David - Wujek, a zagrasz ze mną w paintbolla?
Ja - Ok, ty biegasz ja strzelam
David - Dobra, tylko ubiorę struj jelonka
Światła, światła, przez ciemność na wskroś. Zakręt, zakręt, lśniący bruk niczym łuska bestii wije się ślimakiem po stoku wzgórza po lewej Siedlce spiętrzone w dolinie, po drugiej Centrum ledwie pełga miliardem świateł na progu świadomości. Leje lodowaty deszcz, świat migocze rozciągnięty na przedniej szybie Dokkera. Kabinę wypełnia nasza senność i oddechy. Gdzieś za horyzontem spadł śnieg. Poszukujemy go krążąc między obiektami, trzecia nad ranem śpiewa swoją tęskną pieśń, szepcze o łagodnych wzgórzach kofeiny i guarany.
Okna wokół jeszcze ciemne. Śpicie gdy jedziemy na wojnę, pierwszy szary meszek smaganego wodą śniegu, wyżej, wyżej Morena i Niedźwiednik. Klin opadającej w dół Zamiejskiej, wypełnia ją świetlista płyta budzących się Żuław. Migotliwy ocean światła aż po Pruszcz i swastyczmy MarienBorg. Obwodnica południowa jak ognisty, chiński smok przewala się przez równinę. Wróg czeka na nas pośród zarośniętych miastem wądołów starego poligonu, Gardenia i Jasieńska gdzie niczym ślepy dziedzic Dziadka Mroza podąża za szuflą owinięty warstwami Dan.
Morenowe Wzgórze jest ponad tym wszystkim. Druga godzina w deszczu, na szczycie wiatr błyskawicznie nas krystalizuje, z włosów zwieszają się girlandy dzwoniących kryształków. Siedząc w ciepłych rubieżach Twierdzy Brzeźno myślałem, że z tym śniegiem to taki żart i ubrałem się tak sobie. Teraz umieram idąc, ciało nie wytwarza wystarczająco dużo ciepła by się ruszać. Jeszcze krok, jeszcze krok do przodu. Tylko ciepło silnika może mnie uratować.
Żarty kończą się na Matarni. Ulica wygina się łukiem ku niebu i opada w dół. Gdy samoloty startują z Rębiechowa, wyglądają jakby startowały właśnie z niej, Schodzą po drugiej stronie budynku, tak nisko, że kiedyś spojrzałem znad kosiarki zobaczyłem machających do mnie pasażerów.
Teraz nie ma tam trawy, mokry śnieg sięga połowy łydki, jest ciężki jak los, ale to już koniec, dochodzi siódma, zaraz kończymy. Telefon. Jednak nie. NIE! Frajerzy od wszystkiego, ostateczna pomoc armii nieudaczników. Młody utkwił na Patio, Sokółka nieodśnieżona, trzy wspólnoty, szerokie chodniki. Jedziemy tam umrzeć. Umrzeć w ruchu, umrzeć idąc.
Pięć godzin później jest już jasno. Odśnieżarka nie odpaliła, wciąż nie wiemy dlaczego, nie ma czucia w rękach i stopach. Mokrzy do gaci, do domu, do domu, oddychać. Telefon. Jedziemy na patio, jesteśmy przekonani jak cholera, że Młody dziś umrze w mękach, poćwiartowany szuflami, rozjechany letnimi oponami, gdy my będziemy wiwatować patrząc w dół z otwartych drzwi, że zostanie rozerwany na strzępy, jego łeb urwany a rzadka kupa wepchnięta mu łyżeczką wprost w otwarty przełyk. Niestety - cywilizacja. Zero ofiar, jedynie ściana złośliwości, fala pogardy. Dalej, dalej, nie pamiętam, drogi, miejsca, w końcu dom. Padam z jękiem na schody przy drzwiach. Ściągnąć, ściągnąć to wszystko. Parzy! Skarpetki rwą się rękach, nie mogę zacisnąć dłoni. Woda, ciepłej wody. Ruszać się, nie zatrzymywać. Iść, usiąść, zjeść.
Sezon zimowy uważam za rozpoczęty
- Czemu wyrzuciłeś go za okno.
przecież powiedział ci prawdę?
- Nie spodobała mi się.
(Wolverine)
*!
czwartek, 28 listopada 2013
niedziela, 24 listopada 2013
Ciepła łapka sprawiedliwości
Dlaczego w wojsku budzą o 6 rano?
Bo jedyne co chce się o tej porze
to zabijać...
Przyszły odśnieżarki. Mimo rozlicznych kamuflujących zabiegów producenta i polskich napisów na kartonach udało nam się odkryć że są chińskie. Nie macie czasem wrażenia, że żyjemy w świecie wyprodukowanym w Chinach? Ale wracając do rzeczy. Poświęciliśmy sobie cały boży dzień na skręcanie tych cholerstw w cieplutkiej kanciapie ochrony na 3żaglach. Są czerwone, mają po półtorej metra i ważą, każda z 80 kilo, no, oprócz jednej Magilli, którą zatachaliśmy na Pruszcz. Ta ważyła 150, a metalową ramę w którą była upakowana, przechwyciła Mała Zuza, w celu wykorzystania na działce w formie stołu dla dziesięciu osób.
Wyglądało to imponująco, zastawiliśmy równymi rzędami całe pomieszczenie. Szczerząca obrotowe zęby, mała Armia Czerwona. Mieliśmy tylko wątpliwości co do opinii Dana, który krążył gdzieś w pobliskich podziemiach i z pewnością przechodząc gdzieś w pobliżu nie oszczędziłby nam małego, gorzkiego potopu wprost z krynicy swej mądrości..Stwierdziliśmy, że jakby co zaprezentujemy mu działanie sprzętu wciągając go jedną z maszyn. Stan krótkiego, acz szczerego rozbawienia ucięła refleksja, że nawet wciągany, ćwiartowany i wystrzeliwany pod ciśnieniem na 4 metry z obrotowego komina i tak posępnym głosem będzie komentował: To mają być ostrza? Przecież to w ogóle nie wciąga, ależ badziew.
