piątek, 24 kwietnia 2015

Jeśli nie obchodzi cię gdzie jesteś, nie jesteś zagubiony

- ...no bez jaj!
- Bez jaj? Nie wiedziałam, że
   masz zdejmowane.

(My)

Czas znika, tydzień po tygodniu. Ledwo co wędrowałem z rykiem przez fałdy Morenowego Wzgórza ścigany przez radosne krzyki tłumu dzieciaków, wyciągających ze wzruszonej wertykulatorem, starej, poligonowej ziemi skorodowane pociski od kałasza, a tu już przemyka obok pielenie w czasie cyklonu kiedy to pełzając wśród krzakulców na czworakach widziałem pod sobą deszcz, gnający poziomo do gruntu. Słońce, deszcz, ciepło, lodowato, jak w "Wehikule czasu", wszystko miga wokół. Zapach wzruszonej ziemi, smród gryp żołądkowych gdy przechodzimy je jedno po drugim, jak przystało na zgodne małżeństwo.
Odkryłem po latach, że Hania ma złote oczy.
Od bolidu Boha, którym wesoło przemierzamy nasze służbowe przestrzenie, od czasu do czasu coś odpada, co z reguły jest miłą odmianą w przypadkach, gdy coś się pali. Ostatnio odpadł tłumik, obejrzałem sobie więc w warsztacie starą niemiecką technologię od spodu. Dla Boha to były dni pełne niespodzianek, odkrył, że  ma w czołgu komputer, i immobilizer...
W każdym razie był tam jeszcze jakiś klient oraz mechanik gawędziarz, prawdziwy mistrz. Docinał, szlifował, spawał płynnie wplatając w te czynności opowieść o facecie, który wraz ze swoją matką stworzył świetną firmę handlującą elektroniką, Potrafił pokonać z pieśnią na ustach każdą przeciwność, zarabiał po 3 miliony miesięcznie i miał własny świat otoczony ośmiokilometrowym murem z kamerami. Jak każdy dobry gawędziarz koleś co jakiś czas zadawał pytania, pozwalając by słuchacze sami wymyślali ciąg dalszy, stopniując napięcie. - No i pewnego dnia jego żona zażądała rozwodu, a wiadomo co się dzieje w czasie rozwodu...  Jak myślicie panowie co się stało? Przecież nie da się podzielić firmy...
- Podzielili majątek
- Zabrała mu wszystko
- Poszli na ugodę

- Nie, chłop powiesił się.

Za zasługi i na wszelki wypadek dostałem dzień wolny. Miałem iść do Wrzeszcza, ale pogoda jest niefotograficzna więc jeszcze pomyśle.

Przeżyć to co jest nam niepisane
Nigdy już nie robić nic na pamięć

(Bracia)

*

niedziela, 22 marca 2015

Wilgotna Wenus

- O, jutro jest dzień downa, muszę wysłać
   kartkę z życzeniami Kaczyńskiemu...
- Tylko pamiętaj - w rękawiczkach.

