Co robi dzik na zamku?
Penetruje lochy...
(Gregory)
17 lutego był dzień głaskania kota. Śniło się polowanie na stalowego, puszczającego parę na złączach tygrysa, w mieszkaniu moich starszych. W tym śnie co chwilę ktoś znikał.
Wciąż pracuję w tym samym miejscu. A już się witałem z gąską, z ulgą myślałem o nadrabianiu czytelniczych zaległości, powolnym meandrowaniu w kierunku Sopotu przez pozbawioną smrodu chemii przestrzeń, czy gotowaniu obiadów żonie. Istnieje taki moment gdy znużenie osiąga taki poziom, że nawet najgorsze rzeczy stają się zupełnie obojętne i takie sytuacje gdy zrobienie cokolwiek, nawet odcięcie sobie ucha, są lepsze niż stanie w miejscu.
Tymczasem odbyliśmy walne spotkanie akcjonariuszy i sytuacja się nieco wyklarowała, choć oczywiście chłopaki tradycyjnie wysłali mnie do przodu na pożarcie, Dan usiadł sobie gdzieś w tle, a Radosny za mną lekko skulony, tak że z perspektywy prezesowskiego biurka widoczna chyba była tylko jego aura. Ostatecznie ustaliliśmy że problemem jest niedostateczna komunikacja, po czym odstawiliśmy ten problem na później i z ulgą się rozeszliśmy, a biała karawela świetnej firmy AquaC pożeglowała dalej przez wzburzone morza detergentów.
Śniegi ustąpiły, ptaki drą mordy od bladego świtu, a my powracamy na z dawien porzucone terytoria, gdzie zniechęceni osobliwą nieustępliwością w odzyskiwaniu opłat przez Naszego Il Duce autochtoni przerzucili się na firmy pokrewne, aczkolwiek tańsze. Najwyraźniej otrzymali to za co zapłacili bo teraz podobno "błagają" o nasz powrót. Cóż, nie dostaliśmy białych, kawaleryjskich koni, by dzierżąc dumnie wiadra i z mopami u pasa urządzić tryumfalny przejazd wykafelkowymi holami, mimo to jest jakaś taka podskórna duma, że wolą bulić ciężki pieniądz tylko za to byśmy raczyli powrócić.
Na jednym z takich obiektów, który ktoś inteligentnie umieścił tuż przy wzgórzu, tak że nawet z 4 piętra można kontemplować trawę za oknem, wylądowaliśmy by doczyścić ściany. Ongiś jakiś światły architekt umyślił sobie, że klatki będą nowatorsko i intrygująco wyglądały bez cokołów. Oczywiście osobnikowi tak mocno skażonemu abstrakcyjnym myśleniem do głowy nie przyszło, że cokoły wymyślono z pewnych praktycznych względów, np: aby panie myjące schody nie zmieniały mopami ścian w kipiącą poczerniałym tłuszczem sodomie z gomorią. To walnął jeszcze chropowaty tynk na ściany, a co.
Przez ponad tydzień doczyszczaliśmy to roztworem w którym rozpuszczały nam się gąbki pozostawiając po sobie tylko tę cienką, ścierną warstwę, a w efekcie uzyskaliśmy przepięknego dalmatyńczyka. Pracuje tam fajna kobitka, w normalnym świecie dorabia jako naczelniczka poczty. To mi przypomina jak pewien pan doktor z uniwerku odkrył, że jego niezwykle elokwentna sekretarka dorabia trzy razy w tygodniu tańcząc na rurze. Nosił to brzemię z uśmiechem.
Ostatnio zaś znów gramy w doungens & dragons na halach garażowych. Odcięci od światła słonecznego, snujemy się niczym potępione dusze z Tartaru pośród tumanów toksycznego pyłu składających się głównie z soli, ropy i zastawu metali ciężkich, maszyna radośnie międzia błocko, wchodząc na coraz wyższe tony i gubiąc co chwila jakieś części niczym postrzelany gwiezdny krążownik. Na Cmentarnej Wieży dopadł nas oczywiście na sam koniec 3 hali Hitler, H ma uczulenie na kórz oraz zestaw ekspresyjnych fraz którymi owo uczulenie werbalizuje. Poprzednio dopadł Dana, Dan nie przepada za ludźmi, którzy wypadają na niego znienacka i zaczynają krzyczeć, uśmiechnął się więc tylko, odwrócił się i poszedł. Jak stwierdził: Tacy ludzie są jak wiatr, odwracasz się i już nie wieje. Była z tego niezła chryja, tym razem postawiliśmy więc na dyplomację. Nie pomogło, następnym razem spróbujemy krwawej przemocy, wymyślnych tortur i podpalenia żywcem. Naprawdę nie mamy już ochoty tłumaczyć, że to mam najbardziej ze wszystkich zależy na tym by się nie kurzyło, bo to my tym oddychamy i naprawdę pracujemy najszybciej jak się da, bo chcemy jak najszybciej wydostać się z tego piekła.
Ostatnio Starszy zapytał mnie kiedy wreszcie podejmę jakąś normalną pracę, odrzekłem :że lubię pracę fizyczną... Jestem szaleńcem
I tyle siedzę sam, bo żona mi poszła na wykłady, zapisała się na informatykę. Już zacieram macki, zostanie moim webmasterem i sami wiecie co będziemy robić... to co zwykle. Rozszerzać dominację nad światem. Ostatnio gdy coś mnie wkurza to mi mówi: Gdy już zostaniesz dyktatorem to zrobisz z tym porządek. Miło gdy ktoś docenia nasz potencjał.
-Czy widzisz coś ty narobił?
Utytłałeś pomidora w keczupie!
Przecież to tak jakbyś unurzał go
we krwi jego pobratymców.
-Zaraz zakończę jego cierpienia
(My)
*
sobota, 22 lutego 2014
wtorek, 4 lutego 2014
Oscylująca lina błysku
Każda uncja mojego cynizmu
ma za sobą precedens historyczny
(Cook)
Czasem musimy robić coś bez sensu
by wszystko miało sens
(Nasz Szef Najdroższy i Ukochany)
Byliśmy w piekle i wróciliśmy z niego. Momentami było tak zimno, że zamarzała mi wilgoć pod powiekami i rysowała oczy. W zamieci, przed świtem po 9 godzin, wiernie i z uporem wykonywaliśmy wolę naszego szefa i wtłaczaliśmy świat w ramy jego wizji. W zamian otrzymywaliśmy szykany, teksty tak do bólu przesiąknięte żałosną amatorszczyzną, że gdyby nasz Il Duce miał choćby odrobinę doświadczenia praktycznego i usłyszał co sam wygaduje to położyłby się w kącie, cicho zaszlochał, po czym spłonął ze wstydu. Założę się że koleś nigdy nie znalazł się w sytuacji, w której po paru godzinach pracy musi, pod kątem pracy do wykonania kolejnego dnia, zdecydować czy naderwać sobie staw łokciowy czy mięsień w ramieniu.
Podobno opuszczamy się, nie myślimy, jesteśmy za wolni. Trzeba być naprawdę debilem aby nie zrozumieć, że jak wysyła się ludzi dzień po dniu w zamieć od przedświtu do popołudnia to trzeba im potem dać choćby jeden dzień wolnego a nie wysyłać ich od razu do skuwania lodu, które jest najcięższą i najpotworniejszą robotą jaką w ogóle wykonujemy. Dwa lata temu po paru dniach skuwania, od drgań powylatywały mi plomby z zębów.
