poniedziałek, 30 września 2013

Ostatni pilot myśliwca już się urodził

Macam sobie żonę:
Ja - Tu ciepło, tam zimno
Szponiasta -Kobieta zmienną jest

Pod koniec lata odnaleźliśmy Starą Matarnię wprost z wierszy Węcla, poety o świetlistej wyobraźni i brunatnej duszy prawicowca. Gdzieś poza drgającą w upale Obwodową pośród zieleni stercząca w niebo sterczyna piętnastowiecznego kościółka, na jego szczycie puste, bocianie gniazdo. Cisza i bezruch pomiędzy domkami z czerwonej cegły, wspinającymi się powoli na kościelne wzgórze. Tylko koło Monaru w starym folwarku rogata młodzież snuje brudne opowieści siedząc w kręgu pośród trawy. Wnętrze kościoła pachnące czasem, drewnem, tajemnicą, przesiąkniętym modlitwą kadzidłem i pastą do podłóg. Widok na pola parę starych grobów ze zmytymi przez deszcze i niepamięć szpikulcami szwabachy. Za obwodnicą IKEA pełna pluszowych marchewek i brokułów...
Ciężka walka o podwyżkę. Nasz pan i władca na końcu Chełmu postanowił zdaje się nas trochę zmiękczyć, ewentualnie zmusić do pomyłek i przez miesiąc urządzał nam w pracy marsz śmierci. Błoto, deszcz, wiatr pomiędzy żebrami. Obłędne zmęczenie, wir roboty, ryk zarzynanych maszyn, gorący smar na rękach, głód i na koniec choroby. Miałem taką kulę kwasu w żołądku, że byłem już prawie pewien wrzodów w żołądku. Żywiłem się sokiem pomidorowym i naprawdę od dawna nie byłem tak bliski rzucenia pracy.
Ostatecznie skończyło się i przeminęło. Mieliśmy wielki zlot gwiaździsty firmy w Good Lucku pośród rowerków treningowych. Po ostatniej mega kontroli i złożeniu hojnej daniny Ministrowi Rostowskiemu, który to wisi na polską gospodarką niczym życzliwie uśmiechnięty Sziwa na błękitnej chmurce interpretacji prawnych, firma nabrała nieco formalnych łusek i obrosła w procedury. Każde z nas ma teraz papierowe skrzydła, które wleką się za nami brudne i przesiąknięte potem.
Po części oficjalnej miała być nieoficjalna, i tu właśnie po raz kolejny wypłynął specyficzny sposób myślenia naszego Il Duce (który niech żyje). A przecież tłumaczyłem mu, że w takich firmach nie pracują ludzie, którzy z radością pójdą owinięci jedynie w ręczniki na strefę relaksu i przyległe sauny, gdzie w takt tantrycznej muzyki będą popijać wino i przekąszać przekąsne przekąski. Nie orientuję się w liczbie niedobitków, która z naszym szefem ostatecznie i nago relaksowała się w saunie, natomiast wraz z zakończeniem części oficjalnej dało się odczuć nagły pęd powietrza i słychać było zbiorowy tętent ku najbliższej linii horyzontu. Dan prysnął pierwszy zasłaniając się chorym dzieckiem niczym żywą tarczą, podobno jechał samochodem z pięcioma naszymi dziewczynami. My z Radkiem udaliśmy się w dół, ku miastu dysponując rządzą  przygód oraz połówką Bolsa pierwszy toast ze 150-siątek wznieśliśmy już na wspinającej się ku niebu stromej drodze do Good Lucka. Wieczór okazał się niezwykle przyjemny, przepojony smakiem piwa na miodzie gryczanym, czeskim, marynowanym camembercie z cebulką i rasowym kebabie spożywanym w odrapanej podszewce miasta, gdzie lekko wcięty ratowałem moją pordzewiałą jak Titanic angielszczyzną jakiegoś obcokrajowca o rozszerzonych grozą oczach. Bytność w kolejnych lokalach pieczętowałem chowanymi po kieszeniach "wafelkami". Ostatecznie skończyliśmy nad skrzącą się w blasku miesiąca Motławą. Nad wodą niosła się muzyka, zakochani tulili się w każdym dostępnym cieniu, ciepło żarzyły się okna a roziskrzoną wodę cięły niczym duchy minionych czasów bezszelestne jachty.
Szef nie przyjął najlepiej powszechnej dezercji pojedzie wszystkim uciekinierom po premii, bo przez nas sam musiał jeść ten cały catering i spijać wino, ocierając się zapewne o włochate cielsko nałogu.

