poniedziałek, 30 grudnia 2013

Serce nocy

Avatar - Jeszcze kawałek tortu?
Ja - Dzięki, jeszcze kawałek i wybuchnę
Dan - Daj mu, chcę to zobaczyć

Księżyc wschodzi, księżyc łowców, poród ciemności jęczą przetaczane pociągi, wpadający oknem srebrzysty blask sprawia że moja mikrochoinka wygląda jakby była obwieszona gwiezdnymi konstelacjami.  Po ośnieżaniu i rozkuwaniu świata na cześć i chwałę naszego przedsiębiorstwa, nasz genialny szef, który niech żyje wiecznie i jeden dzień dłużej, wysłał nas byśmy myli podziemia. Dotąd nie wiemy skąd wziął mu się ten niepowtarzalny pomysł, gdyż takich rzeczy nie robi się ludziom o tej porze roku i w tak zabójczych ilościach. Owinięci podrygującym, odpadającym od kości mięsem, z oczyma i płucami przepalonymi solnym pyłem zakończyliśmy ten maraton śmierci w wigilię, ale chyba tylko dlatego, że miejscowi wywalali nas na kopach z hal i stanowczo tłumaczyli przez telefon, że nie zapłacą.
Babka weszła mi którejś  nocy do domu twierdząc że nie dożyje rana i dzieliła się ze mną pierścionkami. Przyszła i przeszła pierwsza kolacja wigilijna z teściami. Siostra Szponiastej twierdzi że będącego w drodze syna nazwie Xawery, na cześć tajfunu. No nic
Przez słuchawki sączy się "tajemnica" Manczesteru. Jej pastelowy uśmiech...
W sumie nie ma o czym pisać, działo się wiele, ale rzeczy nie wykraczały poza pewien średni poziom zwykłości.. Żadnych magicznych fajerwerków, żadnych pachnących posoką spazmów duszy, które mógłbym wam rzucić na pożarcie
Świeci księżyc
A w jego świetle Śmierć wędruje zamyślona ulicami, spod pachy sypią się jej partytury Kilara, z ramienia zwisa nieśmiertelny  AK- 47, a ja myślałem, że Kałasznikow będzie żył wiecznie. Krok za krokiem po bruku, ku lasom i polom w kierunku Grenoble, gdzie w komie spoczywa Schumacher.
Wędrowałem dziś przez tą dziwną wiosnę w środku zimy. Zajrzałem na nadwyrężony ostatnimi sztormami Koniec Świata. W czasie sztormów morze wypluwa brud, który na co dzień do niego spuszczamy,  Ziemia pokryta chrzęszczącą skorupką plastikowych okruchów, nadtopione, ledwo rozpoznawalne kształty ludzkich intencji... i na Swarogą i gorącą, wilgotną Hermionę Granger w jego ramionach, nie wyobrażacie sobie nawet tej ilości zużytych prezerwatyw. Powiewają sobie z setek gałęzi i oczek płotu jak przezroczyste, wesołe chorągiewki.
Wracając przeszedłem spękaną ulicą Sybiraków, z której widoczne są już wraże rogatki Newport. W miejscu gdzie ulica ta wpada w zabudowę Brzeźna spoczywają, niczym rozrzucone, dziecięce klocki,  masywne bryły bunkrów dawnej twierdzy Brosen. Niewiele do dziś z niej zostało, jedna ściana czworoboku, fosa , podstawy dział 88. Teraz jet tu jeszcze gorzej, bo upadły działki, które kiedyś ludzie mieli wokół fortyfikacji. Wlazłem oczywiście w to nadgniłe rumowisko, bo w sumie uwielbiam takie klimaty, a poza tym robię w domu małe rewolucje i w ogólnym rozgardiaszu mogła się trafić deseczka 2,10 na 0.25.
Deski nie znalazłem za to w miejscu gdzie kiedyś dziadek Robaka trzymał zaiwanione skądś słupy oświetleniowe (stertę) i gdzie niegdyś w podstawie armaty płonęły nam błękitnym płomieniem kiełbaski ogniskowe, odkryłem całkiem nieźle zorganizowanie miasteczko bezdomnych. Oczywiście obskoczyli mnie zaraz łypiąc podejrzliwi, już miałem spytać o deseczce, a tu ktoś woła. Patrzę a tu obleczeni w 10 poszarzałych warstw, pijący jakiś roztwór ponad szachownicą z warcabami siedzą  Madison i Pineska. Zawołali poczęstowali. Dołożyłem im na kolejną butlę Spermy Szatana czy innego Kału Belzebuba i przez półtorej godziny wysłuchiwałem opowieści o tym jak w takie miejsce wędruje się z działu obsługi klienta Banku Millenium oraz, że zawsze należy spisać intercyzę przed ślubem. Wróciłem potem do domu i zacząłem składać szafki w kuchni w spokojnym przeświadczeniu, że nie jest źle, że zawsze może być gorzej.
Tymczasem wiatr niesie zapach dymu, może znad starego Brzeźna, może spośród bunkrów. Świeci księżyc, srebrzy parapet, srebrzy moje myśli. W słuchawkach "Medusa Xymox" I cant go on...

