdy nie chcąc czekać pół godziny na zwykły autobus, postanowiliśmy sobie ułatwić i wsiedliśmy do Auchanowego, darmowego autobusu, jadącego mniej więcej w kierunku miasta. Bardzo mniej więcej, ośmielę się dodać. Następną godzinę dziesięć spędziliśmy przemykając przez górne tarasy pełne najnowszych osiedli, tajemnicze rubieże i miejskie zapadliska, pełne slumsów typu Orunia, w których kierowca przyspieszał, żeby nie gwizdnęli mu dekli. To gnaliśmy w oślepiającej ferii świateł, to znów wpadaliśmy w ciemność, widząc tylko gdzieś daleko, odległe ściegi dróg. Wbrew pozorom nie narzekam, było naprawdę fajnie. Autobus mknął z cichym szumem pomiędzy światami, za oknem w świetle księżyca przemykało nic, a ja mogłem po prostu wymościć się w siedzeniu, nie myśleć i po prostu patrzeć.
Tak wiem, moje ostatnie notki są z lekka nudnawe, ale one są zawsze dokładnie takie jak moje samopoczucie. Teraz jestem senny i przymulony. Budzę się ze snu, strząsając sierść z zimowego pyłu, płynę przez różową mgiełkę, wciąż nie do końca rzeczywisty.

Jak wyglądałby świat bez mężczyzn?
Byłby pełen zapłakanych kobiet
siedzących pośród zakręconych
słoików i butelek

*

sobota, 4 marca 2006

Drap drap...


Misiu był zmęczony i nie napisał
notki. Do zobaczenia we wtorek.

(Pazurek)

*

czwartek, 2 marca 2006

Wyślemy go jako Puszkę Pandory, niech go otworzą


Ludzie szukają drogi do nieba
bo zboczyli ze szlaku na ziemi
(Lenin)

Zmęczenie było jak blok ołowiu. Szedłem przez wiatr i śnieg zacierający kontury miasta wokół. Miałem ochotę usiąść w tej zawiei i już nie wstawać.
Podobno Stalin był nieślubnym synem Przewalskiego, znaczy naszym rodakiem.
Na końcu Wałowej ginie kolejny pokomunistyczny kompleks przemysłowy. Stalowe potwory koparek wspinają się po zwałach gruzu, w śnieżycy płoną ogniska. Gehenna, w tym tygodniu lekutko się przepracowałem, nie spałem 2 doby, gdy tak tam stałem, zatańczyłem nagle na samej krawędzi snu i jawy, i poczułem się jakbym patrzył na panoramę piekła.
Wszyscy niby widzieliśmy zdjęcia powojennych zniszczeń, wszyscy czytaliśmy o ruinach miast, ale to zupełnie co innego niż stanąć u stóp wielometrowej sterty gruzu, pomiażdżonych ścian i zgniecionych pięter, pnących się stromo w niebo.
Cały narożnik wysokiego budynku leżący na placu, jakby ktoś ujął go w ogromną dłoń i ułożył delikatnie na ziemi. Drżące równe ściegi cegieł w poświacie ognia, metalowe szkielety sterczące w lodowate niebo, maszyny wmurowane w podłoże, ale już bez osłony otulających je dotąd hal.
Na lodzie zamarzniętej rzeki, pośród spiętrzonych zwałów kry, rozrzucone upadkiem cegły i całe, tak na oko 15-20sto kilowe kawały muru. Stałem tam patrząc i wyobrażając sobie jak cicho i niespodziewanie znikną nagle z powierzchni w czasie roztopów. Jak ciągnąc sznur bąbelków, w absolutnej ciszy podążą ku dnu.
Niektóre mogą popłynąć z krą ku morzu i za 10 000 lat stanowić nierozwiązywalną zagadkę dla archeologów.
Puste Długie Pobrzeże, pełne ślepych, stylowych lamp, wiry śniegu niesione wiatrem i, o ironio, dwie przemarznięte greckie flagi. W rozświetlonym oknie samotna dziewczyna patrząca gdzieś na wylot przeze mnie.
Potem rozmowy w herbaciarni i przez telefon. Ciepła przygrywka do snu...

- Boję się spać. Mam koszmary, śnią mi się demony...
- To niech pan liczy barany.
- Próbowałem. Demony je zjadają...
(Tau)

*