Przepraszam którędy do muzeum
erotyzmu? Jestem eksponatem
Warszawa zdobyta, przetrawiona i pozostawiona za odległym horyzontem. Dni gęsto upakowane zdarzeniami, owinięte tasiemką naszych roków odciśniętych na gorącym asfalcie. To miasto nocy. Nocą jest najpiękniejsze, wszechpotężne i mistyczne jak piczka Isztar. Nocą z zaułków wychylają łeb tajemnice, a rozproszone światła smużą kontury zapomnianej historii... potem nadchodzi świt.
Warszawiacy na całym terytorium Najjaśniejszej a także na terytoriach przyległych, mają opinię niewysłowionych chamów, buraków i szmaciarzy, nie dziwię się. Gdybym mieszkał w takim architektonicznym chaosie, kwiczącym stylistycznym burdelu, okraszonym łuszczącą się łuską zaniedbania też bym chodził nieustannie wkurwiony i nienawidził wszystkiego wokół. To niesamowite, całość wygląda jakby ktoś wziął miasto i podrzucił do góry nie martwiąc się zbytnio gdzie co upadnie. Wszędzie, na murach, trawnikach, bramach tablice, że tu tylu a tylu pomordowano, tylu spalono żywcem i tati a taki batalion rozgromiono i rozsmarowano na czołgowych gąsienicach. Każda ulica jest cmentarzem, każdy dom nagrobkiem.
Do tego to co mnie osobiście zadziwiło, to brak na ulicach ładnych dziewczyn. U nas można sobie łeb ukręcić, ewentualnie dostać nieskoordynowanych podrygów gałek ocznych od kontemplacji rozbujanych biustów. Najwyraźniej do W dotarł już zachodni trend, który wciąga laski do biur i zakładów a na ulicach pozostawia opad popromienny i jego efekty.
Nie narzekajmy jednak: Starówka świetna, choć mikroskopijna, Muzeum Narodowe, Muzeum Wojska świetne. W Wojskowym ekspozycja katyńska, nie przepadam za martyrologią i akcjami typu: Groby bohaterów - wykopki, ale to akurat robiło wrażenie. Półmrok, wysoko od sufitu spuszczone podświetlone siatki, którymi porusza lekki powiew, słychać lekki poszum, całość sprawia wrażenie jakby nagle weszło się do gęstego lasu. W szklanych gablotach jedne pod drugimi eksponaty, tak jakby leżały warstwami w ziemi...
Stawiliśmy też bohatersko czoło kolejce do Centrum Kopernik, ale polegliśmy w niej szlachetnie, gdy obsługa wstrzymała ją tłumacząc, że teraz musimy poczekać aż budynek opuści około 200 osób, co może zająć godzinę, tudzież resztę dnia.
Mieliśmy też wpaść do Muzeum Erotyzmu, niestety właściciele musieli dowiedzieć się że jestem w okolicy i zwinęli interes. Poza tym chodziliśmy, chodziliśmy ulicami, parkami, fortyfikacjami. Znajdowaliśmy Place Trzech Krzyży i znane budynki, nawiedziliśmy sejm... Dwa dni później minister Rostowski ze zdziwieniem odkrył dwukrotne zwiększenie dziury budżetowej. Chodziliśmy po obrysie muru getta, przekraczaliśmy linie dzielnic i przetrawialiśmy siatkę tramwajowych linii i kolei dojazdowych. Tradycyjnie jak podczas każdej wizyty w Wawie wylądowaliśmy w końcu na jakimś polu z zielskiem o wysokości zdolnej ukryć batalion wygłodniałych raptorów tudzież zbuntowany, rządny zemsty kombajn.
Zwierze zabrały nas do restauracji brazylijskiej,dokarmiali kanapkami i umiejscowili na noc na wysokim piętrowym łóżku zawieszonym złowieszczo nad buczącymi serwerami Zwierza. W nocy gdy budziłem się co czas jakiś wskutek kolonizacji zwierzowych kotów, oczyma wyobraźni widziałem jak łoże to składa się pod moim ciężarem a ja wykrwawiam się naszpikowany kartami pamięci i ćwiartowany kręcącymi się wściekle łopatkami wentylatorków.
Zwierzu ma pokój o szklanych ścianach za którymi stoją tysiące figurek różnych systemów, do tego czołgi, samoloty, artyleria. Przysadziste puszki drednautów i kolczaste siły chaosu. Pośrodku tego wszystkiego jest łóżko z wielką poduszką z wyszytym Totoro, a nad łóżkiem, w zasięgi ręki wisi sobie nadziak.
Zwierzu bierze różne zabawne tabletki, jedna powoduje, że po jej wzięciu w Zwierzu, jak w krokodylu z Piotrusia Pana zaczyna tykać zegar, i naprawdę dobrze, by kiedy przestanie tykać Zwierz był w łóżku a nie na przykład na drabinie pod sufitem.
Tau puściła nam straszliwy serial w którym Harry Potter był Rosjaninem i wyrywając kolesiowi zęb wyrwał mu kawałek szczęki... jjaaaakkkk!
Nocne niebo przecinały samoloty, a my paliliśmy kiełbaski na ognisku pośrodku zdziczałego podwórka Zwierząt, w jednym z rozbebeszonych garaży za naszymi plecami był staw.
Na sam koniec pojechaliśmy różnymi, strasznymi rzeczami do Jeruzala, gdzie kręcą Ranczo. Zrobiliśmy sobie zdjęcia na ławeczce, zakupiliśmy flaszkę Mamrota, połaziliśmy po okolicy w poszukiwaniu znajomych miejsc z seriali, które w rzeczywistości wyglądają zupełnie inaczej, a następnie z ulgą stamtąd uciekliśmy. Zdjęcia robił nam miejscowy żur, wyglądający nieco jak Solejuk i robiący kasę na turystach, jak usłyszał skąd jesteśmy wzruszył się i przez dobrą chwilę gadaliśmy o brzeźnieńskim barze Perełka i nadplażowych knajpach,.Tak właśnie kończą starzy geodeci.
Gdy wysiedliśmy z Polskiego Busa było ciemno, mokro i zimno, od razu wiedzieliśmy, że jesteśmy w domu.
- Co pan tam robił?
-Już mówiłem, dźgano mnie nożem(
(Griffin)
*
piątek, 23 sierpnia 2013
poniedziałek, 5 sierpnia 2013
Fluorescencyjne kulki analne
Ja - I jak smakuje ten kurczak?
Szponiasta - Jak człowiek
Spadam wirując poprzez lato. Jest ciepło, tak ciepło. Wirują ze mną nasiona traw i krople oleju. Miejska magia oblepia mnie. Płonie we mnie elektrycznością neonów i rozżarzonymi kulkami gazu wędrującymi przez ziemię.
