piątek, 12 lutego 2010

Ile zła trzeba wyrządzić by ocalić dobro



No i tak, cholera,
budzę się rano a
tu znowu nie ma
Teleranka...

Wczoraj jak wracałem doma i z nieba znowu zaczęło opadać miękkimi megatonami to białe gówno, ogarnęła mnie dziwna pewność, że sobie dzisiaj znowu trochę powiosłujmy. I faktycznie, od rana machałem różową płetwą, Szuflą Zwaną Dziwką, mając do pomocy jednego z NeuPorciaków, który opowiadał jak to kiedyś miał maluchem 5 wypadków w tydzień, a gdy grzaliśmy się na klatce, przeglądał gazetki reklamowe, mrucząc pod nosem: Ale fajny dresik. Z tym maluchem to było niezłe, dał za niego 2 stówy, a za pierwszą stłuczkę dostał od kobity 350 złociszy. Nim na koniec tygodnia samochód ostatecznie oddał krew pod czymś większym i masywniejszym, wygenerował swoją wielokrotną wartość w twardej walucie. W ogóle ten koleś jest niezły, a wyboisty szlak jego egzystencji wyłożony jest pomiażdżonymi wrakami przeróżnych pojazdów. Raz nawet przypieprzył w niego radiowóz...
Jutro jedziemy na bój z lądolodem wielką ekipą na dwa samochody i trzy osiedla, a od poniedziałku zasiedlę zapewne na pełen etat Cmentarne Wieże wznoszące się nad Brętowem. Co nie wiecie gdzie dokładnie jest Brętowo? Spoko, miejscowi też nie wiedzą.

- No nie! To znowu  ta  jebana
 bulionetka Knorra! Trzeci raz!
- Nie patrz!- Krzyknęła rozdzierająco
Lady Pazurek zasłaniając moimi
rękami swoje oczy.

(My)

*

środa, 10 lutego 2010

23% polaków sądzi, że Słońce krąży wokół Ziemi



Przysięgi przy świetle gwiazd. Wódka wymieszana z krwią, pita z potłuczonych kieliszków i odciętych diamentem szyjek półlitrówek, z zakrętką u spodu. Wiatr co budzi las i zapach wiosny. Ponad lodową pustynią naszej zimowej egzystencji narasta coś i nabrzmiewa zapowiedzią ciepła i śpiewem szalonych ptaków. Brzeźno wypiło za moje zdrowie. Brzeźno wyśmiało kolejny krzyżyk, kamień milowy na drodze do bungalowu kostuchy, umiejscowionego koniecznie nad czarnobiałym jeziorem. Życzenia, klepanie po plecach, smród palonych szmat z rozżarzonych papierosów wypełniający płuca. W tej okolicy nie umiera się z przyczyn naturalnych.
Dziś o stopień na drabinie bytów wyżej – herbaciarnia. Zdeformowane plastycznie niedobitki Gratki i trochę przyjaciół. Chciałem zaprosić Yoru, ale w jednym pomieszczeniu będzie już i tak Lenn i Marzan, postanowiłem więc zmniejszyć ewentualnie ciężar potencjalnej katastrofy. Czym mniej rozwścieczonych kotów w worku tym lepiej. Choć z drugiej strony, ileż byłoby radości, gdybym zaprosił Lauera i wszystkie jego byłe... Wpuściłbym cały ten tłum do pomieszczenia bez okien, zatrzasnął drzwi i uciekł.
Na koniec etap trzeci, czyli rodzina. Pewnie jak zwykle coś powierzchownego, dyktowanego wyższą koniecznością. Czasem zastanawiam się czy jak Monte Christo nie powinienem nie jeść pod ich dachem. Z drugiej strony, ich dach nadal, teoretycznie jest moim dachem, więc idea wysublimowanej, cichej zemsty pozostanie raczej niezrealizowana.
Potem już tylko Święto Murarzy i nasza piąta rocznica. Uczcimy to pewnie idąc do kina na jakąś jatkę. I całując się w nosy i policzki, bo pewnie któreś znowu będzie chore, a nie doszliśmy jeszcze do tak ekstremalnego stopnia zażyłości, by zarażać się specjalnie nawzajem i siąpić z nosów w kropelkowej ekstazie wysokiej gorączki i cierpienia.

*

poniedziałek, 8 lutego 2010

Twój pastelowy uśmiech



Czy miałem na to ochotę?
Nie! Wolałem już przejść
się ulicami Teheranu w
koszulce z Gwiazdą
Dawida...