Porozwoziliśmy te potworki od Pruczcza po Gotenhaven, zgarniając opieprz i rozliczne pretensje od miejscowych rezydentów, którzy mieliby je obsługiwać i widząc w ich oczach szczere przekonanie co do świetlanej przyszłości szufli. W sumie im się nie dziwie: wielkie, ciężkie, trudne w obsłudze, łatwe do uszkodzenia, w wypadku przypadkowego wciągnięcia i zmielenia kota tudzież jakiegoś przypadkowego krawężnika, no i wreszcie, jakoś trzeba wytłumaczyć autochtonom, że te 104 decybele o 3 nad ranem to dla ich szeroko pojętego dobra.
Gdy tak bawiliśmy się śrubkami, pogadaliśmy sobie z ochroniarzami. Trafił mi się między innym koleś który jest na rencie z powodu uszkodzenia rozlicznych narządów, w tym mózgu, marihuaną. Przeżyłem szok, może to głupie, ale ja naprawdę dotąd sądziłem, że opowieści o szkodliwości marihuany to jakaś kołtuńska propaganda, a typ spędził sześć lat w szpitalach.
A tak poza tym? Myślałem o tym ilu ważnych dla podstaw naszej rzeczywistości ludzi ostatnio umarło. Myślałem o tytułach w gazetach typu "Umarł Mazowiecki" i że dla równowagi powinny być inne typu: "Urodził się ....". Niestety potencjał danego człowieka stanowi suma jego czynów widziana z perspektywy czasu, mimo to miło by było wiedzieć, że wokół nas rodzą się ludzie wielcy, nowe, przyszłe autorytety. Że wraz ze upadkiem kolejnego monumentu naszej młodości, gdzieś, ktoś wylewa właśnie fundamenty pod nowy.
Nastąpiło także w końcu, z dawien dawna oczekiwane zamilknięcie pierwszej szczekaczki piSSlamu, człowieka z wazeliny, samego Wielkiego Ptaka Hoffmana. Mam nadzieję, że raz ogarnięty mackami sprawiedliwości wyląduje ostatecznie w celi z pięcioma, dwumetrowymi pasjonatami jego sprężystych zwieraczy. Słaba to nadzieja, ale zawsze coś.
Powiedziałbym kawał o tęczy,
ale boję się że go spalę.
*
Bo jedyne co chce się o tej porze
to zabijać...
Przyszły odśnieżarki. Mimo rozlicznych kamuflujących zabiegów producenta i polskich napisów na kartonach udało nam się odkryć że są chińskie. Nie macie czasem wrażenia, że żyjemy w świecie wyprodukowanym w Chinach? Ale wracając do rzeczy. Poświęciliśmy sobie cały boży dzień na skręcanie tych cholerstw w cieplutkiej kanciapie ochrony na 3żaglach. Są czerwone, mają po półtorej metra i ważą, każda z 80 kilo, no, oprócz jednej Magilli, którą zatachaliśmy na Pruszcz. Ta ważyła 150, a metalową ramę w którą była upakowana, przechwyciła Mała Zuza, w celu wykorzystania na działce w formie stołu dla dziesięciu osób.
Wyglądało to imponująco, zastawiliśmy równymi rzędami całe pomieszczenie. Szczerząca obrotowe zęby, mała Armia Czerwona. Mieliśmy tylko wątpliwości co do opinii Dana, który krążył gdzieś w pobliskich podziemiach i z pewnością przechodząc gdzieś w pobliżu nie oszczędziłby nam małego, gorzkiego potopu wprost z krynicy swej mądrości..Stwierdziliśmy, że jakby co zaprezentujemy mu działanie sprzętu wciągając go jedną z maszyn. Stan krótkiego, acz szczerego rozbawienia ucięła refleksja, że nawet wciągany, ćwiartowany i wystrzeliwany pod ciśnieniem na 4 metry z obrotowego komina i tak posępnym głosem będzie komentował: To mają być ostrza? Przecież to w ogóle nie wciąga, ależ badziew.
Porozwoziliśmy te potworki od Pruczcza po Gotenhaven, zgarniając opieprz i rozliczne pretensje od miejscowych rezydentów, którzy mieliby je obsługiwać i widząc w ich oczach szczere przekonanie co do świetlanej przyszłości szufli. W sumie im się nie dziwie: wielkie, ciężkie, trudne w obsłudze, łatwe do uszkodzenia, w wypadku przypadkowego wciągnięcia i zmielenia kota tudzież jakiegoś przypadkowego krawężnika, no i wreszcie, jakoś trzeba wytłumaczyć autochtonom, że te 104 decybele o 3 nad ranem to dla ich szeroko pojętego dobra.
Gdy tak bawiliśmy się śrubkami, pogadaliśmy sobie z ochroniarzami. Trafił mi się między innym koleś który jest na rencie z powodu uszkodzenia rozlicznych narządów, w tym mózgu, marihuaną. Przeżyłem szok, może to głupie, ale ja naprawdę dotąd sądziłem, że opowieści o szkodliwości marihuany to jakaś kołtuńska propaganda, a typ spędził sześć lat w szpitalach.
A tak poza tym? Myślałem o tym ilu ważnych dla podstaw naszej rzeczywistości ludzi ostatnio umarło. Myślałem o tytułach w gazetach typu "Umarł Mazowiecki" i że dla równowagi powinny być inne typu: "Urodził się ....". Niestety potencjał danego człowieka stanowi suma jego czynów widziana z perspektywy czasu, mimo to miło by było wiedzieć, że wokół nas rodzą się ludzie wielcy, nowe, przyszłe autorytety. Że wraz ze upadkiem kolejnego monumentu naszej młodości, gdzieś, ktoś wylewa właśnie fundamenty pod nowy.
Nastąpiło także w końcu, z dawien dawna oczekiwane zamilknięcie pierwszej szczekaczki piSSlamu, człowieka z wazeliny, samego Wielkiego Ptaka Hoffmana. Mam nadzieję, że raz ogarnięty mackami sprawiedliwości wyląduje ostatecznie w celi z pięcioma, dwumetrowymi pasjonatami jego sprężystych zwieraczy. Słaba to nadzieja, ale zawsze coś.
Powiedziałbym kawał o tęczy,
ale boję się że go spalę.