Znalazłem się w fudze. Dan poszedł na urlop, a Radosny jeszcze z urlopu nie wrócił, uczciłem to więc zderzeniem ze słupem energetycznym podczas koszenia Trzech Żagli. Słup zadrżał, ja zalałem się posoką, którą dzielnie łapałem w czapkę. Opiłem to potem jogurtem z melisą i zagryzłem orzeszkami obtoczonymi w wasabi.
Opróżnialiśmy ostatnio z Danem strych na Przeróbce. Nad nami szalała ekipa zwalająca dach, a my wynosiliśmy naręczami i plastikowymi wannami garście książek, by z trzaskiem pękających serc wrzucać je do kontenera ze starymi ciuchami, zabawkami i albumami pełnymi zdjęć. Wolter po francusku ze złoconą okładką, mitologia Słowian, Orwell, Dante, mitologia Indii, ratowaliśmy co się dało. Na koniec uratowaliśmy puchate piskle gołębia, którego matka latała po okolicy szukając nieistniejących koordynatów. Podobno pije i zdrowo żre papkę jajeczną. Jest więc nadzieja. Na strychu były też mniej przyjemne rzeczy, np: cały rozłożony piec, w efekcie czego na opryski do Gdyni pojechaliśmy czarni, jakbyśmy przeprowadzili inwazję na piekło.
W Oliwie przy Willi Rekin wciąż brakuje czołgu, który podobno pasie się na zielonych błoniach MasłowskaTown. Podobno radni uznali, że parkuje tu nielegalnie i naliczyli zaległe raty. To interesujące, bo tam nie ma parkingu, a Tank zaczął przeszkadzać, gdy po drugiej stronie ulicy zbudowano bank. Oczywiście radni gorąco zaprzeczają, by miało to jakiś związek, ale ja osobiście na miejscu chłopaków, przejechałbym się czołgiem po samochodzie prezesa banku, ewentualnie przemknąłbym nim dyskretnie przez hol tej szlachetnej instytucji, żłobiąc marmurowe posadzki gąsienicami, a jakby ktoś pytał to: o to mi się zacięło...
Miasto rozkwita rusztowaniami i Jarmarkiem. Kryzys ustępuje z ulic, ludzie jeszcze narzekają, ale już w przerwach gorączkowej pracy. W powietrzu czuć przełamanie, lżej się oddycha.
Szponiasta spoczywa na zielonej trawce w ogrodzie i zmienia barwę, zakupiła sobie strój do opalania, ala Tomb Rider z dodatkiem cekinów, tak że wypanterkowany biust błyszczy jej z każdej strony. Podłączyliśmy też w końcu kabel bo ostatnie burze zwęgliły nam antenę.
I tyle, w sumie mógłbym wam jeszcze opowiedzieć o mrocznym hardkorze jaki przeżyliśmy z Danem w pewnej niedoświetlonej piwnicy na Ogaznej, ale nie czuję się chyba jednak na siłach. Jakby co, opowiem na specjalne życzenie, dodam tylko, że harcerze mający magazyny dwa piętra gruzu niżej mieli przesrany dzień...
- Możesz mi orientacyjnie powiedzieć jak
głęboko wdepnąłeś w całe to gówno?
- Hm, po brodę
- Czyli nadal płyniesz, nie toniesz?
(Griffin)
*
Szponiasta - Jak człowiek
Spadam wirując poprzez lato. Jest ciepło, tak ciepło. Wirują ze mną nasiona traw i krople oleju. Miejska magia oblepia mnie. Płonie we mnie elektrycznością neonów i rozżarzonymi kulkami gazu wędrującymi przez ziemię.
Znalazłem się w fudze. Dan poszedł na urlop, a Radosny jeszcze z urlopu nie wrócił, uczciłem to więc zderzeniem ze słupem energetycznym podczas koszenia Trzech Żagli. Słup zadrżał, ja zalałem się posoką, którą dzielnie łapałem w czapkę. Opiłem to potem jogurtem z melisą i zagryzłem orzeszkami obtoczonymi w wasabi.
Opróżnialiśmy ostatnio z Danem strych na Przeróbce. Nad nami szalała ekipa zwalająca dach, a my wynosiliśmy naręczami i plastikowymi wannami garście książek, by z trzaskiem pękających serc wrzucać je do kontenera ze starymi ciuchami, zabawkami i albumami pełnymi zdjęć. Wolter po francusku ze złoconą okładką, mitologia Słowian, Orwell, Dante, mitologia Indii, ratowaliśmy co się dało. Na koniec uratowaliśmy puchate piskle gołębia, którego matka latała po okolicy szukając nieistniejących koordynatów. Podobno pije i zdrowo żre papkę jajeczną. Jest więc nadzieja. Na strychu były też mniej przyjemne rzeczy, np: cały rozłożony piec, w efekcie czego na opryski do Gdyni pojechaliśmy czarni, jakbyśmy przeprowadzili inwazję na piekło.
W Oliwie przy Willi Rekin wciąż brakuje czołgu, który podobno pasie się na zielonych błoniach MasłowskaTown. Podobno radni uznali, że parkuje tu nielegalnie i naliczyli zaległe raty. To interesujące, bo tam nie ma parkingu, a Tank zaczął przeszkadzać, gdy po drugiej stronie ulicy zbudowano bank. Oczywiście radni gorąco zaprzeczają, by miało to jakiś związek, ale ja osobiście na miejscu chłopaków, przejechałbym się czołgiem po samochodzie prezesa banku, ewentualnie przemknąłbym nim dyskretnie przez hol tej szlachetnej instytucji, żłobiąc marmurowe posadzki gąsienicami, a jakby ktoś pytał to: o to mi się zacięło...
Miasto rozkwita rusztowaniami i Jarmarkiem. Kryzys ustępuje z ulic, ludzie jeszcze narzekają, ale już w przerwach gorączkowej pracy. W powietrzu czuć przełamanie, lżej się oddycha.
Szponiasta spoczywa na zielonej trawce w ogrodzie i zmienia barwę, zakupiła sobie strój do opalania, ala Tomb Rider z dodatkiem cekinów, tak że wypanterkowany biust błyszczy jej z każdej strony. Podłączyliśmy też w końcu kabel bo ostatnie burze zwęgliły nam antenę.
I tyle, w sumie mógłbym wam jeszcze opowiedzieć o mrocznym hardkorze jaki przeżyliśmy z Danem w pewnej niedoświetlonej piwnicy na Ogaznej, ale nie czuję się chyba jednak na siłach. Jakby co, opowiem na specjalne życzenie, dodam tylko, że harcerze mający magazyny dwa piętra gruzu niżej mieli przesrany dzień...
- Możesz mi orientacyjnie powiedzieć jak
głęboko wdepnąłeś w całe to gówno?
