piątek, 5 lipca 2013

Człowiek z popiołem na butach

Duda, młody kundelek, chciałby
być Wałęsą. Niestety, aby być
Wałęsą trzeba być Wałęsą

Przerzuciłem dziś sześć ton oślizgłych kamieni. Czuję się świetnie. Zapewne jutro będę płakał kwasem solnym , a moje ciało zamieni się w coś kruchego i popękanego, ale dziś jestem w zajebistym, pełnym różowych rozbłysków i szczęśliwych koników, świecie endorfin.
Te kamienie to wiecie, w zacisznym cieniu  małych pałacyków WhiteTown. Tworzyliśmy coś pięknego, co rodziło się w upale z naszego potu i krwi. Tuż za moimi plecami przetoczyło się powoli żółte ferrari, płaskie jak stół i wielkie jak lotniskowiec. Kiedyś, dawno, dawno temu mój starszy prorokował mi, że jak nie wdrożę się w meandry edukacji to skończę kopiąc rów przy jakiejś drodze, a moi koledzy będą przejeżdżać obok wypasionymi furami i patrzeć na mnie. Przypomniałem to sobie i uśmiechnąłem się, trzy kierunki studiów, kursy, książki a przeznaczenie i tak cię dogoni. Tyle że wbrew proroctwom Kiszczańskiej Wyroczni gówno mnie to obchodzi.
W zeszły weekend byliśmy na Bazunie w Przywidzu, u naszych stóp drżały lekko jeziora odbijając światła a na niebie pieniły się gwiazdy. Koncerty grzmiały w kamiennych trzewiach starej stadniny do której drogę wskazał nam miejscowy monsieur la mer. Dźwięk gitar ponad rozgrzaną trawą, ponad wzgórzami. i  spadzistymi dachami.  Przyjaciele, zapach strawy i piwo, piwo, złociste oceany piwa. Szponiasta radziła żebym nie wypuszczał z rąk pustych butelek, bo inaczej Radosny automatycznie i najwyraźniej bez udziału świadomości otwierał następne.
Nocne przygody, zadziwiające pomyłki i drewniane miecze. Drżący odblask słońca na wodzie, Tofik z Agą i Gonzem na pomoście z wędkami i dzieciaki Radosnych konwersujące z kaczkami. Czy też epicka odsłona rycerskiego pojedynku, w którym obaj uczestnicy wyglądali jak świeżo reanimowane zombie a ich straszliwe wysiłki by cokolwiek nadziać na swe straszliwe ostrza były tyleż przerażające co nieskuteczne..
Nasze łóżka były w pierwszym pokoju, wracamy pośród nocy i mówię: Dam sobie uciąć lewe jajo, że Tofik będzie w naszym łóżku. No i był. Aga wywabiała przez 20 minut Gonza z łóżka Pazurkowatej. Wypełzł, wtedy zabrała się za wywabianie Tofika z mojego, nie wytrzymałem. "Daj, pokarzę ci jak to się robi", mówię zrywając kołdrę i napotykając pełne skupionej nienawiści oczy zwiniętego w pozycji embrionalnej upiornego oseska w czapce bejsbolówce. Wyłaź z mojego łóżka! Wylazł.
Toudi z resztą ekipy mieszkali po drugiej stronie jeziora z większością zespołów,  wieczorami nad taflą biegły do nas gitarowe riffy i przepite głosy, Obok nas też mieszkał jakiś zespół, rano długowłosy koleś grał na pomoście na skrzypcach w kształcie litery S.
Minął już tydzień, suniemy po Mieście tam i z powrotem naszym krążownikiem i patrzymy na laseczki które wraz ze słońcem wypełzły spod jakiś wilgotnych kamieni i zasiedliły nagle swoimi długimi nogami okoliczne chodniki. Noce są gorące i rozbrzmiewają głosami wprost z tropików. Widzieliśmy też ostatnio pewną niezwykle interesującą reklamę - Roboty koszące! Musimy takie mieć. Szef przyjeżdża, a my spijamy pośrodku trawnika napoje chłodzące, a wokół nas pomykają wściekle warcząc roboty koszące, eksterminujące z cybernetyczną nienawiścią pędy konieczny i babki oraz wyskakujące z rykiem ze stoków w powietrze wprost na przechodzące matki z dziećmi. Ewentualnie Boss słyszy wieczorem pukanie, pyta "kto tam" a tam zza drzwi dobiega dyskretny pomruk 45 konnego silnika i szum wirujących ostrzy. Czekamy! Przyszłości Przybywaj!!!

