niedziela, 14 marca 2010

Jedź, bardziej zielone już nie będzie



- Wziąłem ze sobą tylko flaszkę
Porannego Mordercy
- Dlaczego nazywasz go porannym
mordercą?
- Zobaczysz rano

Żyję, wróciłem, nawet kończyny mam wszystkie. Dokładniejsza relacja z Lotu Intrudera we wtorek, teraz tylko dodam, że dziwnie było patrzeć na snujących się po Atlas Arenie zupełnie obcych ludzi z ksywą Awarii na koszulkach. Awaria jest szarą eminencją klubów Rammsteina w Rzeczpospolitej i najwyraźniej nie wszystko nam mówi.
Autobus mieliśmy własny, nawet kierowcy byli zinflirtowani. Impreza zaczęła się jeszcze na rogatkach Miasta Miast i rozwijała się permanentnie aż po samą Łódź, gdzie nie wszyscy okazali się zdolni do samodzielnego opuszczenia pokładu. Teraz opis koncertu:

WHOA

Okazało się, że musieliśmy jechać na drugi koniec Najjaśniejszej by spotkać Texxa.
Potem bieg przez tumany śniegu w poszukiwaniu ukrytego sprytnie autobusu, afterparty i tryumfalny powrót w roziskrzone bielą w porannym słońcu kraju ojczystego.
I tyle teraz, muszę znowu ruszać w świat. Jak znajdę chwilę, będzie więcej.

- Mixer? A kto to taki?

- Naprawdę istnieją ludzie, których
nie chciałabyś poznać, to jest jeden
z nich

*

piątek, 12 marca 2010

Muszę pędzić powoli



Tak, wiem dawno mnie tu mnie nie było, a zaraz znowu wybywam. Wstawałem o 4 gnałem do Dzielnicy Dziwnych Klatek, odśnieżałem, sprzątałem i pędem na Cmentarną Bramę tam przetaczałem się przez 18 pięter aż po samo podziemne sedno i skrzypiące jądro Ziemi a potem pędem na Chełm gdzie do północy albo i pierwszej malowałem mieszkanie wsiedniu kolorach i trzech odcieniach. Potem spałem na miejscu na amerykance, którą właściciele wypożyczyli zapewne od Hiszpańskiej Inkwizycji, a potem wstawałem o 4 itd, przez cały tydzień i cały weekend. A teraz skończyłem, prawie, przespałem burżujsko 6,5 h i wylądowałem u Awarii spod której domu za 54 minuty zabierze nas autobus na Rammsteina.
Oczywiście skoro już miałem tak gęsto zapchany program trafiły mi się przyjemności dodatkowe, zgodnie z zasadą "że jak już coś się dzieje, to wszystko". Tak więc biegałem wieczorem po mieście w poszukiwaniu kwiatów na dzień heter, umawiałem się trzy razy na spotkanie z imbecylem z komunikacju, który chciał żebym sam przeciągał kable, a on mógłby mi uroczyście wręczyć modem, skasować sałatę i uciec. Ukoronowaniem wszystkiego był pomyśł Władczyń Dzielnicy Dziwnych Klatek, żebym przeniósł pięciotonową, górę ubitego śniegu stąd tam, 30 metrów, bo tak przmówił miejscowy, z lekka upośledzony Vox Populi. Teraz mogę sobie wpisywać w CV - Przenoszenie gór lodowych.
I na razie tylę, kończę i przepraszam za ewentualne błędy, ale spieszę się jak cholera  do tego ciemno tu jak w zgrabnej ale ciemno pigmentowanej dupie Beyonce. Odezwę się jeśli przeżyję. Tillu przybywam, rozłóż swe mocarne, germańskie ramiona...

*

środa, 3 marca 2010

Będę patrzył jak więdniesz



Ludzie dzielą się na mężczyzn,
kobiety i samice Niemców.

(Bash)