- Hm, po brodę
- Czyli nadal płyniesz, nie toniesz?
(Griffin)
*
niedziela, 28 lipca 2013
Błękitne, elektryczne anioły
- Co pan tam robił?
-Już mówiłem, dźgano mnie nożem
(Griffin)
Pachnę ziemią. Pachnę słońcem i trawą. Trawa i słońce wypełniają me sny. Nawet gdy wypełniam ruchem i ciepłem podziemne przestrzenie garażowych hal, gubię zapach chlorofilu i wpół uschnięte źdźbła. Tłustawy i cokolwiek zarośnięty substytut Pani Wiosny w kombinezonie roboczym.
Jadąc w sennym widzie szóstej godziny pracy widzieliśmy zamrożoną scenę w której jakiś koleś kopał w locie gołębie, gwałtownie zmieniając ich trajektorię i pogląd na świat. To zastanawiające jak bardzo rzeczy, które są w sumie złe, mogą być śmieszne. A jeśli już o tym. Z tydzień temu złapali dwóch kolesi wyposażonych w 20 kilo ładunków wybuchowych, którzy zadeklarowali chęć wysadzenia naszej, miejskiej elektrociepłowni. Mówili o ty rano w radiu ale wieczorem już nie, ciekawostka.
W międzyczasie nastąpił ślub Kudłatej z Cyborgiem. Obije są niscy i wyglądali trochę na parę hobbitów. Choć przyznam, że gdy tak stali na końcu przepastnej nawy Kościoła Mariackiego, największej ceglanej świątyni świata, a w tle z nimi lśniły światłem ogromne odrzwia wyglądali niesamowicie. Dwie małe figurki w powodzi światła pośród rzędów gigantycznych kolumn a nad nimi, wiszące pośród bieli ścian ogromne, zdobione organy, wyglądające jak wibrujący dźwiękiem i świętością statek kosmiczny, który przybył by wyrwać im dusze i zanieść poza rozszerzającą się z prędkością światła granicę wszechświata, wprost ustępującą przede nią , skłębioną moc, którą nazywamy Bogiem.
Po nawie snuli się turyści, ci co bardziej niemieccy przysiadali na ławach by popatrzeć jak żenią się katolicy, choć z reguły na długo nie starczało im cierpliwości.
Wesele było nad rozbłyskującym w słońcu, niczym czara płynnego złota jeziorem Tuchomskim. Nie było alkoholu, za to był wodzirej i brokuły w dewolaju. Sporo czasu spędziłem nad samym jeziorem patrząc na wspaniałość zmierzchu i nieprawdopodobnie jasną pełnię księżyca, od której, później w domu, musieliśmy się odciąć roletami.
War world Z okazało się żałośnie słabe. Dla tych co czytali książkę pozostał osiadający na mózgu gorzki popiół niewykorzystanych szans. Dopiero dość klasyczny za to dopieszczony rozkosznie Pacyfic Rim uratował naszą wiarę w ludzkość i supremację Holywoodu. Z War Z jedyne co było niezłe to pomysł Korei Północnej na epidemię zombizmu: Wyrwanie w ciągu 24 godzin, 23 milionom swoich obywateli zębów... Genialne. Przecież zanim orzywieniec zagryzie cię dziąsłami ty trzy razy zdążysz zatłuc go miękkim kapciem.
Po moim ogrodzie biegają jeże w marynacie, ale o tym może kiedy indziej.
Na razie tyle, spadam na Jarmark>
- Możesz mi jeszcze tylko powiedzieć
jak głęboko wdepnąłeś w całe to gówno?
- Hm, po brodę?
- Czyli nadal płyniesz a nie toniesz?
*
-Już mówiłem, dźgano mnie nożem
(Griffin)
Pachnę ziemią. Pachnę słońcem i trawą. Trawa i słońce wypełniają me sny. Nawet gdy wypełniam ruchem i ciepłem podziemne przestrzenie garażowych hal, gubię zapach chlorofilu i wpół uschnięte źdźbła. Tłustawy i cokolwiek zarośnięty substytut Pani Wiosny w kombinezonie roboczym.
Jadąc w sennym widzie szóstej godziny pracy widzieliśmy zamrożoną scenę w której jakiś koleś kopał w locie gołębie, gwałtownie zmieniając ich trajektorię i pogląd na świat. To zastanawiające jak bardzo rzeczy, które są w sumie złe, mogą być śmieszne. A jeśli już o tym. Z tydzień temu złapali dwóch kolesi wyposażonych w 20 kilo ładunków wybuchowych, którzy zadeklarowali chęć wysadzenia naszej, miejskiej elektrociepłowni. Mówili o ty rano w radiu ale wieczorem już nie, ciekawostka.
W międzyczasie nastąpił ślub Kudłatej z Cyborgiem. Obije są niscy i wyglądali trochę na parę hobbitów. Choć przyznam, że gdy tak stali na końcu przepastnej nawy Kościoła Mariackiego, największej ceglanej świątyni świata, a w tle z nimi lśniły światłem ogromne odrzwia wyglądali niesamowicie. Dwie małe figurki w powodzi światła pośród rzędów gigantycznych kolumn a nad nimi, wiszące pośród bieli ścian ogromne, zdobione organy, wyglądające jak wibrujący dźwiękiem i świętością statek kosmiczny, który przybył by wyrwać im dusze i zanieść poza rozszerzającą się z prędkością światła granicę wszechświata, wprost ustępującą przede nią , skłębioną moc, którą nazywamy Bogiem.
Po nawie snuli się turyści, ci co bardziej niemieccy przysiadali na ławach by popatrzeć jak żenią się katolicy, choć z reguły na długo nie starczało im cierpliwości.
Wesele było nad rozbłyskującym w słońcu, niczym czara płynnego złota jeziorem Tuchomskim. Nie było alkoholu, za to był wodzirej i brokuły w dewolaju. Sporo czasu spędziłem nad samym jeziorem patrząc na wspaniałość zmierzchu i nieprawdopodobnie jasną pełnię księżyca, od której, później w domu, musieliśmy się odciąć roletami.
War world Z okazało się żałośnie słabe. Dla tych co czytali książkę pozostał osiadający na mózgu gorzki popiół niewykorzystanych szans. Dopiero dość klasyczny za to dopieszczony rozkosznie Pacyfic Rim uratował naszą wiarę w ludzkość i supremację Holywoodu. Z War Z jedyne co było niezłe to pomysł Korei Północnej na epidemię zombizmu: Wyrwanie w ciągu 24 godzin, 23 milionom swoich obywateli zębów... Genialne. Przecież zanim orzywieniec zagryzie cię dziąsłami ty trzy razy zdążysz zatłuc go miękkim kapciem.
Po moim ogrodzie biegają jeże w marynacie, ale o tym może kiedy indziej.