A my przecież nie zwalniamy. My w końcu zaczynamy pracować normalnie. Ja akurat jestem tak perwersyjnie poskręcany, że lubię pracować, w szczególności pracować fizycznie. Robię to od 20 lat i zetknąłem się z dziesiątkami szefów i zleceniodawców. Zdarzały się marudy i skurwysyny, idioci i skąpcy, ale po raz pierwszy w życiu spotkałem typa, który robi wszystko by odebrać własnym ludziom jakąkolwiek motywację do pracy.
Zaczynamy pracować normalnie. To dla mnie trudne, mam swoje tempo i ulubiony poziom wysiłku, trudno mi się zmusić by pracować wolniej i gorzej, ale zrobię to, bo nasze dotychczasowe wysiłki by być szybkimi i skutecznymi okazały się błędem. Staraliśmy się przez całe lata w nadziei, że nasz wysiłek i poświęcenie zostaną docenione, tymczasem byliśmy nieustannie karani. Jeśli robiliśmy coś szybko i skutecznie to dokładano nam pracy, a potem jeszcze dokładano, i jeszcze, aż do użygu . Było to o tyle perfidne że równocześnie karmieni byliśmy szczytnym hasłem : Jeśli skończycie szybciej zasługujecie by iść szybciej do domu. Co okazywało się zwykle wyświechtanym frazesem nie mającym pokrycia w rzeczywistości.
Nasz cudowny, Il Duce który niech żyje, nie liczy naszej pracy wkładanym w nią wysiłkiem i przeszkodami, które musimy pokonać, ale czasem. Dla niego sprzątanie hali garażowej latem to to samo co sprzątanie zimą, odśnieżanie świeżego śniegu to to samo co sprzątanie zmrożonego, skuwanie lodu w czasie odwilży to to samo co skuwanie przy minusach...
Czasem jedyne co chroni tego faceta przed rytualnym ubojem to to, że u niego pracuję
Jestem zmęczony, bardzo Jesteśmy schorowani i wymęczeni, podziurawieni bólem i chorobami snujemy się jak widma ledwo będąc w stanie ciągnąć za sobą narzędzia. A nasz Wszechwspaniały wisi nam kasę za trzy miesiące odśnieżania, a gdy w końcu raczy nam ją oddać to tradycyjnie nas oszuka.
Było tak, że prze 6 tygodni odśnieżania miałem 2 dni wolnego, wiecie ile wtedy dostałem za całą zimę? 300zł.
Dziś przypieprzał się do nas od rana, a na koniec, za dobrze wykonaną pracę nagrodził nas obcięciem premii.
Czuję to.
Nadchodzi koniec. .
*
ma za sobą precedens historyczny
(Cook)
Czasem musimy robić coś bez sensu
by wszystko miało sens
(Nasz Szef Najdroższy i Ukochany)
Byliśmy w piekle i wróciliśmy z niego. Momentami było tak zimno, że zamarzała mi wilgoć pod powiekami i rysowała oczy. W zamieci, przed świtem po 9 godzin, wiernie i z uporem wykonywaliśmy wolę naszego szefa i wtłaczaliśmy świat w ramy jego wizji. W zamian otrzymywaliśmy szykany, teksty tak do bólu przesiąknięte żałosną amatorszczyzną, że gdyby nasz Il Duce miał choćby odrobinę doświadczenia praktycznego i usłyszał co sam wygaduje to położyłby się w kącie, cicho zaszlochał, po czym spłonął ze wstydu. Założę się że koleś nigdy nie znalazł się w sytuacji, w której po paru godzinach pracy musi, pod kątem pracy do wykonania kolejnego dnia, zdecydować czy naderwać sobie staw łokciowy czy mięsień w ramieniu.
Podobno opuszczamy się, nie myślimy, jesteśmy za wolni. Trzeba być naprawdę debilem aby nie zrozumieć, że jak wysyła się ludzi dzień po dniu w zamieć od przedświtu do popołudnia to trzeba im potem dać choćby jeden dzień wolnego a nie wysyłać ich od razu do skuwania lodu, które jest najcięższą i najpotworniejszą robotą jaką w ogóle wykonujemy. Dwa lata temu po paru dniach skuwania, od drgań powylatywały mi plomby z zębów.
A my przecież nie zwalniamy. My w końcu zaczynamy pracować normalnie. Ja akurat jestem tak perwersyjnie poskręcany, że lubię pracować, w szczególności pracować fizycznie. Robię to od 20 lat i zetknąłem się z dziesiątkami szefów i zleceniodawców. Zdarzały się marudy i skurwysyny, idioci i skąpcy, ale po raz pierwszy w życiu spotkałem typa, który robi wszystko by odebrać własnym ludziom jakąkolwiek motywację do pracy.
Zaczynamy pracować normalnie. To dla mnie trudne, mam swoje tempo i ulubiony poziom wysiłku, trudno mi się zmusić by pracować wolniej i gorzej, ale zrobię to, bo nasze dotychczasowe wysiłki by być szybkimi i skutecznymi okazały się błędem. Staraliśmy się przez całe lata w nadziei, że nasz wysiłek i poświęcenie zostaną docenione, tymczasem byliśmy nieustannie karani. Jeśli robiliśmy coś szybko i skutecznie to dokładano nam pracy, a potem jeszcze dokładano, i jeszcze, aż do użygu . Było to o tyle perfidne że równocześnie karmieni byliśmy szczytnym hasłem : Jeśli skończycie szybciej zasługujecie by iść szybciej do domu. Co okazywało się zwykle wyświechtanym frazesem nie mającym pokrycia w rzeczywistości.
Nasz cudowny, Il Duce który niech żyje, nie liczy naszej pracy wkładanym w nią wysiłkiem i przeszkodami, które musimy pokonać, ale czasem. Dla niego sprzątanie hali garażowej latem to to samo co sprzątanie zimą, odśnieżanie świeżego śniegu to to samo co sprzątanie zmrożonego, skuwanie lodu w czasie odwilży to to samo co skuwanie przy minusach...
Czasem jedyne co chroni tego faceta przed rytualnym ubojem to to, że u niego pracuję
Jestem zmęczony, bardzo Jesteśmy schorowani i wymęczeni, podziurawieni bólem i chorobami snujemy się jak widma ledwo będąc w stanie ciągnąć za sobą narzędzia. A nasz Wszechwspaniały wisi nam kasę za trzy miesiące odśnieżania, a gdy w końcu raczy nam ją oddać to tradycyjnie nas oszuka.
Było tak, że prze 6 tygodni odśnieżania miałem 2 dni wolnego, wiecie ile wtedy dostałem za całą zimę? 300zł.
Dziś przypieprzał się do nas od rana, a na koniec, za dobrze wykonaną pracę nagrodził nas obcięciem premii.
Czuję to.
Nadchodzi koniec. .
