...powrócą i wybuchnie znowu niekończąca
się wojna. Wojna o czas
(Dr Who)
Zaczyna się życie. Śledzę je z bezpośredniej bliskości, klęcząc w pierwotnym mule i dzieląc pożyteczne od niepożytecznych. Za moimi plecami ołowiana płyta nieba krwawi deszczem pełnym niespełnionych obietnic przemysłu ciężkiego i smolistych resztek czasów małej stabilizacji. Żydzi już dawno wsiąkli w ziemię. Rosną na nich przyszłe pokolenia. Tniemy lasy, padają pnie, woda drży w szklance, lecz to nie żaden stalowy tyranozaur, to tylko bezmyślna, pancerna świnia piSSlamu ryje racicami w żywej tkance naszej kultury. Cokolwiek się stanie pozostaniemy rozdarci na wieki. Kolejny mały, zakompleksiony człowieczek odnajdzie swe miejsce w historii.
Odcinam się, nie oglądam ociekających gównem wiadomości. Wylądowałem w przestrzeni, gdzie zaszyli się ludzie robiący zdjęcia. Całe dnie tworzę zdjęcia, sortuję zdjęcia, obrabiam zdjęcia. Potem je wrzucam i wszyscy na nie sobie głosujemy. To jak sport, śledzenie kolejnych fal głosów w takt obrotów Ziemi. Nocny przypływ gdy budzi się Ameryka, poranny przybój w czasie lanczu w Australii.
wyostrzył mi się gust, wyciekło co nieco samozadowolenia z samorodnego gennizmu. Obecnie drapię szklany sufit braków sprzętowych. Nocami mam mokre sny z long exposure, w dzień w powiewach wiatru niosących przekleństwa i krople szlamu zastanawiam się jak oni do cholery osiągają taki efekt "tłustego prześwietlenia" i jak zadżebiście wyglądałoby zrobione w ten sposób nocne zdjęcie zaułka koło Mariackiego po deszczu.
Mają puścić nowy sezon Hausa. Ja gotuje się wewnętrznie jeszcze po Dr Who. Kolejny dowód na związek niskiego budżetu z rozkwitem kreatywności. Choć ostatnio przyćmił wszystko starutki filmik na podstawie Kinga o pożeraczach czasu. Pierwszy raz oglądałem go naprawdę dawno temu i po niemiecku. Potem czytałem opowiadanie i tez byłem pod wrażeniem. zawsze uważałem, że King jest dobry, ale to nie oddaje miąszystości skali jego wizji. Idea że czas nie istnieje w sposób linowy, że rzeczywistość jest tworzona na bieżąco przed przejściem przez nią ludzkości a potem usuwana przez niepowstrzymane ścierwojady, że akt stworzenia nie nastąpił, lecz trwa w każdej sekundzie, a podróże w czasie są niemożliwe bo żadna przeszłość czy przyszłość nie istnieją... to zaiste rzuca na kolana.
...poznaje węchem rocznik wina...
u facetów też potrafi to zrobić.
(Figurantka)
*
sobota, 29 kwietnia 2017
piątek, 31 marca 2017
Wezwij mnie jeśli jeszcze potrafisz
Rozświetliła pokój niczym
pizza wypełniona dynamitem
(Sanderson)
Byliśmy w kinie z Agentką na koncercie Rammsteina z Paryżewa. Pierwszy raz zdarzyło mi się być na seansie na którym cała sala śpiewała.
Byliśmy tez na "Loganie". Podobał mi się, choć przepełnił mnie smutkiem, nie tylko ze względu na treść, ale też dlatego, że jest zamknięciem pewnej epoki w moim życiu, która nigdy nie miała się skończyć. Z X - manami znałem się od wczesnej szkoły średniej, kiedy to zakupywałem marnie drukowane komiksy przed wejściem do tramwaju a potem żując nieodżałowaną czekoladę alpenrahm wędrowałem przez nie w drodze do szkoły. Potem były filmy, seriale i więcej filmów i miało to trwać bez końca. Przecież oni wszyscy mieli przyszłość. Bezczelny Gambit, smukła Psychoke i Wolverine, dziki i niepowstrzymany niczym sama natura. Śmiertelnie niebezpieczny i bezpiecznie nieśmiertelny.
Wyszedłem z kina zdruzgotany, że nawet niekończące się opowieści mogą mieć koniec.
Tymczasem wiosna, okres bólu i rozpaczy ludzi pracujących w ogrodnictwie. Wziąłem dziś wolne i poszedłem do Wrzeszcza robić zdjęcia, bo wczoraj, po dwóch tygodniach wertykulacji, niekończącego się grabienia i tachania czterdziestokilowych worów, miałem ochotę wszystkim jebnąć, wyrzygać żółć w twarz świata a następnie się rozlecieć i spocząć stertą wilgotnych glutów pośród wschodzących stokrotek.
Byliśmy też na Sabatonie bawiąc się przednio, pomimo a może i dlatego, że jako saport wystąpili kolesie przebrani jako elfy i hobbitów z elektrycznymi gitarami (Na syntechu grał charczący nekromanta), mieli nawet szpiczaste uszka sterczące spośród srebrzystych włosów.
Szponiasta wkręciła mnie na jakiś serwis fotograficzny i o dziwo okazało się, że moje zdjęcia mają jednak jakąś wartość i głosują na nie luzie z całego globu. Ostatecznie nie mogłem się powstrzymać i wrzuciłem tam też zdjęcie, na którym, ubrany wyłącznie w skórzany płaszcz głaszczę żarówiasto- pomarańczowego, pluszowego hipopotama.
Każdy gatunek we wszechświecie
odczuwa nieuzasadniony lęk przed
ciemnością. otóż nie jest on nie-
uzasadniony...
(Dr Who)
*
pizza wypełniona dynamitem
(Sanderson)
Byliśmy w kinie z Agentką na koncercie Rammsteina z Paryżewa. Pierwszy raz zdarzyło mi się być na seansie na którym cała sala śpiewała.