"Żyj szybko i intensywnie"
- sentencja na frontonie ZUSu

*

poniedziałek, 9 grudnia 2013

Pierdolona pacyna losu

Kto myśli o problemach ma problemy,
kto myśli o rozwiązaniach ma rozwiązania

(skądś)

I przybył z rykiem i przytupem zły duszek Ksawery. Zmiatając po drodze kominy fabryczne, dachy i linie wysokiego napięcia (ciągle nikt nie umieścił ich pod ziemią, ale na pewno ktoś kiedyś na to wpadnie). Około 4 nad ranem stanąłem pośród ciemności na skraju ośnieżonego lasu, niczym jakiś Hun spragniony krwi, łupów i dziewiczego osocza i spojrzałem przez kłęby wiatru w kierunku ludzkich sadyb, w tym wypadku 3żagli. Popatrzyłem i oniemiałem, ponad dachami trzech wież wirowały na wietrze jakieś monstrualne, białe kształty. Wirowały, omijały się, wznosiły, opadały... dopiero na miejscu, gdy już w zaciśniętych z atawistycznej grozy rękach mogłem z niemą fascynacją badać zjawisko, odkryłem, że to dwudziestokilowe pacyny śniegu unoszone huraganem z dachów. Krążyły sobie lekko a beztrosko w wirach powietrznych, po czym nieuchronnie zmierzały ku ziemi, na spotkanie chodników, samochodów i zaskoczonych matek z dziećmi.
Przez 12 i pół godziny mojej obecności na 3ż odśnieżyłem całość z 5 razy, łącznie z molem na górze i zataczając pętle i finezyjne piruety uniknąłem bezpośredniego trafienia. Na koniec wyszedł ochroniarz i kazał mi "wypierdalać bo zajebię się na śmierć". Chciałem powiedzieć przytomnie, że zajebanie się na śmierć to nie taka zła perspektywa i pewnie nie jeden by chciał, ale nadciągnął nasz Boss i ewakuował mnie nach hause. Bossy stanowi nasze ciężkie wsparcie, krążąc w ciemnościach starym, terenowym Nissanem, który przeraźliwie jęczy i grzechocze, a z przodu smętnie zwisa mu pług, który należy ciągle podnosić bo opada. No więc jedziemy przez szarówkę a tu telefon i długie, upojne tłumaczenia mojego szefa jakiejś dziuni, dlaczego nie pojedzie na drugi koniec miasta i nie odśnieży pojedynczego miejsca parkingowego nr 37. Kobieta naprawdę nie mogła pojąć dlaczego Il Duce nie chce odśnieżyć niezakontraktowanego miejsca, za którego sprzątanie  nikt oczywiście nie zapłaci, a którego i tak nie widać spod śniegu i w sumie nie wiadomo gdzie jest. Widzieliście kiedyś jak dziewczynka przerwała zaangażowaną wypowiedz Williego Wonki, a on z takim specyficznym dźwiękiem zacisnął ubraną w skórzaną rękawicę dłoń? To właśnie tak wyglądało.
 W sobotę już nie wiało. Słońce zalało złotem zglazurzony śniegiem krajobraz. Każdy dom,drzewo, gałązka czy linka oblepiona była białą skorupką, na ścianach zakrzepły niczym porzucone zabawki pętle i wiry. Wszystko to skrzyło się najczystszym złotem, gdy w śniegu po kolana a miejscami do połowy uda ryliśmy wąwozy, ustalając nową geografię dla ludzi podążających do sklepu.
Z nieznanych mi przyczyn wszyscy opowiadali mi o wybitnych osiągnięciach Dana na drodze ku oczyszczeniu świata. Podobno bardzo zmęczył się pierdoląc głupoty oparty na łopacie, potem dyskutował długo a namiętnie z ochroniarzem nad gorącą herbatą  po czym się zmęczył, zamókł i wrócił do domu o 11. Smutne.  
Dziś skończył o 8, a podobno nasz pryncypałos miał za złe Radeckiemu, że odwiózł mnie doma przed 12. Na jego obronę mogę dodać, że w skutek indolencji innego ogniwa w łańcuchu naszych pracowitych dłoni, od piątej rozkuwaliśmy zadeptane chodniki Sokółki, która znajduje się niewiadomogdzie za Gottenhaven. Jak się okazało ogniwo nie mogło pracować bo pojechało wygłodzone do Tesco a po drodze były korki, jak je spotkam to czeka ja gruntowne przeobrażenie w  ogniu mych gorących uczuć, pomiędzy młotem a kowadłem nieuchronnych konsekwencji.
Specjalnie kazałem omijać Radosnemu Patio Róż bo z tego co pamiętam podpisałem szefowi jakiś świstek, że nie będę uwłaczał i stosował przemocy fizycznej wobec innych pracowników.
A teraz czekam na żonę i wypełniam pięciolitrową, metalową puszkę po dżemie drobnymi monetami, w celu użycia jej jako podpórkę pod szafkę pełną szkła. Będzie się działo.