Gdy byłem mały... no dobra, dobra, gdy byłem młodszy, na zieleńcu przy przystanku trzynastki stała taka oszklona skrzynka z repertuarem kina "1 Maja" potem "Nord". Idąc do szkoły uwielbiałem stawać przed nią i powoli, delektując się, wędrować wzrokiem po tytułach filmów. To co w owych czasach emitowały wszystkie dwa programy TVP nieodmiennie miało posmak przykurzonej łopatologii serwowanej do łopotu czołgowych gąsienic i przaśnego zapachu ciepłego plastiku.
Smakowałem więc te tytuły. Każde słowo obrastało w podteksty, znaczenia i nieskończone możliwości. Ta chamska oszklona skrzynka była oknem do krainy marzeń.
Dziś mamy bezpośrednie podłączenie do wszystkiego. Średnio inteligentny dziesięciolatek może sobie ściągnąć na telefon panią uprawiającą sex z osłem. I w sumie po króciutkiej chwili znów zapada w zobojętnienie spowodowane nadmiarem. Gdy pierwszy raz zobaczyłem teledysk do "We don't need another hero" Tiny Turner  moja wyobraźnia eksplodowała jak supernowa. Musiałem potem czekać 12 lat by zobaczyć Mad Maxa, a obejrzenie go było przeżyciem stricte religijnym.
Skończyłem ostatnio czytać "Kroniki czarnej kompani", po ponad 20 latach, zaczynałem na wagarach w szkole średniej. Czuję się jakby przeminęła pewna epoka.
W pracy po śmiercionośnym maratonie grabienia, zaczęliśmy falę zabójczej wertykulacji. Znaczy się biegam za maszyną, która wydaje z siebie dźwięk niczym ostatnia faza armagedonu i zrywa ludziom trawniki. To nawet dosyć zabawne, cały rok pieścimy te trawniki, nawozimy, wyrównujemy, kosimy, głaskamy a potem, pewnego dnia u progu wiosny ujmujemy w śmiałe dłonie wertykulator i mielimy wszystko w pizdu, by zacząć od początku.
Radosny doznał tymczasem straszliwych obrażeń w pracy, gdy epicko chrupnął sobie łękotkę wstając od lodówki z energetykami w Żabce. Ta Żabka to niebezpieczna bestia, zawsze to powtarzałem. Sam Il Duce holował go do lekarza.
Moja małżonka, której niech umięśnione i wysmarowane oliwą ekstra werdzin cherubiny sypią pod nogi najbielsze płatki róż z lodów waniliowych, przeżywa też egzystencjalne sztormy. Siedziała ostatnio w dziekanacie z resztą sabatu i wspólnie rozważały jakiego koloru mają być studenckie książeczki praktyk: W tym roku dajemy takie jebitnie różowe...Tak właśnie rodzą się drobne dramaty dnia codziennego.
Wziąłem sobie dzień wolny. Znaczy się wziąłem piątek tydzień temu, gdy Boh szedł do lekarza i dzięki temu musiałem robić dwuosobowy obiekt przez 13h i do domu dotrzeć przed ósmą, a dostałem ten, dzięki czemu Boh został na dwuosobowym obiekcie sam na sam z wertykulatorem, którego nie umie obsługiwać.
Jak to z urlopem bywa, od razu się rozleciałem. Póki człowiek zapieprza to się jakoś trzyma w kupie, jak tylko poluzuje następuje kataklizm. Układ pokarmowy, gardło, kolana i jakaś zabawna gula na ręku, którą z typowo męską logiką uznałem z miejsca za raka i resztę łikendu spędziłem czekając na przerzuty.
W piątek miałem iść na koncert CDNów, ale nie, musiałem posłuchać ojca: Pizza z brokułami jest pysznnnna... Jak przytuliłem się do wielkiego ucha po 18 to zczołgałem się z niego o 3 nad ranem.
Obejrzałem przynajmniej zaćmienie słońca, i nadal widzę... choć do końca nie wiem co. Udałem się w tym celu na sam koniec mola w WhiteTown. No i przy okazji by popatrzeć na wysadzanie miny morskiej pod Gottenhaven. Przez tę minę był zakaz kąpieli w całej zatoce, wzdłuż plaż jeździli policjanci i z misją płonącą w oczach tłumaczyli wszystkim tym ubranym w puchowe kurtki ludziom, czemu dziś akurat nie wolno im pływać. Mam wrażenie, że przy tej temperaturze ewentualnego amatora kąpieli trzeba by do tej wody wepchnąć kijem, i nawet gdyby zaraz się nie rozpuścił w przyjaznych, opalizujących wodach Bałtyku to opadłby na dno w postaci kostki lodu by dotrzymać towarzystwa Di Caprio.    
W zeszły likend miałem szczery zamiar leżeć, nie ruszać się i porastać mchem, ale zza horyzontu zdarzeń wychynął Krebs z połowicą i musiałem wywlec odwłok na światło dnia, gdzie przez chwilę zdaje się zaczął nawet trochę dymić.Wspominaliśmy i okrutnie szydziliśmy z nieobecnych, było wesoło.
Wczoraj dotarliśmy na Closterkellera pod Stocznię. Lodowaty wiatr rwał chmury na strzępy i zamrażał serca, pośród okolicznych, radioaktywnych ruin stukały obluzowane blachy, szron skrzył się na obrzeżach skamieniałych w twardym jak beton błocie śladów butów. Anja w różowych włosach klasy "mangietka" szalała pośród gitarowych riffów i elektronicznych ech. Na krawędzi dnia na krawędzi snu...
Gula na ręku okazała się mieć podłoże reumatyczne nie nowotworowe. Będę żyć, choć nieco bardziej dziwny niż dotychczas.

Boh - Po rewitalizacji dzielnicy
w Letniewie jest spokojnie.
Ja - Chyba eksterminacji...