Byliśmy tez na "Loganie". Podobał mi się, choć przepełnił mnie smutkiem, nie tylko ze względu na treść, ale też dlatego, że jest zamknięciem pewnej epoki w moim życiu, która nigdy nie miała się skończyć. Z X - manami znałem się od wczesnej szkoły średniej, kiedy to zakupywałem marnie drukowane komiksy przed wejściem do tramwaju a potem żując nieodżałowaną czekoladę alpenrahm wędrowałem przez nie w drodze do szkoły. Potem były filmy, seriale i więcej filmów i miało to trwać bez końca. Przecież oni wszyscy mieli przyszłość. Bezczelny Gambit, smukła Psychoke i Wolverine, dziki i niepowstrzymany niczym sama natura. Śmiertelnie niebezpieczny i bezpiecznie nieśmiertelny.
Wyszedłem z kina zdruzgotany, że nawet niekończące się opowieści mogą mieć koniec.
Tymczasem wiosna, okres bólu i rozpaczy ludzi pracujących w ogrodnictwie. Wziąłem dziś wolne i poszedłem do Wrzeszcza robić zdjęcia, bo wczoraj, po dwóch tygodniach wertykulacji, niekończącego się grabienia i tachania czterdziestokilowych worów, miałem ochotę wszystkim jebnąć, wyrzygać żółć w twarz świata a następnie się rozlecieć i spocząć stertą wilgotnych glutów pośród wschodzących stokrotek.
Byliśmy też na Sabatonie bawiąc się przednio, pomimo a może i dlatego, że jako saport wystąpili kolesie przebrani jako elfy i hobbitów z elektrycznymi gitarami (Na syntechu grał charczący nekromanta), mieli nawet szpiczaste uszka sterczące spośród srebrzystych włosów.
Szponiasta wkręciła mnie na jakiś serwis fotograficzny i o dziwo okazało się, że moje zdjęcia mają jednak jakąś wartość i głosują na nie luzie z całego globu. Ostatecznie nie mogłem się powstrzymać i wrzuciłem tam też zdjęcie, na którym, ubrany wyłącznie w skórzany płaszcz głaszczę żarówiasto- pomarańczowego, pluszowego hipopotama.
Każdy gatunek we wszechświecie
odczuwa nieuzasadniony lęk przed
ciemnością. otóż nie jest on nie-
uzasadniony...
(Dr Who)
*
poniedziałek, 30 stycznia 2017
Jutro nigdy nie przychodzi. zasypiasz, budzisz się i znów jest dziś
- No pokaż.
- kiedy ja się wstydzę.
- no pokaz czego się wstydzisz
(My)
W kościele jakieś pacholę w czasie intencji prosiło naszego szalonego ale jakże kochanego Stwórcę o śnieg. Ja zaś zupełnie świeżo wydobyty z paszczy śnieżnego potwora, wciąż gorący i z lekka przeżuty, widziałem tylko oczyma wyobraźni jak idę do przodu i topię bachora w chrzcielnicy pełnej płonącego metanolu.
Jak być może się domyślacie Czas Śnieżnego Armageddonu doświadczyłem z bezpośredniej bliskości, można więc powiedzieć że nurzałem twarz w jego puchatym, lodowatym futerku i skakałem po różnych lokacjach Miasta unikając jego drepczących i drapiących lodowymi pazurkami łapek.
To było piękne, gdy na 4 godziny przed świtem, w absolutnej ciszy rozstępowały się chmury. Na ziemię z bezgłośnym impetem opadał blask pełni, a z czarnego jak źrenica panny Atropos nieba spoglądał nagle w pełnej lodowatej chwały Orion. W samochodzie zbierała się słona woda, o nasze tanie radio uderzały i odpływały fale eteru, a ja kochałem każdą z tych pełnych bólu i determinacji chwil, kochałem nienawidzić.
Na początek był szesnastodniowy maraton, święto i łikendy zaistniały tylko w teorii. Drapaliśmy do imentu, do czarnego gonieni falą uderzeniową jakiejś chorej ambicji. W tak zwanym międzyczasie pojawiliśmy się w jakiejś fabryce gdzie mieliśmy nauczyć kobietę obsługi maszyny, gdy przyjechaliśmy, kobieta właśnie uciekała a sztab wymieniał tylko: zrobicie tą, tą i tą halę, te korytarze. W fabryce praca zdaje się nigdy nie ustaje. wytrawiają płytki elektroniczne. Brud jakbym doczyszczał powierzchnię księżyca. Wokół szalejące maszyny, ryk agregatów, wrzący kwas siarkowy i olej, Wszędzie jeźdźce wózki i ludzie wyszarpujący nam w wąskich przejściach kable. Jakiś koleś pojawiający się nie wiadomo skąd i mówiący: żebyśmy się pospieszyli, bo te opary są trujące i odrapany, metalowy pojemnik z napisem - złoto. Kurwa, normalnie jak zły sen. Było tak gorąco, że po 3 godzinach mycia zbiornik na ścieki był prawie pusty, za to to co było w środku poparzyło mi rękę.
Przez dwa tygodnie odśnieżaliśmy jedno z osiedli, informując sztab, że oprócz nas ktoś jeszcze je odśnieża. Po tym czasie okazało się, że to nie osiedle miało być odśnieżane, tylko promenada, które je przecinała. Odkuwaliśmy ją pół soboty.
Okazało się też, że mimo że jesteśmy najstarsi, mamy też niesamowite zdrowie, bo właściwie codziennie jeździliśmy robić dodatkowo obiekty tych, którzy "zachorowali".. Gdy niebo się przejaśniło a my wypełzliśmy z tego piekła, zostaliśmy wysłani w nagrodę na Obłuże, gdzie rekreacyjnie mieliśmy doczyścić klatki, a takie maleństwa po pięć pięter. Maleństwa okazały się być nieco większe, najmniejsze zdaje się 11 z podestami 22 i po każdym z tych pięter musiałem tachać 30-sto kilową, okablowaną gęsto bestię. A potem odstawiać taniec z maszyną która jednym delikatnym dotknięciem tarczy potrafi zmienić wycieraczkę w chmurę wirujących strzępków
Wiecie, że mój starszy potrafi jeszcze czasem powiedzieć mi z wyrzutem, że za mało się ruszam i powinienem ćwiczyć tudzież zapisać się na siłownie?
Po tym wszystkim okazało się, że nasza firma była jedną z najlepiej odśnieżających w 3city i szefa pokazali w Panoramie.