 - ...już nie będziesz mogła uciec
w parku przed zboczeńcami.
- Nigdy nie uciekałam...

(My)

*

czwartek, 28 listopada 2013

Wrong dziura

David - Wujek, a zagrasz ze mną w paintbolla?
Ja - Ok, ty biegasz ja strzelam
David - Dobra, tylko ubiorę struj jelonka

Światła, światła, przez ciemność na wskroś. Zakręt, zakręt, lśniący bruk niczym łuska bestii wije się ślimakiem po stoku wzgórza po lewej Siedlce spiętrzone w dolinie, po drugiej Centrum ledwie pełga miliardem świateł na progu świadomości. Leje lodowaty deszcz, świat migocze rozciągnięty na przedniej szybie Dokkera. Kabinę wypełnia nasza senność i oddechy. Gdzieś za horyzontem spadł śnieg. Poszukujemy go krążąc między obiektami, trzecia nad ranem śpiewa swoją tęskną pieśń, szepcze o łagodnych wzgórzach kofeiny i guarany.
Okna wokół jeszcze ciemne. Śpicie gdy jedziemy na wojnę, pierwszy szary meszek smaganego wodą śniegu, wyżej, wyżej Morena i Niedźwiednik. Klin opadającej w dół Zamiejskiej, wypełnia ją świetlista płyta budzących się Żuław. Migotliwy ocean światła aż po Pruszcz i swastyczmy MarienBorg. Obwodnica południowa jak ognisty, chiński smok  przewala się przez równinę. Wróg czeka na nas pośród zarośniętych miastem wądołów starego poligonu, Gardenia i Jasieńska gdzie niczym  ślepy dziedzic Dziadka Mroza podąża za szuflą owinięty warstwami Dan.
Morenowe Wzgórze jest ponad tym wszystkim. Druga godzina w deszczu, na szczycie wiatr błyskawicznie nas krystalizuje, z włosów zwieszają się girlandy dzwoniących kryształków. Siedząc w ciepłych rubieżach Twierdzy Brzeźno myślałem, że z tym śniegiem to taki żart i ubrałem się tak sobie.  Teraz umieram idąc, ciało nie wytwarza wystarczająco dużo ciepła by się ruszać. Jeszcze krok, jeszcze krok do przodu. Tylko ciepło silnika może mnie uratować.
Żarty kończą się na Matarni. Ulica wygina się łukiem ku niebu i opada w dół. Gdy samoloty startują z Rębiechowa, wyglądają jakby startowały właśnie z niej, Schodzą po drugiej stronie budynku, tak nisko, że kiedyś spojrzałem znad kosiarki zobaczyłem machających do mnie pasażerów.
Teraz nie ma tam trawy, mokry śnieg sięga połowy łydki, jest ciężki jak los, ale to już koniec, dochodzi siódma, zaraz kończymy. Telefon. Jednak nie. NIE! Frajerzy od wszystkiego, ostateczna pomoc armii nieudaczników. Młody utkwił na Patio, Sokółka nieodśnieżona, trzy wspólnoty, szerokie chodniki. Jedziemy tam umrzeć. Umrzeć w ruchu, umrzeć idąc.
Pięć godzin później jest już jasno. Odśnieżarka nie odpaliła, wciąż nie wiemy dlaczego, nie ma czucia w rękach i stopach. Mokrzy do gaci, do domu, do domu, oddychać. Telefon. Jedziemy na patio, jesteśmy przekonani jak cholera, że Młody dziś umrze w mękach, poćwiartowany szuflami, rozjechany letnimi oponami, gdy my będziemy wiwatować patrząc w dół z otwartych drzwi, że zostanie rozerwany na strzępy, jego łeb urwany a rzadka kupa wepchnięta mu łyżeczką wprost w otwarty przełyk. Niestety - cywilizacja. Zero ofiar, jedynie ściana złośliwości, fala pogardy. Dalej, dalej, nie pamiętam, drogi, miejsca, w końcu dom. Padam z jękiem na schody przy drzwiach. Ściągnąć, ściągnąć to wszystko. Parzy! Skarpetki rwą się rękach, nie mogę zacisnąć dłoni. Woda, ciepłej wody. Ruszać się, nie zatrzymywać. Iść, usiąść, zjeść.
Sezon zimowy uważam za rozpoczęty

- Czemu wyrzuciłeś go za okno.
przecież powiedział ci prawdę?
- Nie spodobała mi się.

(Wolverine)

*!

niedziela, 24 listopada 2013

Ciepła łapka sprawiedliwości

Dlaczego w wojsku budzą o 6 rano?
Bo jedyne co chce się o tej porze
to zabijać...