Od paru dni na zewnątrz szaleje wiatr, który urywa jaja przy szyi i porywa dzieci z wózków... Pewnie już tak kiedyś było, ktoś znalazł bociana zabitego dzieckiem, wniosek był oczywisty.
Lenn z żarem w oczach i trzewiach wpada do kebabarni i już od wejścia żąda posiłku. Kobieta patrzy na nią z nadzieją i pyta: Z kurczakiem czy z baraniną? Lenn, jakże by inaczej, z kurczakiem. Kobieta westchnęła ciężko, minęła pękatą kulę piekącej się baraniny i zaczęła łapać smętne resztki kurczaka z drugiego rożna.
Ja z kolei, do kompletu jakiejś francy, która najpierw rozsadzała mi od wewnątrz płuca a teraz jeździ żyletkami po wewnętrznej stronie gardła, dostałem czerwonego oka. Zapalenie spojówki z niczego. Ze snu i powietrza. Był taki moment moje oko stało się kulą intensywnej czerwieni z plamą intensywnego błękitu w środku. Jakaś Hermenegilda napadła mnie w tramwaju, mimo kilku miejsc wolnych, i uparła się siedzieć akurat dokładnie tam gdzie siedziałem. „Bo stąd dobrze widać drzwi”. Stwierdziłem, że nie będę próchna ustawiał przy ludziach, bo żyjemy przecież w kraju, w którym bandyci zbierają w sieci kasę na adwokata dla straszliwie poszkodowanych przez wymiar sprawiedliwości ofiar, które zupełnie niechcąco zamordowały policjanta na przystanku.  Wykrzywiłem się szkaradnie, przymknąłem zdrowe oko i spojrzałem na nią spode łba Okiem Saurona. Babulina kłapnęła tylko szczęką i z miejsca potruchtała na z góry upatrzone pozycje. Wszystko ma więc swoje dobre strony. Wczoraj Avatar zalała mi to solą fizjologiczną i jakimś specyfikiem i dziś trochę czerwonej mgły mi z oczu zeszło.
Od jutra zaś, wieczorami po pracy, czy też raczej nocami, będę malował mieszkanie znajomej pary gejów. Dziś byłem z wizją lokalną i kolesie normalnie mnie zastrzelili. Ta ściana taka, a ta taka, tu zrobisz ramkę w takim odcieniu a tu takim, ale innym niż słup i ta listwa. Masakra. Powiedziałem, żeby wzięli ołówki z IKEI i napisali na każdej ścianie jaki chcą kolor. Jakby tego wszystkiego było mało, oni sobie lecą na urlop a ja mam tam spać sam z ich szalonym królikiem – mordercą.

Wszystko jest na zawsze,
jeśli nie wiadomo kiedy
się kończy

(Womack)

*

niedziela, 28 lutego 2010

Bo buty były za słone



Imieniny ojca. Telewizor grzmi.
Siedzą ciotki:
- Dawaj Justysia, kurwa, dawaj!
Ups przepraszam za moją łacinę.
- Nic nie szkodzi. - Podrywa się -
JUSTYNA ZAPIERDALAJ!!!

Na parę dni na miasto opadła mgła. Krążyliśmy w niej z Lenn siorbiąc żurawinówkę i słuchając jak butelka rzucona z Kociego Mostu uderza w ciemności o pękającą, zimową kreację Motławy. Dobrze się piło, dobrze gadało. Niespodziewanie wpadało się w nieskończone pola psich kup, które poczęły oddawać światu swój bogaty bukiet, autobusy jeździły na słuch.
Gdy mgła się podniosła było już ciepło, a śnieg zaczął umierać. Jes, jes, jes, zdychaj biały skurwysynu!
Na Cmentarnej Bramie, akurat gdy uskuteczniałem walca z moim drogocennym mopem za 1000 zł (Są takie, dacie wiarę. Boję się na niego oddychać), wyskoczyła jakąś Blond Rycząca Czterdziestka. Zamruczała jak rozgrzane Ferrari i miękkim głosem stwierdziła: Mhm, jaką mamy ładną gosposię... Na drugi dzień pojawiło się ich już sześć. Budynek jest wyższej klasy to i Lajdis reprezentują wyższy level zadbania i dyskretnego szelestu kiecek od Gucciego. Spiętrzyły się w korytarzu a Blond Strzała gestem przewodnika wskazała mnie i przedstawia: To właśnie pan, który o nas dba. Po czym wszystkie jak jedna uśmiechnęły się szeroko a mięsożernie i zaczęły w milczeniu czekać aż znowu pochylę się nad wózkiem. Czułem się trochę jak diabeł w kawale o geju w piekle: - Co tu tak zimno? - Pyta anioł. - Czemu? - diabeł na to – Spróbuj się schylić po drewno... Wcale nie miałem pewności czy jak się pochylę to nie poczuję w pośladku jakiś dopieszczonych, perłowych ząbków.
Spłynęła nawet na mnie lekka paranoja i zacząłem się lepiej ubierać, a moje Lamborghini wśród wózków, prowadzę z pasją i finezją Alana Prosta.
Kiedy indziej i na innym piętrze, otwierają się drzwi i wyskakuje rozchichotana ekipa tynkarzy – malarzy. Jest jeszcze trochę pustych mieszkań, część przerabiają nowi lokatorzy. W każdym razie patrzę, a to same dziewczyny. Stanęliśmy naprzeciw siebie: Tynkarki – Malarki i Sprzątaczyk, popatrzyliśmy na siebie i wszyscy wspólnie zaczęliśmy rechotać.
Coś jeszcze, a, czytałem ostatnio o kolesiu, który włamywał się na farmy, rozbierał, a następnie dziko onanizował tarzając w świeżym gnoju. Gdy trafiał na farmę, na której nie było gnoju, podpalał ją. Ja tam gościa rozumiem. Po całym dniu stresującej pracy, telepie się kilkadziesiąt kilosów na wieś, skrada się, włamuje... a tu nie ma obornika. Szlak trafia tak dobrze zapowiadający się wieczór. No przecież wściec się można.