Ja do Dana - Weź ze sobą Lenn
Radosny - Co będzie drzewo do
lasu nosił...
Ja - Ja swoją kłodę biorę ze sobą

*

niedziela, 23 czerwca 2013

Pomiędzy treścią życia a treścią żołądka

Jeżeli karaluchy mogą przetrwać
wybuchy jądrowe i wojnę chemiczną,
to czym do kurwy nędzy jest Raid?

(sieć)

Czytałem do drugiej w nocy World war Z i jestem dzisiaj śnięty i ogólnie wkurwiony. W Empiku nadal trwa wielka wyprzedaż za dychę, miałem więc plecak wyładowany pod korek. Jakiś dres w tramwaju zapałał do mnie gwałtownym uczuciem gdy nie puściłem go w drzwiach (chodzi na siłkę, to ma siłę poczekać).Najpierw go uprzejmie osrałem, ale gdy nie był w stanie skończyć, upatrzyłem sobie w szybie jego lokalizację, po czym odwróciłem się gwałtownie z tym plecakiem i spytałem "słucham?" do miejsca w którym jeszcze przed chwilą był. To był ten tramwaj ze schodami, więc jak już się podniósł to stwierdził że stoi z twarzą na wysokości mojego serdecznego kopa i burcząc udał się na koniec wozu.
A ostatnio było tak pięknie. W piątek wieczorem upakowaliśmy siebie i piwa do Cytryny Radosnego i ruszyliśmy na koncert CDNów do Świbna, które okazało się Sobieszewem. Po drodze wiele radości dostarczyło nam odkrycie, że Basia panicznie boi się mostu pontonowego. Całą drogę więc od Rafinerii snuliśmy opowieści z krypty, że ten most jest taki solidny i prawie nieprzerdzewiały, tylko raz kolesiowi, który pływał pod nim kajakiem wiosło wbiło się w jeden z pontonów. Tłumaczyliśmy jej długo i cierpliwie, że od wojny most zerwał się zaledwie dwa razy i wcale tak daleko nie odpłynął, i wcale nie spadło z niego tyle samochodów wypełnionych wrzeszczącymi pasażerami ile mówią... Jak dojechaliśmy do mostu była gotowa, do tego jeszcze przed nami jechał autobus, więc deski strzelały spod niego z hukiem a pontony uginały się widowiskowo, Basiolinda wrzeszczała melodyjnie przez całą drogę na drugi brzeg, jak na kolejce górskiej.
Chłopaki zagrali z przytupem pierwszy raz testując w składzie nowego basistę i Kudłatego, wrobili mnie w robienie zdjęć koncertowych, mają teraz to na co.zasłużyli. Miejscowi popatrywali na nas, aż w końcu wysłali do mnie kobitę z pytaniem czy ja i wokalista jesteśmy braćmi, bo zaczęli już robić zakłady.
Część składu miała tego dnia nocki, nie siedzieliśmy więc za długo. Radosny podwiózł nas więc do NewPort (Przez most oczywiście:)), gdzie ponad matowym lustrem Martwej Wisły płonął ogień, pachniały smakowicie karkówki, a młodość mieszała się ze starością na pachnącej słońcem trawie. Dziewczyny w wiankach, Boros obiecujący ze sceny, że koncert zaraz się odbędzie i dziewczyny jadą już z Warszawy, a tuż obok zupełnie nierealnie z błękitu wynurzały się sennie i w zupełnej ciszy wielkie kadłuby przepływających statków, niczym ruchome fortece.
Nie wiem kim były te laski ubrane w niekształtne różowe worki, które w końcu zaczęły śpiewać ze sceny, ale śpiewały zajebiście. Raczej nie były to obiecane Świetliki. W każdym razie niesieni przez ich głosy szliśmy wzdłuż okrytego cieniem drzew starego cmentarza. Rozrzucone w mroku płonęły znicze niczym chińskie lampiony, grały cykady a my szliśmy przez to namacalnie ciepłe, przeszywające indygo letniego sylwestra w kierunku lampionów wznoszących się w noc znad Brzeźna.
W sobotę za to Arki wywlekły nas na plaże w celu plażingu, narobiłem pełno zdjęć wypiętych pośladków Landryny, przepływających stadami  pirackich statków i opaliłem sobie od tyłu łydki, co jest cokolwiek dziwaczne.