Przyszły odśnieżarki. Mimo rozlicznych kamuflujących zabiegów producenta i polskich napisów na kartonach udało nam się odkryć że są chińskie. Nie macie czasem wrażenia, że żyjemy w świecie wyprodukowanym w Chinach?  Ale wracając do rzeczy. Poświęciliśmy sobie cały boży dzień na skręcanie tych cholerstw w cieplutkiej kanciapie ochrony na 3żaglach. Są czerwone, mają po półtorej metra i ważą, każda z 80 kilo, no, oprócz jednej Magilli, którą zatachaliśmy na Pruszcz. Ta ważyła 150, a metalową ramę w którą była upakowana, przechwyciła Mała Zuza, w celu wykorzystania  na działce w formie  stołu dla dziesięciu osób.
Wyglądało to imponująco, zastawiliśmy równymi rzędami całe pomieszczenie. Szczerząca obrotowe zęby, mała Armia Czerwona. Mieliśmy tylko wątpliwości co do opinii Dana, który krążył gdzieś w pobliskich podziemiach i z pewnością przechodząc gdzieś w pobliżu nie oszczędziłby nam małego, gorzkiego potopu wprost z krynicy swej mądrości..Stwierdziliśmy, że jakby co zaprezentujemy mu działanie sprzętu wciągając go jedną z maszyn. Stan krótkiego, acz szczerego rozbawienia ucięła refleksja, że nawet wciągany, ćwiartowany i wystrzeliwany pod ciśnieniem na 4 metry z obrotowego komina i tak posępnym głosem będzie komentował: To mają być ostrza? Przecież to w ogóle nie wciąga, ależ badziew.
Porozwoziliśmy te potworki od Pruczcza po Gotenhaven, zgarniając opieprz i rozliczne pretensje od miejscowych rezydentów, którzy mieliby je obsługiwać i widząc w ich oczach szczere przekonanie co do świetlanej przyszłości szufli. W sumie im się nie dziwie: wielkie, ciężkie, trudne w obsłudze, łatwe do uszkodzenia, w wypadku przypadkowego wciągnięcia i zmielenia kota tudzież jakiegoś przypadkowego krawężnika, no i wreszcie, jakoś trzeba wytłumaczyć autochtonom, że te 104 decybele o 3 nad ranem to dla ich szeroko pojętego dobra.
Gdy tak bawiliśmy się śrubkami, pogadaliśmy sobie z ochroniarzami. Trafił mi się między innym koleś który jest na rencie z powodu  uszkodzenia rozlicznych narządów, w tym mózgu, marihuaną. Przeżyłem szok, może to głupie, ale ja naprawdę dotąd sądziłem, że opowieści o szkodliwości marihuany to jakaś kołtuńska propaganda, a typ spędził sześć lat w szpitalach.
A tak poza tym? Myślałem o tym ilu ważnych dla podstaw naszej rzeczywistości ludzi ostatnio umarło. Myślałem o tytułach w gazetach typu "Umarł Mazowiecki" i że dla równowagi powinny być inne typu: "Urodził się ....". Niestety potencjał danego człowieka stanowi suma jego czynów widziana z perspektywy czasu, mimo to miło by było wiedzieć, że wokół nas rodzą się ludzie wielcy, nowe, przyszłe autorytety. Że wraz ze upadkiem kolejnego monumentu naszej młodości, gdzieś, ktoś wylewa właśnie fundamenty pod nowy.
Nastąpiło także w końcu, z dawien dawna oczekiwane zamilknięcie pierwszej szczekaczki piSSlamu, człowieka z wazeliny, samego Wielkiego Ptaka Hoffmana. Mam nadzieję, że raz ogarnięty mackami sprawiedliwości wyląduje ostatecznie w celi z pięcioma, dwumetrowymi pasjonatami jego sprężystych zwieraczy. Słaba to nadzieja, ale zawsze coś.

Powiedziałbym kawał o tęczy,
ale boję się że go spalę.