Szponiasta zrobiła ostatnio 9 kilometrów na lodowisku, odpalając jednocześnie endo mondo i tworząc na mapce twarzową plamę, tylko pomiar wysokości wskazywał że tafla miejscami wznosiła się w górę o 26 metrów, co ona tam robiła... i z kim?. Ja zaś ostatnio mam zastanawiający przypływ mocy, noszę po klatkach po dwa worki soli na raz, a w domu tańczę w ciemności aż niemal wybucha mi serce.
Wlekę się wypruty po drugim
odśnieżaniu tego dnia,dzwoni
telefon.
- Jak z pracy to mnie nie ma.
- Powiem, że jesteś w drugiej pracy.
(My)
*
- kiedy ja się wstydzę.
- no pokaz czego się wstydzisz
(My)
W kościele jakieś pacholę w czasie intencji prosiło naszego szalonego ale jakże kochanego Stwórcę o śnieg. Ja zaś zupełnie świeżo wydobyty z paszczy śnieżnego potwora, wciąż gorący i z lekka przeżuty, widziałem tylko oczyma wyobraźni jak idę do przodu i topię bachora w chrzcielnicy pełnej płonącego metanolu.
Jak być może się domyślacie Czas Śnieżnego Armageddonu doświadczyłem z bezpośredniej bliskości, można więc powiedzieć że nurzałem twarz w jego puchatym, lodowatym futerku i skakałem po różnych lokacjach Miasta unikając jego drepczących i drapiących lodowymi pazurkami łapek.
To było piękne, gdy na 4 godziny przed świtem, w absolutnej ciszy rozstępowały się chmury. Na ziemię z bezgłośnym impetem opadał blask pełni, a z czarnego jak źrenica panny Atropos nieba spoglądał nagle w pełnej lodowatej chwały Orion. W samochodzie zbierała się słona woda, o nasze tanie radio uderzały i odpływały fale eteru, a ja kochałem każdą z tych pełnych bólu i determinacji chwil, kochałem nienawidzić.
Na początek był szesnastodniowy maraton, święto i łikendy zaistniały tylko w teorii. Drapaliśmy do imentu, do czarnego gonieni falą uderzeniową jakiejś chorej ambicji. W tak zwanym międzyczasie pojawiliśmy się w jakiejś fabryce gdzie mieliśmy nauczyć kobietę obsługi maszyny, gdy przyjechaliśmy, kobieta właśnie uciekała a sztab wymieniał tylko: zrobicie tą, tą i tą halę, te korytarze. W fabryce praca zdaje się nigdy nie ustaje. wytrawiają płytki elektroniczne. Brud jakbym doczyszczał powierzchnię księżyca. Wokół szalejące maszyny, ryk agregatów, wrzący kwas siarkowy i olej, Wszędzie jeźdźce wózki i ludzie wyszarpujący nam w wąskich przejściach kable. Jakiś koleś pojawiający się nie wiadomo skąd i mówiący: żebyśmy się pospieszyli, bo te opary są trujące i odrapany, metalowy pojemnik z napisem - złoto. Kurwa, normalnie jak zły sen. Było tak gorąco, że po 3 godzinach mycia zbiornik na ścieki był prawie pusty, za to to co było w środku poparzyło mi rękę.
Przez dwa tygodnie odśnieżaliśmy jedno z osiedli, informując sztab, że oprócz nas ktoś jeszcze je odśnieża. Po tym czasie okazało się, że to nie osiedle miało być odśnieżane, tylko promenada, które je przecinała. Odkuwaliśmy ją pół soboty.
Okazało się też, że mimo że jesteśmy najstarsi, mamy też niesamowite zdrowie, bo właściwie codziennie jeździliśmy robić dodatkowo obiekty tych, którzy "zachorowali".. Gdy niebo się przejaśniło a my wypełzliśmy z tego piekła, zostaliśmy wysłani w nagrodę na Obłuże, gdzie rekreacyjnie mieliśmy doczyścić klatki, a takie maleństwa po pięć pięter. Maleństwa okazały się być nieco większe, najmniejsze zdaje się 11 z podestami 22 i po każdym z tych pięter musiałem tachać 30-sto kilową, okablowaną gęsto bestię. A potem odstawiać taniec z maszyną która jednym delikatnym dotknięciem tarczy potrafi zmienić wycieraczkę w chmurę wirujących strzępków
Wiecie, że mój starszy potrafi jeszcze czasem powiedzieć mi z wyrzutem, że za mało się ruszam i powinienem ćwiczyć tudzież zapisać się na siłownie?
Po tym wszystkim okazało się, że nasza firma była jedną z najlepiej odśnieżających w 3city i szefa pokazali w Panoramie.
Szponiasta zrobiła ostatnio 9 kilometrów na lodowisku, odpalając jednocześnie endo mondo i tworząc na mapce twarzową plamę, tylko pomiar wysokości wskazywał że tafla miejscami wznosiła się w górę o 26 metrów, co ona tam robiła... i z kim?. Ja zaś ostatnio mam zastanawiający przypływ mocy, noszę po klatkach po dwa worki soli na raz, a w domu tańczę w ciemności aż niemal wybucha mi serce.
Wlekę się wypruty po drugim
odśnieżaniu tego dnia,dzwoni
telefon.
- Jak z pracy to mnie nie ma.
- Powiem, że jesteś w drugiej pracy.
(My)
*
poniedziałek, 26 grudnia 2016
A w mych żyłach smuży się czysta coka cola
- Zobacz, mój pieprzyk robi
się coraz większy...
- może to ty robisz się coraz
mniejszy. kurczysz się ze starości.
- Dzięki, pomogło
(My)
Lenn jest ceniona w nowej pracy, ostatnio naprawiła faks, który stał zepsuty od pięciu lat. pół Akademii jest w szoku ( reszta się boi i układa w pokoju socjalnym stos z kartonów po insulinie ).. Słuchałem ostatnio przy świątecznym stole jak dwie szare eminencje tej szacownej instytucji, ważyły lennonkowe losy i myślę, że już nie musi się obawiać że kiedykolwiek będzie musiała oddać swoje stanowisko, kobiecie, którą teoretycznie zastępuje.