Nasz szef rozstał się burzliwie z jednym
z obiektów. Przyjeżdżamy po nasz sprzęt,
ochrona nie chce nas wpuścić, nagle z
budynku wybiega taka Wydra co to nam
cały czas zatruwała życie i ze złośliwą
satysfakcją w głosie pyta:
- A panowie tu po co?
Na to ja z krzywym uśmiechem:
- Po panią...

*



wtorek, 18 czerwca 2013

Wolałbym osobiście naszczać na smoka

Kochanie czy dużym nietaktem
będzie pójście na polsatowski
Top Trendy w kurtce TVNu?


Ciemność wypełniają gwiazdy, zapach grillowanej tkanki i dym z węgla drzewnego. Szanty niosą się nad łąkami Wiślinki, Kudłaty brzdąka na gitarze swój "Żółty kajak", Przyszywani synowie Radosnego wtórują mu znając tylko refren. Dinozaury szantowej sceny, ostatnie CDNy, ludzie od robót prostych a ciężkich, dosadnie składa się wiersz nieskomplikowanego odpoczynku.
Brak drew do ognia nie był problemem, w odblasku zachodzącego słońca błysnęły ostrza siekier a pośród płomieni trzaskały wkrótce wesoło jakieś biurka, szafki i coś co przez moment płonęło na zielono a potem zrobiło psytpsytpsyt i odleciało na północ. wszyscy śpiewali tę samą piosenkę, ale każdy własną. Wiozła nas stamtąd przez noc dziewczyna ratująca wcześniaki w szpitalu na Zaspie. Cud że te balangi w cieniu rafineryjnych zbiorników nie zakończyły się jakimś ognistym grzybem. W Brzeźnie pewnie biliby brawo... oczywiście dopiero po przejściu fali uderzeniowej.
Wpadliśmy też na drugi dzień Top Trendy, ja po to by zobaczyć Lisowską, po co Szponiasta - nie pytałem. Była wierchuszka młodej polskiej muzyki i bawiliśmy się nieźle, szczególnie, że gdy gasły kamery i  prowadzący odwalali takie numery, że człowiek mógł w końcu zapomnieć, że żyje w kraju cichej acz nieustępliwej cenzury obyczajowej. W pewnym momencie cały amfiteatr zaśpiewał "Ona tańczy dla mnie", a kolesie ze sceny stwierdzili, że nikogo by to nie śmieszyło gdyby śpiewał to kto inny niż Weekend. Po czym zaczęli śpiewać różnymi stylami: łzawą Górniak, chrypiącego Stachurskiego, ale mistrzostwem świata było wykonanie al'a Cugowski. Według nas powinien wygrać Lemon ze swoim "Napraw", nie wiem jak to wyglądało w TV, ale na miejscu mroziło krew w żyłach. Ludzie tak skakali na niektórych kawałkach, że trybuny zaczęły wibrować a lampy tańczyć na kablach, kubki podskakiwało i piwo lało się w dół kaskadami. W czasie części drugiej, gdy śpiewali ludzie znikąd, Nagle zgasł prąd. Momentalnie cała cudowność show biznesu, cały kolor i blichtr uleciały ukazując szarą podszewkę stygnących ekranów. Potem gdy wygrał dość bezbarwny i ogólnie żałosny młody Riedel i wszedł, a właściwie wykuśtykał  o kulach by wykonać zwycięską piosenkę, nabijaliśmy się trochę, że pewnie za kulisami odbywa się już niezłe tankowanie i chłopina potknął się o 10 000 wolt.
O 1 w nocy na Monciaku są takie tłumy, że nie można się przedrzeć do morza.
W Empiku robią miejsce na półkach i z tyłu ustawili szafy pełne książek z dychę, obłowiłem się tak, że zataczałem się idąc do tramwaju.  Osiemnastego wyszła nowa Honor, miałem ją 3 dni wcześniej i teraz już wiem WSZYSTKO.