*

czwartek, 14 listopada 2013

Człowiek dostaje tyle ile może udżwignąć

Napij się z nami, to ostatnia
okazja po tej stronie nocy

Tak to już jest, że gdy poprosi się o coś Boga to poprowadzi nas wprost do celu ..  ale najtrudniejszą możliwą drogą. Starszy powrócił na chwilę z Uzbeklandu i zaprosił nas na górę na ciasto i przyległości. Usiedli sobie z babcią moją istotą przemiła, tkliwą i ukochaną i zaczęli na przemian komentować moją tuszę, oczywiście wszystko to w miarę mojego szeroko pojętego dobra. Gdy już opisali wszystkie okropności jakie mnie czekają z gniciem i odpadaniem palców podczas cukrzycy włącznie, poczęstowali eklerkami.
Tego wieczoru oparłem czoło o zimny beton u stóp naszej Matki Boskiej Rezydentki Znad Schodów Spoglądającej i pomodliłem się gorąco do Stwórcy mego jedynego, u którego stóp wije się wszelka potęga o szybką stratę paru kilo. Na drugi dzień miałem 40 stopni, pulsujący ból głowy i mięśni i eksplodującą sraczkę, która pozwalała mi na oniryczne unoszenie nad sedesem i lekkie bujanie się w powietrzu z boku na bok. W tydzień straciłem 7 kilo.
Z pracy oczywiście nie zrezygnowałem, robiłem biuro naszej niedoścignionej firmy. Szef znalazł miejsce w którym za biuro i magazyn zapłacił dosłownie grosze. Myślę, że to że całość była solidnie podtopiona przez jakiś kataklizm w łazience na górze i że obecnie w podmokłych płytach gipsowych porastających ściany coś pędzi mało dyskretny żywot, mogło mieć z tym coś wspólnego. Nic to, rzucany z miejsca na miejsce atakami i rozsmarowany nieco ciepłymi falami majaków cekolowałem i malowałem, choć ściany zwijały się i zostawały mi na wałku. Pierwszego dnia na plac boju zabrałem nawet żonę, czując się z wszechmiar niezdolnym do jakiejkolwiek formy pochylania się. Szponiasta okazała się na budowie równie skuteczna jak gdziekolwiek indziej, co dobrze wróży na przyszłość, choć raczej mi niż jej.
Miałem też umówioną wizytę u dentysty gdzieś pośród wichrów Moreny. Nie miałem praktycznie cukru we krwi, gdy więc kobita naruszyła mi dziąsło posoka buchnęła czterdziestominutowym strumieniem, którego nie dało się zatamować. Nawet plombę mam teraz lekko czerwoną.
Przy okazji wpadliśmy do szkoły gdzie uczy teściowa, forteca edukacji, jaką tylko komuniści mogliby stworzyć w połowie lat osiemdziesiątych. Szliśmy przez korytarze w korytarzach, a mi pośród gorączki tańczyły mi przed oczyma podłogi wykładane grubymi dechami, tańczyły i wyginały się w spirale, by ostatecznie rozprysnąć się w płonącej tęczy barw na sali gdzie mama wraz z niskopiennymi stworami miała próbę sztuki o bazyliszku. Ten rozciągnięty głos potwora z taśmy przerwał mi jakąś tamę i reszta wieczoru utonęła w pastelowych nierzeczywistościach. Pamiętam tylko potworne zimno i widok dziewczyny na granicy Wrzeszcza. Swiatła skrzyły się w wilgoci asfaltów, a ona rozkładając ręce i uśmiechając się tańczyła pośród powoli spadających kropel deszczu na tramwajowym przystanku.
Nadal chudnę. W tyn tygodniu przyjechały 24 tony soli, którą rozwoziliśmy od Pruszcza po ostatnie krosty w najdalszym zakątku tyłka Gotenhaven. W dwa dni zrobiliśmy z Danem 600 kilometrów i zwiedziliśmy dziesiątki piwnic i najciemniejszych zakamarków waszego życia. Dziś siedząc głęboko w cieple i półmroku słuchaliśmy niesionego przez beton dudnienia...
- To serce budynku - mówię
- O, zatrzymało się.

- Och nie, wrócę do domu i
  zadźgam się bananem!
- Zaczekaj na mnie, chcę
  to zobaczyć  

(My)

