czwartek, 29 grudnia 2005

Miesiąc Grudzień


Przyjemności zmieniły się w obowiązek
Przyjaźnie zmieniły się w transakcje
Życie zmieniło się bieg
Zabrakło mi tlenu
Jestem zmęczony
Bardzo

Każdy zinterpretuje to po swojemu

*

czwartek, 22 grudnia 2005

...poruszał się z gracją śniącego tancerza...


Żywa choinka to nie jest prawdziwa choinka
(moje, z ożywionej debaty z Pazurkiem)

Taaak, moi mili. Właśnie udało mi się skasować notkę, którą rzeźbiłem przez ostatnią godzinę, poczytałem sobie do tego maile od Ciapka i teraz pędzony furią i czarną rozpaczą usiłuję to wszystko poskładać od początku.
Zaczynało się więc od tego, że zakupiłem dla Małej pod choinkę jajko Faberż (czy jak się toto cholerstwo pisze). Wysondowałem przedtem delikatnie Maleństwo, by wiedzieć które jej się najbardziej podoba. To miała być NIESPODZIANKA. Tak się jednak złożyło, że dnia tego ma jedyna, uzbrojona w szpony Miłość krążyła po mieście wraz z siostrą i przyszłym szwagrem w poszukiwaniu prezentów. Zaprowadziła ich oczywiście pod wystawę z tymi cudeńkami, gdzie przystawaliśmy ciesząc oczy już od jakiegoś miesiąca. Moja przyszła rodzina, jako że składa się z osobników energicznych i nieokiełznanych ucięła sobie na chodniku, dyskusję żywą a treściwą, skutkiem czego był zakład o cenę takiego jajka. Oczywiście sprawdzili.
Później w skutek rozmowy Tel, w której zapewne wymsknęło mi się nieopatrznie słowo "delikatne" tudzież "kruche", Drapieżcę mojego jedynego coś tknęło i idąc do herbaciarni nadłożyła trochę drogi, by rzucić okiem na wystawę. A tam...Tak! Jednego Brakowało. Teraz wiedziała już WSZYSTKO.
Pozostaje jedynie wspomnieć o wielkim wejściu z miną typu: Chciałeś zaskoczyć KOBIETĘ? HA!
Potem Maleństwo opowiadała mi jak nauczycielka z jej szkoły zaordynowała, że na szkolną wigilię wszyscy mają przyjść na biało i ze skrzydełkami. Sama podobno skrzydełka juz miała przygotowane. Dorwała także trzech rodzynków, sorry chłopaków z klasy, mają być trzema królami. Pani już zdecydowała, który będzie czarny...
A co u mnie? Cóż, poranek pełen śniegu i pośpiechu. Zawsze na noc zakręcam w pokoju kaloryfer i otwieram okno. Dzięki czemu co rano pokonuję przestrzeń powietrzną pomiędzy ciepłym łóżkiem a krzesłem z ubraniami z prędkością światła.
W tym roku zrobiłem sporo dobrej roboty. Pozostało mi już tylko zakończenie kilku toksycznych znajomości i kilka spraw. Najnowszy rok rozpocznie się zapewne pod znakiem podłączenia sieci do mojego centrum zarządzania wszechświatem. Już sobie wyobrażam jak wysiaduję godzinami przed kompem wciśnięty bokiem między szafki a stół i wygniatam swój kształtny ruptus na twardym stołku. Tymczasem podpiąłem cały pokój pod jeden przedłużacz i obecnie czekam na pożar.
Tau wyszła do pracy, wróciła po minucie, by szukać kluczy. Po kolejnej minucie znalazła je w kieszeni, a kot tajemniczym zbiegiem okoliczności znalazł się na mojej nodze.
I tyle. Resztę udało mi się szczęśliwie zapomnieć. Pozostało więc już chyba tylko jedno:

A więc Bestie moje kochane, życzę wam wspaniałych, szczęśliwych świąt i wyjebistego Nowego Roku. Życzę wam wszystkim byście osiągali swoje cele i realizowali marzenia, i abyście zawsze mieli o jedno marzenie więcej niż uda się wam zrealizować. Życzę wam byście bywali szczęśliwi i żeby inni czuli się przy was bezpiecznie. Życzę wam walk i zwycięstw.

Wiecie co mówi Św. Mikołaj
jak wpada kominem na farmę
rottweilerów?
- HoHOHo...oH shit!!!

*

wtorek, 20 grudnia 2005

gferhgweuiogrnw (nie mam pomysłu na tytuł)


Istnieją tysiące tysięcy potencjalnych
rzeczywistości. To co jest marzeniami
jednych może być piekłem dla innych.
Hitler był marnym malarzem, urzeczy-
wistnił więc swoje wizje w inny sposób.