Wszystko jest tam schludne do
niemożliwości, nikt się na nikogo
naprawdę nie wścieka, mówią np:
"Ty nikczemny huncwocie" zamiast
"Obyś srał jeżami!"

Johnson

*

wtorek, 28 maja 2013

Pożeram śmiało ciało

Babcia - Dlaczego nie zetniesz włosów?
              Brzydkie to i gorące...
Ja -        A ty dlaczego trzymasz psa, ani to
              jajek nie znosi, ani mleka nie daje      

Nim nadejdą aniołki strzyżemy trawnik Pana Boga wzdłuż czternastowiecznych fundamentów. Stare kamienie spojone mchem. Żelazna pieczęć mierniczych jego wysokości Kajzera Wszechniemiec odciśnięta na ścianie  kościoła, wiatr porusza liśćmi i światłocieniami, pachnie gorące paliwo. Kocham zapach benzyny.
Matka Boska ponad poszarpaną folią i strzępami papieru, dziś ujawniamy światu co wierni złożyli na tej świętej ziemi od zeszłego lata. Cola ma smak nektaru bogów, droga na Gdańsk wiedzie przez zapach tarcicy w Kowalach.
Pierwszym potwierdzonym ewolucjonistą był Św Augustyn. Uważał, że dzieło stworzenia powstało w pewnym stanie wyjściowym, obdarzone potencjałem rozwoju i zmian. Podobno Bóg nie mógł stworzyć świata w 7 dni... ale właściwie ile trwa dzień Boga? Milisekundę, dzień, dziesięć tysięcy lat, miliard? Może wciąż mamy przedpołudnie dnia ósmego a   zapracowany Stwórca pracuje przy biurku ustawionym pośród dziewiczych, białych piasków tropikalnej plaży, a czasoprzestrzeń opalizując omywa mu stopy, jedna powolna fala za drugą.
Moja pamięć zawisa nagle na konturze Lady Pazurek stojącej w tle okna wypełnionego burzą. Błyskawice plączą się z jej  włosami,
Czterdziestka Radosnego, balkon ponad rozpadliną wypełniony mieszanką zapachu grillowanej karkówki, ziół i papierosowego dymu. Gitary i szanty śpiewane przez całą noc, podlewaną wściekłymi psami, czerwona  setka za setką. Rany jak ja dawno nie śpiewałem. Potem rozpostarte skrzydła nocy, rozbłyski błyskawic nad horyzontem, szczęk żelaza... lecz niestety, po nocy przychodzi dzień a po burzy spokój. Nagle ptaki budzą mnie tłukąc się do okien... Tupot białych mew, drapanie pterodaktyli i stepowanie kiwi, może nawet jedna czy dwa tąpnięcia dodo. Naprawdę bałem się wstać, czułem się jak walnięta młotkiem kryształowa waza, która wciąż zachowuje kształt o ile nikt jej nie dotknie. Leżałem tak sobie czując jak coś we mnie burczy, wije się i rusza, wyglądając co czas jakiś na świat moimi oczami. Malinami odbijało mi się do południa.
Trzeba będzie to powtórzyć.