*
czwartek, 14 listopada 2013
Człowiek dostaje tyle ile może udżwignąć
Napij się z nami, to ostatnia
okazja po tej stronie nocy
Tak to już jest, że gdy poprosi się o coś Boga to poprowadzi nas wprost do celu .. ale najtrudniejszą możliwą drogą. Starszy powrócił na chwilę z Uzbeklandu i zaprosił nas na górę na ciasto i przyległości. Usiedli sobie z babcią moją istotą przemiła, tkliwą i ukochaną i zaczęli na przemian komentować moją tuszę, oczywiście wszystko to w miarę mojego szeroko pojętego dobra. Gdy już opisali wszystkie okropności jakie mnie czekają z gniciem i odpadaniem palców podczas cukrzycy włącznie, poczęstowali eklerkami.
Tego wieczoru oparłem czoło o zimny beton u stóp naszej Matki Boskiej Rezydentki Znad Schodów Spoglądającej i pomodliłem się gorąco do Stwórcy mego jedynego, u którego stóp wije się wszelka potęga o szybką stratę paru kilo. Na drugi dzień miałem 40 stopni, pulsujący ból głowy i mięśni i eksplodującą sraczkę, która pozwalała mi na oniryczne unoszenie nad sedesem i lekkie bujanie się w powietrzu z boku na bok. W tydzień straciłem 7 kilo.
Z pracy oczywiście nie zrezygnowałem, robiłem biuro naszej niedoścignionej firmy. Szef znalazł miejsce w którym za biuro i magazyn zapłacił dosłownie grosze. Myślę, że to że całość była solidnie podtopiona przez jakiś kataklizm w łazience na górze i że obecnie w podmokłych płytach gipsowych porastających ściany coś pędzi mało dyskretny żywot, mogło mieć z tym coś wspólnego. Nic to, rzucany z miejsca na miejsce atakami i rozsmarowany nieco ciepłymi falami majaków cekolowałem i malowałem, choć ściany zwijały się i zostawały mi na wałku. Pierwszego dnia na plac boju zabrałem nawet żonę, czując się z wszechmiar niezdolnym do jakiejkolwiek formy pochylania się. Szponiasta okazała się na budowie równie skuteczna jak gdziekolwiek indziej, co dobrze wróży na przyszłość, choć raczej mi niż jej.
Miałem też umówioną wizytę u dentysty gdzieś pośród wichrów Moreny. Nie miałem praktycznie cukru we krwi, gdy więc kobita naruszyła mi dziąsło posoka buchnęła czterdziestominutowym strumieniem, którego nie dało się zatamować. Nawet plombę mam teraz lekko czerwoną.
Przy okazji wpadliśmy do szkoły gdzie uczy teściowa, forteca edukacji, jaką tylko komuniści mogliby stworzyć w połowie lat osiemdziesiątych. Szliśmy przez korytarze w korytarzach, a mi pośród gorączki tańczyły mi przed oczyma podłogi wykładane grubymi dechami, tańczyły i wyginały się w spirale, by ostatecznie rozprysnąć się w płonącej tęczy barw na sali gdzie mama wraz z niskopiennymi stworami miała próbę sztuki o bazyliszku. Ten rozciągnięty głos potwora z taśmy przerwał mi jakąś tamę i reszta wieczoru utonęła w pastelowych nierzeczywistościach. Pamiętam tylko potworne zimno i widok dziewczyny na granicy Wrzeszcza. Swiatła skrzyły się w wilgoci asfaltów, a ona rozkładając ręce i uśmiechając się tańczyła pośród powoli spadających kropel deszczu na tramwajowym przystanku.
Nadal chudnę. W tyn tygodniu przyjechały 24 tony soli, którą rozwoziliśmy od Pruszcza po ostatnie krosty w najdalszym zakątku tyłka Gotenhaven. W dwa dni zrobiliśmy z Danem 600 kilometrów i zwiedziliśmy dziesiątki piwnic i najciemniejszych zakamarków waszego życia. Dziś siedząc głęboko w cieple i półmroku słuchaliśmy niesionego przez beton dudnienia...
- To serce budynku - mówię
- O, zatrzymało się.
- Och nie, wrócę do domu i
zadźgam się bananem!
- Zaczekaj na mnie, chcę
to zobaczyć
(My)
*
okazja po tej stronie nocy
Tak to już jest, że gdy poprosi się o coś Boga to poprowadzi nas wprost do celu .. ale najtrudniejszą możliwą drogą. Starszy powrócił na chwilę z Uzbeklandu i zaprosił nas na górę na ciasto i przyległości. Usiedli sobie z babcią moją istotą przemiła, tkliwą i ukochaną i zaczęli na przemian komentować moją tuszę, oczywiście wszystko to w miarę mojego szeroko pojętego dobra. Gdy już opisali wszystkie okropności jakie mnie czekają z gniciem i odpadaniem palców podczas cukrzycy włącznie, poczęstowali eklerkami.
Tego wieczoru oparłem czoło o zimny beton u stóp naszej Matki Boskiej Rezydentki Znad Schodów Spoglądającej i pomodliłem się gorąco do Stwórcy mego jedynego, u którego stóp wije się wszelka potęga o szybką stratę paru kilo. Na drugi dzień miałem 40 stopni, pulsujący ból głowy i mięśni i eksplodującą sraczkę, która pozwalała mi na oniryczne unoszenie nad sedesem i lekkie bujanie się w powietrzu z boku na bok. W tydzień straciłem 7 kilo.
Z pracy oczywiście nie zrezygnowałem, robiłem biuro naszej niedoścignionej firmy. Szef znalazł miejsce w którym za biuro i magazyn zapłacił dosłownie grosze. Myślę, że to że całość była solidnie podtopiona przez jakiś kataklizm w łazience na górze i że obecnie w podmokłych płytach gipsowych porastających ściany coś pędzi mało dyskretny żywot, mogło mieć z tym coś wspólnego. Nic to, rzucany z miejsca na miejsce atakami i rozsmarowany nieco ciepłymi falami majaków cekolowałem i malowałem, choć ściany zwijały się i zostawały mi na wałku. Pierwszego dnia na plac boju zabrałem nawet żonę, czując się z wszechmiar niezdolnym do jakiejkolwiek formy pochylania się. Szponiasta okazała się na budowie równie skuteczna jak gdziekolwiek indziej, co dobrze wróży na przyszłość, choć raczej mi niż jej.
Miałem też umówioną wizytę u dentysty gdzieś pośród wichrów Moreny. Nie miałem praktycznie cukru we krwi, gdy więc kobita naruszyła mi dziąsło posoka buchnęła czterdziestominutowym strumieniem, którego nie dało się zatamować. Nawet plombę mam teraz lekko czerwoną.