Na razie tyle, spadam na Jarmark>
- Możesz mi jeszcze tylko powiedzieć
jak głęboko wdepnąłeś w całe to gówno?
- Hm, po brodę?
- Czyli nadal płyniesz a nie toniesz?
*
poniedziałek, 15 lipca 2013
Heute Elbling morgen alle Pollen
- Daj mu spokój
- No co nie chcę by w czasie Armageddonu
zginął samotnie...
- Nie zginie samotnie. zginie ze wszystkimi
(Przyjaciel do końca świata)
Scena: wczesny poranek rozwija swe pastelowe skrzydła ponad WhiteTown. Blask spływa ze stoków wzgórz, plącząc się w światłocienie pośród koron drzew. Wielki biały dom, przed nim wielki trawnik. Idę z ryczącą kosiarką a przed jej czołem posuwa się fala uciekających żab. W tle pośród porannej mgły niczym bocian kroczy po trawie Radosny zbierając grzyby.
Świat drży od muzyki silnika, obiekt za obiektem, pejzaż za pejzażem. Dziś byliśmy na Przeróbce, tnąc świat wzdłuż ośmiu niesamowitych, odrapanych budynków, pamiętających zdaje się jeszcze reformy społeczne Forstera. Mnogie okna i przybudówki, w oknach kobiety pokrzykujące i rozmawiające ze sobą jak w starych bajkowych czasach. Ciepły wiatr niosący żagle wywieszonego prania. Zadziwiające, masywne, betonowe słupy i murki wyrastające nagle z trawników, labirynty blaszanych garaży. Podwórko z jednej strony otwarte na ocienioną potężnymi drzewami pętlę tramwajową, gdzie motorniczy siedzą leniwie na progach pojazdów i popijają spokojnie piwko z miejscową żulią. Pętla owija się wokół placu z którego sterczą, rozrywając trawę kostropate piszczele bunkrów. Zapach benzyny i ekipa ocieplająca fasady styropianem "Dalmatyńczyk". Przez drugą stronę podwórka przejeżdżają nawołując się tęsknie pociągi. Pojawiają się pośród łubinów i traw zupełnie niespodziewanie i absurdalnie jak nagła wizja Salvadora Dali.
Radek poszedł z kosą wykończyć podwórko pod jakimś zapomnianym krzakiem, siedzę na progu otwartej paki wozu i jest mi dobrze na pachnącym latem wietrze. Nagle podjeżdża odrapany Opel kombi, wyskakuje dwóch typów. Łysy ze złotym łańcuchem otwiera garaż i wynosi 50-cio litrowy baniak wachy, po czym leją go razem do baku. Pieniądze wędrują z rąk do rąk i Opel znika. Zapewne pokłosie nocnych robót wiertniczych, gdzieś pośród pobliskich łąk i dziełek, gdzie nisko pod glebą żarzą się żyły Rafinerii. Aż trudno uwierzyć, że przez tyle lat żaden kopacz nie wywołał eksplozji. Kumpel opowiadał, że nocami toczy się tam cicha i krwawa wojna, między ochroną Rafinerii a podbieraczami, żadna ze stron, ze względu na bliskość benzyny nie używa broni palnej, co wbrew pozorom czyni sytuację jeszcze paskudniejszą.
A tak poza tym byłem Z Avatarro na wystawie Human Body, do której użyto chińskich "ochotników". Nic ze sztuki, brutalna i opisowa ekspozycja pociętych precyzyjnie preparatów. Sala płodów, w gablotkach przegląd od zbitku komórek do niemowlęcia. Niektóre przygotowane tak i podświetlone, że pośród czerwieni widać małe szkieleciki. Wbija w ziemię sala układu krwionośnego, W szklanych sześcianach czerwone, puchate przytulanki w kształcie organów i postaci ludzkich. Wypreparowany układ nerwowy, zaraczone płuca a obok gablota z otworem w której piętrzą się pogniecione paczki papierosów. Długo stałem patrząc na splątki mięśni które bolą mnie najczęściej.
Jutro idziemy na World War Z, w czwartek na Pacific Rim, w sobotę na ślub Kudłatej i Cyborga, w poniedziałek na Now you see me, nazwane przez jakiegoś.polskiego geniusza "Iluzją", choć jakby się zastanowić ma to jakiś pokrętny sens.
Brzeźno, wieczór - tramwaje i
fale zagłuszają krzyki
*
- No co nie chcę by w czasie Armageddonu
zginął samotnie...
- Nie zginie samotnie. zginie ze wszystkimi
(Przyjaciel do końca świata)
Scena: wczesny poranek rozwija swe pastelowe skrzydła ponad WhiteTown. Blask spływa ze stoków wzgórz, plącząc się w światłocienie pośród koron drzew. Wielki biały dom, przed nim wielki trawnik. Idę z ryczącą kosiarką a przed jej czołem posuwa się fala uciekających żab. W tle pośród porannej mgły niczym bocian kroczy po trawie Radosny zbierając grzyby.
Świat drży od muzyki silnika, obiekt za obiektem, pejzaż za pejzażem. Dziś byliśmy na Przeróbce, tnąc świat wzdłuż ośmiu niesamowitych, odrapanych budynków, pamiętających zdaje się jeszcze reformy społeczne Forstera. Mnogie okna i przybudówki, w oknach kobiety pokrzykujące i rozmawiające ze sobą jak w starych bajkowych czasach. Ciepły wiatr niosący żagle wywieszonego prania. Zadziwiające, masywne, betonowe słupy i murki wyrastające nagle z trawników, labirynty blaszanych garaży. Podwórko z jednej strony otwarte na ocienioną potężnymi drzewami pętlę tramwajową, gdzie motorniczy siedzą leniwie na progach pojazdów i popijają spokojnie piwko z miejscową żulią. Pętla owija się wokół placu z którego sterczą, rozrywając trawę kostropate piszczele bunkrów. Zapach benzyny i ekipa ocieplająca fasady styropianem "Dalmatyńczyk". Przez drugą stronę podwórka przejeżdżają nawołując się tęsknie pociągi. Pojawiają się pośród łubinów i traw zupełnie niespodziewanie i absurdalnie jak nagła wizja Salvadora Dali.
Radek poszedł z kosą wykończyć podwórko pod jakimś zapomnianym krzakiem, siedzę na progu otwartej paki wozu i jest mi dobrze na pachnącym latem wietrze. Nagle podjeżdża odrapany Opel kombi, wyskakuje dwóch typów. Łysy ze złotym łańcuchem otwiera garaż i wynosi 50-cio litrowy baniak wachy, po czym leją go razem do baku. Pieniądze wędrują z rąk do rąk i Opel znika. Zapewne pokłosie nocnych robót wiertniczych, gdzieś pośród pobliskich łąk i dziełek, gdzie nisko pod glebą żarzą się żyły Rafinerii. Aż trudno uwierzyć, że przez tyle lat żaden kopacz nie wywołał eksplozji. Kumpel opowiadał, że nocami toczy się tam cicha i krwawa wojna, między ochroną Rafinerii a podbieraczami, żadna ze stron, ze względu na bliskość benzyny nie używa broni palnej, co wbrew pozorom czyni sytuację jeszcze paskudniejszą.
