sobota, 19 czerwca 2010

Myszerejpancerni



Mam w uchu kolczyk, który
kręci się na wietrze...

(Pazurek)

Wczoraj był międzynarodowy dzień czołgu, a ja nie urządziłem żadnej, grzechoczącej gąsienicami po asfaltach gonitwy za pechowymi emerytami, „W moher odłamkowym ognia!!!”. Może dziś jakoś to naprawię, obłożę się na dywanie moimi miniaturkami czołgów, będę się tarzał na pleckach i kwilił ze szczęścia. A resztę dnia spędzę na wyciąganiu miniaturowych luf i anten z różnych tajemniczych miejsc.
Szponiasta robi niwelacje wzdłuż nowiusieńkiej linii kolejowej do Malborka. Ogląda przeróżne zadziwiające mechanizmy a potem mi o nich opowiada. Ostatnio była to maszyna do poziomowania torów. Jechała sobie powolutku po szynach, co jakiś czas podnosząc je sobie pod brzuszkiem i nagarniając kamyczki. Wczoraj jeden z kolejarzy zapytał Szponiastą: Jak tam nóżka. Najwyraźniej wieści rozchodzą się tam błyskawicznie. Już wyobrażam sobie jak lotem błyskawicy wędrują wzdłuż torów i linii kolejowych, przekraczają granice i oceany. I tak za parę dni gdzieś w Himalajach, jadąca po najwyższej linii kolejowej świata, tej co to trzeba mrozić pod nią grunt, żeby się nie zapadła, mówi mały Chińczyk do Chińczyka: Nóżka Małej Opalonej ma się lepiej. To dobrze – odpowie drugi – Podobno znowu założyła tę bluzeczkę typu szał daltonisty...
Zaraz idę do mojej ukochanej i jedynej w swoim rodzaju pracy. Wczoraj w windzie wisiały kartki z wezwaniem do rebelii lokatorów przeciwko administracji. Zastanawiałem się czy ich nie zabrać, by za czas jakiś nie zostać niewinną ofiarą wojny. Ostatecznie zostawiłem jedna, a drugą wziąłem dla naszego El Duce, jakby lokalna partyzantka zaczęła polować na mnie po piętrach i podkładać ładunki kumulacyjne w windach to wiem, gdzie jest główny węzeł cieplny i przełącza elektryczne, będę mógł więc zastosować politykę terroru.
No chyba, że kobieta z szóstego rzuci we mnie swoim z lekka już spróchniałym psem Gandalfem. Ta bestia jest bezlitosna. Zaprzytula mnie na śmierć.
Dobra, komu w drogę temu wrotki i komunikacja miejska. Idę stawić czoła rzeczywistości.

Chcesz wiedzieć co niesie przyszłość?
Podstaw jej nogę i sprawdź...

(RMF MAXXX)

*

czwartek, 17 czerwca 2010

Tąpnięcie



- To nienaturalne! Kobiety nie mogą
mieć takich samych praw jak mężczyźni!
- Tak? A powiesz to mojej żonie?
- Nie, i swojej też nie.

(Stalowy Szczur)

Kupiłem sobie gumę do żucia o smaku malinowym. Mniam, czuję się jakbym jadł maliny owinięte w bandaż. Wczoraj zadzwonił koleś z zaproszeniem na ślub, powiedział, że jak przywiozę prezent powyżej 100 złotych, to mogę przyjść na wesele. Odpowiedziałem, żeby się ugryzł w dupę jeśli sięgnie. Potem dodałem, że ze jedyne 50 zł nie będę donośnie pierdział w kościele i mamrotał coś pod nosem o zakonspirowanych zastępach Szatana, donerweter, demoniszcza! Stasiu zaproponował nową zabawę, przyklejanie kupą pięciozłotówek na parkingu i utrwalanie twarzy szczęśliwych znalazców za pomocą kamery. Założylibyśmy na You Tube specjalny dział filmowy „Niespodziewanie Skupieni”. Oprócz Rosjan, Niemców, Anglików mam też na budynku Araba, który zareagował na słońce nałożeniem burnusa. Zwany znalazł na podwórku egipskie banknoty, więc jego narodowość zdaje się być określona.
Brak mi mocy by zebrać ludzi na jakąś konkretną popijawę, albo zabrać się za instalowanie sieci. Na razie siedzę, za jakąś chwilę wstanę i pójdę, potem znowu usiądę. Ćmi mnie to w boku, ale czuję się bezwolny  by uczynić dziś coś ze swoim życiem. Może to dlatego, że za każdym razem gdy się za coś biorę to otwiera się przede mną droga przez piekło. Podobno gdy prosi się Boga o wskazanie drogi to zawsze wskaże najtrudniejszą, potrafię to zrozumieć, ale już tęsknię za odrobiną prostoty. Naprawdę nie trzeba uszlachetniać mnie na siłę.
Jestem dziś suchy i pozbawiony pragnień. Pójdę do pracy, odbębnię pańszczyznę, potem pooglądam ze Szponiastą Reapera nad pizzą. Może się przejdę przez pierwsze, jeszcze niewinne smugi wieczoru a potem będę grał do nocy, by ostatecznie położyć się za późno na moich obolałych żebrach.
Cholera, ja jestem zwyczajny.