Nie wiem jak jest teraz, ale
za moich czasów nazwanie
czyjejś matki kurwą, było
rodzajem zaproszenia...

(Ćwiek)

*
           

czwartek, 12 września 2013

Mokre i jadowite

Trwa msza
Ja - O sępy idą.
Szponiasta - Misiu! To nie sępy.
To szafarze eucharystii

Czas płynie. Świat  toczy się naprzód grzechocząc niczym beczka po oleju pełna galaktyk. Dni przechodzą w noce, pory roku przychodzą i odchodzą. Hofman snuje opowieści o penisach, Sikorski powstrzymuje wojnę w Syrii, co prawdopodobnie doprowadziło Prezesa do pożarcia żywcem osobistego kota i kawałka Błaszczaka na dokładkę. Bóg wyraża pogodą opinię o związkowych kurwach kalających swą obecnością wąwozy stolicy. Doda skacze ze sceny a fani rozstępują się...
Znajomy ojca, ten co to mu wyciągali operacyjnie kleszcza z wnętrza penisa, postanowił podnieść poprzeczkę w dziale: Najstraszliwsze momenty w życiu i dał się ugryźć komarowi tygrysiemu. To specjalny rodzaj komara roznoszący psie nicienie i takiego też nicienia wyjął sobie ów znajomy z burchla na udzie.17 przypadków w Rzeczpospolitej. Jestem dumny że go znam. Z niecierpliwością czekam na ciąg dalszy.
Ostatnio ciągle pracujemy w deszczu. mam wrażenie, Że gniją mi ręce, ale tylko wokół tych 120 ran po kolcach i cierniach.
Ostatnio z racji wysokości otrzymywanego wynagrodzenia uknuliśmy sprytny plan, przewidujący napady w ciemnych zaułkach na niemieckich turystów. Idą, a tu nagle z ciemności - ja z piłą mechaniczną i Rado z podkaszarką, odwracają się a za nimi bezszelestnie i ponuro stoi Dan patrzy posępnie z dmuchawą w rękach i robi nią Wuuuum! Wuuum!... Oddadzą wszystko, łącznie z protezami,  no bo sami pomyślcie jakie potworne rzeczy można zrobić człowiekowi  takim monstrualnym odkurzaczem.  
Impreza u Radosnego łyskacz, czerwony bigos, marynowana karkówka i sałatka z pora. To wszystko podlane wściekłymi psami i dobrym towarzystwem. tylko na chwilę wyskoczyłem z Radosnym po piwo i wróciłem z książką.
Potem urodziny - niespodzianka Górala w miejscu nazywającym się adekwatnie "Pułapka", roladki z parówkami, tarta z jajecznicą, Leto wybierający się do chirurga, Lenn zmieniająca się w Yoru, piwo grejpfrutowe. Wychudły Góral (To pewnie przez seks) i kłusująca wokół z dzieckiem o przeszywającym spojrzeniu Herbaciarka. Oszklona dziura do piwnicy tuż za drzwiami i Krewetka pożerająca zrabowane babeczki, które wcześniej rozdeptała i bawiąca się figurkami szczęśliwych koników i małą schizofreniczną wanienką dołączoną do kompletu.
A jeśli już o szczęśliwych konikach mowa. Oglądamy jakiś trawnik pod blokiem w Dzielnicy Latających Siekier. Słońce, trawa wypalona jak reaktor w Czernobylu, metalowe elementy spadające z pluskiem do rzeki spod przerdzewiałego podbrzusze Mostu siennickiego , w takt dudniących tramwajów. Zmęczenie i cichy plaszczący dźwięk obok. Olałem, ale po chwili drugi. Patrzę a tu leżą sobie gumowe, szczęśliwe koniki, "Co jest" myślę, patrzę w górę a tu prosto na mnie pikuje coś różowego z rozwianą grzywą.  Jaka dzielnica taki deszcz.