*

poniedziałek, 21 października 2013

Dygresja poranna

Poranek skryty za zasłoną deszczu. Gdzieś z szarości dochodzą pomruki burzy. Czekam na pracę, która przyjedzie na czterech kółkach. Przez cały łikend jestem obolały i zmęczony, poniedziałkowy ranek to ten moment w który przez chwilę jestem wypoczęty... pieprzona ironia.
Wczoraj w kościele było o modlitwie, że działa jak paliwo, jak nadprzyrodzony pluton wkładany do naszych grzesznych reaktorów. Przypomniało mi to jak jakiś czas temu tłumaczyłem kolesiowi, że nawet jeśli jest ateistą walczącym, pocącym się kwasem i popuszczającym spomiędzy zwieraczy rozpaloną spermę szatana, to powinien się modlić. Ponieważ codzienna modlitwa to tryumf woli nad doczesnością. Wymaga samozaparcia, dyscypliny i siły woli. Modląc się najpierw dziękujemy, wymieniamy wszystkie dobre rzeczy jakie nas spotkały, wszystkie dobre czyny jakich dokonaliśmy. Dzięki temu naprawdę trudno popaść w depresję czy odczuwać bezsens dnia codziennego, ponieważ, uświadamiamy sobie, że codziennie coś dobrego nas spotyka, codziennie coś robimy, nie stoimy w miejscu. Potem przepraszamy. To ważne ponieważ człowiek ma tendencję do spłaszczania i usprawiedliwiania własnych win. W procesie przepraszania zaś musimy najpierw uświadomić sobie co zrobiliśmy złego, czego zaniechaliśmy, nie w jakimś umownym sensie tylko w czarnobieli, bo robimy to tylko przed Bogiem, który i tak to przecież wie, ewentualnie przed samym sobą, co wyjdzie nam tylko na zdrowie. Ostatecznie żeby  stawać się lepszym najpierw trzeba wiedzieć co wymaga naprawy, ceremoniał przepraszania umożliwia nam spojrzenie na siebie bez żadnych osłon i mamideł logicznych usprawiedliwień.
I na koniec prośby. Naprawdę wielu ludzi nie wie czego chce, nie ma celu. Proszenie o konkrety uświadamia nam co jest dla nas ważne i czego naprawdę pragniemy. Uzyskujemy konkretną informację co do drogi jaką chcemy podążać.
I tak codziennie, codziennie kontrolujemy nasze postępy, przeprowadzamy korekty kursu. Dostrzec też możemy poważniejsze problemy, jeśli na przykład przez parę lat codziennie przepraszamy za ten sam grzech, powiedzmy picie, to zdaje się mamy problem. A skoro sami już o tym wiemy to albo coś z tym rodzimy, albo zostaje nam błoga świadomość, że wybraliśmy sobie ten grzech świadomie i z pełną premedytacją.
Tyle, wóz zaraz przyjedzie i wyruszę by nasiąkać wilgocią i pożerać szarość. Jesienny człowiek, ostatni pułkownik wymarłej armii modlący się codziennie o to by, jeśli po śmierci coś istnieje, miłosierny Stwórca go unicestwił, wytarł bez śladu, by wreszcie przestał czuć i dostrzegać. Nawet stare, wredne bestie zasługują na odrobinę odpoczynku.

*

czwartek, 17 października 2013

Błękitne słońce, rozpalone niebo...