*
czwartek, 16 stycznia 2014
Czekając na śnieg
Too late to
die young
(sieć)
W sylwestrową, jasną noc pełną radioaktywnych płynów, nagłych eksplozji i oszalałych psów nienawidzących tymczasem rodzaju ludzkiego, szliśmy sobie z Krzysiem przez ciemność. Odprowadziliśmy właśnie znajomych na ostatni nocny autobus, droga wyginała się łagodnym łukiem, z lewej prężyły się wyłysiałe drzewostany, z prawej wyginały ku niebu dachy w kształcie łodzi przedwojenne domy Niemców, którzy umkneli przed II RP zajmującą ówczesny Hel. Pewnie nie spodziewali się że RP ich w końcu dogoni, tylko numerek będzie już miała inny. Gdzieś za drzewami sennie przeciągało się Morze Bałtyckie, gdzieś przed nami spoczywały stalowe cielska zbiorników pełne oktanów i oleistych trakcji. Równomierny krok, mrok przepływający obok, nagle przymglone światła z przodu. Wyrwany z lasu brukowany placyk na nim rozświetlona choinka, wielki kamień - pomnik, wokół pełgające świece. Na tym łuku rozprysnął się w ciemność samochód syna Tygrysa. Licznik zatrzymał się na 190, podobno w miejscu gdzie leży kamień znaleziono głowę. Lepiej niczego nie dotykać bo podobno wokół są kamery, a za nimi ludzie pozbawieni poczucia humoru.
Noc pomiędzy datami, kameralnie wśród domowych kotletów i ogórków konserwowanych w chili, w tle rozbłyskującej od horyzontu po horyzont rafinerii i zmrożonej wódki. Egzystencjalne rozmowy nad ranem, powrót tramwajem z kolesiami wiozącymi typa w sklepowym wózku, bo dogoniła go petarda. Wysiedli oczywiście na pętli w Brzeźnie, a jakże.
Na wymuszonym terrorem urlopie nadrabiałem zaległości, pogoda była taka, że nie dało się wyjść. Więc z narażeniem życia i nietykalności cielesnej posprzątałem conieco, stworzyłem pseudopawlacz i skonstruowałem pseudoszafki w kuchni. Pomalowałem to wszystko farbą olejną, która nie chciała wyschnąć. Posprzątałem też w kompie, który przypomina bar wegetariański po zamachu masarza -samobójcy. Z nieznanych mi przyczyn mą małżonkę jedyną i niepowtarzalną denerwują jpg w typie"chewbacca i dwie panie w strojach szturmowców".
Długie okresy zapchejpracy, nagle przerywane akcjami typu: Jedźcie szybko odśnieżyć bo się stopi! Wysypaliśmy ocean soli, pocę się się i łzawię. Radykalnie wprowadzam zmiany w geografii mojego ciała, ale to zupełnie inna, odrażająca historia.
Wiecie że "Zmierzch " to oficjalnie horror? I to jest dopiero komedia. Tusk obiecał, że Polska wejdzie do dwudziestki najbogatszych państw świata. Biorąc pod uwagę, że jesteśmy na 21 miejscu, nie będzie to wymagało od niego wielkiego wysiłku, wystarczy poczekać aż potknie się Hiszpania, zakrztuszą Włosi tudzież poślizgnie się na kawałku greckiej fety Republika Wszystkich Żabojadów. Moja babka depcząc rabaty wynosi resztki za płot "dla kociaków". Z moich obserwacji wynika, że "Kociaki" są czarne, skaczą na dwóch krępych łapkach i mówią "kra". Po czym obżarte wzbijają się ku niebu i ulatują ku kolejnej opowieści. Prawicowe hieny kąsają po łydkach Owsiaka, a żeby ich łoś pokąsał! Szponiasta wpatruje się magnetycznym wzrokiem w skoki. Jestem tak wymęczony, że nie mogę utrzymać ciągłości myśli.
Tymczasem nadchodzi. Jest już tuż za linią horyzontu. Narasta falą ciśnienia, odkształca noc, wywołuje pieczenie za powiekami. Ledwo dodrapaliśmy te wszystkie osiedla do kostki, asfaltu, imentu, a tu już tuż, tuż, nadchodzi kolejna spieniona śnieżnie fala uderzająca w brzeg naszej smaganej lodowatym wiatrem rzeczywistości. Oczywiście tradycyjnie na weekend..Ciekawe czy uda mi się dotrzeć na kolejną parapetówę Lenn bez doprowadzenia mojego szefa do depresji.
Śmiech to zdrowie...ten kto to
wymyślił na pewno nie miał
krwi w płucach.
(Hearne)
*
die young
(sieć)
W sylwestrową, jasną noc pełną radioaktywnych płynów, nagłych eksplozji i oszalałych psów nienawidzących tymczasem rodzaju ludzkiego, szliśmy sobie z Krzysiem przez ciemność. Odprowadziliśmy właśnie znajomych na ostatni nocny autobus, droga wyginała się łagodnym łukiem, z lewej prężyły się wyłysiałe drzewostany, z prawej wyginały ku niebu dachy w kształcie łodzi przedwojenne domy Niemców, którzy umkneli przed II RP zajmującą ówczesny Hel. Pewnie nie spodziewali się że RP ich w końcu dogoni, tylko numerek będzie już miała inny. Gdzieś za drzewami sennie przeciągało się Morze Bałtyckie, gdzieś przed nami spoczywały stalowe cielska zbiorników pełne oktanów i oleistych trakcji. Równomierny krok, mrok przepływający obok, nagle przymglone światła z przodu. Wyrwany z lasu brukowany placyk na nim rozświetlona choinka, wielki kamień - pomnik, wokół pełgające świece. Na tym łuku rozprysnął się w ciemność samochód syna Tygrysa. Licznik zatrzymał się na 190, podobno w miejscu gdzie leży kamień znaleziono głowę. Lepiej niczego nie dotykać bo podobno wokół są kamery, a za nimi ludzie pozbawieni poczucia humoru.
Noc pomiędzy datami, kameralnie wśród domowych kotletów i ogórków konserwowanych w chili, w tle rozbłyskującej od horyzontu po horyzont rafinerii i zmrożonej wódki. Egzystencjalne rozmowy nad ranem, powrót tramwajem z kolesiami wiozącymi typa w sklepowym wózku, bo dogoniła go petarda. Wysiedli oczywiście na pętli w Brzeźnie, a jakże.
Na wymuszonym terrorem urlopie nadrabiałem zaległości, pogoda była taka, że nie dało się wyjść. Więc z narażeniem życia i nietykalności cielesnej posprzątałem conieco, stworzyłem pseudopawlacz i skonstruowałem pseudoszafki w kuchni. Pomalowałem to wszystko farbą olejną, która nie chciała wyschnąć. Posprzątałem też w kompie, który przypomina bar wegetariański po zamachu masarza -samobójcy. Z nieznanych mi przyczyn mą małżonkę jedyną i niepowtarzalną denerwują jpg w typie"chewbacca i dwie panie w strojach szturmowców".
Długie okresy zapchejpracy, nagle przerywane akcjami typu: Jedźcie szybko odśnieżyć bo się stopi! Wysypaliśmy ocean soli, pocę się się i łzawię. Radykalnie wprowadzam zmiany w geografii mojego ciała, ale to zupełnie inna, odrażająca historia.
Wiecie że "Zmierzch " to oficjalnie horror? I to jest dopiero komedia. Tusk obiecał, że Polska wejdzie do dwudziestki najbogatszych państw świata. Biorąc pod uwagę, że jesteśmy na 21 miejscu, nie będzie to wymagało od niego wielkiego wysiłku, wystarczy poczekać aż potknie się Hiszpania, zakrztuszą Włosi tudzież poślizgnie się na kawałku greckiej fety Republika Wszystkich Żabojadów. Moja babka depcząc rabaty wynosi resztki za płot "dla kociaków". Z moich obserwacji wynika, że "Kociaki" są czarne, skaczą na dwóch krępych łapkach i mówią "kra". Po czym obżarte wzbijają się ku niebu i ulatują ku kolejnej opowieści. Prawicowe hieny kąsają po łydkach Owsiaka, a żeby ich łoś pokąsał! Szponiasta wpatruje się magnetycznym wzrokiem w skoki. Jestem tak wymęczony, że nie mogę utrzymać ciągłości myśli.