Przy okazji wpadliśmy do szkoły gdzie uczy teściowa, forteca edukacji, jaką tylko komuniści mogliby stworzyć w połowie lat osiemdziesiątych. Szliśmy przez korytarze w korytarzach, a mi pośród gorączki tańczyły mi przed oczyma podłogi wykładane grubymi dechami, tańczyły i wyginały się w spirale, by ostatecznie rozprysnąć się w płonącej tęczy barw na sali gdzie mama wraz z niskopiennymi stworami miała próbę sztuki o bazyliszku. Ten rozciągnięty głos potwora z taśmy przerwał mi jakąś tamę i reszta wieczoru utonęła w pastelowych nierzeczywistościach. Pamiętam tylko potworne zimno i widok dziewczyny na granicy Wrzeszcza. Swiatła skrzyły się w wilgoci asfaltów, a ona rozkładając ręce i uśmiechając się tańczyła pośród powoli spadających kropel deszczu na tramwajowym przystanku.
Nadal chudnę. W tyn tygodniu przyjechały 24 tony soli, którą rozwoziliśmy od Pruszcza po ostatnie krosty w najdalszym zakątku tyłka Gotenhaven. W dwa dni zrobiliśmy z Danem 600 kilometrów i zwiedziliśmy dziesiątki piwnic i najciemniejszych zakamarków waszego życia. Dziś siedząc głęboko w cieple i półmroku słuchaliśmy niesionego przez beton dudnienia...
- To serce budynku - mówię
- O, zatrzymało się.
- Och nie, wrócę do domu i
zadźgam się bananem!
- Zaczekaj na mnie, chcę
to zobaczyć
(My)
*
poniedziałek, 21 października 2013
Dygresja poranna
Poranek skryty za zasłoną deszczu. Gdzieś z szarości dochodzą pomruki burzy. Czekam na pracę, która przyjedzie na czterech kółkach. Przez cały łikend jestem obolały i zmęczony, poniedziałkowy ranek to ten moment w który przez chwilę jestem wypoczęty... pieprzona ironia.
Wczoraj w kościele było o modlitwie, że działa jak paliwo, jak nadprzyrodzony pluton wkładany do naszych grzesznych reaktorów. Przypomniało mi to jak jakiś czas temu tłumaczyłem kolesiowi, że nawet jeśli jest ateistą walczącym, pocącym się kwasem i popuszczającym spomiędzy zwieraczy rozpaloną spermę szatana, to powinien się modlić. Ponieważ codzienna modlitwa to tryumf woli nad doczesnością. Wymaga samozaparcia, dyscypliny i siły woli. Modląc się najpierw dziękujemy, wymieniamy wszystkie dobre rzeczy jakie nas spotkały, wszystkie dobre czyny jakich dokonaliśmy. Dzięki temu naprawdę trudno popaść w depresję czy odczuwać bezsens dnia codziennego, ponieważ, uświadamiamy sobie, że codziennie coś dobrego nas spotyka, codziennie coś robimy, nie stoimy w miejscu. Potem przepraszamy. To ważne ponieważ człowiek ma tendencję do spłaszczania i usprawiedliwiania własnych win. W procesie przepraszania zaś musimy najpierw uświadomić sobie co zrobiliśmy złego, czego zaniechaliśmy, nie w jakimś umownym sensie tylko w czarnobieli, bo robimy to tylko przed Bogiem, który i tak to przecież wie, ewentualnie przed samym sobą, co wyjdzie nam tylko na zdrowie. Ostatecznie żeby stawać się lepszym najpierw trzeba wiedzieć co wymaga naprawy, ceremoniał przepraszania umożliwia nam spojrzenie na siebie bez żadnych osłon i mamideł logicznych usprawiedliwień.
I na koniec prośby. Naprawdę wielu ludzi nie wie czego chce, nie ma celu. Proszenie o konkrety uświadamia nam co jest dla nas ważne i czego naprawdę pragniemy. Uzyskujemy konkretną informację co do drogi jaką chcemy podążać.
I tak codziennie, codziennie kontrolujemy nasze postępy, przeprowadzamy korekty kursu. Dostrzec też możemy poważniejsze problemy, jeśli na przykład przez parę lat codziennie przepraszamy za ten sam grzech, powiedzmy picie, to zdaje się mamy problem. A skoro sami już o tym wiemy to albo coś z tym rodzimy, albo zostaje nam błoga świadomość, że wybraliśmy sobie ten grzech świadomie i z pełną premedytacją.
Tyle, wóz zaraz przyjedzie i wyruszę by nasiąkać wilgocią i pożerać szarość. Jesienny człowiek, ostatni pułkownik wymarłej armii modlący się codziennie o to by, jeśli po śmierci coś istnieje, miłosierny Stwórca go unicestwił, wytarł bez śladu, by wreszcie przestał czuć i dostrzegać. Nawet stare, wredne bestie zasługują na odrobinę odpoczynku.
*
Wczoraj w kościele było o modlitwie, że działa jak paliwo, jak nadprzyrodzony pluton wkładany do naszych grzesznych reaktorów. Przypomniało mi to jak jakiś czas temu tłumaczyłem kolesiowi, że nawet jeśli jest ateistą walczącym, pocącym się kwasem i popuszczającym spomiędzy zwieraczy rozpaloną spermę szatana, to powinien się modlić. Ponieważ codzienna modlitwa to tryumf woli nad doczesnością. Wymaga samozaparcia, dyscypliny i siły woli. Modląc się najpierw dziękujemy, wymieniamy wszystkie dobre rzeczy jakie nas spotkały, wszystkie dobre czyny jakich dokonaliśmy. Dzięki temu naprawdę trudno popaść w depresję czy odczuwać bezsens dnia codziennego, ponieważ, uświadamiamy sobie, że codziennie coś dobrego nas spotyka, codziennie coś robimy, nie stoimy w miejscu. Potem przepraszamy. To ważne ponieważ człowiek ma tendencję do spłaszczania i usprawiedliwiania własnych win. W procesie przepraszania zaś musimy najpierw uświadomić sobie co zrobiliśmy złego, czego zaniechaliśmy, nie w jakimś umownym sensie tylko w czarnobieli, bo robimy to tylko przed Bogiem, który i tak to przecież wie, ewentualnie przed samym sobą, co wyjdzie nam tylko na zdrowie. Ostatecznie żeby stawać się lepszym najpierw trzeba wiedzieć co wymaga naprawy, ceremoniał przepraszania umożliwia nam spojrzenie na siebie bez żadnych osłon i mamideł logicznych usprawiedliwień.