Ostatnio wysłano nas z maszyną byśmy doskrobali niemytą od 10 lat podłogę Wojewódzkiego Związku Pszczelarzy. To tam na górce ponad centrum gdzie był kiedyś urząd zdzierców podatkowych. Przyznam, że skamieniały cukier który równą warstwą utrwalił ślady pokoleń miodożerców ustanowił nam nowy wymiar naszego osobistego Stalingradu, natomiast sporo złośliwej radości przysporzyło nam czyszczenie wylanych lastryko wewnętrznych bebechów budynku, gdzie miejscowi, skarlali mieszkańcy odrywali z chrzęstem od podłogi przedpotopowe wycieraczki, ujawniając białe plamy i rechotali, że ma być o tak czysto. Po czym śmiejąc się w głos znikali w ciemnościach. Byłem tego dnia naprawdę w przekornym nastroju i im to lastryko naprawdę wyskrobałem do białości, a potem staliśmy z Boh i patrzyliśmy chichocząc pod nosem jak autochtoni zataczają się i odbijają od ścian oślepieni.
Biskupia Górka o świcie jest przepiękna. to jedna z tych dzielnic, korą władza ludowa, jako zbyt burżuazyjną, skazała na zagładę przez zapomnienie. Niczego tam nie remontowano, jak coś się rozpadało i zbyt nachylało nad ulicą to burzono. Za to co zostało do dzisiaj jest pięknie obdarte i stężałe w brunatny kryształ nostalgii, czas przeszły zalega po kątach wraz z kurzem porzuconych wspomnień i popiołem wojen. Z czasem mało co mnie wzrusza, ale gdy tak stałem na górze i patrzyłem jak róż i czerwień wchodzącego słońca wlewa się między stare ściany, skrzy się po zmatowiałych szybach, jak rozlewa się oleiście po wyślizganym bruku, to znów poczułem się przez sekundę młody, samotny i wspaniały jak anioł zagłady dopijający ostatnie krople słonecznego wina ponad płonącą Atlantydą... czy coś.
Byliśmy na "Łotrze". Z pewnością wielu ludzi się ze mną nie zgodzi, ale dla mnie to najlepszy odcinek od czasów starej trylogii. Wymęczona Szponiasta przysnęła na końcówce. Powiedziałem jej że wszyscy zginęli, zawsze jej tak mówię jak zaśnie na filmie. Więc ciii, nic jej nie mówcie niech ma dziewczyna niespodziankę.
A poza tym święta panie. mamy choinkę na baterie. dużo łazimy i przeraźliwie dużo jemy. Dziś po południu jedziemy zobaczyć iluminację Parku Oliwskiego, podobno w tym roku zrobili coś wyjątkowego.
Boha użarł pies sąsiadki:
- a szczepiony ten pies?
- Szczepiony, sąsiedzie, szczepiony.
- Ale i tak go spalę...
*
się coraz większy...
- może to ty robisz się coraz
mniejszy. kurczysz się ze starości.
- Dzięki, pomogło
(My)
Lenn jest ceniona w nowej pracy, ostatnio naprawiła faks, który stał zepsuty od pięciu lat. pół Akademii jest w szoku ( reszta się boi i układa w pokoju socjalnym stos z kartonów po insulinie ).. Słuchałem ostatnio przy świątecznym stole jak dwie szare eminencje tej szacownej instytucji, ważyły lennonkowe losy i myślę, że już nie musi się obawiać że kiedykolwiek będzie musiała oddać swoje stanowisko, kobiecie, którą teoretycznie zastępuje.
Ostatnio wysłano nas z maszyną byśmy doskrobali niemytą od 10 lat podłogę Wojewódzkiego Związku Pszczelarzy. To tam na górce ponad centrum gdzie był kiedyś urząd zdzierców podatkowych. Przyznam, że skamieniały cukier który równą warstwą utrwalił ślady pokoleń miodożerców ustanowił nam nowy wymiar naszego osobistego Stalingradu, natomiast sporo złośliwej radości przysporzyło nam czyszczenie wylanych lastryko wewnętrznych bebechów budynku, gdzie miejscowi, skarlali mieszkańcy odrywali z chrzęstem od podłogi przedpotopowe wycieraczki, ujawniając białe plamy i rechotali, że ma być o tak czysto. Po czym śmiejąc się w głos znikali w ciemnościach. Byłem tego dnia naprawdę w przekornym nastroju i im to lastryko naprawdę wyskrobałem do białości, a potem staliśmy z Boh i patrzyliśmy chichocząc pod nosem jak autochtoni zataczają się i odbijają od ścian oślepieni.
Biskupia Górka o świcie jest przepiękna. to jedna z tych dzielnic, korą władza ludowa, jako zbyt burżuazyjną, skazała na zagładę przez zapomnienie. Niczego tam nie remontowano, jak coś się rozpadało i zbyt nachylało nad ulicą to burzono. Za to co zostało do dzisiaj jest pięknie obdarte i stężałe w brunatny kryształ nostalgii, czas przeszły zalega po kątach wraz z kurzem porzuconych wspomnień i popiołem wojen. Z czasem mało co mnie wzrusza, ale gdy tak stałem na górze i patrzyłem jak róż i czerwień wchodzącego słońca wlewa się między stare ściany, skrzy się po zmatowiałych szybach, jak rozlewa się oleiście po wyślizganym bruku, to znów poczułem się przez sekundę młody, samotny i wspaniały jak anioł zagłady dopijający ostatnie krople słonecznego wina ponad płonącą Atlantydą... czy coś.
Byliśmy na "Łotrze". Z pewnością wielu ludzi się ze mną nie zgodzi, ale dla mnie to najlepszy odcinek od czasów starej trylogii. Wymęczona Szponiasta przysnęła na końcówce. Powiedziałem jej że wszyscy zginęli, zawsze jej tak mówię jak zaśnie na filmie. Więc ciii, nic jej nie mówcie niech ma dziewczyna niespodziankę.
A poza tym święta panie. mamy choinkę na baterie. dużo łazimy i przeraźliwie dużo jemy. Dziś po południu jedziemy zobaczyć iluminację Parku Oliwskiego, podobno w tym roku zrobili coś wyjątkowego.
Boha użarł pies sąsiadki:
- a szczepiony ten pies?
- Szczepiony, sąsiedzie, szczepiony.
- Ale i tak go spalę...