Tymczasem nadchodzi. Jest już tuż za linią horyzontu. Narasta falą ciśnienia, odkształca noc, wywołuje pieczenie za powiekami. Ledwo dodrapaliśmy te wszystkie osiedla do kostki, asfaltu, imentu, a tu już tuż, tuż, nadchodzi kolejna spieniona śnieżnie fala uderzająca w brzeg naszej smaganej lodowatym wiatrem rzeczywistości. Oczywiście tradycyjnie na weekend..Ciekawe czy uda mi się dotrzeć na kolejną parapetówę Lenn bez doprowadzenia mojego szefa do depresji.
Śmiech to zdrowie...ten kto to
wymyślił na pewno nie miał
krwi w płucach.
(Hearne)
*
poniedziałek, 30 grudnia 2013
Serce nocy
Avatar - Jeszcze kawałek tortu?
Ja - Dzięki, jeszcze kawałek i wybuchnę
Dan - Daj mu, chcę to zobaczyć
Księżyc wschodzi, księżyc łowców, poród ciemności jęczą przetaczane pociągi, wpadający oknem srebrzysty blask sprawia że moja mikrochoinka wygląda jakby była obwieszona gwiezdnymi konstelacjami. Po ośnieżaniu i rozkuwaniu świata na cześć i chwałę naszego przedsiębiorstwa, nasz genialny szef, który niech żyje wiecznie i jeden dzień dłużej, wysłał nas byśmy myli podziemia. Dotąd nie wiemy skąd wziął mu się ten niepowtarzalny pomysł, gdyż takich rzeczy nie robi się ludziom o tej porze roku i w tak zabójczych ilościach. Owinięci podrygującym, odpadającym od kości mięsem, z oczyma i płucami przepalonymi solnym pyłem zakończyliśmy ten maraton śmierci w wigilię, ale chyba tylko dlatego, że miejscowi wywalali nas na kopach z hal i stanowczo tłumaczyli przez telefon, że nie zapłacą.
Babka weszła mi którejś nocy do domu twierdząc że nie dożyje rana i dzieliła się ze mną pierścionkami. Przyszła i przeszła pierwsza kolacja wigilijna z teściami. Siostra Szponiastej twierdzi że będącego w drodze syna nazwie Xawery, na cześć tajfunu. No nic
Przez słuchawki sączy się "tajemnica" Manczesteru. Jej pastelowy uśmiech...
W sumie nie ma o czym pisać, działo się wiele, ale rzeczy nie wykraczały poza pewien średni poziom zwykłości.. Żadnych magicznych fajerwerków, żadnych pachnących posoką spazmów duszy, które mógłbym wam rzucić na pożarcie
Świeci księżyc
A w jego świetle Śmierć wędruje zamyślona ulicami, spod pachy sypią się jej partytury Kilara, z ramienia zwisa nieśmiertelny AK- 47, a ja myślałem, że Kałasznikow będzie żył wiecznie. Krok za krokiem po bruku, ku lasom i polom w kierunku Grenoble, gdzie w komie spoczywa Schumacher.
Wędrowałem dziś przez tą dziwną wiosnę w środku zimy. Zajrzałem na nadwyrężony ostatnimi sztormami Koniec Świata. W czasie sztormów morze wypluwa brud, który na co dzień do niego spuszczamy, Ziemia pokryta chrzęszczącą skorupką plastikowych okruchów, nadtopione, ledwo rozpoznawalne kształty ludzkich intencji... i na Swarogą i gorącą, wilgotną Hermionę Granger w jego ramionach, nie wyobrażacie sobie nawet tej ilości zużytych prezerwatyw. Powiewają sobie z setek gałęzi i oczek płotu jak przezroczyste, wesołe chorągiewki.
Wracając przeszedłem spękaną ulicą Sybiraków, z której widoczne są już wraże rogatki Newport. W miejscu gdzie ulica ta wpada w zabudowę Brzeźna spoczywają, niczym rozrzucone, dziecięce klocki, masywne bryły bunkrów dawnej twierdzy Brosen. Niewiele do dziś z niej zostało, jedna ściana czworoboku, fosa , podstawy dział 88. Teraz jet tu jeszcze gorzej, bo upadły działki, które kiedyś ludzie mieli wokół fortyfikacji. Wlazłem oczywiście w to nadgniłe rumowisko, bo w sumie uwielbiam takie klimaty, a poza tym robię w domu małe rewolucje i w ogólnym rozgardiaszu mogła się trafić deseczka 2,10 na 0.25.
Deski nie znalazłem za to w miejscu gdzie kiedyś dziadek Robaka trzymał zaiwanione skądś słupy oświetleniowe (stertę) i gdzie niegdyś w podstawie armaty płonęły nam błękitnym płomieniem kiełbaski ogniskowe, odkryłem całkiem nieźle zorganizowanie miasteczko bezdomnych. Oczywiście obskoczyli mnie zaraz łypiąc podejrzliwi, już miałem spytać o deseczce, a tu ktoś woła. Patrzę a tu obleczeni w 10 poszarzałych warstw, pijący jakiś roztwór ponad szachownicą z warcabami siedzą Madison i Pineska. Zawołali poczęstowali. Dołożyłem im na kolejną butlę Spermy Szatana czy innego Kału Belzebuba i przez półtorej godziny wysłuchiwałem opowieści o tym jak w takie miejsce wędruje się z działu obsługi klienta Banku Millenium oraz, że zawsze należy spisać intercyzę przed ślubem. Wróciłem potem do domu i zacząłem składać szafki w kuchni w spokojnym przeświadczeniu, że nie jest źle, że zawsze może być gorzej.
Tymczasem wiatr niesie zapach dymu, może znad starego Brzeźna, może spośród bunkrów. Świeci księżyc, srebrzy parapet, srebrzy moje myśli. W słuchawkach "Medusa Xymox" I cant go on...
"Żyj szybko i intensywnie"
- sentencja na frontonie ZUSu
*
Ja - Dzięki, jeszcze kawałek i wybuchnę
Dan - Daj mu, chcę to zobaczyć
Księżyc wschodzi, księżyc łowców, poród ciemności jęczą przetaczane pociągi, wpadający oknem srebrzysty blask sprawia że moja mikrochoinka wygląda jakby była obwieszona gwiezdnymi konstelacjami. Po ośnieżaniu i rozkuwaniu świata na cześć i chwałę naszego przedsiębiorstwa, nasz genialny szef, który niech żyje wiecznie i jeden dzień dłużej, wysłał nas byśmy myli podziemia. Dotąd nie wiemy skąd wziął mu się ten niepowtarzalny pomysł, gdyż takich rzeczy nie robi się ludziom o tej porze roku i w tak zabójczych ilościach. Owinięci podrygującym, odpadającym od kości mięsem, z oczyma i płucami przepalonymi solnym pyłem zakończyliśmy ten maraton śmierci w wigilię, ale chyba tylko dlatego, że miejscowi wywalali nas na kopach z hal i stanowczo tłumaczyli przez telefon, że nie zapłacą.
Babka weszła mi którejś nocy do domu twierdząc że nie dożyje rana i dzieliła się ze mną pierścionkami. Przyszła i przeszła pierwsza kolacja wigilijna z teściami. Siostra Szponiastej twierdzi że będącego w drodze syna nazwie Xawery, na cześć tajfunu. No nic
Przez słuchawki sączy się "tajemnica" Manczesteru. Jej pastelowy uśmiech...