Nie chcę chodzić z Pazurkiem
na łyżwy. Ja się męczę, bujam,
łydki bolą, a ona tylko przemyka
z tymi zębami na wierzchu.

(Lenn)

*

czwartek, 25 lutego 2010

Ostatni taki brzeg



Magda była jak śmierć.
Śmierć nosi czarny stanik.
Tatuaże jak obłoki
po wybuchach bomb.

(Pidżama porno)

Wstaje słońce. Jej ciało lśni gubiąc krople wody. Jej włosy są miękkie, uśmiecha się, kładąc jasną główkę w zgięciu mojego ramienia. Moja połówka, moja nadzieja, mój rozsądek. Moja mała prywatna Bogini. Nie powinienem tyle siedzieć nocami patrząc na odmóżdżające, krwawe horrory, potem zawsze się rozczulam.
Moja jednorazowa kurtka, wproszona we mnie przez Ciapka, i nie powiem, ogrzewająca moje spróchniałe kości przez cała zimę, zwaną przez niektórych Małym Kataklizmem, weszła w ostatnią fazę swego rozwoju, znaną przez niektórych jako Rozpad. Będzie mi jej brakowało mimo kretyńskich, brązowych wstawek, gdy już przetrze się ostatecznie bluzgając białymi flakami wyściółki i uda się ostatecznie do nieba chińskich, tanich produktów skóropodobnych, oraz archeologiczny raj wysypiska Szadółki, które kiedyś zapewne wysłannicy jakiejś obcej cywilizacji uznają za szczytowy produkt naszego rozwoju oraz mistyczne przesłanie dla ludów galaktyki, od cywilizacji, którą nieszczęśliwie zmiótł jakiś niespotykany, naturalny kataklizm, pozostawiający po sobie całą masę silnie radioaktywnych kraterów.
Ostatnio, gdy wysoko ponad krzyżami kościołów, na szesnastym piętrze Cmentarnej Wieży konsumowaliśmy śniadanie, zapijając je promieniotwórczym, jadowicie niebieskim czymś o smaku słodzonej saletry, opowiadałem SZC i Danowi o pewnym kolesiu z Dzielnicy Dzielnic. Bardzo się zakochał, miłość kwitła dwa lata i zaowocowała ślubem. Dwa tygodnie po ślubie do jego domu, garażu i warsztatu wprowadziła się ośmioosobowa rodzina panny młodej. Nic nie powiedział z początku, bo miał nadzieję, że to może na chwilę, ale chwila się przedłużała, rodzina nie pracowała, za to żarła, wtrącała się i paliła prąd. W końcu tym wyraził swe wątpliwości oraz uprzejmą opinię, że całe to towarzystwo powinno w trybie natychmiastowym wypierdalać na drzewo, albo dostanie kopa w zad, oczywiście z całym szacunkiem. W parę miechów stracił wszystko. Mur świadków opisywał barwnie w sądzie jak to pierze żonę kablem od Grundiga i zamyka w zimnej szopie ze słoikami babcię emerytkę. Usiadł więc sobie w pustym domu, który nie był już jego, popatrzył na szopy, warsztat, mały warzywnik, po czym wziął dwa kanistry benzyny i zapalniczkę. Gdy była rodzina przyjechała w trzy samochody około piątej by objąć włości, zastała odjeżdżające wozy strażackie i kolesia z białym uśmiechem, rozcinającym usmoloną twarz, który zapraszającym gestem wskazał im ten cały rozwiewany wiatrem świeży popiół i powiedział: Wszystko wasze.
Może nie jest to jakaś zaskakująca, tudzież porywająca opowieść, ale wyjaśnia genezę dość popularnego w Brzeźnie powiedzenia. Dzięki czemu gdy następnym razem będziecie w Brzeźnie napadani, gwałceni, bici, okradani, mordowani sekatorem czy też upijani do nieprzytomności, i ktoś tak powie to możecie śmiać się śmiało ze wszystkimi.

No spójrz tylko na niego,
teraz skacze na chuj wie
czym...

(Staś Zwany Czesiem)

*