*
poniedziałek, 12 grudnia 2016
Dawno nie czułem zapachu piękna
Człowiek, którego błędy naprawiane
są przez dekadę jest godzien podziwu
(Oppenheimer)
Wracamy z Boh z firmowej wigilii. Idę do kierowcy kupić bilet, typ gmera w zakamarkach kokpitu, a ja leniwie oglądam deskę rozdzielczą. zegar, zegar, pentagram, 3 szóstki.... Wracam do Boh i mówię, że jedziemy autobusem szatana a kierowca ma upodobanie do niezwykłych naklejek.
Ja - Ciekawe kto to?
Boh - I dokąd nas wiezie?
Ja - No jak to? Do Brzeźna....rzeźna...rzeźna...
TA DA DA DAM
Mono panicznie boi się rekinów. Powtarzam: Panicznie. Co prawda ostatnio jakoś rzadziej nas odwiedza (Żelki, które kupiliśmy na spotkanie z nią i Areckim skamieniały i skruszyły się niczym pastelowe pozostałości jakiej cierpiącej na cukrzycę cywilizacji), ale wpadliśmy na wspaniały i prostoduszny w swym okrucieństwie pomysł. W Rumunii Poza Horyzontem zbudowali Aqua park w którym główną atrakcją jest zjeżdżalnia przechodząca przez akwarium z rekinami. Weźmiemy dziewczynę, nakarmimy do upęku tortem a potem zepchniemy zjeżdżalnią. Oczywiście na dole będzie stała kamera byśmy nie przeoczyli co wyleci.
Z Wiadomości z frontu zmagań z upływem czasu:
Ostatnio wpadł nam do magazynu tir i zwalił 15 ton soli drogowej, rozwoziliśmy ją potem po różnych mrocznych i wilgotnych miejscach od Stogów po Rumię, robiąc sobie przerwy na odśnieżanie i sypanie tegoż roztworu w zimnych godzinach przed świtem. Oczywiście Il Duce dał nam tradycyjne błogosławieństwo brzmiące: Jedźcie i sobie zróbcie. Osobiście wolałbym listę obiektów, jakieś wytyczne, kody, klucze czy numery do dziewczyn ...ale nie, bo, co mnie osobiście zawsze wzrusza do krwawych łez, "On Nam Ufa".
Ukoronowaniem było mycie maszyną przychodni na Morenie. Kobieta, którą mieliśmy przyuczyć, rzuciła tylko okiem na cieknące, bulgoczące i ogólnie duszące się własną mocą, niebieskie monstrum i odmówiła współpracy. Cóż, popatrzyliśmy jak z tętentem znika za rogiem, i umyliśmy okolicę samodzielnie. Zabraliśmy potem sprzęt a następnie dostałem serię smsów, w jednym w jednym krótkim zdaniu szef zmieścił dwa razy Qrwa. Byłem pod wrażeniem, choć wydaje się że mam tu do czynienia z jakimiś problemami z komunikacją.
Wymienialiśmy też ostatnio opony w naszym bolidzie. Wylądowaliśmy w Mechanicznej Wyspie przy jednej z posiniałych żył Brzeźna. Boh poszedł negocjować z morlokami w środku a ja snułem się niezobowiązująco po parkingu. Idę sobie, patrzę a na parkingu pośród samochodów przycupnął sobie z lekka zerodowany hertzer. Dla niewtajemniczonych: to takie małe nazistowskie pseudo działo samobieżne, które przy odrobinie psychopatycznej inwencji upchnęlibyście w kuchni... Bo fajnie byłoby mieć coś takiego w kuchni...
Osobiście byłem trochę zaskoczony, ale znajomi którym o tym opowiedziałem stwierdzili, że "On tam stał zawsze". Cóż poczułem się odrobinę niedoinformowany, chociaż wizja stojącego pośród piaszczystych łąk, osamotnionego narzędzia mordu podczas gdy wokół w przyspieszonym tempie rośnie Miasto, migają wschody słońca i przesuwają się lodowce poruszyło we mnie jakąś ciepła, tłustawą strunę.
Zaszyfrowaną wiadomość odkodowano, kiedy
promy zdążyły już wylądować. "Trzymajcie się z
dala! Roboty oszalały!" brzmiała. Grupa Dahla
stwierdziła to na krótko przed odkodowaniem
wiadomości, gdy jedna z maszyn posiekała
szeregowiec Lopez na plasterki. odległe krzyki,
dochodzące z głębi stacji, świadczyły o tym, że
również druga grupa przechodziła bolesny
proces poznawczy.
(Scalzi)
*
są przez dekadę jest godzien podziwu
(Oppenheimer)
Wracamy z Boh z firmowej wigilii. Idę do kierowcy kupić bilet, typ gmera w zakamarkach kokpitu, a ja leniwie oglądam deskę rozdzielczą. zegar, zegar, pentagram, 3 szóstki.... Wracam do Boh i mówię, że jedziemy autobusem szatana a kierowca ma upodobanie do niezwykłych naklejek.
Ja - Ciekawe kto to?
Boh - I dokąd nas wiezie?
Ja - No jak to? Do Brzeźna....rzeźna...rzeźna...
TA DA DA DAM
Mono panicznie boi się rekinów. Powtarzam: Panicznie. Co prawda ostatnio jakoś rzadziej nas odwiedza (Żelki, które kupiliśmy na spotkanie z nią i Areckim skamieniały i skruszyły się niczym pastelowe pozostałości jakiej cierpiącej na cukrzycę cywilizacji), ale wpadliśmy na wspaniały i prostoduszny w swym okrucieństwie pomysł. W Rumunii Poza Horyzontem zbudowali Aqua park w którym główną atrakcją jest zjeżdżalnia przechodząca przez akwarium z rekinami. Weźmiemy dziewczynę, nakarmimy do upęku tortem a potem zepchniemy zjeżdżalnią. Oczywiście na dole będzie stała kamera byśmy nie przeoczyli co wyleci.