(Clarkson)

Ostatnio rozkuwaliśmy z wiecznej zmarzliny Chełm. Miejsce, które Niemcy zbudowali jako konkurencję dla Miasta. Miasto zareagowało jak zwykle w sposób spokojny i wyważony, spaliło i rozebrało konkurencję cegła po cegle do poziomu gruntu. Dopiero później Chełm się odtworzył ale już jako dzielnica, a wszytko to po to by po 6 godzinach stukania w pokrywę lodową nasze łopaty podwijały się fantazyjnie pod siebie, tworząc coś w rodzaju motyki. W każdym razie Bartek przyjął przy tej okazji do pracy dwóch spadochroniarzy z NewPort. Podwozili mnie potem pod ojczystego, brzeźnieńskiego Lidla, bo w końcu mieli po drodze. Wóz otwierał się tylko z zewnątrz, kolumny charcząc rzygały najnowszymi osiągnięciami sceny dance a kolesie byli osobliwie weseli. Z ulgą wydostałem się na zdrowe, przesiąknięte wyziewami z pobliskiego Siarkopolu powietrze i pomyślałem z rozrzewnieniem o czasach Wojny Trzydziestoletniej między naszymi dzielnicami. Kiedy to czas był jeszcze młody, policja nieśmiała, krew wypełniała rynsztoki a dwóch porciaków mogłoby podwieźć brzeźniaka jedynie na popiołowiska EC-2 w celu przytapiania w gliniance.
Czytam „Chaotyczne akty bezsensownej przemocy” Womacka i smuci mnie kierunek w jakim podąża akcja. Włosy mam już tak długie, że jak wychodzę spod prysznica i wszystkie układają mi się płasko do tyłu, to wyglądam jak Księciunio Ciemności. Jutro Kostucha przesunie kolejne ziarnko na liczydle mojego życia. Wszystko troszkę mnie boli, czuję się jednak bardziej zużyty niż uszkodzony, a to dość przyjemne i zapomniane już z lekka uczucie.
Lenn tymczasem połamała i  zmiażdżyła u siebie deskę klozetową. Twierdzi że poderwała się a deska pękła i że sprostuje cokolwiek o tym napiszę, ale my przecież znamy PRAWDĘ, a przed oczyma naszej wyobraźni przewija się przerażający dramat, kiedy to mocarne, przetykane nićmi organicznego tytanu poślady, rzucają się drapieżnie i miażdżą w swych mięsistych wargach niewinną deskę klozetową, po czym zgryzają ją na kruche strzępki. Oczywiście nie można nie wziąć pod uwagę opcji, że Lennonka jest zwyczajnie za tłusta i wkrótce na spacery będzie wychodziła przez okno za pomocą dźwigu.
Dan chcąc najwyraźniej uniknąć konieczności ciągłego zakupu łazienkowych utensyliów nabył drogą kupna przezroczystą deskę z zatopionymi w niej żyletkami i drutem kolczastym...

Zbliżając się do prawdy
oddalamy się od
rzeczywistości

(Lec)

*

środa, 3 lutego 2010

Ja pamiętam wszystko... inaczej



Budzisz się rano i nic
nie widzisz bo oczy
zostały w szklance

(Lenn reagując na opowieść Avatara o spaniu w szkłach kontaktowych)

Gdy po raz milion sześćdziesiąty ósmy zakończyliśmy odśnieżanie Schodów Do Nieba, wspiąłem się na ich szczyt i w roziskrzonej słońcem scenerii, wysoko ponad światem uniosłem ponad głowę szuflę i wydałem zuluski okrzyk zwycięstwa. Odbił się echem pośród budynków i ośnieżonych stoków morenowych wzgórz. Pomknął w górę i rozpłynął się pośród intensywnego błękitu nieba. Tryumf na jaki nas stać w świecie ogrodzonych parcel i dawno wygasłych ognisk.
Mamy w firmie jeszcze więcej żarówiasto różowych szufli, niedługo pewnie jeszcze otrzymamy wszyscy różowe, puchate kombinezony i będziemy firmą inną niż wszystkie...
Miejscowa przedstawicielka Emeryt Komando, która za każdym razem ciężko dyszy obserwując przez judasza jak sprzątam, dopadła Stasia Zwanego Czesiem, gdy nie spodziewając się niczego beztrosko rozpylał śnieg po okolicy niczym rozrzutnik obornika, i zarzuciła mu zamach na jej świętą pergolkę, nieśmiało wystawiającą lewy, górny rożek z trzymetrowej zaspy. Na nic zdały się tłumaczenia, że codziennie przerzucamy tu z 5 ton śniegu i mamy już trochę dość przenoszenia go 15 metrów przez podwórko po jednej łopacie na raz. Negocjacje nie przebiegły dobrze, albowiem zaobserwowałem udręczony ryk Stasiuli oraz szybującą ponad śnieżnymi równinami aluminiową szuflę. Ostatecznie ustaliliśmy, że rzeczoną pergolkę dyskretnie połamiemy na kawałki a potem będziemy twierdzić, że to korniki śnieżne. „No co nie słyszała pani o kornikach śnieżnych? Po 20 centów w kłębie, białe jak pośladki Jarka i Leszka. Widzieliśmy całe stadko jak raźno galopowało w kierunku  lasu...”.
Śnieg pada ostatnio na tyle często, że zaczęliśmy się już zastanawiać czy nie oczyszczać chodników za pomocą benzyny i zapałek. Zapewniłoby to odpowiednią skuteczność i oszczędziło sił i czasu, a ponadto zapewniło by nam zapewne lokalną sławę. Staszek Piroman i Kiszczak Żółty Kanister - „Podpalacze Chodników”, czyż to nie brzmi dumnie.
Zima chce nas złamać, jedyne co mnie pociesza to to, że Ostateczne Zwycięstwo i tak będzie nasze.
A tak poza tym szefowa spółdzielni, dla której z takim poświęceniem wypruwamy sobie podroby, jest albo niewidoma, albo niedorozwinięta, albo ma plan. Podejrzewam, że ktoś jej zwyczajnie posmarował żeby się nas stamtąd pozbyć. Według niej to co odśnieżone nie było odśnieżane, co sprzątnięte nie było sprzątane. Gdy się zapierdala po 6 – 7 dni w tygodniu po 6 – 8 godzin, i dostaje żałosny procent tego co powinno się zarobić, to ma się prawo oczekiwać odrobiny wdzięczności, a nie szykan, knucia za plecami i gróźb. Tak więc zdaje się wypowiadamy umowę i opuszczamy Dzielnicę Dziwnych Klatek. Dzięki niech będą Bogom Eternii, wreszcie skończą się te codzienne, półtoragodzinne wyprawy z jednego końca świata na drugi, walki z chronicznymi podkładaczami gum i niedorozwiniętymi kretynami, którzy nie potrafią się nauczyć, że drzwi otwiera się klamką. W końcu powracamy ze wsi do miasta.