Rado - Widziałem dziś piaskarkę
Dan - To pewnie rekonesans...

*

piątek, 23 sierpnia 2013

Jeżeli chcę być głaskana, to zapewniam sobie głaskanie

Przepraszam którędy do muzeum
erotyzmu? Jestem eksponatem

Warszawa zdobyta, przetrawiona i pozostawiona za odległym horyzontem. Dni gęsto upakowane zdarzeniami, owinięte tasiemką naszych roków odciśniętych na gorącym asfalcie. To miasto nocy. Nocą jest najpiękniejsze, wszechpotężne i mistyczne jak piczka Isztar. Nocą z zaułków wychylają łeb tajemnice, a rozproszone światła smużą kontury zapomnianej historii... potem nadchodzi świt.
Warszawiacy na całym terytorium Najjaśniejszej a także na terytoriach przyległych, mają opinię niewysłowionych chamów, buraków i szmaciarzy, nie dziwię się. Gdybym mieszkał w takim architektonicznym chaosie, kwiczącym stylistycznym burdelu, okraszonym łuszczącą się łuską zaniedbania też bym chodził nieustannie wkurwiony i nienawidził wszystkiego wokół. To niesamowite, całość wygląda jakby ktoś wziął miasto i podrzucił do góry nie martwiąc się zbytnio gdzie co upadnie. Wszędzie, na murach, trawnikach, bramach tablice, że tu tylu a tylu pomordowano, tylu spalono żywcem  i tati a taki batalion rozgromiono i rozsmarowano na czołgowych gąsienicach. Każda ulica jest cmentarzem, każdy dom nagrobkiem.
Do tego to co mnie osobiście zadziwiło, to brak na ulicach ładnych dziewczyn. U nas można sobie łeb ukręcić, ewentualnie dostać nieskoordynowanych podrygów gałek ocznych od kontemplacji rozbujanych biustów. Najwyraźniej do W dotarł już zachodni trend, który wciąga laski do biur i zakładów a na ulicach pozostawia opad popromienny i jego efekty.
Nie narzekajmy jednak: Starówka świetna, choć mikroskopijna, Muzeum Narodowe, Muzeum Wojska świetne. W Wojskowym ekspozycja katyńska, nie przepadam za martyrologią i akcjami typu: Groby bohaterów - wykopki, ale to akurat robiło wrażenie. Półmrok, wysoko od sufitu spuszczone podświetlone siatki, którymi porusza lekki powiew, słychać lekki poszum, całość sprawia wrażenie jakby nagle weszło się do gęstego lasu. W szklanych gablotach jedne pod drugimi eksponaty, tak jakby leżały warstwami w ziemi...
Stawiliśmy też bohatersko czoło kolejce do Centrum Kopernik, ale polegliśmy w niej szlachetnie, gdy obsługa wstrzymała ją tłumacząc, że teraz musimy poczekać aż budynek opuści około 200 osób, co może zająć godzinę, tudzież resztę dnia.