Z Wiadomości z frontu zmagań z upływem czasu:
Ostatnio wpadł nam do magazynu tir i zwalił 15 ton soli drogowej, rozwoziliśmy ją potem po różnych mrocznych i wilgotnych miejscach od Stogów po Rumię, robiąc sobie przerwy na odśnieżanie i sypanie tegoż roztworu w zimnych godzinach przed świtem. Oczywiście Il Duce dał nam tradycyjne błogosławieństwo brzmiące: Jedźcie i sobie zróbcie. Osobiście wolałbym listę obiektów, jakieś wytyczne, kody, klucze czy numery do dziewczyn ...ale nie, bo, co mnie osobiście zawsze wzrusza do krwawych łez, "On Nam Ufa".
Ukoronowaniem było mycie maszyną przychodni na Morenie. Kobieta, którą mieliśmy przyuczyć, rzuciła tylko okiem na cieknące, bulgoczące i ogólnie duszące się własną mocą, niebieskie monstrum i odmówiła współpracy. Cóż, popatrzyliśmy jak z tętentem znika za rogiem, i umyliśmy okolicę samodzielnie. Zabraliśmy potem sprzęt a następnie dostałem serię smsów, w jednym w jednym krótkim zdaniu szef zmieścił dwa razy Qrwa. Byłem pod wrażeniem, choć wydaje się że mam tu do czynienia z jakimiś problemami z komunikacją.
Wymienialiśmy też ostatnio opony w naszym bolidzie. Wylądowaliśmy w Mechanicznej Wyspie przy jednej z posiniałych żył Brzeźna. Boh poszedł negocjować z morlokami w środku a ja snułem się niezobowiązująco po parkingu. Idę sobie, patrzę a na parkingu pośród samochodów przycupnął sobie z lekka zerodowany hertzer. Dla niewtajemniczonych: to takie małe nazistowskie pseudo działo samobieżne, które przy odrobinie psychopatycznej inwencji upchnęlibyście w kuchni... Bo fajnie byłoby mieć coś takiego w kuchni...
Osobiście byłem trochę zaskoczony, ale znajomi którym o tym opowiedziałem stwierdzili, że "On tam stał zawsze". Cóż poczułem się odrobinę niedoinformowany, chociaż wizja stojącego pośród piaszczystych łąk, osamotnionego narzędzia mordu podczas gdy wokół w przyspieszonym tempie rośnie Miasto, migają wschody słońca i przesuwają się lodowce poruszyło we mnie jakąś ciepła, tłustawą strunę.
Zaszyfrowaną wiadomość odkodowano, kiedy
promy zdążyły już wylądować. "Trzymajcie się z
dala! Roboty oszalały!" brzmiała. Grupa Dahla
stwierdziła to na krótko przed odkodowaniem
wiadomości, gdy jedna z maszyn posiekała
szeregowiec Lopez na plasterki. odległe krzyki,
dochodzące z głębi stacji, świadczyły o tym, że
również druga grupa przechodziła bolesny
proces poznawczy.
(Scalzi)
*
środa, 23 listopada 2016
Szklanym wzrokiem w dal wpatrzony niczym demon rozmarzony
- O tu masz coś twardego
- To żebra
- Aaa tu są.
(My)
Wczoraj u progu północy rozbierałem się do snu. W pokoju było ciemno, światło wpadało z korytarza podświetlając mój kontur.Spojrzałem przez okno a tam za płotem w otwartych drzwiach stała lokatorka sąsiadów. Dziewczę zdrowe z grzywą czarnych kręconych włosów, cyc jak miech, udo jak moje dwa, ale wszystko harmonijnie rozłożone i aktualnie obleczone w czarne koronkowe body. Równoczesny moment obopólnego spostrzeżenia i obserwacji, w ciemności rozżarzył się węgielek papierosa, gdy płynnie przestąpiła z nogi na nogę a światło prześlizgnęło się po skórze jak w erotycznym majaku Chandlera. Bezszelestny rozbłysk legendy pin up na sekundę przed snem.
Ze wstydem przyznaję, że przez sekundę pomyślałem o zrobieniu zdjęcia. Ot tempora o mores, czyste przestępstwo na cudowności czasu przeszłego niedokonanego. Magia utrwalona szybko się utlenia.
Do Wenecji wjeżdża się długaśną groblą, którą Mussolini usypał wskroś laguny. Trafia się na dworzec z którego łodzie i statki rozwożą ludzi ku starówce. Staliśmy tam w złocie słonecznego poranka czekając na transport. Odwróciłem się plecami do przeszłości, oparłem nogę na zerodowanym gzymsie i zapatrzyłem w widnokrąg stałego lądu. To wręcz niesamowite cały brzeg od horyzontu po horyzont pokrywają stalową siecią rafinerie, fabryki i magazyny, stal i zawilgocony beton napierają industrialnym grzybem na zanieczyszczone wody laguny. Zachwyciłem się myślą jak to musi wyglądać nocą. milion świateł, aktyniczne rozbłyski spawarek i eksplodujące w powietrzu korony ognia nad kominami rafinerii.
Trwa przedłużone jesień, co prawda raz już odśnieżaliśmy, ale to były obiekty na Matarni a to się nie liczy bo w tamtej okolicy żyje zmutowany klimat. Żyjemy w świecie wilgoci ozdobionej niekończącym się ornamentem upadłych liści. Ktoś mi ostatnio wciskał, ze życie zaczyna się po 40, a ja mu na to, że czterdziestka to chwila gdy liść odrywa się od gałęzi, jeszcze leci, jeszcze wiruje, jeszcze zmienia kolory leząc wśród trawy, ale to wszystko nie zmienia faktu, że jest już gnijącym trupem po terminie przydatności. Na szczęście zawsze kochałem się w upadkach, są moim fetyszem, miłością i wysublimowanym, hobby. Mam przeczucie, że czeka mnie jazda mojego życia.
Szkoda że w dół.
Ostatnio szef ewakuował Pola, z jednego z tych dalekich obiektów, kryjących się na brzegu pryszcza wegetującego na samym skraju dupy wszechświata, czyli mniej więcej za Chwarznem. Umieszczono kolesia na żaglach na Zaspie, operację określono jako "black" a świadków zapewne uśmiercono, zalano betonem i obsadzono grządkami z patisonem. Nie byłbym oczywiście sobą, gdybym nie podrążyl. Okazało się że miejscowa administratorka była dla kolesia najwyraźniej zbyt miła, czy co tam, w efekcie zaczęła otrzymywać nocami gorące, ociekającą prostolinijną, tak rzecz ujmijmy, i rozdyszaną namiętnością. Szef ukrócił niestety rozwijający się romans, choć słyszałem, że administratorka dopytuje się o losy naszego Don Juana a może nawet i tęskni. Choć chyba nie na tyle by poprosic o zwrot rzeczonego.