Na zewnątrz pada śnieg. Kończy się niedziela zostało dokładnie 87 minut. W żółtym kręgu światła lampki na suficie, odcina się wyraźnie cień dziobu lotniskowca USS Forrestal, który zbiera wytrwale kurz na szafie. Wyłączone są wszystkie radia i telewizor. Panuje statyczna cisza, co akurat w tym danym momencie jest nie do zniesienia. Taka czasoprzestrzenna próżnia, składająca się z ciszy, kręgu światła i śniegu za oknem. Nawet z wami nie mam choćby pośredniego kontaktu, umownej granicy ekranu, bo ten tekst wrzuci za dwa dni, z dyskietki, moje drapieżne Maleństwo.
Poza tym świat jest zadziwiający. Czytam właśnie o tym. Przekładam w ciszy kolejne strony z magazynów, tygodników, podnoszę do oczu notki wycięte z gazet. Wokół nas faluje nieprzebrany ocean faktów, większość z nich zapomina się lub nie zauważa, bo ogólnie nie pasują do naszego utartego obrazu świata. To co nie pasuje, narusza nasze bezpieczeństwo i zmusza do myślenia. A my nie lubimy myśleć.
Kto wie, że w czasie II wojny Japończycy zdobyli jednak jakieś amerykańskie terytoria? Zajęli część Wysp Aleuckich, ale to nie pasuje przecież do legendy niezdobytych Stanów. Albo kto wie, że w swoim czasie Polska była III potęgą naftową świata i to właśnie u nas powstał po raz pierwszy przemysł wydobywczo-przetwórczy ropy, jaki dziś zna cały świat. Kto wie, że to właśnie jeden z naszych potętatów naftowych, Łukasiewicz po raz pierwszy wyrafinował ropę i stworzył lampę naftową? Na mapach do dziś pozostało sporo „ropnych” nazw. Ciekawa jest też historia nasze nowej granicy zachodniej. Na początku lat 40 polscy komuniści żądali by Odra była narodową rzeką Polski i leżała całkowicie w naszych granicach, żądali kolejnych ziem na zachodzie, łącznie z Rugią. Sprawa była poważnie rozważana. Stalin uśmiechnął się zaś pod nosem i odpowiedział: Dostaniecie po następnej wojnie. I nikt tak naprawdę nie wie czy żartował.
Kolejny sms. Cały dzień pisze do mnie z sieci niejaki Karol, śląc mi swe gorące wyznania miłosne, a ja nawet nie mogę mu odpisać, że produkuje się na próżno, bo baba zrobiła go w trąbę i dała mu wymyślony numer.

Są wartości, których nie da się zmierzyć
licznikiem Geigera. Jest szczęście leżące
obłogiem i miłość, która się może nie
zdarzyć.
(Marzan)

*

sobota, 17 grudnia 2005

...Uwaga ta przywraca mnie współczesności


99% tego co się dzieje w kościołach nie ma
nic wspólnego z religią. Inteligentni ludzie
zauważają to prędzej czy później i dochodzą
do wniosku,. że całe 100% jest diabła warte.
I właśnie dlatego ateizm kojarzy się najczęściej
z byciem inteligentnym.
(Stephenson)