A tak poza tym byłem Z Avatarro na wystawie Human Body, do której użyto chińskich "ochotników". Nic ze sztuki, brutalna i opisowa ekspozycja pociętych precyzyjnie preparatów. Sala płodów, w gablotkach przegląd od zbitku komórek do niemowlęcia. Niektóre przygotowane tak i podświetlone, że pośród czerwieni widać małe szkieleciki. Wbija w ziemię sala układu krwionośnego, W szklanych sześcianach czerwone, puchate przytulanki w kształcie organów i postaci ludzkich. Wypreparowany układ nerwowy, zaraczone płuca a obok gablota z otworem w której piętrzą się pogniecione paczki papierosów. Długo stałem patrząc na splątki mięśni które bolą mnie najczęściej.
Jutro idziemy na World War Z, w czwartek na Pacific Rim, w sobotę na ślub Kudłatej i Cyborga, w poniedziałek na Now you see me, nazwane przez jakiegoś.polskiego geniusza "Iluzją", choć jakby się zastanowić ma to jakiś pokrętny sens.
Brzeźno, wieczór - tramwaje i
fale zagłuszają krzyki
*
piątek, 5 lipca 2013
Człowiek z popiołem na butach
Duda, młody kundelek, chciałby
być Wałęsą. Niestety, aby być
Wałęsą trzeba być Wałęsą
Przerzuciłem dziś sześć ton oślizgłych kamieni. Czuję się świetnie. Zapewne jutro będę płakał kwasem solnym , a moje ciało zamieni się w coś kruchego i popękanego, ale dziś jestem w zajebistym, pełnym różowych rozbłysków i szczęśliwych koników, świecie endorfin.
Te kamienie to wiecie, w zacisznym cieniu małych pałacyków WhiteTown. Tworzyliśmy coś pięknego, co rodziło się w upale z naszego potu i krwi. Tuż za moimi plecami przetoczyło się powoli żółte ferrari, płaskie jak stół i wielkie jak lotniskowiec. Kiedyś, dawno, dawno temu mój starszy prorokował mi, że jak nie wdrożę się w meandry edukacji to skończę kopiąc rów przy jakiejś drodze, a moi koledzy będą przejeżdżać obok wypasionymi furami i patrzeć na mnie. Przypomniałem to sobie i uśmiechnąłem się, trzy kierunki studiów, kursy, książki a przeznaczenie i tak cię dogoni. Tyle że wbrew proroctwom Kiszczańskiej Wyroczni gówno mnie to obchodzi.
W zeszły weekend byliśmy na Bazunie w Przywidzu, u naszych stóp drżały lekko jeziora odbijając światła a na niebie pieniły się gwiazdy. Koncerty grzmiały w kamiennych trzewiach starej stadniny do której drogę wskazał nam miejscowy monsieur la mer. Dźwięk gitar ponad rozgrzaną trawą, ponad wzgórzami. i spadzistymi dachami. Przyjaciele, zapach strawy i piwo, piwo, złociste oceany piwa. Szponiasta radziła żebym nie wypuszczał z rąk pustych butelek, bo inaczej Radosny automatycznie i najwyraźniej bez udziału świadomości otwierał następne.
Nocne przygody, zadziwiające pomyłki i drewniane miecze. Drżący odblask słońca na wodzie, Tofik z Agą i Gonzem na pomoście z wędkami i dzieciaki Radosnych konwersujące z kaczkami. Czy też epicka odsłona rycerskiego pojedynku, w którym obaj uczestnicy wyglądali jak świeżo reanimowane zombie a ich straszliwe wysiłki by cokolwiek nadziać na swe straszliwe ostrza były tyleż przerażające co nieskuteczne..
Nasze łóżka były w pierwszym pokoju, wracamy pośród nocy i mówię: Dam sobie uciąć lewe jajo, że Tofik będzie w naszym łóżku. No i był. Aga wywabiała przez 20 minut Gonza z łóżka Pazurkowatej. Wypełzł, wtedy zabrała się za wywabianie Tofika z mojego, nie wytrzymałem. "Daj, pokarzę ci jak to się robi", mówię zrywając kołdrę i napotykając pełne skupionej nienawiści oczy zwiniętego w pozycji embrionalnej upiornego oseska w czapce bejsbolówce. Wyłaź z mojego łóżka! Wylazł.
Toudi z resztą ekipy mieszkali po drugiej stronie jeziora z większością zespołów, wieczorami nad taflą biegły do nas gitarowe riffy i przepite głosy, Obok nas też mieszkał jakiś zespół, rano długowłosy koleś grał na pomoście na skrzypcach w kształcie litery S.
Minął już tydzień, suniemy po Mieście tam i z powrotem naszym krążownikiem i patrzymy na laseczki które wraz ze słońcem wypełzły spod jakiś wilgotnych kamieni i zasiedliły nagle swoimi długimi nogami okoliczne chodniki. Noce są gorące i rozbrzmiewają głosami wprost z tropików. Widzieliśmy też ostatnio pewną niezwykle interesującą reklamę - Roboty koszące! Musimy takie mieć. Szef przyjeżdża, a my spijamy pośrodku trawnika napoje chłodzące, a wokół nas pomykają wściekle warcząc roboty koszące, eksterminujące z cybernetyczną nienawiścią pędy konieczny i babki oraz wyskakujące z rykiem ze stoków w powietrze wprost na przechodzące matki z dziećmi. Ewentualnie Boss słyszy wieczorem pukanie, pyta "kto tam" a tam zza drzwi dobiega dyskretny pomruk 45 konnego silnika i szum wirujących ostrzy. Czekamy! Przyszłości Przybywaj!!!
Ja do Dana - Weź ze sobą Lenn
Radosny - Co będzie drzewo do
lasu nosił...
Ja - Ja swoją kłodę biorę ze sobą
*
być Wałęsą. Niestety, aby być
Wałęsą trzeba być Wałęsą
Przerzuciłem dziś sześć ton oślizgłych kamieni. Czuję się świetnie. Zapewne jutro będę płakał kwasem solnym , a moje ciało zamieni się w coś kruchego i popękanego, ale dziś jestem w zajebistym, pełnym różowych rozbłysków i szczęśliwych koników, świecie endorfin.