Biorąc mikrofon w rękę staje się
jedną z fal radiowych, a światło, które
ma w środku zaczyna się jasno palić.
Jego duch wylewa się na drogę grzmotów
i mija napalmowe wybrzeże. miesza się z
ozonem i zmienia w najwyższego kapłana
prawdy dusz i świętego szumu na 60 Hz
(Shepard)
*
- To żebra
- Aaa tu są.
(My)
Wczoraj u progu północy rozbierałem się do snu. W pokoju było ciemno, światło wpadało z korytarza podświetlając mój kontur.Spojrzałem przez okno a tam za płotem w otwartych drzwiach stała lokatorka sąsiadów. Dziewczę zdrowe z grzywą czarnych kręconych włosów, cyc jak miech, udo jak moje dwa, ale wszystko harmonijnie rozłożone i aktualnie obleczone w czarne koronkowe body. Równoczesny moment obopólnego spostrzeżenia i obserwacji, w ciemności rozżarzył się węgielek papierosa, gdy płynnie przestąpiła z nogi na nogę a światło prześlizgnęło się po skórze jak w erotycznym majaku Chandlera. Bezszelestny rozbłysk legendy pin up na sekundę przed snem.
Ze wstydem przyznaję, że przez sekundę pomyślałem o zrobieniu zdjęcia. Ot tempora o mores, czyste przestępstwo na cudowności czasu przeszłego niedokonanego. Magia utrwalona szybko się utlenia.
Do Wenecji wjeżdża się długaśną groblą, którą Mussolini usypał wskroś laguny. Trafia się na dworzec z którego łodzie i statki rozwożą ludzi ku starówce. Staliśmy tam w złocie słonecznego poranka czekając na transport. Odwróciłem się plecami do przeszłości, oparłem nogę na zerodowanym gzymsie i zapatrzyłem w widnokrąg stałego lądu. To wręcz niesamowite cały brzeg od horyzontu po horyzont pokrywają stalową siecią rafinerie, fabryki i magazyny, stal i zawilgocony beton napierają industrialnym grzybem na zanieczyszczone wody laguny. Zachwyciłem się myślą jak to musi wyglądać nocą. milion świateł, aktyniczne rozbłyski spawarek i eksplodujące w powietrzu korony ognia nad kominami rafinerii.
Trwa przedłużone jesień, co prawda raz już odśnieżaliśmy, ale to były obiekty na Matarni a to się nie liczy bo w tamtej okolicy żyje zmutowany klimat. Żyjemy w świecie wilgoci ozdobionej niekończącym się ornamentem upadłych liści. Ktoś mi ostatnio wciskał, ze życie zaczyna się po 40, a ja mu na to, że czterdziestka to chwila gdy liść odrywa się od gałęzi, jeszcze leci, jeszcze wiruje, jeszcze zmienia kolory leząc wśród trawy, ale to wszystko nie zmienia faktu, że jest już gnijącym trupem po terminie przydatności. Na szczęście zawsze kochałem się w upadkach, są moim fetyszem, miłością i wysublimowanym, hobby. Mam przeczucie, że czeka mnie jazda mojego życia.
Szkoda że w dół.
Ostatnio szef ewakuował Pola, z jednego z tych dalekich obiektów, kryjących się na brzegu pryszcza wegetującego na samym skraju dupy wszechświata, czyli mniej więcej za Chwarznem. Umieszczono kolesia na żaglach na Zaspie, operację określono jako "black" a świadków zapewne uśmiercono, zalano betonem i obsadzono grządkami z patisonem. Nie byłbym oczywiście sobą, gdybym nie podrążyl. Okazało się że miejscowa administratorka była dla kolesia najwyraźniej zbyt miła, czy co tam, w efekcie zaczęła otrzymywać nocami gorące, ociekającą prostolinijną, tak rzecz ujmijmy, i rozdyszaną namiętnością. Szef ukrócił niestety rozwijający się romans, choć słyszałem, że administratorka dopytuje się o losy naszego Don Juana a może nawet i tęskni. Choć chyba nie na tyle by poprosic o zwrot rzeczonego.
Biorąc mikrofon w rękę staje się
jedną z fal radiowych, a światło, które
ma w środku zaczyna się jasno palić.
Jego duch wylewa się na drogę grzmotów
i mija napalmowe wybrzeże. miesza się z
ozonem i zmienia w najwyższego kapłana
prawdy dusz i świętego szumu na 60 Hz
(Shepard)
*
piątek, 21 października 2016
Nie przejmuj się starością. Dalej będziesz robił głupoty, tylko wolniej
Sprzed 6 roku życia zachowujemy jedynie
fragmenty wspomnień. Wymykają się nam
one, ponieważ świadomość, która je zrodziła
jest zbyt obca dla dorosłego umysłu
(Stirling)
Nie uważacie, że odkąd stolicę umiejscowiono w Warszawie Polska ma pecha?
Schnę i pozwalam by wypełniła mnie muzyka. Bit wali w mą skórę jak w bęben. Czuję się niezręcznie pośród od dawna nie odwiedzanych liter. Napięte frazy trzeszczą w ciemności mojego umysłu.
Na zewnątrz tort ułożony z szarości. Warstwy mgły, depresji i deszczu przykryte od góry sinym lukrem chmur. Taplam się w tej wilgoci, licząc czas tygodniami, brnę przez błota jesieni, oblepiony strzępkami umierającej trawy i korą, oglądając wieczorem serial o kolesiach w drogich garniturach.
Ze dwa tygodnie temu umarł po długiej chorobie Wujcio Szponiastej. 63 lata w stanie kapłańskim, 57 jako kapłan. Mszę prowadził biskup, baronowie kleru wymieniali się na mównicy, wszyscy go bardzo cenili, za mądrość, dobro, misje w ZSSR, nikt jakoś jednak nie opowiadał o tym jak to było gdy był zbyt chory by schodzić na posiłki, a żadem z zakonnych braci nie pofatygował się by głodnego nakarmić.
