wtorek, 15 czerwca 2010

Neutronowe skowronki, przewrócone do góry dnem kadłuby



Herbaciarka do mnie – Ty, ty...
Lenn – Samcze
Herbaciarka – Dzięki

O siódmej w niedzielę stukaliśmy do wrót Herbaciarni. W tle okna Herbaciarka zwlekała swoje apetyczne wdzięki z kanapy. Ci, którzy spijają płyny w ciągu dnia siedząc na tej kanapie nie wiedzą nawet, że moszczą ich tam jej pachnące sny. Idea spania we własnym lokalu mocno do mnie przemawia, to takie uroczo... staromodne. Jedliśmy ciastka na śniadanie ze wschodzącym światłem wpadającym rozżarzoną falą prosto w oczy. Dotelepała się Lennonka i poszliśmy w świat.
Poprowadziłem trzy panny meandrami ulic pokazując niezliczone szczegóły i szczególiki, które na ogół mija się nie widząc w drodze przez życie. Nie czułem się tam jednak specjalnie potrzebny. Szponiasta i Lenn już to wszystko widziały. Herbaciarka zaś była mocno spacyfikowana przez Lennonkę, która nawiązuje z nią jakąś mocną więź, mającą coś wspólnego z długimi rozmowami i częstymi uściskami.
Popatrzyliśmy na miejsce po Pierwszym Dworcu, na rampę skąd odjechali do Sztuthofu ostatni Żydzi. Zajrzeliśmy do grodzy, obejrzeliśmy dziewice. W tle majaczył Most Nierządnic. Potem wspięliśmy się w górę na bastiony by poszarpał nas wiatr pośród falujących jak pochyła woda traw.
Jednym z celów wyprawy było ostatnie zejście do wnętrz bastionu, zanim Miasto je zamknie. Niestety Miasto było szybsze. Nie przydały się te wszystkie ledowe latareczki oraz kilogram świec z Caritasu, którymi obciążyła mnie radośnie Pazurkowata. Mamy za to świetne zdjęcie Herbaciarki w pozycji strusia z głową włożoną w dół między kraty oraz z kuprem wypiętym, niczym jakieś wyzwanie, w stronę niebios.
Zaprowadziłem naszą kompanię na Żabi Kruk, gdzie L&H przesiadły się na kajak i ochoczo machając płetwami... pardon, wiosłami oddaliły ku dalekiej Wiśle Polskich Rzek. My zostaliśmy na brzegu z wielkim zdechłym dorszem, potem zaś natknęliśmy się na starego jeża, który wyraźnie coś kombinował. Ponownie wszyscy spotkali się w herbaciarni, gdzie przemoczona Lenn leżała głównie w stringach i kołderce a Herbaciarka zamówiła penne z łososiem i szpinakiem z Zielonego Smoka.
Na kajakową sobotnią propozycję zaś, Lenn, odpowiem ci w ten sposób. Ja mam odbite żebra a mój Szpon bojowy skręcił sobie subtelnie nóżkę i stłukł tyłek w archeologicznym wykopie, gdzieś pod Różynami. Ona więc nie będzie mogła podwinąć nogi a ja wiosłować. Przypuszczam, że stanowilibyśmy więc widok dość osobliwy. A poza tym panicznie boję się kajaków. Patologicznie nie ufam czemuś, co ma ruchomy środek ciężkości i wywołuje u mnie sny o przewracaniu się do góry nogami i topieniu się w wodzie do kolan.

Człowiek człowiekowi wilkiem,
a kiwi kiwi kiwi

(Sms od Lenn)

*

piątek, 11 czerwca 2010

Jakiś tytuł



Czego pragnęła Islandzka gospodarka?
Aby po śmierci jej prochy rozsypać
nad Europą

Mechaniczne potwory naszej pamięci. Opancerzone wspomnienia kroczą wśród drżącej tkanki miasta, wybrzuszając asfalty i rozglądając się wokół bateriami tysiącwatowych reflektorów. Podczerwień, ultrafiolet, indygo emanacji życiowych.  Wanadowe nozdrza składające się z setek ruchomych płytek poruszają się węsząc stygnącej smugi naszej obecności. Aż wreszcie nadejdzie ten dzień gdy stalowe bestie zmierzchu zatrzymają się i zdecydowanym ruchem najeżonego szponami manipulatora zerwą dach, a tam będziesz ty. Mały i nagi pod lodowatym niebem. I wtedy umrzesz. I może obudzisz się a może nie, i wtedy odetchniesz ostatni raz i będziesz wtedy sam w sobie. Tak czy inaczej.
Dziś na dzikich polach i obłędnych stokach wokół Cmentarnej Bramy, które z ostatecznym błyskiem szaleństwa w oczach, parskającą olejem i zionącą dymem niczym Etna kosiarką, karczowałem okoliczną dżunglę, niwelowałem przeszkody terenowe i ucinałem tak dobrze zaczętą egzystencję tysiąca niewinnych owadów, było 41 stopni. Wczoraj było niewiele mniej. Niebo było białe od mocy a na kosiarce wyblakła farba. Po robocie pognałem zaraz do Lidla, gdzie uruchomili klimatyzację, żeby połasić się do zimnego powietrza. Poza tym wczoraj będąc uprzejmym i przepuszczając jakiegoś typa, potknąłem się i odbiłem sobie żebra o barierkę. Wieczorek Czecha spędziłem w bandażu elastycznym i absorbując Warkę w ramach znieczulenia. Na razie chodzę nieco sztywno i staram się za głęboko nie oddychać.
Czech do każdego ze swoich wierszy miał opowieść. Ten zestawik szczególnie przypadł mi do mego czarnego serca: Wpadł do mnie do Swornych Gaci znajomy z dzieckiem. Głupszego chyba nie widziałem. Gdy pojechali a ja wytrzeźwiałem, zainspirował mnie do napisania tego wiersza:

„Tabu”

Dzieci są tabu i nie wolno ich krzywdzić
dlatego słusznie piętnuje się tych podstępnych dewiantów
sadystów, uwodzicieli i podobną swołocz

Ale sprawy przybierają obrót kryminalny
kiedy taki kilkuletni Manson
wbiega o świcie do twojego pokoju
gdzie śpisz po libacji
z krzykiem żebyś naprawił komputer
bo jego wojownik ciężko ranny
umiera
a wyczerpał już limit
żyć

Zabiłbyś gdybyś wiedział że to legalne
sprzedał na wolnym rynku
oddał do sekty
przebrał za jelonka Bambi i wywiózł do lasu
w sezonie polowań

*

czwartek, 10 czerwca 2010

Bit rzeczywistości



Aneczka jest taką przestraszoną
księżniczką, nimfą błotną wyjącą
z wieży...

(radio)

Stygnę. Przegrzany pancerz trzaska co jakiś czas wypromieniowując kolejny stopień. Celsjusze i Fahrenheity. Jestem przegrzany i z lekka nadtopiony, może nawet trochę dymię. Trzeci tydzień na dwóch etatach. Szef uznał, że pewnie będę się nudził zalecił mi więc dwudniowe pielenie pod zmieniającym się w novą słońcem, a gdy dopełzłem do szczęśliwego końca przywiózł kosiarkę. Kosiarka jest spalinowa, przekonam się więc w najbliższym czasie w jakiej temperaturze następuje samozapłon paliwa. Ostatecznie gdy upał pomiesza mi już w głowie będę mógł zawiesić tę machinę na ramieniu i biegając raźno po piętrach i pukając do kolejnych lokatorów urządzić orgię wirujących ostrzy i krwawych ochłapów. Jeśli ktoś się pisze na uczciwą rozrywkę to zapraszam.
Oglądaliśmy ostatnio u Sióstr „Ink”, whoa!, takie to proste a grzebie w otrzewnej i wypuszcza stada metalowych pluskiew na plecy, później żeby zrównoważyć ten zbyt ambitny stan obejrzeliśmy francuską „La Horde”, kto nie wierzy w brutalność francuskiej policji, temu polecam, żaden zombie nie był już potem taki sam. Dzisiaj może wyskoczymy stadnie na Morenę i zrobimy coś strasznego na wieczorku Czecha. Pewne dotrę tam prosto z roboty: śmierdzący i jeszcze z lekka się tlący. Będę łapał poetów i się przytulał.  
A tak w ogóle to jutro jest 3194 rocznica spalenia Troi...

- Dasz radę to przeliczyć?
- Kpisz ze mnie ty owłosiony,
szowinistyczny prosiaku?
- Daj spokój, każdy umie coś
innego, gdyby mnie ktoś
poprosił o wyliczenie silni
to najpierw zrobiłbym oczy
ze Shreka, a potem położyłbym
się i rozpłakał.

*

niedziela, 6 czerwca 2010

Skoncentrowałem się na bólu a on na mnie



...kopnięty w rzepkę kolanową
pracowicie wykonywał kołysankę
na plecach i wołał naprzemiennie
„matko” i „kurwa”. Żadna nie
przyszła.

(Dębski)

Wczoraj u Stasiów oglądaliśmy „Jak wytresować smoka”. W tle kotłowała się nietresowana Krewetka z nietresowanym Kotem Zwanym Ebolą, ostateczne ziarna chaosu rozsiewała Lennonka usiłując roztoczyć (znaczy rozsypać roztocza? Macie tu garść tych małych, szponiastych...) nad tym całym nietresowanym środowiskiem złudną przędzę kontroli. Ale spokojnie, było dobrze. Nikt nie został uduszony sprężyną z tapczanu ani utopiony w syropie Irish Cream, nawet, gdy po raz sto osiemdziesiąty ósmy włożył owłosiony, wraży łeb w środek ekranu. Impreza była nawet fajna, choć ostatecznie nie udało nam się odpalić „Koszmaru z ulicy wiązów”, żeby zapoznać Krewetkę z wujkiem Freadym i terminem „koszmar nocny”. Powrót przez osuwające się w letnią noc Miasto był ożywczy. Piętnastoletnie wysiłki rady miasta by przesunąć mentalnie naszą metropolię z północy na południe zaczynają przynosić skutki, ulice przesuwają się w cieplejsze strefy i Miasto powoli staje się miejscem, które nigdy nie śpi. Ciekaw jestem jak tego dokonali. Porozmieszczali chyba na co wyższych wieżach snajperów, którzy strzelają do emerytów – społeczników, za każdym razem gdy ci podnoszą słuchawkę telefonu.
A tak w ogóle Szponiasta mówi, że jak opisuję jakiś film to wygląda na jakiś inny film. Podobno na plus. Może to jakaś droga życiowa – udoskonalanie scenariuszy. Choć może lepiej i nie, bo rychło związek scenarzystów z Hollywood wymusi na Prezydencie Obamie prewencyjne bombardowanie okolic Miasta taktyczną bronią nuklearną, a potem będzie im głupio gdy nie trafią.