...Co nie zmienia faktu, że jeśli nie stosujemy żadnej innej dyscypliny, ani żadnego innego systemu samodoskonalenia się, ateizm jest zwykłym lenistwem i świetną wymówką do opierdalania się po kątach życia.
Ein, zwei...dudni maszynowo Ramstein jakieś 2 mm od moich uszu. Jestem zagoniony i skatowany. Idą święta, a moja matka zeszła na moment z kanapy, sprzątnęła dwie półki w kuchni i poległa z przeszywającym jękiem ostatecznego zmęczenia. Teraz zbiera siły otulona bezpieczną chmurą dymu z Sobieskich i delektuje się literaturą piękną, klasy Harleqin. Jest mi gorąco. Wczoraj spadł pierwszy, rozsądniejszy śnieg i właśnie się topi.
Środę przekrążyłem kosząc krople deszczu, w poszukiwaniu sklepu który zakupiłby ode mnie srebrnego Guldena rocznik 1923. Proponowane ceny pozostawiały wiele do życzenia, a tam gdzie mi się podobały proszono o powrót w sezonie. Taak, nigdy nie próbuj sprzedać gdańskiej monety w Gdańsku.
W małej, pełnej staroci wnęce ze starym subiektem, tuż obok Św. Mikołaja, trafiłem na maniaka. Typ zbiera monety od 22 lat. Ma tylko trzy małe klaserki wielkości dłoni, każdy wart mniej więcej 118 tys. zł. Tylko Wolne Miasto i srebrne i złote carskie. Opowiadał i radził z dziecięcym zapałem. Słuchałem i zapamiętywałem, pokazałem się z nim w antykwariatach na Długiej, by zapamiętano nas razem.
Nie ma nic bardziej ożywczego niż spotkać prawdziwego wariata. Co jakiś czas przerywał i pytał „czy jego twarz wygląda młodo”, w torbie miał leki przeciwpadaczkowe. W ferworze walki zapomniałem spytać go o nazwisko.
Wczoraj gnałem brzegiem morza kiedy nadeszła pierwsza w tym roku, prawdziwa śnieżyca. Sucho, ładnie, 5 stopni ciepła i nagle biały , ziarnisty tuman od strony morza. Kto czytał „Jeźdców smoków”, potrafi to zobaczyć.
Zabrałem Małą na wieczorek Marzana do Dworku Sierakowskich. Było naprawdę świetnie, do tego, chyba po raz pierwszy podobała mi się muzyka. Dwóch gości z południa, delikatnie zagrało mi na strunach całotygodniowego zmęczenia. Świetnie to się zgrało z nostalgicznym Wrzeszczem z marzanowych wspomnień.
Mała była po maturach próbnych, zmęczona i nieszczęśliwa i choć Sopot był piękny a poeci kipiący od życia i pomysłów, to wieczór skończył się nim się zaczął.
Stałem potem na przystanku koło Akademii patrząc na flagi poruszające się leniwie wśród skośnych lii padającego śniegu, który prostymi liniami wykreślał powoli z ciemności kontur stojącego nieopodal czołgu. Stałem słuchając dźwięku spadającego śniegu. Z wnętrza ciepłego tramwaju świat wyglądał na pełen cudowności.

*

czwartek, 15 grudnia 2005

Podszewka nieba jest szara do obłędu


Księga powtórzonej śmierci

W ostatnim rozdziale Księgi Powtórzonej Śmierci, Ta-han zapisał iż pierwszy pisarz, który w kronikach wspomniał o egzekucji księcia Ting, został zabity przez zjawę księcia, za to, że swoją wzmianką kazał jej przypomniec sobie okrutne cierpienia, jakich książę doznał przed śmiercią.
Za bunt przeciw cesarzowej - wdowie Tsy-Si księcia Ting skazano na torturę Leng-cz'y, w której śmierc poprzedzają amputacje kończyn odcinanych we wszystkich stawach. Podczas Leng-cz'y, ciało zostaje rozciągnięte w systemie dźwigni i sznurów, tak mocno iż lekkie pociągnięcie nożem odcina kończynę pozostawiając kikut o idealnie równych i czystych brzegach.
w ostatnim rozdziale Powtórzonej Śmierci, Ta-han pisze jakoby zjawa księcia Ting - dręczona przypominaniem jej cierpień podczas każdego odczytywania wzmianki o egzekucji - pojawia się niespodziewanie by zabic czytającego wzmiankę w księdze w chwili, gdy ten mimowolnie odrywa wzrok od tekstu by rozejrzec się i sprawdzic, czy Ta-han nie łże.

(Szulgit)

I jak? Jesteście tam jeszcze?
Ja tam się nie boję, zaraz oderwę wzrok od ekranu i ...

*

wtorek, 13 grudnia 2005

Świat się może skończyć nim zdążysz odetchnąć


Przyjdź dziś do katedry o północy
Pogadamy w cztery oczy
(Bóg)