- Znowu opis przyrody.
-Spoko, w tej książce opisy przyrody służą
  tylko i wyłącznie w doprowadzeniu  kogoś
  do jakiejś paszczy. Paszcza już tam jest.

(My)

*

środa, 15 maja 2013

Chciałaś upaść, to teraz leż

Po praniu:
- I co kocie , Perwol pogłębia czerń ubrań?
- Jawohl Perwol!

(My)

Grad wielkość kurzych jaj w Wielkopolsce, tornada we Włoszech, "Pojutrze" Emmericha też się tak zaczynało.
Próbowaliśmy ściąć mi włosy, scena: siedzę na golasa, nade mną Szponiasta niczym niczym litościwa bogini żniw czy inna  faraonica - rączki na boki w jednej maszynka w drugiej nożyczki - Trochę ich szkoda -  Nooo -  I długo rosły - I tak fajnie błyszczą... Włosy wygrały.
Wyspę Cegieł obili blachą, stalowa ściana wyrosła od strony Motławy. może w końcu z tego gruzowiska wzniosą się ku niebu ściany najnowszych spichlerzy. Znalazłem tez nową, ukrytą z lekka przed światem fontannę Neptuna, z tajemniczych przyczyn pachnie stęchlizną. Kupiłem pierwszą w moim życiu mangę i trochę czasu zajęło mi przyzwyczajenie się do czytania pod prąd.
W pracy dokończyliśmy z hukiem przyspieszony sezon wiosennych porządków. Kończymy zamiatanie dróg osiedlowych na Wawelskiej, nie chciało nam, się już tachać resztki gruntu w wiadrach, dyskretnie wmietliśmy go więc, że tak powiem, pod parking, na którym stała akurat czarna Alfa. Nagle zagulgotało coś trzy piętra wyżej, zaszumiało i z klatki wysypało się paru dresiarzy. Było bardzo, bardzo słonecznie, my przegrzani, zakurzeni jak niebożęta i nieludzko wkurwieni bo robotę wykonywaliśmy za jełopów, którzy nie tylko nie wykonali swojej części pracy ale dodatkowo nas oszukali... no i ściskaliśmy akurat w rękach czterokilowe, stalowe i finezyjnie wygięte miotły Fiskersa. Dresy wypadły z chmury kurzu i na widok wyrazu naszych fizjonomii gwałtownie wyhamowali. Zapanowała tzw krepująca cisza, którą w końcu przerwał Radosny niosącym szereg znaczeń pytaniem: Co, ryj swędzi?
Teraz już wzeszła szczęśliwa gwiazda wirujących ostrzy i zaczęliśmy sezon na koszenia. Jestem zielony, pachnę jak wiosna. Cały parter wypełnia buchający z moich ciuchów roboczych aromat zmasakrowanych ziół i traw, z kieszeni wysypują mi się rozwścieczone biedronki.
Kosiarki stały się częścią naszych ciał, dostaliśmy dwie nowiutkie maszyny, a rżniemy 4 obiekty dziennie.Przez skórę odbieramy każde drgnięcie stalowych ścięgien silników, czujemy każde skrobnięcie noża o kamień, płuca przepełnia organiczny zapach gorącej wachy i aromat masowego trawobójstwa. Spalone ręce, spalone twarze, wiatr we włosach, śmiech i pęd przez Miasto.
Radosny zakupił zgrzewkę koli po 79 groszy litrowa butelka.... Piliście kiedyś NRDowską kolę w małych buteleczkach? Smakuje tym samym lekarstwem, tyle że tamta była z reguły tak nagazowana, że wybuchała przez nos. Śmiejemy się, że można by to cholerstwo używać w charakterze politury do mebli, albo lać do baku podkaszarki.
Struna boli, przypomina, że już jutro mogę znowu paść i już leżeć do końca życia. Weronika postanawia umrzeć, Pułkownik Kiszczak postanawia iść pośród oblanych złotem popołudnia ścian Miasta Miast i przeczesywać przestrzeń ulic i zaułków echosondą swoich uczuć. Być może jutro mój czas się skończy w przepoconej pościeli i zmienianych przez żonę pampersach, ale na razie CIĄGLE TU JESTEM