Wracam ze swoimi kompanami
z gór. Siedzimy we trzech w
przedziale. Smród potu, piwska
i nieogolone gęby. Wchodzi
konduktor: Pani tu wejdzie z
dzieckiem, są miejsca. Dziecko:
Nieee, tu nieee.

(Poranny sms od Marzana)

*

sobota, 5 czerwca 2010

Upiornie śliczne



Pazurkowata obrzynająca mi
ocalałe wypustki owłosienia
nożycami krawieckimi:
- Hm, kochanie, nie chciałbyś
zostać Van Goghiem?

Poprzednią notkę, z uwagi na zajęcie wszystkich pendrivów pornografią, musiałem dać Szponiastej na dyskietce. I to był błąd. Nie wiem czemu te dyskietki się tak psują, ta miała zaledwie szesnaście lat i oprócz notki mieściła kultową grę Warlords i Norton Commandera. Żali...
Tydzień minął mi upojnie na dwóch etatach, bo Stasiu Zwany pozostał na Kowalach by w deszczu i mgle wymieniać pracowicie z Danem ziemię w pewnym zapomnianym przez Allaha i administrację miejską ogródku. Pogoda była taka, że chciało się umrzeć jeszcze przed otwarciem oczu. Spód chmur był mniej więcej na wysokości ostatniego piętra Cmentarnej Bramy. Na ostatnim patrzyło się przez okno w zawiesistą biel, przez którą kotłując opar przemykały jakieś kształty, zapewne demony, krążące wokół wieży leżącego za miedzą kościoła. Kościół spłonął dwukrotnie, a budują go od czasów gierkowskich. Budują go na cmentarzu, a by położyć fundamenty rozwlekli spychaczami po pobliskim lesie niemieckie szkielety, co wiele zresztą wyjaśnia, jeśli ktoś oglądał takie filmy instruktażowe jak „Duch”, czy „Cmentarz dla zwierząt”, ale wracając na najwyższe piętro, wystarczyło zejść schodami o jeden podest w dół i ukazywał się siny świat stłoczony pod kipiącym, szarym stropem.
Najfajniej było w poniedziałek, gdy usuwałem czekoladowe babeczki, którymi jakiś weekendowy pasjonat psychopata zbombardował okolicę. Wiecie jak taka babeczka wygląda po upadku z szesnastego piętra? A wiecie jak daleko z szesnastego piętra taka babeczka może dolecieć? Dobrze, że wiatr przetoczył koło mnie ten okrągły papierek, bo w pierwszym odruchu pomyślałem, że krowy zaczęły latać, tudzież ktoś miał wyjątkowo uporczywe eksplodująco -  rozpryskowe rozwolnienie i naprawdę wielki żołądek...
A tak poza tym w katakumbach, gdzie gubią się najstarsi mieszkańcy poszukujący fitnessu, odnalazłem porzuconą i pokrytą kurzem bibliotekę Jehowych.  Książki, podręczniki kaznodziejstwa i zaczepiania na ulicy, sześć kilo „Przebudźcie się”... Teraz mam to wszystko w kanciapie i czytam na przerwach by poznać sekrety rzemiosła. Opracowywuję właśnie nieścisłości w proroctwach Daniela. Następnym razem gdy mnie dopadną spotka ich straszliwa niespodzianka.
Na Boże Ciało rozpogodziło się pięknie. Cholerny cios w czarne jak noc, asfaltowe serca ateistów. Dzień ten spędziłem na cztery sposoby: Na dworze, jedząc, przeprowadzając za pomocą armii Katalonii ostateczne rozwiązanie kwestii irokiezkiej oraz łaskocząc Pazurkowatą. Byliśmy u starszych, gdzie otrzymaliśmy śmiercionośną dawkę alkoholi i filmu Dżyngis Chan, który polegał mniej więcej na tym, że go ciągle łapali, a on ciągle uciekał. Tramwaj uciekł na minutę przed czasem, plaża była pełna ludzi i butelek a zmierzch długi i przepiękny nad rozległym horyzontem zatoki.

Lenn – Ty jesteś wielkim motylem
wpływającym na losy świata.
Wielkim trzmielem...
Ja – ...czymś co teoretycznie nie
powinno latać

*