Te kamienie to wiecie, w zacisznym cieniu małych pałacyków WhiteTown. Tworzyliśmy coś pięknego, co rodziło się w upale z naszego potu i krwi. Tuż za moimi plecami przetoczyło się powoli żółte ferrari, płaskie jak stół i wielkie jak lotniskowiec. Kiedyś, dawno, dawno temu mój starszy prorokował mi, że jak nie wdrożę się w meandry edukacji to skończę kopiąc rów przy jakiejś drodze, a moi koledzy będą przejeżdżać obok wypasionymi furami i patrzeć na mnie. Przypomniałem to sobie i uśmiechnąłem się, trzy kierunki studiów, kursy, książki a przeznaczenie i tak cię dogoni. Tyle że wbrew proroctwom Kiszczańskiej Wyroczni gówno mnie to obchodzi.
W zeszły weekend byliśmy na Bazunie w Przywidzu, u naszych stóp drżały lekko jeziora odbijając światła a na niebie pieniły się gwiazdy. Koncerty grzmiały w kamiennych trzewiach starej stadniny do której drogę wskazał nam miejscowy monsieur la mer. Dźwięk gitar ponad rozgrzaną trawą, ponad wzgórzami. i spadzistymi dachami. Przyjaciele, zapach strawy i piwo, piwo, złociste oceany piwa. Szponiasta radziła żebym nie wypuszczał z rąk pustych butelek, bo inaczej Radosny automatycznie i najwyraźniej bez udziału świadomości otwierał następne.
Nocne przygody, zadziwiające pomyłki i drewniane miecze. Drżący odblask słońca na wodzie, Tofik z Agą i Gonzem na pomoście z wędkami i dzieciaki Radosnych konwersujące z kaczkami. Czy też epicka odsłona rycerskiego pojedynku, w którym obaj uczestnicy wyglądali jak świeżo reanimowane zombie a ich straszliwe wysiłki by cokolwiek nadziać na swe straszliwe ostrza były tyleż przerażające co nieskuteczne..
Nasze łóżka były w pierwszym pokoju, wracamy pośród nocy i mówię: Dam sobie uciąć lewe jajo, że Tofik będzie w naszym łóżku. No i był. Aga wywabiała przez 20 minut Gonza z łóżka Pazurkowatej. Wypełzł, wtedy zabrała się za wywabianie Tofika z mojego, nie wytrzymałem. "Daj, pokarzę ci jak to się robi", mówię zrywając kołdrę i napotykając pełne skupionej nienawiści oczy zwiniętego w pozycji embrionalnej upiornego oseska w czapce bejsbolówce. Wyłaź z mojego łóżka! Wylazł.
Toudi z resztą ekipy mieszkali po drugiej stronie jeziora z większością zespołów, wieczorami nad taflą biegły do nas gitarowe riffy i przepite głosy, Obok nas też mieszkał jakiś zespół, rano długowłosy koleś grał na pomoście na skrzypcach w kształcie litery S.
Minął już tydzień, suniemy po Mieście tam i z powrotem naszym krążownikiem i patrzymy na laseczki które wraz ze słońcem wypełzły spod jakiś wilgotnych kamieni i zasiedliły nagle swoimi długimi nogami okoliczne chodniki. Noce są gorące i rozbrzmiewają głosami wprost z tropików. Widzieliśmy też ostatnio pewną niezwykle interesującą reklamę - Roboty koszące! Musimy takie mieć. Szef przyjeżdża, a my spijamy pośrodku trawnika napoje chłodzące, a wokół nas pomykają wściekle warcząc roboty koszące, eksterminujące z cybernetyczną nienawiścią pędy konieczny i babki oraz wyskakujące z rykiem ze stoków w powietrze wprost na przechodzące matki z dziećmi. Ewentualnie Boss słyszy wieczorem pukanie, pyta "kto tam" a tam zza drzwi dobiega dyskretny pomruk 45 konnego silnika i szum wirujących ostrzy. Czekamy! Przyszłości Przybywaj!!!
Ja do Dana - Weź ze sobą Lenn
Radosny - Co będzie drzewo do
lasu nosił...
Ja - Ja swoją kłodę biorę ze sobą
*
niedziela, 23 czerwca 2013
Pomiędzy treścią życia a treścią żołądka
Jeżeli karaluchy mogą przetrwać
wybuchy jądrowe i wojnę chemiczną,
to czym do kurwy nędzy jest Raid?
(sieć)
Czytałem do drugiej w nocy World war Z i jestem dzisiaj śnięty i ogólnie wkurwiony. W Empiku nadal trwa wielka wyprzedaż za dychę, miałem więc plecak wyładowany pod korek. Jakiś dres w tramwaju zapałał do mnie gwałtownym uczuciem gdy nie puściłem go w drzwiach (chodzi na siłkę, to ma siłę poczekać).Najpierw go uprzejmie osrałem, ale gdy nie był w stanie skończyć, upatrzyłem sobie w szybie jego lokalizację, po czym odwróciłem się gwałtownie z tym plecakiem i spytałem "słucham?" do miejsca w którym jeszcze przed chwilą był. To był ten tramwaj ze schodami, więc jak już się podniósł to stwierdził że stoi z twarzą na wysokości mojego serdecznego kopa i burcząc udał się na koniec wozu.
A ostatnio było tak pięknie. W piątek wieczorem upakowaliśmy siebie i piwa do Cytryny Radosnego i ruszyliśmy na koncert CDNów do Świbna, które okazało się Sobieszewem. Po drodze wiele radości dostarczyło nam odkrycie, że Basia panicznie boi się mostu pontonowego. Całą drogę więc od Rafinerii snuliśmy opowieści z krypty, że ten most jest taki solidny i prawie nieprzerdzewiały, tylko raz kolesiowi, który pływał pod nim kajakiem wiosło wbiło się w jeden z pontonów. Tłumaczyliśmy jej długo i cierpliwie, że od wojny most zerwał się zaledwie dwa razy i wcale tak daleko nie odpłynął, i wcale nie spadło z niego tyle samochodów wypełnionych wrzeszczącymi pasażerami ile mówią... Jak dojechaliśmy do mostu była gotowa, do tego jeszcze przed nami jechał autobus, więc deski strzelały spod niego z hukiem a pontony uginały się widowiskowo, Basiolinda wrzeszczała melodyjnie przez całą drogę na drugi brzeg, jak na kolejce górskiej.
Chłopaki zagrali z przytupem pierwszy raz testując w składzie nowego basistę i Kudłatego, wrobili mnie w robienie zdjęć koncertowych, mają teraz to na co.zasłużyli. Miejscowi popatrywali na nas, aż w końcu wysłali do mnie kobitę z pytaniem czy ja i wokalista jesteśmy braćmi, bo zaczęli już robić zakłady.