Gdy stos pogrzebowy foki był
gotowy zapaliłem zapałkę i od
razu stało się dla mnie jasne, że
przesadziłem. Stos nie zajął się
ogniem. On eksplodował!
Siła wybuchu była niesamowita.
Wyglądało to jak Bejrut. Nic w
promieniu 50 metrów nie pozostało
takie samo. Oprócz foki...

(Clarkson)

*

wtorek, 2 lutego 2010

Parówki z martwych pszczół



...uważaj bo dostaniesz
moherozy i głowę pokryje
ci meszek

Na froncie w Redzie nasz ulubiony inspektor o uroku pitbulla, któremu właśnie nadepnęło się na jądra i aparycji ósmego pasażera Nostromo, usiłował nagabywać naszą firmową blond piękność rodem z radioaktywnych żużlowisk NewPort. Skutkiem czego do naszego szefa nadeszły doniesienia, że jest chamska i bezczelna. Powinien się cieszyć, że żyje, czasem, gdy obserwuję nasze dziewczyny odnoszę wrażenie, że pożerają samca po stosunku i zapijają early greyem.
Spomiędzy ryczących zamieci wypada na nas niespodziewanie, co czas jakiś, przepiękna pogoda. Skrzy się świeży śnieg, żarzą się stare cegły. Mam wrażenie, że to tak jak w tym opowiadaniu: „Kara mniejsza”, że co jakiś czas w piekle ściągają cię ze stołu sekcyjnego, gdzie leżysz powoli ćwiartowany, regenerują w specjalistycznych szpitalach twoje potwornie okaleczone ciało i puszczają, byś mógł żyć w sumie normalnie. A gdy wspomnienie bólu wyblaknie i odzyskasz nadzieję, chaps cię znowu na stół. No bo w końcu co to za kara, do której można przywyknąć?  
Tymczasem ustaliliśmy sobie ze Stasiem Zwanym Czesiem śnieżną hierarchię. On jest konserwatorem powierzchni płaskich a ja pofalowanych. Za każdym razem, gdy szef rozwozi po domach nasze pogruchotane i posieczone śniegiem na krwawe wstążki ciała, pędzą nas jeszcze pary euforii. Ciepło, muzyka, koniec pracy i ciała, które jeszcze nie zorientowały się, że już nie muszą niczym machać... Dostajemy takiej fazy i głupawki, że można by to spokojnie kręcić i sprzedawać. Wszyscy rechoczemy się i gulgoczemy, samochód tańczy w niekontrolowanych poślizgach, giną nieuważne zwierzęta...
Wciąż też nie opuszcza nas nadzieja, że z pobliskiego lotniska opadnie majestatycznie jakiś czarterowy Wizzair i przejedzie dokładnie przez te bloki i podwórka, pośród których toczy się nasza zawodowa gehenna. Jeden blok, drugi blok, trzeci blok, a na końcu pergolka, nabita na dziób niczym wisienka na ciastku. Ale spoko, o pergolce będzie następnym razem.

Przetoczcie mi do żył
nitro i zrzućcie na tą
dzielnicę z dużej
wysokości

*