Ja uromatyczniony - Kochanie, ukradłaś mi serce?
Szponiasta - Tak. Trzymam je w sejfie i jem razem
z innymi wiedźmami by zachować wieczną młodość.

...czasem lepiej nie pytać.

*

czwartek, 2 maja 2013

Czwartek to taki wicepiątek...

Hradani Bahzell Bahnakson z plemienia
Koniokradów nigdy nie chciał zostać
wybrankiem boga wojny. Niestety bóg
wojny nalegał.

(Weber)

To naprawdę deprymujące  Kiedyś uwielbiałem tu pisać. Teraz jednak gdy po jakiejś półgodzinie siedzenia kość ogonowa zmienia mi się w poligon w Semipałatyńsku odczuwam  do tego lekką niechęć, żeby nie powiedzieć, że jestem żywiołowo zainteresowany wszystkim poza tym. Ostatnio nawet gdy w końcu stanąłem  nad klawiaturą obudził się we mnie ukryty niewątpliwie od neolitu instynkt pierwszych rolników, po czym udałem się nawozić ogródek i przesadzać kwiatki. Zasadziłem nawet w donicy bazie, które od jakiegoś czasu stały w wazonie... inna sprawa, że stały tak długo aż puściły listki i korzenie.
W międzyczasie wydarzyło się całe mnóstwo rzeczy z których większość zdążyłem już zapomnieć. Pracuję, i jak na razie nic mi nie odpadło, choć nie narzekam na nadmiar komfortu. W wozie nie usiądę inaczej jak z butlą po koli wciśniętą w lędźwiowe okolice i pochylam się tak jakby bokiem. W sumie więcej klękam niż się pochylam, co mi przypomina, że muszę jeszcze jakoś zrzucić pozostałe 14 kilo nadwagi zanim eksplodują mi kolana. Ostatnio jednym ciągiem czyścimy wszystkie podziemne hale garażowe Trójmiasta. Po zimie miejscowy pył ma specyficzny chemiczno-solny skład, skutkiem czego oczy mamy czerwone jak króliki a w płucach dymiący krater Etny.
Moja rodzicielka tak dzielnie i żywiołowo świętowała ostatni dzień wolności przed powrotem ojca, że potknęła się o własne łóżko i strzaskała dokumentnie bark. Spędziliśmy z nią upojne godziny w szpitalu na Zaspie wożąc ją na wózku po rentgenach, ultrasonografach i salach zabiegowych skąd dobiegały jej upiorne wrzaski. Pooglądaliśmy sobie z jaką bezczelną pogardą i niepowstrzymaną skutecznością białe kitle gnają korytarzami staruszków w obięcia śmierci, coś obrzydliwego i nie do uwierzenia, jak instytucja stworzona przecież z założenia by służyć ludziom potrafi ich publicznie i okrutnie upodlić. Ciągle stoi mi przed oczyma jakiś dziadek z cewnikiem czarnym od krwi, którego płacząca żona przywiozła tego dnia trzeci raz do szpitala i uśmiechniętego konowała, który tłumaczył jej, że w szpitalu nie mogą jej pomóc i lepiej niech zmieni lekarza pierwszego kontaktu. Ostatnio łatwo się wkurwiam i gdy kolejny niedouczony, arogancki debil stanął nad moją matką i z pretensją zaczął ją wypytywać czemu zsiniała jej dłoń i nie ma w niej czucie, wziąłem go za fraki i wytłumaczyłem jak dziecku, że jak się zrobi za ciasny opatrunek i odetnie krążenie pod pachą, to tak się zwykle dzieje. Ostatecznie rodzicielka skończyła na stole i teraz może się cieszyć długą na palec blizną i zestawem tytanowych śrub. Przejście przez odprawę na lotnisku, już nigdy nie będzie takie samo.
A poza tym spokój, pusto, krzaki popierdalają.. Choć przyznam że czasem sam się zadziwiam, ostatnio zjadłem z puszki coś niemieckiego, co, co prawda miało termin ważności do 2016, ale nabyłem to drogą kupna w 2008.