Mieliśmy też wpaść do Muzeum  Erotyzmu, niestety właściciele musieli dowiedzieć się że jestem w okolicy i zwinęli interes. Poza tym chodziliśmy, chodziliśmy ulicami, parkami, fortyfikacjami. Znajdowaliśmy Place Trzech Krzyży i znane budynki, nawiedziliśmy sejm... Dwa dni później minister Rostowski ze zdziwieniem odkrył dwukrotne zwiększenie dziury budżetowej. Chodziliśmy po obrysie muru getta, przekraczaliśmy linie dzielnic  i przetrawialiśmy siatkę tramwajowych linii i kolei dojazdowych. Tradycyjnie jak podczas każdej wizyty w Wawie wylądowaliśmy w końcu na jakimś polu z zielskiem o wysokości zdolnej ukryć batalion wygłodniałych raptorów tudzież zbuntowany, rządny zemsty kombajn.
Zwierze zabrały nas do restauracji brazylijskiej,dokarmiali kanapkami i umiejscowili na noc na wysokim piętrowym łóżku zawieszonym złowieszczo nad buczącymi serwerami Zwierza. W nocy gdy budziłem się co czas jakiś wskutek kolonizacji zwierzowych kotów, oczyma wyobraźni widziałem jak łoże to składa się pod moim ciężarem a ja wykrwawiam się naszpikowany kartami pamięci i ćwiartowany kręcącymi się wściekle łopatkami wentylatorków.
Zwierzu ma pokój o szklanych ścianach za którymi stoją tysiące figurek różnych systemów, do tego czołgi, samoloty, artyleria. Przysadziste puszki drednautów i kolczaste siły chaosu. Pośrodku tego wszystkiego jest łóżko z wielką poduszką z wyszytym Totoro, a nad łóżkiem, w zasięgi ręki wisi sobie nadziak.
Zwierzu bierze różne zabawne tabletki, jedna powoduje, że po jej wzięciu w Zwierzu, jak w krokodylu z Piotrusia Pana zaczyna tykać zegar, i naprawdę dobrze, by kiedy przestanie tykać Zwierz był w łóżku a nie na przykład na drabinie pod sufitem.
Tau puściła nam straszliwy serial w którym Harry Potter był Rosjaninem i wyrywając kolesiowi zęb wyrwał mu kawałek szczęki... jjaaaakkkk!
Nocne niebo przecinały samoloty, a my paliliśmy kiełbaski na ognisku pośrodku zdziczałego podwórka Zwierząt, w jednym z rozbebeszonych garaży za naszymi plecami był staw.
Na sam koniec pojechaliśmy różnymi, strasznymi rzeczami do Jeruzala, gdzie kręcą Ranczo. Zrobiliśmy sobie zdjęcia na ławeczce, zakupiliśmy flaszkę Mamrota, połaziliśmy po okolicy w poszukiwaniu znajomych miejsc z seriali, które w rzeczywistości wyglądają zupełnie inaczej, a następnie z ulgą stamtąd uciekliśmy. Zdjęcia robił nam miejscowy żur, wyglądający nieco jak Solejuk i robiący kasę na turystach, jak usłyszał skąd jesteśmy wzruszył się i przez dobrą chwilę gadaliśmy o brzeźnieńskim barze Perełka i nadplażowych knajpach,.Tak właśnie kończą starzy geodeci.
Gdy wysiedliśmy z Polskiego Busa było ciemno, mokro i zimno, od razu wiedzieliśmy, że jesteśmy w domu.

- Co pan tam robił?
-Już mówiłem, dźgano mnie nożem(

(Griffin)