Pazurkowata dzwoni, że właśnie z Kudłatą wędrują sobie niespiesznie w kierunku Miasta przez rozsłonecznione Żuławy.
Muszę się stąd wydostać.
Reeeelissss meee...

*

wtorek, 15 czerwca 2010

Neutronowe skowronki, przewrócone do góry dnem kadłuby



Herbaciarka do mnie – Ty, ty...
Lenn – Samcze
Herbaciarka – Dzięki

O siódmej w niedzielę stukaliśmy do wrót Herbaciarni. W tle okna Herbaciarka zwlekała swoje apetyczne wdzięki z kanapy. Ci, którzy spijają płyny w ciągu dnia siedząc na tej kanapie nie wiedzą nawet, że moszczą ich tam jej pachnące sny. Idea spania we własnym lokalu mocno do mnie przemawia, to takie uroczo... staromodne. Jedliśmy ciastka na śniadanie ze wschodzącym światłem wpadającym rozżarzoną falą prosto w oczy. Dotelepała się Lennonka i poszliśmy w świat.
Poprowadziłem trzy panny meandrami ulic pokazując niezliczone szczegóły i szczególiki, które na ogół mija się nie widząc w drodze przez życie. Nie czułem się tam jednak specjalnie potrzebny. Szponiasta i Lenn już to wszystko widziały. Herbaciarka zaś była mocno spacyfikowana przez Lennonkę, która nawiązuje z nią jakąś mocną więź, mającą coś wspólnego z długimi rozmowami i częstymi uściskami.
Popatrzyliśmy na miejsce po Pierwszym Dworcu, na rampę skąd odjechali do Sztuthofu ostatni Żydzi. Zajrzeliśmy do grodzy, obejrzeliśmy dziewice. W tle majaczył Most Nierządnic. Potem wspięliśmy się w górę na bastiony by poszarpał nas wiatr pośród falujących jak pochyła woda traw.
Jednym z celów wyprawy było ostatnie zejście do wnętrz bastionu, zanim Miasto je zamknie. Niestety Miasto było szybsze. Nie przydały się te wszystkie ledowe latareczki oraz kilogram świec z Caritasu, którymi obciążyła mnie radośnie Pazurkowata. Mamy za to świetne zdjęcie Herbaciarki w pozycji strusia z głową włożoną w dół między kraty oraz z kuprem wypiętym, niczym jakieś wyzwanie, w stronę niebios.
Zaprowadziłem naszą kompanię na Żabi Kruk, gdzie L&H przesiadły się na kajak i ochoczo machając płetwami... pardon, wiosłami oddaliły ku dalekiej Wiśle Polskich Rzek. My zostaliśmy na brzegu z wielkim zdechłym dorszem, potem zaś natknęliśmy się na starego jeża, który wyraźnie coś kombinował. Ponownie wszyscy spotkali się w herbaciarni, gdzie przemoczona Lenn leżała głównie w stringach i kołderce a Herbaciarka zamówiła penne z łososiem i szpinakiem z Zielonego Smoka.
Na kajakową sobotnią propozycję zaś, Lenn, odpowiem ci w ten sposób. Ja mam odbite żebra a mój Szpon bojowy skręcił sobie subtelnie nóżkę i stłukł tyłek w archeologicznym wykopie, gdzieś pod Różynami. Ona więc nie będzie mogła podwinąć nogi a ja wiosłować. Przypuszczam, że stanowilibyśmy więc widok dość osobliwy. A poza tym panicznie boję się kajaków. Patologicznie nie ufam czemuś, co ma ruchomy środek ciężkości i wywołuje u mnie sny o przewracaniu się do góry nogami i topieniu się w wodzie do kolan.