Uwielbiam ludzi, zwłaszcza
gdy błagają o litość

Stawiamy płot pośrodku niczego gdzieś za Old Kiszewą. Miejsce to jest bezkresne, otoczone pokrytymi oziminą polami, kępami lasów i siatką pylistych, gruntowych dróg. Miejsce to ma własny las, piaszczystą skarpę, fundament domu wzniesiony na pyle i lotnych nadziejach. Ma kilka ton rozrzuconych, kaszubskich otoczaków, wyrwę w ziemi wypełnioną wodą i dwie niewidoczne wśród zielska studnie prowadzące do ukrytego pod ziemią strumienia. Jest tam też drewniana budka mieszcząca grilla, miskę dla psa i narzędzia, w tym nas.
To mały prywatny świat, który odgradzamy falangami metalowych słupków od reszty uniwersum. Sześciany wyciętej darni, Radosny z czerwoną poziomnicą na tle rozwścieczonego, jesiennego nieba, mgły, pastele, szarości i błękity. Utetłany w betonie uzbrajam tę ziemię w człowieka, stawiam maszt za masztem by mogły powiewać na nich sztandary siatki z Castoramy. Wyznaczam kres ludzkiej eksploracji, śmiało patrzę w dal i wsłuchuję się w ciszę, śpiew Miasta w mej głowie ledwo tu brzmi i ociera się o granice wyobraźni.
Agentka organizuje marsz do Przywidza... bywam tam ostatnio dwa razy dziennie.
Wyprawa po beton. Marsz do sąsiedniego królestwa, którym zarządza Szalony Ogrodnik. Pośród wzgórz szarpią się niczym uwięzione na rafach żaglowce, ogromne foliowe tunele, połatane wszystkim co cywilizacja wyrzuciła na krawędź szosy. Niesamowite skupisko budynków z różnych er i epok, połączone w jedną lepką całość przez sterty śmieci odpadków, sprzętów odłożonych i porzuconych, przydasiów i wszystkiego pomiędzy. Niesamowity widok egzotycznych rośli, dziesiątek kaktusów leżących pod różnymi kątami pod   listopadowym niebem. Weranda zbita ze starych okiem, koty patrzące z każdej szpary i władca tego wszystkiego jeżdżący na szkielecie czterdziestoletniego traktora, odartego ze wszystkiego i dymiącego z lekka z przymocowanej drutem chłodnicy z Jeepa Cherokee. Traktor od 20 lat nie ma hamulców, w całym więc gospodarstwie, w strategicznych miejscach usypane są małe górki, na których maksymalnie zwalniając silnikiem można to technologiczne monstrum zatrzymać albo nawrócić. Wraki samochodów, niektóre jeżdżące. Jednym z nich woziliśmy wiadra ze świeżutkim betonem. Właściciel tego pandemonium o spojrzeniu człowieka, który nocami rzuca broną w kalafiory, o aparycji i elokwencji inteligenta z lat siedemdziesiątych suszy iskrzący i dymiący radośnie z kilku miejsc kabel od betoniarki na słońcu. Betoniarka charczy i chlapie, jej silnik podryguje obscenicznie wypatroszony i ułożony obok. Najwspanialszy był jednak samochód, wielki