*

poniedziałek, 5 sierpnia 2013

Fluorescencyjne kulki analne

Ja - I jak smakuje ten kurczak?
Szponiasta - Jak człowiek

Spadam wirując poprzez lato. Jest ciepło, tak ciepło. Wirują ze mną nasiona traw i krople oleju. Miejska magia oblepia mnie. Płonie we mnie elektrycznością neonów i rozżarzonymi kulkami gazu wędrującymi przez ziemię.
Znalazłem się w fudze. Dan poszedł na urlop, a Radosny jeszcze z urlopu nie wrócił, uczciłem to więc zderzeniem ze słupem energetycznym podczas koszenia Trzech Żagli. Słup zadrżał, ja zalałem się posoką, którą dzielnie łapałem w czapkę. Opiłem to potem jogurtem z melisą i zagryzłem orzeszkami obtoczonymi w wasabi.
Opróżnialiśmy ostatnio z Danem strych na Przeróbce. Nad nami szalała ekipa zwalająca dach, a my wynosiliśmy naręczami i plastikowymi wannami garście książek, by z trzaskiem pękających serc wrzucać je do kontenera ze starymi ciuchami, zabawkami i albumami pełnymi zdjęć. Wolter po francusku ze złoconą okładką, mitologia Słowian, Orwell, Dante, mitologia Indii, ratowaliśmy co się dało. Na koniec uratowaliśmy puchate piskle gołębia, którego matka latała po okolicy szukając nieistniejących koordynatów. Podobno pije i zdrowo żre papkę jajeczną. Jest więc nadzieja. Na strychu były też mniej przyjemne rzeczy, np: cały rozłożony piec, w efekcie czego na opryski do Gdyni pojechaliśmy czarni, jakbyśmy przeprowadzili inwazję na piekło.
W Oliwie przy Willi Rekin wciąż brakuje czołgu, który podobno pasie się na zielonych błoniach MasłowskaTown.  Podobno radni uznali, że parkuje tu nielegalnie i naliczyli zaległe raty. To interesujące, bo tam nie ma parkingu, a Tank zaczął przeszkadzać, gdy po drugiej stronie ulicy zbudowano bank. Oczywiście radni gorąco zaprzeczają, by miało to jakiś związek, ale ja osobiście na miejscu chłopaków, przejechałbym się czołgiem po samochodzie prezesa banku, ewentualnie przemknąłbym nim dyskretnie przez hol tej szlachetnej instytucji, żłobiąc marmurowe posadzki gąsienicami, a jakby ktoś pytał to: o to mi się zacięło...
Miasto rozkwita rusztowaniami i Jarmarkiem. Kryzys ustępuje z ulic, ludzie jeszcze narzekają, ale już w przerwach gorączkowej pracy. W powietrzu czuć przełamanie, lżej się oddycha.
Szponiasta spoczywa na zielonej trawce w ogrodzie i zmienia barwę, zakupiła sobie strój do opalania, ala Tomb Rider z dodatkiem cekinów, tak że wypanterkowany biust błyszczy jej z każdej strony.  Podłączyliśmy też w końcu kabel bo ostatnie burze zwęgliły nam antenę.
I tyle, w sumie mógłbym wam jeszcze opowiedzieć o mrocznym hardkorze jaki przeżyliśmy z Danem w pewnej niedoświetlonej piwnicy na Ogaznej, ale nie czuję się chyba jednak na siłach. Jakby co, opowiem na specjalne życzenie, dodam tylko, że harcerze mający magazyny dwa piętra gruzu niżej mieli przesrany dzień...

- Możesz mi orientacyjnie powiedzieć jak
   głęboko wdepnąłeś w całe to gówno?
- Hm, po brodę
- Czyli nadal płyniesz, nie toniesz?

(Griffin)

*

niedziela, 28 lipca 2013

Błękitne, elektryczne anioły

- Co pan tam robił?
-Już mówiłem, dźgano mnie nożem

(Griffin)