*  

sobota, 28 lutego 2015

Alaskańska masakra łosiem mechanicznym

- Został ci strupek mały na szyi, zerwać?
- Nie, będę wszystkim wmawiał, że była
   taka impreza, że się pobiliśmy...
- Czym, cyrklami?

(My)

Jak to kiedyś stwierdził Marzan: czas płynie, płynie, płynie, wraca, wraca, wraca, znowu wraca, znowu wraca, znowu wraca. Znaczy się kolejne urodziny przyszły i przeszły. Jestem starym piernikiem opędzający się deską do mięsa od kryzysu wieku średniego. Na 40 urodziny wjadę w sejm tirem wyładowanym trotylem i 10 tonami landrynek... wspaniała śmierć i wyobraźcie sobie tylko te niusy:
Babcia z Mławy przysłała mi urodzinową kartkę. Kartka grała. Cały czas. Słyszałem ją z połowy ulicy, potem na chwilę przycichła gdy przez swoje mieszkanie niosła je babka nr 2, i w końcu zmęczony cokolwiek dźwięk rozbrzmiał echem pośród sal i holów mej sadyby i kolumn wstrząśniętych z lekka neuronów. Gdybym miał zgadywać, powiedziałbym, że grała tak sobie całe 264 kilometry i 3 dni doprowadzając paru pocztowców do obłędu i paru prób samobójczych.
Na urodzinach Ciapek powrócił  szczęśliwie i w całości z naszego dość specyficznego kibelka i stwierdził, że to był ostatni raz, bo czuje się tam obserwowany. Ucieszyłem się niepomiernie i umyśliłem sobie że nasz następny wucet wykleję dziesiątkami tysięcy wyciętych z magazynów i gazet oczu...
Ciapun ciągle strzela szyją, jeśli wiecie o co chodzi. Po tym jak wszyscy gremialnie się wstrząsnęli potępiliśmy wspólnie jego zachowanie i uprzedziliśmy, że kiedyś mu chrupnie porządnie i już tak zostanie, a wtedy nazwiemy go Cranchips.
Lenn opowiadała, że wzięła barwniki spożywcze i zrobiła kolorowe babeczki. Wyglądały i smakowały wspaniale, ale co się potem działo w wc...
Tymczasem nadciągnęła wiosna. W pracy zaczęło się robić wiosennie, znaczy się, że pracujemy bez przerw po 9, 10 godzin. Do tego nasi szefowie, którzy niech żyją i zdrowo rosną, pojechali na kurs...Oooo fuck Jeee, każdy kto to przeżył ten wie o czym mówię. Połączenie entuzjazmu z morderczym uporem dokładania pracownikom dodatkowych obowiązków i komplikacji, od razu przyjechali i zaczęli sprawdzać dziewczynom Ph podłogi. Tak więc na razie mamy lekkie zamieszanie połączone z delikatną paranoją, ale z czasem jak zwykle zwycięży ergonomia, znaczy się wypadkowa celu, sił i czasu. Żadne bajery tego nie zmienią.
Osobiście uważam, że znacznie większy pożytek przyniosłyby im kursy u nas. Tydzień robienia tego, tydzień tamtego. Bardzo szybko przeszliby z komplikowania i utrudniania pracy na jej optymalizację i ułatwianie.
Nic to, tymczasem jeżdżę sobie wielką ryczącą maszyną do zamiatania i piaskuję ludziom samochody, fasady i twarze jak za wolno uciekają. Ostatnio na jakiejś gottenhavskiej rubieży zbiło się w moim pobliżu stadko dzieciaków i gapiło się z otwartymi szeroko otworami gębowymi jak subtelnie wzruszam spoistość polbruków i wykrzywiam krawężniki. Uśmiechnąłem się błogo i zacząłem wesoło podśpiewywać: Miotła mechaniczna, miotła mechaniczna, kto wejdzie jej w drogę, temu urwie nogę...
Oczywiście musiał się pojawić jakiś wyokularzony posępny inteligent, i zaczął kwękać, a to bez sensu, gdzie zbiornik od maszyny, a po co. Na każdym obiekcie znajdzie się taki aparat. na Przeróbce pijaczek bez nogi, co to wszędzie pracował i robił to lepiej, na Morenowym Sylwiaczek z zaparcie prawdziwego krytyka sztuki i pikariusza nasadzeń. Itd, mali ludzie o wielkich marzeniach, którym opór stawiła bezwzględna materia sprowadzając na pustynię żalu i rozgoryczenia. Spojrzałem w końcu na niego i mówię: Pan to pewnie głosował na piSS. Typ się zatchnął na wystarczająco długo bym zdążył odgrodzić się od niego czterystoma decybelami.