W sumie nie ma o czym pisać, działo się wiele, ale rzeczy nie wykraczały poza pewien średni poziom zwykłości.. Żadnych magicznych fajerwerków, żadnych pachnących posoką spazmów duszy, które mógłbym wam rzucić na pożarcie
Świeci księżyc
A w jego świetle Śmierć wędruje zamyślona ulicami, spod pachy sypią się jej partytury Kilara, z ramienia zwisa nieśmiertelny AK- 47, a ja myślałem, że Kałasznikow będzie żył wiecznie. Krok za krokiem po bruku, ku lasom i polom w kierunku Grenoble, gdzie w komie spoczywa Schumacher.
Wędrowałem dziś przez tą dziwną wiosnę w środku zimy. Zajrzałem na nadwyrężony ostatnimi sztormami Koniec Świata. W czasie sztormów morze wypluwa brud, który na co dzień do niego spuszczamy, Ziemia pokryta chrzęszczącą skorupką plastikowych okruchów, nadtopione, ledwo rozpoznawalne kształty ludzkich intencji... i na Swarogą i gorącą, wilgotną Hermionę Granger w jego ramionach, nie wyobrażacie sobie nawet tej ilości zużytych prezerwatyw. Powiewają sobie z setek gałęzi i oczek płotu jak przezroczyste, wesołe chorągiewki.
Wracając przeszedłem spękaną ulicą Sybiraków, z której widoczne są już wraże rogatki Newport. W miejscu gdzie ulica ta wpada w zabudowę Brzeźna spoczywają, niczym rozrzucone, dziecięce klocki, masywne bryły bunkrów dawnej twierdzy Brosen. Niewiele do dziś z niej zostało, jedna ściana czworoboku, fosa , podstawy dział 88. Teraz jet tu jeszcze gorzej, bo upadły działki, które kiedyś ludzie mieli wokół fortyfikacji. Wlazłem oczywiście w to nadgniłe rumowisko, bo w sumie uwielbiam takie klimaty, a poza tym robię w domu małe rewolucje i w ogólnym rozgardiaszu mogła się trafić deseczka 2,10 na 0.25.
Deski nie znalazłem za to w miejscu gdzie kiedyś dziadek Robaka trzymał zaiwanione skądś słupy oświetleniowe (stertę) i gdzie niegdyś w podstawie armaty płonęły nam błękitnym płomieniem kiełbaski ogniskowe, odkryłem całkiem nieźle zorganizowanie miasteczko bezdomnych. Oczywiście obskoczyli mnie zaraz łypiąc podejrzliwi, już miałem spytać o deseczce, a tu ktoś woła. Patrzę a tu obleczeni w 10 poszarzałych warstw, pijący jakiś roztwór ponad szachownicą z warcabami siedzą Madison i Pineska. Zawołali poczęstowali. Dołożyłem im na kolejną butlę Spermy Szatana czy innego Kału Belzebuba i przez półtorej godziny wysłuchiwałem opowieści o tym jak w takie miejsce wędruje się z działu obsługi klienta Banku Millenium oraz, że zawsze należy spisać intercyzę przed ślubem. Wróciłem potem do domu i zacząłem składać szafki w kuchni w spokojnym przeświadczeniu, że nie jest źle, że zawsze może być gorzej.
Tymczasem wiatr niesie zapach dymu, może znad starego Brzeźna, może spośród bunkrów. Świeci księżyc, srebrzy parapet, srebrzy moje myśli. W słuchawkach "Medusa Xymox" I cant go on...
"Żyj szybko i intensywnie"
- sentencja na frontonie ZUSu
*
poniedziałek, 9 grudnia 2013
Pierdolona pacyna losu
Kto myśli o problemach ma problemy,
kto myśli o rozwiązaniach ma rozwiązania
(skądś)
I przybył z rykiem i przytupem zły duszek Ksawery. Zmiatając po drodze kominy fabryczne, dachy i linie wysokiego napięcia (ciągle nikt nie umieścił ich pod ziemią, ale na pewno ktoś kiedyś na to wpadnie). Około 4 nad ranem stanąłem pośród ciemności na skraju ośnieżonego lasu, niczym jakiś Hun spragniony krwi, łupów i dziewiczego osocza i spojrzałem przez kłęby wiatru w kierunku ludzkich sadyb, w tym wypadku 3żagli. Popatrzyłem i oniemiałem, ponad dachami trzech wież wirowały na wietrze jakieś monstrualne, białe kształty. Wirowały, omijały się, wznosiły, opadały... dopiero na miejscu, gdy już w zaciśniętych z atawistycznej grozy rękach mogłem z niemą fascynacją badać zjawisko, odkryłem, że to dwudziestokilowe pacyny śniegu unoszone huraganem z dachów. Krążyły sobie lekko a beztrosko w wirach powietrznych, po czym nieuchronnie zmierzały ku ziemi, na spotkanie chodników, samochodów i zaskoczonych matek z dziećmi.
Przez 12 i pół godziny mojej obecności na 3ż odśnieżyłem całość z 5 razy, łącznie z molem na górze i zataczając pętle i finezyjne piruety uniknąłem bezpośredniego trafienia. Na koniec wyszedł ochroniarz i kazał mi "wypierdalać bo zajebię się na śmierć". Chciałem powiedzieć przytomnie, że zajebanie się na śmierć to nie taka zła perspektywa i pewnie nie jeden by chciał, ale nadciągnął nasz Boss i ewakuował mnie nach hause. Bossy stanowi nasze ciężkie wsparcie, krążąc w ciemnościach starym, terenowym Nissanem, który przeraźliwie jęczy i grzechocze, a z przodu smętnie zwisa mu pług, który należy ciągle podnosić bo opada. No więc jedziemy przez szarówkę a tu telefon i długie, upojne tłumaczenia mojego szefa jakiejś dziuni, dlaczego nie pojedzie na drugi koniec miasta i nie odśnieży pojedynczego miejsca parkingowego nr 37. Kobieta naprawdę nie mogła pojąć dlaczego Il Duce nie chce odśnieżyć niezakontraktowanego miejsca, za którego sprzątanie nikt oczywiście nie zapłaci, a którego i tak nie widać spod śniegu i w sumie nie wiadomo gdzie jest. Widzieliście kiedyś jak dziewczynka przerwała zaangażowaną wypowiedz Williego Wonki, a on z takim specyficznym dźwiękiem zacisnął ubraną w skórzaną rękawicę dłoń? To właśnie tak wyglądało.
W sobotę już nie wiało. Słońce zalało złotem zglazurzony śniegiem krajobraz. Każdy dom,drzewo, gałązka czy linka oblepiona była białą skorupką, na ścianach zakrzepły niczym porzucone zabawki pętle i wiry. Wszystko to skrzyło się najczystszym złotem, gdy w śniegu po kolana a miejscami do połowy uda ryliśmy wąwozy, ustalając nową geografię dla ludzi podążających do sklepu.
Z nieznanych mi przyczyn wszyscy opowiadali mi o wybitnych osiągnięciach Dana na drodze ku oczyszczeniu świata. Podobno bardzo zmęczył się pierdoląc głupoty oparty na łopacie, potem dyskutował długo a namiętnie z ochroniarzem nad gorącą herbatą po czym się zmęczył, zamókł i wrócił do domu o 11. Smutne.