I na koniec prośby. Naprawdę wielu ludzi nie wie czego chce, nie ma celu. Proszenie o konkrety uświadamia nam co jest dla nas ważne i czego naprawdę pragniemy. Uzyskujemy konkretną informację co do drogi jaką chcemy podążać.
I tak codziennie, codziennie kontrolujemy nasze postępy, przeprowadzamy korekty kursu. Dostrzec też możemy poważniejsze problemy, jeśli na przykład przez parę lat codziennie przepraszamy za ten sam grzech, powiedzmy picie, to zdaje się mamy problem. A skoro sami już o tym wiemy to albo coś z tym rodzimy, albo zostaje nam błoga świadomość, że wybraliśmy sobie ten grzech świadomie i z pełną premedytacją.
Tyle, wóz zaraz przyjedzie i wyruszę by nasiąkać wilgocią i pożerać szarość. Jesienny człowiek, ostatni pułkownik wymarłej armii modlący się codziennie o to by, jeśli po śmierci coś istnieje, miłosierny Stwórca go unicestwił, wytarł bez śladu, by wreszcie przestał czuć i dostrzegać. Nawet stare, wredne bestie zasługują na odrobinę odpoczynku.
*
czwartek, 17 października 2013
Błękitne słońce, rozpalone niebo...
Uwielbiam ludzi, zwłaszcza
gdy błagają o litość
Stawiamy płot pośrodku niczego gdzieś za Old Kiszewą. Miejsce to jest bezkresne, otoczone pokrytymi oziminą polami, kępami lasów i siatką pylistych, gruntowych dróg. Miejsce to ma własny las, piaszczystą skarpę, fundament domu wzniesiony na pyle i lotnych nadziejach. Ma kilka ton rozrzuconych, kaszubskich otoczaków, wyrwę w ziemi wypełnioną wodą i dwie niewidoczne wśród zielska studnie prowadzące do ukrytego pod ziemią strumienia. Jest tam też drewniana budka mieszcząca grilla, miskę dla psa i narzędzia, w tym nas.
To mały prywatny świat, który odgradzamy falangami metalowych słupków od reszty uniwersum. Sześciany wyciętej darni, Radosny z czerwoną poziomnicą na tle rozwścieczonego, jesiennego nieba, mgły, pastele, szarości i błękity. Utetłany w betonie uzbrajam tę ziemię w człowieka, stawiam maszt za masztem by mogły powiewać na nich sztandary siatki z Castoramy. Wyznaczam kres ludzkiej eksploracji, śmiało patrzę w dal i wsłuchuję się w ciszę, śpiew Miasta w mej głowie ledwo tu brzmi i ociera się o granice wyobraźni.
Agentka organizuje marsz do Przywidza... bywam tam ostatnio dwa razy dziennie.
Wyprawa po beton. Marsz do sąsiedniego królestwa, którym zarządza Szalony Ogrodnik. Pośród wzgórz szarpią się niczym uwięzione na rafach żaglowce, ogromne foliowe tunele, połatane wszystkim co cywilizacja wyrzuciła na krawędź szosy. Niesamowite skupisko budynków z różnych er i epok, połączone w jedną lepką całość przez sterty śmieci odpadków, sprzętów odłożonych i porzuconych, przydasiów i wszystkiego pomiędzy. Niesamowity widok egzotycznych rośli, dziesiątek kaktusów leżących pod różnymi kątami pod listopadowym niebem. Weranda zbita ze starych okiem, koty patrzące z każdej szpary i władca tego wszystkiego jeżdżący na szkielecie czterdziestoletniego traktora, odartego ze wszystkiego i dymiącego z lekka z przymocowanej drutem chłodnicy z Jeepa Cherokee. Traktor od 20 lat nie ma hamulców, w całym więc gospodarstwie, w strategicznych miejscach usypane są małe górki, na których maksymalnie zwalniając silnikiem można to technologiczne monstrum zatrzymać albo nawrócić. Wraki samochodów, niektóre jeżdżące. Jednym z nich woziliśmy wiadra ze świeżutkim betonem. Właściciel tego pandemonium o spojrzeniu człowieka, który nocami rzuca broną w kalafiory, o aparycji i elokwencji inteligenta z lat siedemdziesiątych suszy iskrzący i dymiący radośnie z kilku miejsc kabel od betoniarki na słońcu. Betoniarka charczy i chlapie, jej silnik podryguje obscenicznie wypatroszony i ułożony obok. Najwspanialszy był jednak samochód, wielki biały furgon, który natychmiast nazwaliśmy "Strefą Mroku". Radosny ostrożnie ujął kierownicę jakby obawiając się. że skruszy mu się w dłoniach niczym starożytny artefakt z jakiegoś spalonego imperium. Król ogrodników zaś nachyla się do środka przez okno i monotonnie szepcze: Przestawiamy ten dynks, po czym wciskamy ten wielki, czerwony przycisk i spokojnie liczymy do piętnastu (Już czekałem na odpalenie i lot na Wenus), następnie wciskamy TU i.... głuchy charchot zerodowanych flaforów zamordowanej maszyny budzącej się ponownie do życia. Chwila klekoczących potworności spod maski i nasz zombie lekko pływając na boki rusza ku zachodowi słońca. Kabinę natychmiast wypełniają spaliny i buchają przez niedomykające się okna, Na szczęście gdy siedzę na stercie opon w miejscu fotela, zbyt struchlały by drgnąć, patrząc z fascynacją na każdy kolejny, pokonywany metr, z jękiem otwierają się drzwi boczne a ja patrzę w dół na przemykające głazy i wylewający się na zewnątrz czarny opar.
Grillowane kiełbasy i chleb zapijany Tyskim, zając wyskakujący dosłownie spod nóg gdy nosząc ciężary chodziliśmy tam i z powrotem przez chaszcze w których, o czym jeszcze nie wiedzieliśmy kryły się głębokie na 3,5 metra studnie bez pokryw.