Część składu miała tego dnia nocki, nie siedzieliśmy więc za długo. Radosny podwiózł nas więc do NewPort (Przez most oczywiście:)), gdzie ponad matowym lustrem Martwej Wisły płonął ogień, pachniały smakowicie karkówki, a młodość mieszała się ze starością na pachnącej słońcem trawie. Dziewczyny w wiankach, Boros obiecujący ze sceny, że koncert zaraz się odbędzie i dziewczyny jadą już z Warszawy, a tuż obok zupełnie nierealnie z błękitu wynurzały się sennie i w zupełnej ciszy wielkie kadłuby przepływających statków, niczym ruchome fortece.
Nie wiem kim były te laski ubrane w niekształtne różowe worki, które w końcu zaczęły śpiewać ze sceny, ale śpiewały zajebiście. Raczej nie były to obiecane Świetliki. W każdym razie niesieni przez ich głosy szliśmy wzdłuż okrytego cieniem drzew starego cmentarza. Rozrzucone w mroku płonęły znicze niczym chińskie lampiony, grały cykady a my szliśmy przez to namacalnie ciepłe, przeszywające indygo letniego sylwestra w kierunku lampionów wznoszących się w noc znad Brzeźna.
W sobotę za to Arki wywlekły nas na plaże w celu plażingu, narobiłem pełno zdjęć wypiętych pośladków Landryny, przepływających stadami pirackich statków i opaliłem sobie od tyłu łydki, co jest cokolwiek dziwaczne.
Nasz szef rozstał się burzliwie z jednym
z obiektów. Przyjeżdżamy po nasz sprzęt,
ochrona nie chce nas wpuścić, nagle z
budynku wybiega taka Wydra co to nam
cały czas zatruwała życie i ze złośliwą
satysfakcją w głosie pyta:
- A panowie tu po co?
Na to ja z krzywym uśmiechem:
- Po panią...
*
wybuchy jądrowe i wojnę chemiczną,
to czym do kurwy nędzy jest Raid?
(sieć)
Czytałem do drugiej w nocy World war Z i jestem dzisiaj śnięty i ogólnie wkurwiony. W Empiku nadal trwa wielka wyprzedaż za dychę, miałem więc plecak wyładowany pod korek. Jakiś dres w tramwaju zapałał do mnie gwałtownym uczuciem gdy nie puściłem go w drzwiach (chodzi na siłkę, to ma siłę poczekać).Najpierw go uprzejmie osrałem, ale gdy nie był w stanie skończyć, upatrzyłem sobie w szybie jego lokalizację, po czym odwróciłem się gwałtownie z tym plecakiem i spytałem "słucham?" do miejsca w którym jeszcze przed chwilą był. To był ten tramwaj ze schodami, więc jak już się podniósł to stwierdził że stoi z twarzą na wysokości mojego serdecznego kopa i burcząc udał się na koniec wozu.
A ostatnio było tak pięknie. W piątek wieczorem upakowaliśmy siebie i piwa do Cytryny Radosnego i ruszyliśmy na koncert CDNów do Świbna, które okazało się Sobieszewem. Po drodze wiele radości dostarczyło nam odkrycie, że Basia panicznie boi się mostu pontonowego. Całą drogę więc od Rafinerii snuliśmy opowieści z krypty, że ten most jest taki solidny i prawie nieprzerdzewiały, tylko raz kolesiowi, który pływał pod nim kajakiem wiosło wbiło się w jeden z pontonów. Tłumaczyliśmy jej długo i cierpliwie, że od wojny most zerwał się zaledwie dwa razy i wcale tak daleko nie odpłynął, i wcale nie spadło z niego tyle samochodów wypełnionych wrzeszczącymi pasażerami ile mówią... Jak dojechaliśmy do mostu była gotowa, do tego jeszcze przed nami jechał autobus, więc deski strzelały spod niego z hukiem a pontony uginały się widowiskowo, Basiolinda wrzeszczała melodyjnie przez całą drogę na drugi brzeg, jak na kolejce górskiej.
Chłopaki zagrali z przytupem pierwszy raz testując w składzie nowego basistę i Kudłatego, wrobili mnie w robienie zdjęć koncertowych, mają teraz to na co.zasłużyli. Miejscowi popatrywali na nas, aż w końcu wysłali do mnie kobitę z pytaniem czy ja i wokalista jesteśmy braćmi, bo zaczęli już robić zakłady.
Część składu miała tego dnia nocki, nie siedzieliśmy więc za długo. Radosny podwiózł nas więc do NewPort (Przez most oczywiście:)), gdzie ponad matowym lustrem Martwej Wisły płonął ogień, pachniały smakowicie karkówki, a młodość mieszała się ze starością na pachnącej słońcem trawie. Dziewczyny w wiankach, Boros obiecujący ze sceny, że koncert zaraz się odbędzie i dziewczyny jadą już z Warszawy, a tuż obok zupełnie nierealnie z błękitu wynurzały się sennie i w zupełnej ciszy wielkie kadłuby przepływających statków, niczym ruchome fortece.
Nie wiem kim były te laski ubrane w niekształtne różowe worki, które w końcu zaczęły śpiewać ze sceny, ale śpiewały zajebiście. Raczej nie były to obiecane Świetliki. W każdym razie niesieni przez ich głosy szliśmy wzdłuż okrytego cieniem drzew starego cmentarza. Rozrzucone w mroku płonęły znicze niczym chińskie lampiony, grały cykady a my szliśmy przez to namacalnie ciepłe, przeszywające indygo letniego sylwestra w kierunku lampionów wznoszących się w noc znad Brzeźna.
W sobotę za to Arki wywlekły nas na plaże w celu plażingu, narobiłem pełno zdjęć wypiętych pośladków Landryny, przepływających stadami pirackich statków i opaliłem sobie od tyłu łydki, co jest cokolwiek dziwaczne.
Nasz szef rozstał się burzliwie z jednym
z obiektów. Przyjeżdżamy po nasz sprzęt,
ochrona nie chce nas wpuścić, nagle z
budynku wybiega taka Wydra co to nam
cały czas zatruwała życie i ze złośliwą
satysfakcją w głosie pyta:
- A panowie tu po co?
Na to ja z krzywym uśmiechem:
- Po panią...
*
wtorek, 18 czerwca 2013
Wolałbym osobiście naszczać na smoka
Kochanie czy dużym nietaktem
będzie pójście na polsatowski
Top Trendy w kurtce TVNu?
Ciemność wypełniają gwiazdy, zapach grillowanej tkanki i dym z węgla drzewnego. Szanty niosą się nad łąkami Wiślinki, Kudłaty brzdąka na gitarze swój "Żółty kajak", Przyszywani synowie Radosnego wtórują mu znając tylko refren. Dinozaury szantowej sceny, ostatnie CDNy, ludzie od robót prostych a ciężkich, dosadnie składa się wiersz nieskomplikowanego odpoczynku.