Pachnę ziemią. Pachnę słońcem i trawą. Trawa i słońce wypełniają me sny. Nawet gdy wypełniam ruchem i ciepłem podziemne przestrzenie garażowych hal, gubię zapach chlorofilu i wpół uschnięte źdźbła. Tłustawy i cokolwiek zarośnięty substytut Pani Wiosny w kombinezonie roboczym.
Jadąc w sennym widzie szóstej godziny pracy widzieliśmy zamrożoną scenę w której jakiś koleś kopał w locie gołębie, gwałtownie zmieniając ich trajektorię i pogląd na świat. To zastanawiające jak bardzo rzeczy, które są w sumie złe, mogą być śmieszne. A jeśli już o tym. Z tydzień temu złapali dwóch kolesi wyposażonych w 20 kilo ładunków wybuchowych, którzy zadeklarowali chęć wysadzenia naszej, miejskiej  elektrociepłowni. Mówili o ty rano w radiu ale wieczorem już nie, ciekawostka.
W międzyczasie nastąpił ślub Kudłatej z Cyborgiem. Obije są niscy i wyglądali trochę na parę hobbitów. Choć przyznam, że gdy tak stali na końcu przepastnej nawy Kościoła Mariackiego, największej ceglanej świątyni świata, a w tle z nimi lśniły światłem ogromne odrzwia wyglądali niesamowicie. Dwie małe figurki w powodzi światła pośród rzędów gigantycznych kolumn a nad nimi, wiszące pośród bieli ścian ogromne, zdobione organy, wyglądające jak wibrujący dźwiękiem i świętością  statek kosmiczny, który przybył by wyrwać im dusze i zanieść poza rozszerzającą się z prędkością światła granicę wszechświata, wprost ustępującą przede nią , skłębioną moc, którą nazywamy Bogiem.
Po nawie snuli się turyści, ci co bardziej niemieccy przysiadali na ławach by popatrzeć jak żenią się katolicy, choć z reguły na długo nie starczało im cierpliwości.
Wesele było nad rozbłyskującym w słońcu, niczym czara płynnego złota jeziorem Tuchomskim. Nie było alkoholu, za to był wodzirej i brokuły w dewolaju. Sporo czasu spędziłem nad samym jeziorem patrząc na wspaniałość zmierzchu i nieprawdopodobnie jasną pełnię księżyca, od której, później w domu, musieliśmy się odciąć roletami.
War world Z okazało się żałośnie słabe. Dla tych co czytali książkę pozostał osiadający na mózgu gorzki popiół niewykorzystanych szans. Dopiero dość klasyczny za to dopieszczony rozkosznie Pacyfic Rim uratował naszą wiarę w ludzkość i supremację Holywoodu. Z War Z  jedyne co było niezłe to pomysł Korei Północnej na epidemię zombizmu: Wyrwanie w ciągu 24 godzin, 23 milionom swoich obywateli zębów... Genialne. Przecież zanim orzywieniec zagryzie cię dziąsłami ty trzy razy zdążysz zatłuc go miękkim kapciem.
Po moim ogrodzie biegają jeże w marynacie, ale o tym może kiedy indziej.
Na razie tyle, spadam na Jarmark>

 - Możesz mi jeszcze tylko powiedzieć
jak głęboko wdepnąłeś w całe to gówno?
- Hm, po brodę?
- Czyli nadal płyniesz a nie toniesz?

*

poniedziałek, 15 lipca 2013

Heute Elbling morgen alle Pollen

- Daj mu spokój
- No co nie chcę by w czasie Armageddonu
zginął samotnie...
- Nie zginie samotnie. zginie ze wszystkimi

(Przyjaciel do końca świata)