Człowiek człowiekowi wilkiem,
a kiwi kiwi kiwi

(Sms od Lenn)

*

piątek, 11 czerwca 2010

Jakiś tytuł



Czego pragnęła Islandzka gospodarka?
Aby po śmierci jej prochy rozsypać
nad Europą

Mechaniczne potwory naszej pamięci. Opancerzone wspomnienia kroczą wśród drżącej tkanki miasta, wybrzuszając asfalty i rozglądając się wokół bateriami tysiącwatowych reflektorów. Podczerwień, ultrafiolet, indygo emanacji życiowych.  Wanadowe nozdrza składające się z setek ruchomych płytek poruszają się węsząc stygnącej smugi naszej obecności. Aż wreszcie nadejdzie ten dzień gdy stalowe bestie zmierzchu zatrzymają się i zdecydowanym ruchem najeżonego szponami manipulatora zerwą dach, a tam będziesz ty. Mały i nagi pod lodowatym niebem. I wtedy umrzesz. I może obudzisz się a może nie, i wtedy odetchniesz ostatni raz i będziesz wtedy sam w sobie. Tak czy inaczej.
Dziś na dzikich polach i obłędnych stokach wokół Cmentarnej Bramy, które z ostatecznym błyskiem szaleństwa w oczach, parskającą olejem i zionącą dymem niczym Etna kosiarką, karczowałem okoliczną dżunglę, niwelowałem przeszkody terenowe i ucinałem tak dobrze zaczętą egzystencję tysiąca niewinnych owadów, było 41 stopni. Wczoraj było niewiele mniej. Niebo było białe od mocy a na kosiarce wyblakła farba. Po robocie pognałem zaraz do Lidla, gdzie uruchomili klimatyzację, żeby połasić się do zimnego powietrza. Poza tym wczoraj będąc uprzejmym i przepuszczając jakiegoś typa, potknąłem się i odbiłem sobie żebra o barierkę. Wieczorek Czecha spędziłem w bandażu elastycznym i absorbując Warkę w ramach znieczulenia. Na razie chodzę nieco sztywno i staram się za głęboko nie oddychać.
Czech do każdego ze swoich wierszy miał opowieść. Ten zestawik szczególnie przypadł mi do mego czarnego serca: Wpadł do mnie do Swornych Gaci znajomy z dzieckiem. Głupszego chyba nie widziałem. Gdy pojechali a ja wytrzeźwiałem, zainspirował mnie do napisania tego wiersza:

„Tabu”

Dzieci są tabu i nie wolno ich krzywdzić
dlatego słusznie piętnuje się tych podstępnych dewiantów
sadystów, uwodzicieli i podobną swołocz

Ale sprawy przybierają obrót kryminalny
kiedy taki kilkuletni Manson
wbiega o świcie do twojego pokoju
gdzie śpisz po libacji
z krzykiem żebyś naprawił komputer
bo jego wojownik ciężko ranny
umiera
a wyczerpał już limit
żyć

Zabiłbyś gdybyś wiedział że to legalne
sprzedał na wolnym rynku
oddał do sekty
przebrał za jelonka Bambi i wywiózł do lasu
w sezonie polowań

*

czwartek, 10 czerwca 2010

Bit rzeczywistości



Aneczka jest taką przestraszoną
księżniczką, nimfą błotną wyjącą
z wieży...

(radio)

Stygnę. Przegrzany pancerz trzaska co jakiś czas wypromieniowując kolejny stopień. Celsjusze i Fahrenheity. Jestem przegrzany i z lekka nadtopiony, może nawet trochę dymię. Trzeci tydzień na dwóch etatach. Szef uznał, że pewnie będę się nudził zalecił mi więc dwudniowe pielenie pod zmieniającym się w novą słońcem, a gdy dopełzłem do szczęśliwego końca przywiózł kosiarkę. Kosiarka jest spalinowa, przekonam się więc w najbliższym czasie w jakiej temperaturze następuje samozapłon paliwa. Ostatecznie gdy upał pomiesza mi już w głowie będę mógł zawiesić tę machinę na ramieniu i biegając raźno po piętrach i pukając do kolejnych lokatorów urządzić orgię wirujących ostrzy i krwawych ochłapów. Jeśli ktoś się pisze na uczciwą rozrywkę to zapraszam.
Oglądaliśmy ostatnio u Sióstr „Ink”, whoa!, takie to proste a grzebie w otrzewnej i wypuszcza stada metalowych pluskiew na plecy, później żeby zrównoważyć ten zbyt ambitny stan obejrzeliśmy francuską „La Horde”, kto nie wierzy w brutalność francuskiej policji, temu polecam, żaden zombie nie był już potem taki sam. Dzisiaj może wyskoczymy stadnie na Morenę i zrobimy coś strasznego na wieczorku Czecha. Pewne dotrę tam prosto z roboty: śmierdzący i jeszcze z lekka się tlący. Będę łapał poetów i się przytulał.  
A tak w ogóle to jutro jest 3194 rocznica spalenia Troi...

- Dasz radę to przeliczyć?
- Kpisz ze mnie ty owłosiony,
szowinistyczny prosiaku?
- Daj spokój, każdy umie coś
innego, gdyby mnie ktoś
poprosił o wyliczenie silni
to najpierw zrobiłbym oczy
ze Shreka, a potem położyłbym
się i rozpłakał.

*