O studniach dowiedzieliśmy się przypadkiem, gdy przyjechał nasz Il Duce, dzieciaki przejęły jego psa, zwącego się nomen omen Szczęściarz. Szczęściarz biegał radośnie przez chaszcze tam i z powrotem za różnymi rzucanymi przedmiotami dopóki nie znikł. Jakiś czas później Szef zbiera się do powrotu, a tu psa nie ma. Szuka, szuka i nagle zaczyna kląć. Zlatujemy się hurmem wszyscy, ciekawi ludzkiego nieszczęścia, patrzymy a tu z otchłani mroku i czarnej wody patrzą na nas rozczarowane człowieczeństwem ślepia. No i mieliśmy akcję ratowniczą, połączoną z wyprawą do wnętrza ziemi, oraz błogą świadomość, że nieuprzedzeni, przez dwa poprzednie dni, sami mogliśmy obiektem takiej akcji zostać.
I w sumie tyle. Jesień przepiekana. Lasy wyglądają jakby płonęły. Piss po tryumfalnym marszu odnalazł w końcu swój referendalny Stalingrad w Warszawie. Szponiasta wróciła na kurs tańca. Opowidała jak ostatnio, już po zajęciach ludzie wychodzą, a Landryna Mono, pani prowadząco-instruująca a do tego lasencja długonoga i cycata, bez krempacji zaczyna się przebierać. Jak wiadomo przebieranie się składa się z dwóch etapów, najpierw należy się rozebrać... podobno własnie w tej chwili ruch ku drzwiom gwałtownie ustał, a można by powiedzieć, że zauważono nawet pewne tendencje zwrotne.
- Co tam masz?
- Okno do piekła.
- A komu machasz?
- Całej gromadzie prawników
*
gdy błagają o litość
Stawiamy płot pośrodku niczego gdzieś za Old Kiszewą. Miejsce to jest bezkresne, otoczone pokrytymi oziminą polami, kępami lasów i siatką pylistych, gruntowych dróg. Miejsce to ma własny las, piaszczystą skarpę, fundament domu wzniesiony na pyle i lotnych nadziejach. Ma kilka ton rozrzuconych, kaszubskich otoczaków, wyrwę w ziemi wypełnioną wodą i dwie niewidoczne wśród zielska studnie prowadzące do ukrytego pod ziemią strumienia. Jest tam też drewniana budka mieszcząca grilla, miskę dla psa i narzędzia, w tym nas.
To mały prywatny świat, który odgradzamy falangami metalowych słupków od reszty uniwersum. Sześciany wyciętej darni, Radosny z czerwoną poziomnicą na tle rozwścieczonego, jesiennego nieba, mgły, pastele, szarości i błękity. Utetłany w betonie uzbrajam tę ziemię w człowieka, stawiam maszt za masztem by mogły powiewać na nich sztandary siatki z Castoramy. Wyznaczam kres ludzkiej eksploracji, śmiało patrzę w dal i wsłuchuję się w ciszę, śpiew Miasta w mej głowie ledwo tu brzmi i ociera się o granice wyobraźni.
Agentka organizuje marsz do Przywidza... bywam tam ostatnio dwa razy dziennie.
Wyprawa po beton. Marsz do sąsiedniego królestwa, którym zarządza Szalony Ogrodnik. Pośród wzgórz szarpią się niczym uwięzione na rafach żaglowce, ogromne foliowe tunele, połatane wszystkim co cywilizacja wyrzuciła na krawędź szosy. Niesamowite skupisko budynków z różnych er i epok, połączone w jedną lepką całość przez sterty śmieci odpadków, sprzętów odłożonych i porzuconych, przydasiów i wszystkiego pomiędzy. Niesamowity widok egzotycznych rośli, dziesiątek kaktusów leżących pod różnymi kątami pod listopadowym niebem. Weranda zbita ze starych okiem, koty patrzące z każdej szpary i władca tego wszystkiego jeżdżący na szkielecie czterdziestoletniego traktora, odartego ze wszystkiego i dymiącego z lekka z przymocowanej drutem chłodnicy z Jeepa Cherokee. Traktor od 20 lat nie ma hamulców, w całym więc gospodarstwie, w strategicznych miejscach usypane są małe górki, na których maksymalnie zwalniając silnikiem można to technologiczne monstrum zatrzymać albo nawrócić. Wraki samochodów, niektóre jeżdżące. Jednym z nich woziliśmy wiadra ze świeżutkim betonem. Właściciel tego pandemonium o spojrzeniu człowieka, który nocami rzuca broną w kalafiory, o aparycji i elokwencji inteligenta z lat siedemdziesiątych suszy iskrzący i dymiący radośnie z kilku miejsc kabel od betoniarki na słońcu. Betoniarka charczy i chlapie, jej silnik podryguje obscenicznie wypatroszony i ułożony obok. Najwspanialszy był jednak samochód, wielki biały furgon, który natychmiast nazwaliśmy "Strefą Mroku". Radosny ostrożnie ujął kierownicę jakby obawiając się. że skruszy mu się w dłoniach niczym starożytny artefakt z jakiegoś spalonego imperium. Król ogrodników zaś nachyla się do środka przez okno i monotonnie szepcze: Przestawiamy ten dynks, po czym wciskamy ten wielki, czerwony przycisk i spokojnie liczymy do piętnastu (Już czekałem na odpalenie i lot na Wenus), następnie wciskamy TU i.... głuchy charchot zerodowanych flaforów zamordowanej maszyny budzącej się ponownie do życia. Chwila klekoczących potworności spod maski i nasz zombie lekko pływając na boki rusza ku zachodowi słońca. Kabinę natychmiast wypełniają spaliny i buchają przez niedomykające się okna, Na szczęście gdy siedzę na stercie opon w miejscu fotela, zbyt struchlały by drgnąć, patrząc z fascynacją na każdy kolejny, pokonywany metr, z jękiem otwierają się drzwi boczne a ja patrzę w dół na przemykające głazy i wylewający się na zewnątrz czarny opar.
Grillowane kiełbasy i chleb zapijany Tyskim, zając wyskakujący dosłownie spod nóg gdy nosząc ciężary chodziliśmy tam i z powrotem przez chaszcze w których, o czym jeszcze nie wiedzieliśmy kryły się głębokie na 3,5 metra studnie bez pokryw.