Każda kobieta ma 3 otwory
i przegrodę nosową, żeby nie
kusiło.

(Lenn)

*

środa, 11 lutego 2015

Takt

tygodnie jak dni
tętent chwil na bruku nocy
czas i wieczór jak granitowa płyta
cienie minut suną po wieku
idziesz  miarowo choćbyś zamknął oczy
grzechot palca kostuchy na oczku liczydła
nieważne będziesz czy nie będziesz
ptak i tak zaśpiewa o poranku

fuga

upadek i lądowanie
na powierzchni obcych światów
wyrzeźbionych w takt religii lub
osobistej refleksji
marsz ku odległym horyzontom
wśród wysokich traw
po krzywiźnie kul
zlepionech z naszych marzeń
upadek czyjejś łzy po policzka krzywiźnie

*

środa, 4 lutego 2015

Potknięcie tytanów

reklama: -Co to jest nadwaga?
- Nie pamiętam
- A cellulit?
- Też nie pamiętam
- Rewelacyjne tabletki na odchudzanie...
Szponiasta - Efekt uboczny: zanik pamięci

Na 3żaglach mieszkają dziewczyny z Atomu Trefl. Każda ma samochód z logo drużyny i własnym zdjęciem na burcie, zawsze szczególnie czekamy rano na pojawienie się długonogiej murzyneczki. Wyglądamy trochę jak te komunistyczne pieski co to się stawiało na tylnej półce dużego fiata, gdy tak sunie ulicą na tych czekoladowych kolumnach rozkoszy.
Zima bawi się z nami w chowanego. pojawia się gubi pióra i znów chowa się za horyzontem, a my wstajemy i pracowicie usuwamy ślady jej bytności.
Z roboty poleciała Beata, powiedziała, że: Pierdoli i nie będzie odśnieżać. A sztab jej odpowiedział: Ok, nie będziesz... Szczerze mówiąc spodziewałbym się wcześniej własnej dymisji, niż jej. Wielka przyjaciółka przywództwa, utwierdzona w swej wierze o własnej niezniszczalności. Zdarzenie z rodzaju biblijnych: Wszystko dojrzewa do wydarzenia, ale jest ono po prostu niemożliwe aż do chwili gdy się wydarza...
Znowu plażowaliśmy z piratami w WhiteTown. Tym razem czciliśmy też kolejną rocznicę Baśki i piwo było za darmo, a że o tym nie wiedziałem wcześniej i profilaktycznie przed przyjściem zatankowałem własne zapasy, więc rano był w pracy dramat. Przespałem dwie godziny, a po drodze był jeszcze marsz z WhiteTown w rozpuszczającym się śniegu, nic więc dziwnego że o 5 dnia następnego sól smakowała mi octem i bardziej niż kiedykolwiek irytowała mnie konieczność drapania rozmiękłego szronu z parkingów.
Gdzieś tak w międzyczasie umarł Radziun Bibliotekarz, sprawujący dotąd zazdrosną pieczę nad księgozbiorem Gdańskiego Klubu Fantastyki. Koleś był w naszym wieku i w pół kroku załatwił go tętniak.
Były też podwójne urodziny Stasia i Nel, tfu, Void.  Eksterminowaliśmy im grzanki i sałatkę z curry, zapiliśmy miodem "12 prac Asterixa" i odkryliśmy drewniane kolejki Ikei.

Ja - Main Teil jest oparte na prawdziwej
historii kanibala, który ogłosił w sieci,
że szuka kogoś do skonsumowania.
Zgłosiło się sporo ludzi, umówił się
z jednym i za obopólną zgodą zaczęła
się uczta. Obaj panowie zgodzili się,
że zaczną od penisa. Jak postanowili
tak zrobili. Penis miał być zjedzony na
surowo, co nie udało się, kanibal upiekł
go więc co niewiele pomogło. Drugi pan
w tym czasie po cichutku się wykrwawił.
Nie zrażony niepowodzenie nasz bohater
napełnił lodówkę i dał kolejne ogłoszenie.
Dopadli go ostatecznie a Rammstein nagrał
kawałek, którego jakoś nikt nie chce
puszczać w radiu...
Szponiasta - Ciekawe czemu/

*

wtorek, 20 stycznia 2015

Stomatologia agresji

Mam ci zaszyć te wszystkie dziurki?
To się nie zmieścisz w te wszystkie
koszulki. Te dziurki nie powstały bez
powodu...