biały furgon, który natychmiast nazwaliśmy "Strefą Mroku". Radosny ostrożnie ujął kierownicę jakby obawiając się. że skruszy mu się w dłoniach niczym starożytny artefakt z jakiegoś spalonego imperium. Król ogrodników zaś nachyla się do środka przez okno i monotonnie szepcze: Przestawiamy ten dynks, po czym wciskamy ten wielki, czerwony przycisk i spokojnie liczymy do piętnastu (Już czekałem na odpalenie i lot na Wenus), następnie wciskamy TU i.... głuchy charchot zerodowanych flaforów zamordowanej maszyny budzącej się ponownie do życia. Chwila klekoczących  potworności spod maski i nasz zombie lekko pływając na boki rusza ku zachodowi słońca. Kabinę natychmiast wypełniają spaliny i buchają przez niedomykające się okna,  Na szczęście gdy siedzę na stercie opon w miejscu fotela, zbyt struchlały by drgnąć, patrząc z fascynacją na każdy kolejny, pokonywany metr, z jękiem otwierają się drzwi boczne a ja patrzę w dół na przemykające głazy i wylewający się na zewnątrz czarny opar.
Grillowane kiełbasy i chleb zapijany Tyskim, zając wyskakujący dosłownie spod nóg gdy nosząc ciężary chodziliśmy tam i z powrotem przez chaszcze w których, o czym jeszcze nie wiedzieliśmy kryły się głębokie na 3,5 metra studnie bez pokryw.
O studniach dowiedzieliśmy się przypadkiem, gdy przyjechał nasz Il Duce, dzieciaki przejęły jego psa, zwącego się nomen omen Szczęściarz. Szczęściarz biegał radośnie przez chaszcze tam i z powrotem za różnymi rzucanymi przedmiotami dopóki nie znikł. Jakiś czas później Szef zbiera się do powrotu, a tu psa nie ma. Szuka, szuka i nagle zaczyna kląć. Zlatujemy się hurmem wszyscy, ciekawi ludzkiego nieszczęścia, patrzymy a tu z otchłani mroku i czarnej wody patrzą na nas rozczarowane człowieczeństwem ślepia. No i mieliśmy akcję ratowniczą, połączoną z wyprawą do wnętrza ziemi, oraz błogą świadomość, że nieuprzedzeni, przez dwa poprzednie dni, sami mogliśmy obiektem takiej akcji zostać.
I w sumie tyle. Jesień przepiekana. Lasy wyglądają jakby płonęły. Piss po tryumfalnym marszu odnalazł w końcu swój referendalny Stalingrad w Warszawie. Szponiasta wróciła na kurs tańca. Opowidała jak ostatnio, już po zajęciach ludzie wychodzą, a Landryna Mono, pani prowadząco-instruująca a do tego lasencja długonoga i cycata, bez krempacji zaczyna się przebierać. Jak wiadomo przebieranie się składa się z dwóch etapów, najpierw należy się rozebrać... podobno własnie w tej chwili ruch ku drzwiom gwałtownie ustał, a można by powiedzieć, że zauważono nawet pewne tendencje zwrotne.

- Co tam masz?
- Okno do piekła.
- A komu machasz?
- Całej gromadzie prawników

*