O studniach dowiedzieliśmy się przypadkiem, gdy przyjechał nasz Il Duce, dzieciaki przejęły jego psa, zwącego się nomen omen Szczęściarz. Szczęściarz biegał radośnie przez chaszcze tam i z powrotem za różnymi rzucanymi przedmiotami dopóki nie znikł. Jakiś czas później Szef zbiera się do powrotu, a tu psa nie ma. Szuka, szuka i nagle zaczyna kląć. Zlatujemy się hurmem wszyscy, ciekawi ludzkiego nieszczęścia, patrzymy a tu z otchłani mroku i czarnej wody patrzą na nas rozczarowane człowieczeństwem ślepia. No i mieliśmy akcję ratowniczą, połączoną z wyprawą do wnętrza ziemi, oraz błogą świadomość, że nieuprzedzeni, przez dwa poprzednie dni, sami mogliśmy obiektem takiej akcji zostać.
I w sumie tyle. Jesień przepiekana. Lasy wyglądają jakby płonęły. Piss po tryumfalnym marszu odnalazł w końcu swój referendalny Stalingrad w Warszawie. Szponiasta wróciła na kurs tańca. Opowidała jak ostatnio, już po zajęciach ludzie wychodzą, a Landryna Mono, pani prowadząco-instruująca a do tego lasencja długonoga i cycata, bez krempacji zaczyna się przebierać. Jak wiadomo przebieranie się składa się z dwóch etapów, najpierw należy się rozebrać... podobno własnie w tej chwili ruch ku drzwiom gwałtownie ustał, a można by powiedzieć, że zauważono nawet pewne tendencje zwrotne.
- Co tam masz?
- Okno do piekła.
- A komu machasz?
- Całej gromadzie prawników
*
poniedziałek, 30 września 2013
Ostatni pilot myśliwca już się urodził
Macam sobie żonę:
Ja - Tu ciepło, tam zimno
Szponiasta -Kobieta zmienną jest
Pod koniec lata odnaleźliśmy Starą Matarnię wprost z wierszy Węcla, poety o świetlistej wyobraźni i brunatnej duszy prawicowca. Gdzieś poza drgającą w upale Obwodową pośród zieleni stercząca w niebo sterczyna piętnastowiecznego kościółka, na jego szczycie puste, bocianie gniazdo. Cisza i bezruch pomiędzy domkami z czerwonej cegły, wspinającymi się powoli na kościelne wzgórze. Tylko koło Monaru w starym folwarku rogata młodzież snuje brudne opowieści siedząc w kręgu pośród trawy. Wnętrze kościoła pachnące czasem, drewnem, tajemnicą, przesiąkniętym modlitwą kadzidłem i pastą do podłóg. Widok na pola parę starych grobów ze zmytymi przez deszcze i niepamięć szpikulcami szwabachy. Za obwodnicą IKEA pełna pluszowych marchewek i brokułów...
Ciężka walka o podwyżkę. Nasz pan i władca na końcu Chełmu postanowił zdaje się nas trochę zmiękczyć, ewentualnie zmusić do pomyłek i przez miesiąc urządzał nam w pracy marsz śmierci. Błoto, deszcz, wiatr pomiędzy żebrami. Obłędne zmęczenie, wir roboty, ryk zarzynanych maszyn, gorący smar na rękach, głód i na koniec choroby. Miałem taką kulę kwasu w żołądku, że byłem już prawie pewien wrzodów w żołądku. Żywiłem się sokiem pomidorowym i naprawdę od dawna nie byłem tak bliski rzucenia pracy.
Ostatecznie skończyło się i przeminęło. Mieliśmy wielki zlot gwiaździsty firmy w Good Lucku pośród rowerków treningowych. Po ostatniej mega kontroli i złożeniu hojnej daniny Ministrowi Rostowskiemu, który to wisi na polską gospodarką niczym życzliwie uśmiechnięty Sziwa na błękitnej chmurce interpretacji prawnych, firma nabrała nieco formalnych łusek i obrosła w procedury. Każde z nas ma teraz papierowe skrzydła, które wleką się za nami brudne i przesiąknięte potem.
Po części oficjalnej miała być nieoficjalna, i tu właśnie po raz kolejny wypłynął specyficzny sposób myślenia naszego Il Duce (który niech żyje). A przecież tłumaczyłem mu, że w takich firmach nie pracują ludzie, którzy z radością pójdą owinięci jedynie w ręczniki na strefę relaksu i przyległe sauny, gdzie w takt tantrycznej muzyki będą popijać wino i przekąszać przekąsne przekąski. Nie orientuję się w liczbie niedobitków, która z naszym szefem ostatecznie i nago relaksowała się w saunie, natomiast wraz z zakończeniem części oficjalnej dało się odczuć nagły pęd powietrza i słychać było zbiorowy tętent ku najbliższej linii horyzontu. Dan prysnął pierwszy zasłaniając się chorym dzieckiem niczym żywą tarczą, podobno jechał samochodem z pięcioma naszymi dziewczynami. My z Radkiem udaliśmy się w dół, ku miastu dysponując rządzą przygód oraz połówką Bolsa pierwszy toast ze 150-siątek wznieśliśmy już na wspinającej się ku niebu stromej drodze do Good Lucka. Wieczór okazał się niezwykle przyjemny, przepojony smakiem piwa na miodzie gryczanym, czeskim, marynowanym camembercie z cebulką i rasowym kebabie spożywanym w odrapanej podszewce miasta, gdzie lekko wcięty ratowałem moją pordzewiałą jak Titanic angielszczyzną jakiegoś obcokrajowca o rozszerzonych grozą oczach. Bytność w kolejnych lokalach pieczętowałem chowanymi po kieszeniach "wafelkami". Ostatecznie skończyliśmy nad skrzącą się w blasku miesiąca Motławą. Nad wodą niosła się muzyka, zakochani tulili się w każdym dostępnym cieniu, ciepło żarzyły się okna a roziskrzoną wodę cięły niczym duchy minionych czasów bezszelestne jachty.
Szef nie przyjął najlepiej powszechnej dezercji pojedzie wszystkim uciekinierom po premii, bo przez nas sam musiał jeść ten cały catering i spijać wino, ocierając się zapewne o włochate cielsko nałogu.
Nie wiem jak jest teraz, ale
za moich czasów nazwanie
czyjejś matki kurwą, było
rodzajem zaproszenia...