(Pazurek)

Miało być o ostatnim Hobbicie. Przyznam, że z upływem czasu coraz mniej chce mi się o nim myśleć, choć trzeba przyznać, że już dawno nie widziałem czegoś równie chaotycznego i wymęczonego niczym fretka w sokowirówce. Jackson upojony najwyraźniej skalą sukcesu doszedł do wniosku, że nie potrzeba mu jasnej linii narracyjnej czy choćby krztyny sensu czy konsekwencji, film składa się z paru filmów na raz, ni to romans, ni to akcja, ni to patetyczna elegia, w efekcie człowiek nie ma właściwie pojęcia co powinien czuć, czuje więc jedynie irytacje.  Nie dziwi więc że Christopher Tolkien odmówił sprzedaży dalszych praw autorskich i dzięki Najwyższemu bo strach pomyśleć co stałoby się z Silmarillionem, pewnie jeszcze nasze wnuki oglądałyby kolejne części zastanawiając się: O co kurwa chodzi...
Krasnale na haju, kozy znikąd, białowłosy gej na jeleniu, który spłodził równie gejowatego synalka zapewne po ciemku myląc dziurki, i orły... ja pierdziele, zawsze gdy scenarzyści tego pokrzywionego molocha zapędzają się w kozi róg to pojawiają się orły, chyba jako parafraza US Air Force, i z dumnym skrzekiem normalizują sytuację, przywracają równowagę sił czy jakie inne chujostwo robią takie wielkie, zmutowane bydlaki.  
I tyle, spuśćmy na to zasłonę żenady i zapomnienia .
Za oknem właśnie sypie się anielskie guano, na pierwszą będę musiał doczołgać się na 3żagle i przerzucić je za płot sąsiadom. Może to i dobrze, bo z braku zimy mieliśmy ostatnio coraz bardziej zabgrejdowane prace jesienne, czyli akcje typu: Desant w piekle - Wylądujecie nieopodal Hekatomby i umyjecie posadzki z czaszek od Tartaru do Gehenny. Tylko dokładnie coby lawa równo spływała....
Ostatni ścinaliśmy bluszczyk, który w błogim zapamiętaniu zarósł część parkingów. Samochody stały na dywanie z liści. Była tego taka masa, że nie dało się tego pakować do worków. Zwinęliśmy więc to jak dywan. Zamiatam i słyszę nagle zza pleców: Ech, szur, szur, ech, szur, szur. Odwracam się a tu Radosny ciągnie ten splątany megakokon w kierunku odległej linii horyzontu i wiaty śmietnikowej. Wyglądało jakby tachał wielkiego potwora złapanego w sieci.
No i na koniec straszliwa opowieść egzystencjonalna z życia Krebsa, w sumie takie historie przydarzają mu się dość często, dzięki czemu można go traktować jako niewyczerpany rezerwuar niesmacznych acz osobliwie zabawnych historyjek do piwa. No więc dziewczyna o której Krepsidło marzyło od podstawówki wyekspediowało swojego niedopasowanego kolesia za próg, nie obyło się niestety bez kwasów i przykrych słów. Tak się złożyło, że nasz książę przyjechał akurat do niej zza morza i dowiedział się o całym zdarzeniu, a trzeba wam wiedzieć, że Kreps to stworzenie w gruncie rzeczy proste i w swoim gniewie bezpośrednie, żeby nie powiedzieć entuzjastyczne. Będąc więc w rzeczonej w łazience wziął szczoteczkę do zębów typa i jak w pewnym znanym, polskim filmie zapoznał ją bliżej ze swoim produktem przemiany materii. Siedzieliśmy wszyscy potem przy piwie, całymi zdarzeniem niezwykle rozbawiani do chwili gdy padło nieuniknione pytanie: ale właściwie, której szczoteczki użyłeś...
...Tiaaaa, fuck jeah! A potem już były tylko telefony do dzieci typu wyrzuć szczoteczki, o nic nie pytaj...
Dobra, dzwoni praca, jadę na Syberię.

*

czwartek, 8 stycznia 2015

Papka tygodnia

Gandalf the Grey...już wiem
co on robi po godzinach.