Dziś skończył o 8, a podobno nasz pryncypałos miał za złe Radeckiemu, że odwiózł mnie doma przed 12. Na jego obronę mogę dodać, że w skutek indolencji innego ogniwa w łańcuchu naszych pracowitych dłoni, od piątej rozkuwaliśmy zadeptane chodniki Sokółki, która znajduje się niewiadomogdzie za Gottenhaven. Jak się okazało ogniwo nie mogło pracować bo pojechało wygłodzone do Tesco a po drodze były korki, jak je spotkam to czeka ja gruntowne przeobrażenie w ogniu mych gorących uczuć, pomiędzy młotem a kowadłem nieuchronnych konsekwencji.
Specjalnie kazałem omijać Radosnemu Patio Róż bo z tego co pamiętam podpisałem szefowi jakiś świstek, że nie będę uwłaczał i stosował przemocy fizycznej wobec innych pracowników.
A teraz czekam na żonę i wypełniam pięciolitrową, metalową puszkę po dżemie drobnymi monetami, w celu użycia jej jako podpórkę pod szafkę pełną szkła. Będzie się działo.
- ...już nie będziesz mogła uciec
w parku przed zboczeńcami.
- Nigdy nie uciekałam...
(My)
*
kto myśli o rozwiązaniach ma rozwiązania
(skądś)
I przybył z rykiem i przytupem zły duszek Ksawery. Zmiatając po drodze kominy fabryczne, dachy i linie wysokiego napięcia (ciągle nikt nie umieścił ich pod ziemią, ale na pewno ktoś kiedyś na to wpadnie). Około 4 nad ranem stanąłem pośród ciemności na skraju ośnieżonego lasu, niczym jakiś Hun spragniony krwi, łupów i dziewiczego osocza i spojrzałem przez kłęby wiatru w kierunku ludzkich sadyb, w tym wypadku 3żagli. Popatrzyłem i oniemiałem, ponad dachami trzech wież wirowały na wietrze jakieś monstrualne, białe kształty. Wirowały, omijały się, wznosiły, opadały... dopiero na miejscu, gdy już w zaciśniętych z atawistycznej grozy rękach mogłem z niemą fascynacją badać zjawisko, odkryłem, że to dwudziestokilowe pacyny śniegu unoszone huraganem z dachów. Krążyły sobie lekko a beztrosko w wirach powietrznych, po czym nieuchronnie zmierzały ku ziemi, na spotkanie chodników, samochodów i zaskoczonych matek z dziećmi.
Przez 12 i pół godziny mojej obecności na 3ż odśnieżyłem całość z 5 razy, łącznie z molem na górze i zataczając pętle i finezyjne piruety uniknąłem bezpośredniego trafienia. Na koniec wyszedł ochroniarz i kazał mi "wypierdalać bo zajebię się na śmierć". Chciałem powiedzieć przytomnie, że zajebanie się na śmierć to nie taka zła perspektywa i pewnie nie jeden by chciał, ale nadciągnął nasz Boss i ewakuował mnie nach hause. Bossy stanowi nasze ciężkie wsparcie, krążąc w ciemnościach starym, terenowym Nissanem, który przeraźliwie jęczy i grzechocze, a z przodu smętnie zwisa mu pług, który należy ciągle podnosić bo opada. No więc jedziemy przez szarówkę a tu telefon i długie, upojne tłumaczenia mojego szefa jakiejś dziuni, dlaczego nie pojedzie na drugi koniec miasta i nie odśnieży pojedynczego miejsca parkingowego nr 37. Kobieta naprawdę nie mogła pojąć dlaczego Il Duce nie chce odśnieżyć niezakontraktowanego miejsca, za którego sprzątanie nikt oczywiście nie zapłaci, a którego i tak nie widać spod śniegu i w sumie nie wiadomo gdzie jest. Widzieliście kiedyś jak dziewczynka przerwała zaangażowaną wypowiedz Williego Wonki, a on z takim specyficznym dźwiękiem zacisnął ubraną w skórzaną rękawicę dłoń? To właśnie tak wyglądało.
W sobotę już nie wiało. Słońce zalało złotem zglazurzony śniegiem krajobraz. Każdy dom,drzewo, gałązka czy linka oblepiona była białą skorupką, na ścianach zakrzepły niczym porzucone zabawki pętle i wiry. Wszystko to skrzyło się najczystszym złotem, gdy w śniegu po kolana a miejscami do połowy uda ryliśmy wąwozy, ustalając nową geografię dla ludzi podążających do sklepu.
Z nieznanych mi przyczyn wszyscy opowiadali mi o wybitnych osiągnięciach Dana na drodze ku oczyszczeniu świata. Podobno bardzo zmęczył się pierdoląc głupoty oparty na łopacie, potem dyskutował długo a namiętnie z ochroniarzem nad gorącą herbatą po czym się zmęczył, zamókł i wrócił do domu o 11. Smutne.
Dziś skończył o 8, a podobno nasz pryncypałos miał za złe Radeckiemu, że odwiózł mnie doma przed 12. Na jego obronę mogę dodać, że w skutek indolencji innego ogniwa w łańcuchu naszych pracowitych dłoni, od piątej rozkuwaliśmy zadeptane chodniki Sokółki, która znajduje się niewiadomogdzie za Gottenhaven. Jak się okazało ogniwo nie mogło pracować bo pojechało wygłodzone do Tesco a po drodze były korki, jak je spotkam to czeka ja gruntowne przeobrażenie w ogniu mych gorących uczuć, pomiędzy młotem a kowadłem nieuchronnych konsekwencji.
Specjalnie kazałem omijać Radosnemu Patio Róż bo z tego co pamiętam podpisałem szefowi jakiś świstek, że nie będę uwłaczał i stosował przemocy fizycznej wobec innych pracowników.
A teraz czekam na żonę i wypełniam pięciolitrową, metalową puszkę po dżemie drobnymi monetami, w celu użycia jej jako podpórkę pod szafkę pełną szkła. Będzie się działo.
- ...już nie będziesz mogła uciec
w parku przed zboczeńcami.
- Nigdy nie uciekałam...
(My)
*
czwartek, 28 listopada 2013
Wrong dziura
David - Wujek, a zagrasz ze mną w paintbolla?
Ja - Ok, ty biegasz ja strzelam
David - Dobra, tylko ubiorę struj jelonka
Światła, światła, przez ciemność na wskroś. Zakręt, zakręt, lśniący bruk niczym łuska bestii wije się ślimakiem po stoku wzgórza po lewej Siedlce spiętrzone w dolinie, po drugiej Centrum ledwie pełga miliardem świateł na progu świadomości. Leje lodowaty deszcz, świat migocze rozciągnięty na przedniej szybie Dokkera. Kabinę wypełnia nasza senność i oddechy. Gdzieś za horyzontem spadł śnieg. Poszukujemy go krążąc między obiektami, trzecia nad ranem śpiewa swoją tęskną pieśń, szepcze o łagodnych wzgórzach kofeiny i guarany.
Okna wokół jeszcze ciemne. Śpicie gdy jedziemy na wojnę, pierwszy szary meszek smaganego wodą śniegu, wyżej, wyżej Morena i Niedźwiednik. Klin opadającej w dół Zamiejskiej, wypełnia ją świetlista płyta budzących się Żuław. Migotliwy ocean światła aż po Pruszcz i swastyczmy MarienBorg. Obwodnica południowa jak ognisty, chiński smok przewala się przez równinę. Wróg czeka na nas pośród zarośniętych miastem wądołów starego poligonu, Gardenia i Jasieńska gdzie niczym ślepy dziedzic Dziadka Mroza podąża za szuflą owinięty warstwami Dan.