- Co będziemy dzisiaj jeść?
- Demony przeszłości...
...
-Sprzątałeś lodówkę?

(My)

*

wtorek, 2 kwietnia 2013

Olbrzymie maleństwo

...i to brzmienie silnika. Przy pełnym
przyspieszeniu na pełnej mocy Aston
nie warczy ani nie wyje. Brzmi jak
najbardziej ekscytujące fragmenty
biblii. Brzmi jak apokalipsa.

(Clarkson)

Jutro wracam do pracy. Na zewnątrz pośród smug arktycznego wiatru rozwija kryształowe skrzydła nowa  epoka lodowcowa. W najśmielszych snach nie przypuszczałem, że będę odśnieżał w kwietniu, co najwyżej wirujące płatki kwiatów wiśni.Ciekawe czy uda mi się tak pracować, żeby struna mi znowu nie pękła. Zabawna rzecz ten kręgosłup, człowiek nie zdaje sobie sprawy że go ma póki nie zaboli. Ostatnio często śni mi się że się pochylam i wiążę sobie buty. Budzę się zaśliniony. Taka mała fantazja seksualna.
Lenn nadal się nie odzywa obrażona, że nie potrafi wychować własnego dziecka. Nadal wisi nam za światłowód, powinna dziękować wszystkim bogom, że telewizor był dobrze osadzony bo inaczej  pożegnałaby ze trzy pensje.
Stasiu z Void i Małym Boro wprowadzają się do mieszkania sąsiadującego przez ścianę z teściową. Śmieję się, że powinni jej wybić do kuchni okno bufetowe.
Landryna wpadła z Areckim i opisała ze szczegółami swój ślub, który odbędzie się zdaje w 2015. Ma wybrane już wszystko, od sali po sznurówki gorsetu i buciki z futerkiem na noc poślubną.. Nawet spróbowali 16 rodzajów tortu. Potem zagryźli je frytkami i mieli ciekawą noc.
Szponiasta zaś opisywała perypetie pewnego znajomego pana doktora, który pojechał dorobić sobie do Libii. Jak chciał pojechać na urlop, to przyjechał miejscowa bojówka wyposażona w broń maszynową i obiecała mu, że jak tylko się ruszy to dopadną go, jego rodzinę i poobcinają ręce pielęgniarkom. Gość zostawił tam samochód i kupę szmalu i przewędrował z przemytnikami, bez wiz i papierów, perę granic. (Chyba nie lubił za bardzo pielęgniarek). Teraz dzwonią do niego co czas jakiś i uprzejmie zachęcają by wrócił odebrać pensję...  Wrócilibyście?
Zadzwonił do mnie Seba podobno został już rozdziewiczony przez Czarny Ląd. Udał się z jakimś biznesem w głąb kontynentu i popieściła go malaria. Mówi że jak malaria cię polubi, to ci nie pomogą żadne piguły, ani płyny przeciw komarom.  Malaria jak wierna kochanka pozostanie już z tobą na zawsze. Ale ogólnie gość wydaje się zadowolony, drugie murzyniątko jest już w drodze i postawił warsztat mechaniczny, w którym odzyskuje metal z min morskich przynoszonych z zatoki przez pomocnych autochtonów. Żyć nie umierać.

Chcesz mi przeziębić piersi?
Wiesz jak głupio będą wyglądać
gdy zaczną kichać?

(Lady Pazurek)

*