(Szponiasta)

Piąta rano smakuje solą i wilgocią. Prostytutki wracają do domu dropiąc obcasami po lodzie, uśmiechają się gdy wychodzę z ciemności nonszalanckim ruchem ścieląc im białe kryształki pod nogami. Miasto wokół oddaje się bezwstydnie ostatnim minutom nocy. Sól wypala nowe zmarszczki w kącikach oczu. Nadchodzi świt.
Po ostatnim odśnieżaniu udało mi się ustawić robocze spodnie na nogawkach w kącie przedpokoju. Bałem się że się połamią...  Śmieliśmy się z szanowną małżonką, że do ekstremalnych warunków należy używać ekstremalnych środków, choć zapewne miejscowi mieszkańcy mogą nie okazać zrozumienia na widok kolesia w kombinezonie od biohazardu, który ciężko oddychając przez filtry maski rozściela im przed domem biały proszek.
W czasie ostatniego zamachu zimy na mą godność osobistą -  kończę dzień z szuflą przyrośniętą do rąk, a tu idzie matka ciągnąc sanki z opatulonym dzieckiem. Docierają na krawędź wydrapanej do imentu kostki brukowej i kobieta mówi: Musisz wstać, bo dalej nie ma już śniegu. A dziecko zrozpaczonym głosem: Nie ma śniegu? Gdzie jest?- Tu patrzy na mnie - Ten pan zabrał śnieg?
Po opadzie na podwórkach wyroiła się dzieciarnia, jakby wyczuwając jak krótka będzie to radość. Na wszystkich płaskich powierzchniach stanęły bałwany, milcząca, biała armia patrząca beznamiętnie przez związki węgla na związki węgla. Myśląc zimno: I ty kiedyś wyschniesz i skruszysz się, zmienisz się w torf, zmienisz się w miał, a twe sczerniałe serce jakieś nieprawdopodobne dziecko przyszłości złamie na pół i wciśnie w twarz nie mniej nieprawdopodobnego bałwana ulepionego z zamarzniętego amoniaku.  
Gdy nadeszła odwilż poszarzałe zwłoki dziesiątek bałwanów leżało potem dogorywając pośród zielonej trawy i psich kup. W świetle księżyca wyglądało to jak upiorne, ostatnie pole bitwy Królowej Śniegów.
Na sylwestra zgodnie ze wskazaniem kalendarzyka rozpoczęliśmy pośród świec, kawioru i atłasowej, czerwonej pościeli proces połączenia i emisji w daleką przyszłość naszych genów. O północy patrzeliśmy jak zatoka pogrąża się w kręgu ognia. Gdzieś za Orłowem entuzjastycznie ostrzeliwały niebo leśne osiedla, tak że z naszej perspektywy było widać tylko szczyty eksplozji barwiące lasy na zboczach wzgórz, wyglądało to jak scena z Wojny Światów, gdy zza wzgórza wychodzą tripody.
Podobno w WhiteTown nie odpalono oficjalnych fajerwerków, bo na parę minut przed północą jakiś polak - katolik zadzwonił, że kolesie od fajerwerków nie mają uprawnień. Jak to powiedział Piłsudski: Naród wspaniały, tylko ludzie kurwy.
Nowy rok pod nową pełnią, kiedyś pod takim właśnie księżycem, w białym kręgu, pośrodku brzeźnieńskiego parku odprawiałem magiczny obrzęd, gdy okres znajomej panny spóźniał się około półtorej miesiąca. Ach młodość.dzika i swawolna. Teraz porwałem żonę z bezpiecznego kręgu elektrycznego światła i przez dziki wiatr szlifujący piaski plaży patrzyliśmy na świetlistą koronkę miast ponad czarnymi wodami zatoki. Wskoczyliśmy z murku we własne księżycowe cienie i szliśmy pośród niesamowitej kurzawy sięgającej nam do kolan, depcząc nagle obnażone stare muszle i poczerniałe monety.
Wspólnymi siłami powiesiliśmy też nowy kalendarz, to pierwszy w moim lokum, od dziesięciu lat kalendarz w którym nie ma żadnych gołych cycków. Chociaż może jeszcze dokładnie sprawdzę, a nóż widelec jakiś się uchował...
I tyle na dzisiaj, następnym razem opowiem wam co Kreps zrobił szczoteczce i co myślę o ostatniej części Hobbita.

Legenda mówi, że jeśli nie możesz
spać w nocy to znaczy, że przebywasz
w czyimś śnie

(sieć)

*