Morenowe Wzgórze jest ponad tym wszystkim. Druga godzina w deszczu, na szczycie wiatr błyskawicznie nas krystalizuje, z włosów zwieszają się girlandy dzwoniących kryształków. Siedząc w ciepłych rubieżach Twierdzy Brzeźno myślałem, że z tym śniegiem to taki żart i ubrałem się tak sobie. Teraz umieram idąc, ciało nie wytwarza wystarczająco dużo ciepła by się ruszać. Jeszcze krok, jeszcze krok do przodu. Tylko ciepło silnika może mnie uratować.
Żarty kończą się na Matarni. Ulica wygina się łukiem ku niebu i opada w dół. Gdy samoloty startują z Rębiechowa, wyglądają jakby startowały właśnie z niej, Schodzą po drugiej stronie budynku, tak nisko, że kiedyś spojrzałem znad kosiarki zobaczyłem machających do mnie pasażerów.
Teraz nie ma tam trawy, mokry śnieg sięga połowy łydki, jest ciężki jak los, ale to już koniec, dochodzi siódma, zaraz kończymy. Telefon. Jednak nie. NIE! Frajerzy od wszystkiego, ostateczna pomoc armii nieudaczników. Młody utkwił na Patio, Sokółka nieodśnieżona, trzy wspólnoty, szerokie chodniki. Jedziemy tam umrzeć. Umrzeć w ruchu, umrzeć idąc.
Pięć godzin później jest już jasno. Odśnieżarka nie odpaliła, wciąż nie wiemy dlaczego, nie ma czucia w rękach i stopach. Mokrzy do gaci, do domu, do domu, oddychać. Telefon. Jedziemy na patio, jesteśmy przekonani jak cholera, że Młody dziś umrze w mękach, poćwiartowany szuflami, rozjechany letnimi oponami, gdy my będziemy wiwatować patrząc w dół z otwartych drzwi, że zostanie rozerwany na strzępy, jego łeb urwany a rzadka kupa wepchnięta mu łyżeczką wprost w otwarty przełyk. Niestety - cywilizacja. Zero ofiar, jedynie ściana złośliwości, fala pogardy. Dalej, dalej, nie pamiętam, drogi, miejsca, w końcu dom. Padam z jękiem na schody przy drzwiach. Ściągnąć, ściągnąć to wszystko. Parzy! Skarpetki rwą się rękach, nie mogę zacisnąć dłoni. Woda, ciepłej wody. Ruszać się, nie zatrzymywać. Iść, usiąść, zjeść.
Sezon zimowy uważam za rozpoczęty
- Czemu wyrzuciłeś go za okno.
przecież powiedział ci prawdę?
- Nie spodobała mi się.
(Wolverine)
*!
Ja - Ok, ty biegasz ja strzelam
David - Dobra, tylko ubiorę struj jelonka
Światła, światła, przez ciemność na wskroś. Zakręt, zakręt, lśniący bruk niczym łuska bestii wije się ślimakiem po stoku wzgórza po lewej Siedlce spiętrzone w dolinie, po drugiej Centrum ledwie pełga miliardem świateł na progu świadomości. Leje lodowaty deszcz, świat migocze rozciągnięty na przedniej szybie Dokkera. Kabinę wypełnia nasza senność i oddechy. Gdzieś za horyzontem spadł śnieg. Poszukujemy go krążąc między obiektami, trzecia nad ranem śpiewa swoją tęskną pieśń, szepcze o łagodnych wzgórzach kofeiny i guarany.
Okna wokół jeszcze ciemne. Śpicie gdy jedziemy na wojnę, pierwszy szary meszek smaganego wodą śniegu, wyżej, wyżej Morena i Niedźwiednik. Klin opadającej w dół Zamiejskiej, wypełnia ją świetlista płyta budzących się Żuław. Migotliwy ocean światła aż po Pruszcz i swastyczmy MarienBorg. Obwodnica południowa jak ognisty, chiński smok przewala się przez równinę. Wróg czeka na nas pośród zarośniętych miastem wądołów starego poligonu, Gardenia i Jasieńska gdzie niczym ślepy dziedzic Dziadka Mroza podąża za szuflą owinięty warstwami Dan.
Morenowe Wzgórze jest ponad tym wszystkim. Druga godzina w deszczu, na szczycie wiatr błyskawicznie nas krystalizuje, z włosów zwieszają się girlandy dzwoniących kryształków. Siedząc w ciepłych rubieżach Twierdzy Brzeźno myślałem, że z tym śniegiem to taki żart i ubrałem się tak sobie. Teraz umieram idąc, ciało nie wytwarza wystarczająco dużo ciepła by się ruszać. Jeszcze krok, jeszcze krok do przodu. Tylko ciepło silnika może mnie uratować.
Żarty kończą się na Matarni. Ulica wygina się łukiem ku niebu i opada w dół. Gdy samoloty startują z Rębiechowa, wyglądają jakby startowały właśnie z niej, Schodzą po drugiej stronie budynku, tak nisko, że kiedyś spojrzałem znad kosiarki zobaczyłem machających do mnie pasażerów.
Teraz nie ma tam trawy, mokry śnieg sięga połowy łydki, jest ciężki jak los, ale to już koniec, dochodzi siódma, zaraz kończymy. Telefon. Jednak nie. NIE! Frajerzy od wszystkiego, ostateczna pomoc armii nieudaczników. Młody utkwił na Patio, Sokółka nieodśnieżona, trzy wspólnoty, szerokie chodniki. Jedziemy tam umrzeć. Umrzeć w ruchu, umrzeć idąc.
Pięć godzin później jest już jasno. Odśnieżarka nie odpaliła, wciąż nie wiemy dlaczego, nie ma czucia w rękach i stopach. Mokrzy do gaci, do domu, do domu, oddychać. Telefon. Jedziemy na patio, jesteśmy przekonani jak cholera, że Młody dziś umrze w mękach, poćwiartowany szuflami, rozjechany letnimi oponami, gdy my będziemy wiwatować patrząc w dół z otwartych drzwi, że zostanie rozerwany na strzępy, jego łeb urwany a rzadka kupa wepchnięta mu łyżeczką wprost w otwarty przełyk. Niestety - cywilizacja. Zero ofiar, jedynie ściana złośliwości, fala pogardy. Dalej, dalej, nie pamiętam, drogi, miejsca, w końcu dom. Padam z jękiem na schody przy drzwiach. Ściągnąć, ściągnąć to wszystko. Parzy! Skarpetki rwą się rękach, nie mogę zacisnąć dłoni. Woda, ciepłej wody. Ruszać się, nie zatrzymywać. Iść, usiąść, zjeść.
Sezon zimowy uważam za rozpoczęty
- Czemu wyrzuciłeś go za okno.
przecież powiedział ci prawdę?
- Nie spodobała mi się.
(Wolverine)
*!
niedziela, 24 listopada 2013
Ciepła łapka sprawiedliwości
Dlaczego w wojsku budzą o 6 rano?
Bo jedyne co chce się o tej porze
to zabijać...
Przyszły odśnieżarki. Mimo rozlicznych kamuflujących zabiegów producenta i polskich napisów na kartonach udało nam się odkryć że są chińskie. Nie macie czasem wrażenia, że żyjemy w świecie wyprodukowanym w Chinach? Ale wracając do rzeczy. Poświęciliśmy sobie cały boży dzień na skręcanie tych cholerstw w cieplutkiej kanciapie ochrony na 3żaglach. Są czerwone, mają po półtorej metra i ważą, każda z 80 kilo, no, oprócz jednej Magilli, którą zatachaliśmy na Pruszcz. Ta ważyła 150, a metalową ramę w którą była upakowana, przechwyciła Mała Zuza, w celu wykorzystania na działce w formie stołu dla dziesięciu osób.