Scena: wczesny poranek rozwija swe pastelowe skrzydła  ponad WhiteTown. Blask spływa ze stoków wzgórz, plącząc się w światłocienie pośród koron drzew. Wielki biały dom, przed nim wielki trawnik. Idę z ryczącą kosiarką a przed jej czołem posuwa się fala uciekających żab. W tle pośród porannej mgły niczym bocian kroczy po trawie Radosny zbierając grzyby.
Świat drży od muzyki silnika, obiekt za obiektem, pejzaż za pejzażem. Dziś byliśmy na Przeróbce, tnąc świat wzdłuż ośmiu niesamowitych, odrapanych budynków, pamiętających zdaje się jeszcze reformy społeczne Forstera. Mnogie okna i przybudówki, w oknach kobiety pokrzykujące i rozmawiające ze sobą jak w starych bajkowych czasach. Ciepły wiatr niosący żagle wywieszonego prania. Zadziwiające, masywne, betonowe słupy i murki wyrastające nagle z trawników, labirynty blaszanych garaży. Podwórko z jednej strony otwarte na  ocienioną potężnymi drzewami pętlę tramwajową, gdzie motorniczy siedzą leniwie na progach pojazdów i popijają spokojnie piwko z miejscową żulią. Pętla owija się wokół placu z którego sterczą, rozrywając trawę kostropate piszczele bunkrów. Zapach benzyny i ekipa ocieplająca fasady styropianem "Dalmatyńczyk". Przez drugą stronę podwórka przejeżdżają nawołując się tęsknie pociągi. Pojawiają się pośród łubinów i traw zupełnie niespodziewanie i absurdalnie jak nagła wizja Salvadora Dali.
Radek poszedł z kosą wykończyć podwórko pod jakimś zapomnianym krzakiem, siedzę na progu otwartej paki wozu i jest mi dobrze na pachnącym latem wietrze. Nagle podjeżdża odrapany Opel kombi, wyskakuje dwóch typów. Łysy ze złotym łańcuchem otwiera garaż i wynosi 50-cio litrowy baniak wachy, po czym leją go razem do baku. Pieniądze wędrują z rąk do rąk i Opel znika. Zapewne pokłosie nocnych robót wiertniczych, gdzieś pośród pobliskich łąk i dziełek, gdzie nisko pod glebą żarzą się żyły Rafinerii. Aż trudno uwierzyć, że przez tyle lat żaden kopacz nie wywołał eksplozji. Kumpel opowiadał, że nocami toczy się tam cicha i krwawa wojna, między ochroną Rafinerii a podbieraczami, żadna ze stron, ze względu na bliskość benzyny nie używa broni palnej, co wbrew pozorom czyni sytuację jeszcze paskudniejszą.
A tak poza tym byłem Z Avatarro na wystawie Human Body, do której użyto chińskich "ochotników". Nic ze sztuki, brutalna i opisowa ekspozycja pociętych precyzyjnie preparatów. Sala płodów, w gablotkach przegląd od zbitku komórek do niemowlęcia. Niektóre przygotowane tak i podświetlone, że pośród czerwieni widać małe szkieleciki. Wbija w ziemię sala układu krwionośnego, W szklanych sześcianach czerwone, puchate przytulanki w kształcie organów i postaci ludzkich. Wypreparowany układ nerwowy, zaraczone płuca a obok gablota z otworem w której piętrzą się pogniecione paczki papierosów. Długo stałem patrząc na splątki mięśni które bolą mnie najczęściej.
Jutro idziemy na World War Z, w czwartek na Pacific Rim, w sobotę na ślub Kudłatej i Cyborga, w poniedziałek na Now you see me, nazwane przez jakiegoś.polskiego geniusza "Iluzją", choć jakby się zastanowić ma to jakiś pokrętny sens.

Brzeźno, wieczór - tramwaje i
fale zagłuszają krzyki

*  

piątek, 5 lipca 2013

Człowiek z popiołem na butach

Duda, młody kundelek, chciałby
być Wałęsą. Niestety, aby być
Wałęsą trzeba być Wałęsą