W niedzielę zarzuciłem na grzbiet duży plecak i powędrowałem do centrum. Przechodziłem przez Krainę koło strzelnicy, takie dzikie miejsce koło starego poligonu. Jacyś urzędowi frajerzy o słabym poczuciu miejscowych realiów próbowali zablokować tutejszy trakt tablicami o uprawach leśnych i wstępach wzbronionych. A to przecież sama granica między Brzeźnem a Letniewem. Dwa dni później nie było już nawet betonu w którym osadzone były słupki tablic. W drodze do Miasta dopadli mnie Jehowi, trzy razy.
Prowadząc później Małą do herbaciarni nadłożyłem trochę drogi, aby obejrzeć nowe kamienice przy teatrze, wynurzające się powoli zza rusztowań. Robią wrażenie, choć jak dla mnie są zbyt gołe. Polacy są jeszcze zbyt biedni materialnie i wyobraźnią by pozwolić sobie na rzeźby.
Wieczorem lądowałem u Void, skąd miałem odebrać telewizor i video. Panowało właśnie pewne poruszenie, bo mama Void ściągnęła sobie właśnie jakiegoś upgreada, który ugotował jej komputer. Na drugim Siostry grały w dwie gry na raz. Ja siedziałem sobie pojadając cukierki i starając się możliwie odwlec moment, w którym będę musiał wziąć tę stertę klamotów i ponownie spotkać się z jesienią na zewnątrz. Telewizor okazał się nieforemny i dość ciężki, zwłaszcza na dłuższym dystansie, na szczęście video zmieściło się w plecaku. W tramwaju wydawało mi się że wyglądam dziwnie, ale na następnym przystanku wsiadł posapując facet z piecem typu koza, który musiał łapać na każdym zakręcie, i od razu zrobiło mi się lepiej.
W domu z łomotem sforsowałem 3 drzwi, dwa ciasne korytarze ( miałem zajęte ręce, drzwi otwierałem łokciami, nie pytajcie jak poradziłem sobie z kluczem), psa i schody. Zrobiłem to najwyraźniej tak szybko i bezszelestnie, że starsi nic nie zauważyli.
W Gdańsku jest ciepło i przyjemnie. Jesień szara i pełna drobnej mżawki osiada milionem kropel na szkłach okularów. Przez miasto wieje świeży wiatr, pełen obietnic nadchodzącej zimy. Powietrze jest przejrzyste a światła miasta pięknie wyglądają w ciemności.

Życie - jedna chwila, pomyślał
pijany kierowca buldożera wjeż-
dżając do baru wegetariańskiego
To była jatka...

*

sobota, 10 grudnia 2005

Blind


Drżę cały...twoje bojowe, tresowane gąsienice,
idące karnie w regularnym szyku, siejące wokół
siebie zmutowane wirusy Arbo i Herpes, plujące
napalmem i zionące iperytem; o szczękach jak
piła tarczowa - zdolne przeciąć w pół dorosłego
człowieka. Nie ma straszliwszej broni. Zniszcz
Kerry - mity, o Don Kichote!
Kerry King
(Z dawnych czasów)

Zmęczyłem się. Łapska mnie pieką od jednego z tych cudownych środków do mycia wanien, co to tak pięknie pachnąc zmywają bród razem ze skórą i pożerają człowieka żywcem. Jest 13, zamiotłem i umyłem klatkę. Wyczyściłem kuchnię i łazienkę lokatorom, niesamowite co wyprawiają ludzie, którzy wiedzą że nie będą po sobie sprzątać. Opierdoliłem lokatorkę, smętną blondynę, zamieszkującą doły społeczne mojego domu z jakimś pseudoskinem, który w skrytości półmroku łazienki uprawia samogwałt nad zdjęciami Dody. Opierdzieliłem kobitę bo znowu wypuściła skretyniałego psa babci na ulicę, żeby mógł ślinić się i radośnie skakać na ludzi... chociaż może to i dobrze, może coś tę pokrakę rozjedzie, np: czołg. Potem posprzątałem u nas, klnąc odkurzacz. Te moje dynamiczne dyskusje z odkurzaczem to powinienem kiedyś nagrać. Z nieznanych przyczyn ten zwykły i skądinąd pożyteczny przedmiot wyzwala we mnie nieprzebrane i gorące jak lawa pokłady nienawiści. (no inne przedmioty czasem też, przedwczoraj zglanowałem szufladówkę, aż gałki latały, a parę lat temu pomogłem nieco w samobójstwie jednostki centralnej komputera, która wyskoczyła oknem z drugiego piętra). W każdym razie odkurzacz klnę stale i regularnie co tydzień, wyzywam od zdrajców i klamotów, kopię i brutalnie szarpię za rurę, a że bydlak jest na małych skrzypiących kółeczkach, więc śmiga za mną ze świstem i obija się o ściany. Tak, kiedyś to nagram a później te materiały opublikuję pod wspólnym tytułem „Kiszczaka rozmowy z odkurzaczem”, albo „Nienawidzę cię jebany kurzowciągu i oddawaj tę kurewską skarpetkę i się kurwa kablem nie zaczepiaj itd...”.
Po chwili zastanowienia stwierdzam, że w sumie nie jest najgorzej, w końcu wyżywam się na rzeczach, a nie na ludziach.

Candy Girl
Przecież ty nie posiadasz sprzętu na baterie
Duracell, a zresztą nie wiedziałabyś co z
nim zrobić i: a) przestraszyłabyś się,
b) pomyliłabyś się o 1,5 cm z celem użytku
c) o ile zaistniałoby „b”, to sprzęt ów
zniknąłby w niewytłumaczalny dla ciebie
sposób.
Raczek
(z dawnych czasów)

*