Msza w tym maleńkim kościółku ze zdmuchniętą przez wojnę kopuła, tuż obok dworca, Elżbiecie zdaje się. Świat dobijał się hałasem ze wszystkich stron. Strona rodziny była zajęta, usiedliśmy więc za grupą księży i zakonnic. Siedzimy sobie a tu nadchodzi więcej zakonnic i jeszcze więcej zakonnic, a potem jeszcze trochę. Myślałem, że ubraliśmy się na czarno, ale w tym czarnym oceanie byliśmy co najwyżej niezobowiązująco popielaci. Gdy dotarliśmy na Srebrzysko i wspinaliśmy wśród wirujących liści po stoku doliny, to był to chyba najczarniejszy kondukt żałobny w historii tego miejsca.
Tymczasem życie toczy się dalej. PiSSlam jątrzy się gnijącą raną na porcelanowej cerze Najjaśniejszej. Bezrozumna tłuszcza wielbi go wznosząc toasty sfinansowane przez 500+. Moja kochana, rodzinna babcia mówi mi ciągle, że jak nie będziemy mieć ze Szponiastą dzieci to się rozwiodę i znajdę kogoś innego. Ciekawe czy już ma kandydatkę? Ciekawe czy równie subtelną i przepojoną empatią jak ona. Załatwiliśmy Lenn robotę w budżetówce i teraz śmieję się, że Pazurzastej przyrosła kolejna macka z tych co to zapewnią jej kiedyś absolutną i niepodzielną władzę nad polską służbą zdrowia i podpiętym pod czułym na zaniki napięcia, respiratorem Kaczyńskim. No i babce uciekł pies psychopata. Powiedziałbym, żebyście uważali na kostki wychodząc z domu, ale niestety po 3 dniach się znalazł. Podobno biegał z obłędem w oczach w okolicach pętli Brzeźna, a teraz czeka na odbiór w schronisku. Mamy mieszane uczucia, nawet babcia. Bez bicia przyznaję, że milczący ogół naszego klanu, przyjął zniknięcie potwora z ulgą (toasty, uściski, pełen histerycznej ulgi chichot), nawet babcia snuła plany, że jak ktoś ze zwierzątkiem się zgłosi to mu powie, że może je zachować, a potem to już jego problem. Niestety wszystko wskazuje na to, że bestia powróci i sami będziemy musieli dyskretnie zalać ją w betonem.
Hipokryzja jest hołdem płaconym
cnocie przez występek
(Stirling)
*
fragmenty wspomnień. Wymykają się nam
one, ponieważ świadomość, która je zrodziła
jest zbyt obca dla dorosłego umysłu
(Stirling)
Nie uważacie, że odkąd stolicę umiejscowiono w Warszawie Polska ma pecha?
Schnę i pozwalam by wypełniła mnie muzyka. Bit wali w mą skórę jak w bęben. Czuję się niezręcznie pośród od dawna nie odwiedzanych liter. Napięte frazy trzeszczą w ciemności mojego umysłu.
Na zewnątrz tort ułożony z szarości. Warstwy mgły, depresji i deszczu przykryte od góry sinym lukrem chmur. Taplam się w tej wilgoci, licząc czas tygodniami, brnę przez błota jesieni, oblepiony strzępkami umierającej trawy i korą, oglądając wieczorem serial o kolesiach w drogich garniturach.
Ze dwa tygodnie temu umarł po długiej chorobie Wujcio Szponiastej. 63 lata w stanie kapłańskim, 57 jako kapłan. Mszę prowadził biskup, baronowie kleru wymieniali się na mównicy, wszyscy go bardzo cenili, za mądrość, dobro, misje w ZSSR, nikt jakoś jednak nie opowiadał o tym jak to było gdy był zbyt chory by schodzić na posiłki, a żadem z zakonnych braci nie pofatygował się by głodnego nakarmić.
Msza w tym maleńkim kościółku ze zdmuchniętą przez wojnę kopuła, tuż obok dworca, Elżbiecie zdaje się. Świat dobijał się hałasem ze wszystkich stron. Strona rodziny była zajęta, usiedliśmy więc za grupą księży i zakonnic. Siedzimy sobie a tu nadchodzi więcej zakonnic i jeszcze więcej zakonnic, a potem jeszcze trochę. Myślałem, że ubraliśmy się na czarno, ale w tym czarnym oceanie byliśmy co najwyżej niezobowiązująco popielaci. Gdy dotarliśmy na Srebrzysko i wspinaliśmy wśród wirujących liści po stoku doliny, to był to chyba najczarniejszy kondukt żałobny w historii tego miejsca.
Tymczasem życie toczy się dalej. PiSSlam jątrzy się gnijącą raną na porcelanowej cerze Najjaśniejszej. Bezrozumna tłuszcza wielbi go wznosząc toasty sfinansowane przez 500+. Moja kochana, rodzinna babcia mówi mi ciągle, że jak nie będziemy mieć ze Szponiastą dzieci to się rozwiodę i znajdę kogoś innego. Ciekawe czy już ma kandydatkę? Ciekawe czy równie subtelną i przepojoną empatią jak ona. Załatwiliśmy Lenn robotę w budżetówce i teraz śmieję się, że Pazurzastej przyrosła kolejna macka z tych co to zapewnią jej kiedyś absolutną i niepodzielną władzę nad polską służbą zdrowia i podpiętym pod czułym na zaniki napięcia, respiratorem Kaczyńskim. No i babce uciekł pies psychopata. Powiedziałbym, żebyście uważali na kostki wychodząc z domu, ale niestety po 3 dniach się znalazł. Podobno biegał z obłędem w oczach w okolicach pętli Brzeźna, a teraz czeka na odbiór w schronisku. Mamy mieszane uczucia, nawet babcia. Bez bicia przyznaję, że milczący ogół naszego klanu, przyjął zniknięcie potwora z ulgą (toasty, uściski, pełen histerycznej ulgi chichot), nawet babcia snuła plany, że jak ktoś ze zwierzątkiem się zgłosi to mu powie, że może je zachować, a potem to już jego problem. Niestety wszystko wskazuje na to, że bestia powróci i sami będziemy musieli dyskretnie zalać ją w betonem.
Hipokryzja jest hołdem płaconym
cnocie przez występek
(Stirling)
*
Subskrybuj:
Posty (Atom)