Przerzuciłem dziś sześć ton oślizgłych kamieni. Czuję się świetnie. Zapewne jutro będę płakał kwasem solnym , a moje ciało zamieni się w coś kruchego i popękanego, ale dziś jestem w zajebistym, pełnym różowych rozbłysków i szczęśliwych koników, świecie endorfin.
Te kamienie to wiecie, w zacisznym cieniu  małych pałacyków WhiteTown. Tworzyliśmy coś pięknego, co rodziło się w upale z naszego potu i krwi. Tuż za moimi plecami przetoczyło się powoli żółte ferrari, płaskie jak stół i wielkie jak lotniskowiec. Kiedyś, dawno, dawno temu mój starszy prorokował mi, że jak nie wdrożę się w meandry edukacji to skończę kopiąc rów przy jakiejś drodze, a moi koledzy będą przejeżdżać obok wypasionymi furami i patrzeć na mnie. Przypomniałem to sobie i uśmiechnąłem się, trzy kierunki studiów, kursy, książki a przeznaczenie i tak cię dogoni. Tyle że wbrew proroctwom Kiszczańskiej Wyroczni gówno mnie to obchodzi.
W zeszły weekend byliśmy na Bazunie w Przywidzu, u naszych stóp drżały lekko jeziora odbijając światła a na niebie pieniły się gwiazdy. Koncerty grzmiały w kamiennych trzewiach starej stadniny do której drogę wskazał nam miejscowy monsieur la mer. Dźwięk gitar ponad rozgrzaną trawą, ponad wzgórzami. i  spadzistymi dachami.  Przyjaciele, zapach strawy i piwo, piwo, złociste oceany piwa. Szponiasta radziła żebym nie wypuszczał z rąk pustych butelek, bo inaczej Radosny automatycznie i najwyraźniej bez udziału świadomości otwierał następne.
Nocne przygody, zadziwiające pomyłki i drewniane miecze. Drżący odblask słońca na wodzie, Tofik z Agą i Gonzem na pomoście z wędkami i dzieciaki Radosnych konwersujące z kaczkami. Czy też epicka odsłona rycerskiego pojedynku, w którym obaj uczestnicy wyglądali jak świeżo reanimowane zombie a ich straszliwe wysiłki by cokolwiek nadziać na swe straszliwe ostrza były tyleż przerażające co nieskuteczne..
Nasze łóżka były w pierwszym pokoju, wracamy pośród nocy i mówię: Dam sobie uciąć lewe jajo, że Tofik będzie w naszym łóżku. No i był. Aga wywabiała przez 20 minut Gonza z łóżka Pazurkowatej. Wypełzł, wtedy zabrała się za wywabianie Tofika z mojego, nie wytrzymałem. "Daj, pokarzę ci jak to się robi", mówię zrywając kołdrę i napotykając pełne skupionej nienawiści oczy zwiniętego w pozycji embrionalnej upiornego oseska w czapce bejsbolówce. Wyłaź z mojego łóżka! Wylazł.
Toudi z resztą ekipy mieszkali po drugiej stronie jeziora z większością zespołów,  wieczorami nad taflą biegły do nas gitarowe riffy i przepite głosy, Obok nas też mieszkał jakiś zespół, rano długowłosy koleś grał na pomoście na skrzypcach w kształcie litery S.
Minął już tydzień, suniemy po Mieście tam i z powrotem naszym krążownikiem i patrzymy na laseczki które wraz ze słońcem wypełzły spod jakiś wilgotnych kamieni i zasiedliły nagle swoimi długimi nogami okoliczne chodniki. Noce są gorące i rozbrzmiewają głosami wprost z tropików. Widzieliśmy też ostatnio pewną niezwykle interesującą reklamę - Roboty koszące! Musimy takie mieć. Szef przyjeżdża, a my spijamy pośrodku trawnika napoje chłodzące, a wokół nas pomykają wściekle warcząc roboty koszące, eksterminujące z cybernetyczną nienawiścią pędy konieczny i babki oraz wyskakujące z rykiem ze stoków w powietrze wprost na przechodzące matki z dziećmi. Ewentualnie Boss słyszy wieczorem pukanie, pyta "kto tam" a tam zza drzwi dobiega dyskretny pomruk 45 konnego silnika i szum wirujących ostrzy. Czekamy! Przyszłości Przybywaj!!!

Ja do Dana - Weź ze sobą Lenn
Radosny - Co będzie drzewo do
lasu nosił...
Ja - Ja swoją kłodę biorę ze sobą

*