Wyglądało to imponująco, zastawiliśmy równymi rzędami całe pomieszczenie. Szczerząca obrotowe zęby, mała Armia Czerwona. Mieliśmy tylko wątpliwości co do opinii Dana, który krążył gdzieś w pobliskich podziemiach i z pewnością przechodząc gdzieś w pobliżu nie oszczędziłby nam małego, gorzkiego potopu wprost z krynicy swej mądrości..Stwierdziliśmy, że jakby co zaprezentujemy mu działanie sprzętu wciągając go jedną z maszyn. Stan krótkiego, acz szczerego rozbawienia ucięła refleksja, że nawet wciągany, ćwiartowany i wystrzeliwany pod ciśnieniem na 4 metry z obrotowego komina i tak posępnym głosem będzie komentował: To mają być ostrza? Przecież to w ogóle nie wciąga, ależ badziew.
Porozwoziliśmy te potworki od Pruczcza po Gotenhaven, zgarniając opieprz i rozliczne pretensje od miejscowych rezydentów, którzy mieliby je obsługiwać i widząc w ich oczach szczere przekonanie co do świetlanej przyszłości szufli. W sumie im się nie dziwie: wielkie, ciężkie, trudne w obsłudze, łatwe do uszkodzenia, w wypadku przypadkowego wciągnięcia i zmielenia kota tudzież jakiegoś przypadkowego krawężnika, no i wreszcie, jakoś trzeba wytłumaczyć autochtonom, że te 104 decybele o 3 nad ranem to dla ich szeroko pojętego dobra.
Gdy tak bawiliśmy się śrubkami, pogadaliśmy sobie z ochroniarzami. Trafił mi się między innym koleś który jest na rencie z powodu uszkodzenia rozlicznych narządów, w tym mózgu, marihuaną. Przeżyłem szok, może to głupie, ale ja naprawdę dotąd sądziłem, że opowieści o szkodliwości marihuany to jakaś kołtuńska propaganda, a typ spędził sześć lat w szpitalach.
A tak poza tym? Myślałem o tym ilu ważnych dla podstaw naszej rzeczywistości ludzi ostatnio umarło. Myślałem o tytułach w gazetach typu "Umarł Mazowiecki" i że dla równowagi powinny być inne typu: "Urodził się ....". Niestety potencjał danego człowieka stanowi suma jego czynów widziana z perspektywy czasu, mimo to miło by było wiedzieć, że wokół nas rodzą się ludzie wielcy, nowe, przyszłe autorytety. Że wraz ze upadkiem kolejnego monumentu naszej młodości, gdzieś, ktoś wylewa właśnie fundamenty pod nowy.
Nastąpiło także w końcu, z dawien dawna oczekiwane zamilknięcie pierwszej szczekaczki piSSlamu, człowieka z wazeliny, samego Wielkiego Ptaka Hoffmana. Mam nadzieję, że raz ogarnięty mackami sprawiedliwości wyląduje ostatecznie w celi z pięcioma, dwumetrowymi pasjonatami jego sprężystych zwieraczy. Słaba to nadzieja, ale zawsze coś.
Powiedziałbym kawał o tęczy,
ale boję się że go spalę.
*
Bo jedyne co chce się o tej porze
to zabijać...
Przyszły odśnieżarki. Mimo rozlicznych kamuflujących zabiegów producenta i polskich napisów na kartonach udało nam się odkryć że są chińskie. Nie macie czasem wrażenia, że żyjemy w świecie wyprodukowanym w Chinach? Ale wracając do rzeczy. Poświęciliśmy sobie cały boży dzień na skręcanie tych cholerstw w cieplutkiej kanciapie ochrony na 3żaglach. Są czerwone, mają po półtorej metra i ważą, każda z 80 kilo, no, oprócz jednej Magilli, którą zatachaliśmy na Pruszcz. Ta ważyła 150, a metalową ramę w którą była upakowana, przechwyciła Mała Zuza, w celu wykorzystania na działce w formie stołu dla dziesięciu osób.
Wyglądało to imponująco, zastawiliśmy równymi rzędami całe pomieszczenie. Szczerząca obrotowe zęby, mała Armia Czerwona. Mieliśmy tylko wątpliwości co do opinii Dana, który krążył gdzieś w pobliskich podziemiach i z pewnością przechodząc gdzieś w pobliżu nie oszczędziłby nam małego, gorzkiego potopu wprost z krynicy swej mądrości..Stwierdziliśmy, że jakby co zaprezentujemy mu działanie sprzętu wciągając go jedną z maszyn. Stan krótkiego, acz szczerego rozbawienia ucięła refleksja, że nawet wciągany, ćwiartowany i wystrzeliwany pod ciśnieniem na 4 metry z obrotowego komina i tak posępnym głosem będzie komentował: To mają być ostrza? Przecież to w ogóle nie wciąga, ależ badziew.
Porozwoziliśmy te potworki od Pruczcza po Gotenhaven, zgarniając opieprz i rozliczne pretensje od miejscowych rezydentów, którzy mieliby je obsługiwać i widząc w ich oczach szczere przekonanie co do świetlanej przyszłości szufli. W sumie im się nie dziwie: wielkie, ciężkie, trudne w obsłudze, łatwe do uszkodzenia, w wypadku przypadkowego wciągnięcia i zmielenia kota tudzież jakiegoś przypadkowego krawężnika, no i wreszcie, jakoś trzeba wytłumaczyć autochtonom, że te 104 decybele o 3 nad ranem to dla ich szeroko pojętego dobra.
Gdy tak bawiliśmy się śrubkami, pogadaliśmy sobie z ochroniarzami. Trafił mi się między innym koleś który jest na rencie z powodu uszkodzenia rozlicznych narządów, w tym mózgu, marihuaną. Przeżyłem szok, może to głupie, ale ja naprawdę dotąd sądziłem, że opowieści o szkodliwości marihuany to jakaś kołtuńska propaganda, a typ spędził sześć lat w szpitalach.
A tak poza tym? Myślałem o tym ilu ważnych dla podstaw naszej rzeczywistości ludzi ostatnio umarło. Myślałem o tytułach w gazetach typu "Umarł Mazowiecki" i że dla równowagi powinny być inne typu: "Urodził się ....". Niestety potencjał danego człowieka stanowi suma jego czynów widziana z perspektywy czasu, mimo to miło by było wiedzieć, że wokół nas rodzą się ludzie wielcy, nowe, przyszłe autorytety. Że wraz ze upadkiem kolejnego monumentu naszej młodości, gdzieś, ktoś wylewa właśnie fundamenty pod nowy.
Nastąpiło także w końcu, z dawien dawna oczekiwane zamilknięcie pierwszej szczekaczki piSSlamu, człowieka z wazeliny, samego Wielkiego Ptaka Hoffmana. Mam nadzieję, że raz ogarnięty mackami sprawiedliwości wyląduje ostatecznie w celi z pięcioma, dwumetrowymi pasjonatami jego sprężystych zwieraczy. Słaba to nadzieja, ale zawsze coś.
Powiedziałbym kawał o tęczy,
ale boję się że go spalę.
*
Subskrybuj:
Posty (Atom)