Brak drew do ognia nie był problemem, w odblasku zachodzącego słońca błysnęły ostrza siekier a pośród płomieni trzaskały wkrótce wesoło jakieś biurka, szafki i coś co przez moment płonęło na zielono a potem zrobiło psytpsytpsyt i odleciało na północ. wszyscy śpiewali tę samą piosenkę, ale każdy własną. Wiozła nas stamtąd przez noc dziewczyna ratująca wcześniaki w szpitalu na Zaspie. Cud że te balangi w cieniu rafineryjnych zbiorników nie zakończyły się jakimś ognistym grzybem. W Brzeźnie pewnie biliby brawo... oczywiście dopiero po przejściu fali uderzeniowej.
Wpadliśmy też na drugi dzień Top Trendy, ja po to by zobaczyć Lisowską, po co Szponiasta - nie pytałem. Była wierchuszka młodej polskiej muzyki i bawiliśmy się nieźle, szczególnie, że gdy gasły kamery i prowadzący odwalali takie numery, że człowiek mógł w końcu zapomnieć, że żyje w kraju cichej acz nieustępliwej cenzury obyczajowej. W pewnym momencie cały amfiteatr zaśpiewał "Ona tańczy dla mnie", a kolesie ze sceny stwierdzili, że nikogo by to nie śmieszyło gdyby śpiewał to kto inny niż Weekend. Po czym zaczęli śpiewać różnymi stylami: łzawą Górniak, chrypiącego Stachurskiego, ale mistrzostwem świata było wykonanie al'a Cugowski. Według nas powinien wygrać Lemon ze swoim "Napraw", nie wiem jak to wyglądało w TV, ale na miejscu mroziło krew w żyłach. Ludzie tak skakali na niektórych kawałkach, że trybuny zaczęły wibrować a lampy tańczyć na kablach, kubki podskakiwało i piwo lało się w dół kaskadami. W czasie części drugiej, gdy śpiewali ludzie znikąd, Nagle zgasł prąd. Momentalnie cała cudowność show biznesu, cały kolor i blichtr uleciały ukazując szarą podszewkę stygnących ekranów. Potem gdy wygrał dość bezbarwny i ogólnie żałosny młody Riedel i wszedł, a właściwie wykuśtykał o kulach by wykonać zwycięską piosenkę, nabijaliśmy się trochę, że pewnie za kulisami odbywa się już niezłe tankowanie i chłopina potknął się o 10 000 wolt.
O 1 w nocy na Monciaku są takie tłumy, że nie można się przedrzeć do morza.
W Empiku robią miejsce na półkach i z tyłu ustawili szafy pełne książek z dychę, obłowiłem się tak, że zataczałem się idąc do tramwaju. Osiemnastego wyszła nowa Honor, miałem ją 3 dni wcześniej i teraz już wiem WSZYSTKO.
Wszystko jest tam schludne do
niemożliwości, nikt się na nikogo
naprawdę nie wścieka, mówią np:
"Ty nikczemny huncwocie" zamiast
"Obyś srał jeżami!"
Johnson
*
będzie pójście na polsatowski
Top Trendy w kurtce TVNu?
Ciemność wypełniają gwiazdy, zapach grillowanej tkanki i dym z węgla drzewnego. Szanty niosą się nad łąkami Wiślinki, Kudłaty brzdąka na gitarze swój "Żółty kajak", Przyszywani synowie Radosnego wtórują mu znając tylko refren. Dinozaury szantowej sceny, ostatnie CDNy, ludzie od robót prostych a ciężkich, dosadnie składa się wiersz nieskomplikowanego odpoczynku.
Brak drew do ognia nie był problemem, w odblasku zachodzącego słońca błysnęły ostrza siekier a pośród płomieni trzaskały wkrótce wesoło jakieś biurka, szafki i coś co przez moment płonęło na zielono a potem zrobiło psytpsytpsyt i odleciało na północ. wszyscy śpiewali tę samą piosenkę, ale każdy własną. Wiozła nas stamtąd przez noc dziewczyna ratująca wcześniaki w szpitalu na Zaspie. Cud że te balangi w cieniu rafineryjnych zbiorników nie zakończyły się jakimś ognistym grzybem. W Brzeźnie pewnie biliby brawo... oczywiście dopiero po przejściu fali uderzeniowej.
Wpadliśmy też na drugi dzień Top Trendy, ja po to by zobaczyć Lisowską, po co Szponiasta - nie pytałem. Była wierchuszka młodej polskiej muzyki i bawiliśmy się nieźle, szczególnie, że gdy gasły kamery i prowadzący odwalali takie numery, że człowiek mógł w końcu zapomnieć, że żyje w kraju cichej acz nieustępliwej cenzury obyczajowej. W pewnym momencie cały amfiteatr zaśpiewał "Ona tańczy dla mnie", a kolesie ze sceny stwierdzili, że nikogo by to nie śmieszyło gdyby śpiewał to kto inny niż Weekend. Po czym zaczęli śpiewać różnymi stylami: łzawą Górniak, chrypiącego Stachurskiego, ale mistrzostwem świata było wykonanie al'a Cugowski. Według nas powinien wygrać Lemon ze swoim "Napraw", nie wiem jak to wyglądało w TV, ale na miejscu mroziło krew w żyłach. Ludzie tak skakali na niektórych kawałkach, że trybuny zaczęły wibrować a lampy tańczyć na kablach, kubki podskakiwało i piwo lało się w dół kaskadami. W czasie części drugiej, gdy śpiewali ludzie znikąd, Nagle zgasł prąd. Momentalnie cała cudowność show biznesu, cały kolor i blichtr uleciały ukazując szarą podszewkę stygnących ekranów. Potem gdy wygrał dość bezbarwny i ogólnie żałosny młody Riedel i wszedł, a właściwie wykuśtykał o kulach by wykonać zwycięską piosenkę, nabijaliśmy się trochę, że pewnie za kulisami odbywa się już niezłe tankowanie i chłopina potknął się o 10 000 wolt.
O 1 w nocy na Monciaku są takie tłumy, że nie można się przedrzeć do morza.
W Empiku robią miejsce na półkach i z tyłu ustawili szafy pełne książek z dychę, obłowiłem się tak, że zataczałem się idąc do tramwaju. Osiemnastego wyszła nowa Honor, miałem ją 3 dni wcześniej i teraz już wiem WSZYSTKO.
Wszystko jest tam schludne do
niemożliwości, nikt się na nikogo
naprawdę nie wścieka, mówią np:
"Ty nikczemny huncwocie" zamiast
"Obyś srał jeżami!"
Johnson
*
Subskrybuj:
Posty (Atom)