(Ćwiek)
*
Ja - Tu ciepło, tam zimno
Szponiasta -Kobieta zmienną jest
Pod koniec lata odnaleźliśmy Starą Matarnię wprost z wierszy Węcla, poety o świetlistej wyobraźni i brunatnej duszy prawicowca. Gdzieś poza drgającą w upale Obwodową pośród zieleni stercząca w niebo sterczyna piętnastowiecznego kościółka, na jego szczycie puste, bocianie gniazdo. Cisza i bezruch pomiędzy domkami z czerwonej cegły, wspinającymi się powoli na kościelne wzgórze. Tylko koło Monaru w starym folwarku rogata młodzież snuje brudne opowieści siedząc w kręgu pośród trawy. Wnętrze kościoła pachnące czasem, drewnem, tajemnicą, przesiąkniętym modlitwą kadzidłem i pastą do podłóg. Widok na pola parę starych grobów ze zmytymi przez deszcze i niepamięć szpikulcami szwabachy. Za obwodnicą IKEA pełna pluszowych marchewek i brokułów...
Ciężka walka o podwyżkę. Nasz pan i władca na końcu Chełmu postanowił zdaje się nas trochę zmiękczyć, ewentualnie zmusić do pomyłek i przez miesiąc urządzał nam w pracy marsz śmierci. Błoto, deszcz, wiatr pomiędzy żebrami. Obłędne zmęczenie, wir roboty, ryk zarzynanych maszyn, gorący smar na rękach, głód i na koniec choroby. Miałem taką kulę kwasu w żołądku, że byłem już prawie pewien wrzodów w żołądku. Żywiłem się sokiem pomidorowym i naprawdę od dawna nie byłem tak bliski rzucenia pracy.
Ostatecznie skończyło się i przeminęło. Mieliśmy wielki zlot gwiaździsty firmy w Good Lucku pośród rowerków treningowych. Po ostatniej mega kontroli i złożeniu hojnej daniny Ministrowi Rostowskiemu, który to wisi na polską gospodarką niczym życzliwie uśmiechnięty Sziwa na błękitnej chmurce interpretacji prawnych, firma nabrała nieco formalnych łusek i obrosła w procedury. Każde z nas ma teraz papierowe skrzydła, które wleką się za nami brudne i przesiąknięte potem.
Po części oficjalnej miała być nieoficjalna, i tu właśnie po raz kolejny wypłynął specyficzny sposób myślenia naszego Il Duce (który niech żyje). A przecież tłumaczyłem mu, że w takich firmach nie pracują ludzie, którzy z radością pójdą owinięci jedynie w ręczniki na strefę relaksu i przyległe sauny, gdzie w takt tantrycznej muzyki będą popijać wino i przekąszać przekąsne przekąski. Nie orientuję się w liczbie niedobitków, która z naszym szefem ostatecznie i nago relaksowała się w saunie, natomiast wraz z zakończeniem części oficjalnej dało się odczuć nagły pęd powietrza i słychać było zbiorowy tętent ku najbliższej linii horyzontu. Dan prysnął pierwszy zasłaniając się chorym dzieckiem niczym żywą tarczą, podobno jechał samochodem z pięcioma naszymi dziewczynami. My z Radkiem udaliśmy się w dół, ku miastu dysponując rządzą przygód oraz połówką Bolsa pierwszy toast ze 150-siątek wznieśliśmy już na wspinającej się ku niebu stromej drodze do Good Lucka. Wieczór okazał się niezwykle przyjemny, przepojony smakiem piwa na miodzie gryczanym, czeskim, marynowanym camembercie z cebulką i rasowym kebabie spożywanym w odrapanej podszewce miasta, gdzie lekko wcięty ratowałem moją pordzewiałą jak Titanic angielszczyzną jakiegoś obcokrajowca o rozszerzonych grozą oczach. Bytność w kolejnych lokalach pieczętowałem chowanymi po kieszeniach "wafelkami". Ostatecznie skończyliśmy nad skrzącą się w blasku miesiąca Motławą. Nad wodą niosła się muzyka, zakochani tulili się w każdym dostępnym cieniu, ciepło żarzyły się okna a roziskrzoną wodę cięły niczym duchy minionych czasów bezszelestne jachty.
Szef nie przyjął najlepiej powszechnej dezercji pojedzie wszystkim uciekinierom po premii, bo przez nas sam musiał jeść ten cały catering i spijać wino, ocierając się zapewne o włochate cielsko nałogu.
Nie wiem jak jest teraz, ale
za moich czasów nazwanie
czyjejś matki kurwą, było
rodzajem zaproszenia...
(Ćwiek)
*
czwartek, 12 września 2013
Mokre i jadowite
Trwa msza
Ja - O sępy idą.
Szponiasta - Misiu! To nie sępy.
To szafarze eucharystii
Czas płynie. Świat toczy się naprzód grzechocząc niczym beczka po oleju pełna galaktyk. Dni przechodzą w noce, pory roku przychodzą i odchodzą. Hofman snuje opowieści o penisach, Sikorski powstrzymuje wojnę w Syrii, co prawdopodobnie doprowadziło Prezesa do pożarcia żywcem osobistego kota i kawałka Błaszczaka na dokładkę. Bóg wyraża pogodą opinię o związkowych kurwach kalających swą obecnością wąwozy stolicy. Doda skacze ze sceny a fani rozstępują się...
Znajomy ojca, ten co to mu wyciągali operacyjnie kleszcza z wnętrza penisa, postanowił podnieść poprzeczkę w dziale: Najstraszliwsze momenty w życiu i dał się ugryźć komarowi tygrysiemu. To specjalny rodzaj komara roznoszący psie nicienie i takiego też nicienia wyjął sobie ów znajomy z burchla na udzie.17 przypadków w Rzeczpospolitej. Jestem dumny że go znam. Z niecierpliwością czekam na ciąg dalszy.
Ostatnio ciągle pracujemy w deszczu. mam wrażenie, Że gniją mi ręce, ale tylko wokół tych 120 ran po kolcach i cierniach.
Ostatnio z racji wysokości otrzymywanego wynagrodzenia uknuliśmy sprytny plan, przewidujący napady w ciemnych zaułkach na niemieckich turystów. Idą, a tu nagle z ciemności - ja z piłą mechaniczną i Rado z podkaszarką, odwracają się a za nimi bezszelestnie i ponuro stoi Dan patrzy posępnie z dmuchawą w rękach i robi nią Wuuuum! Wuuum!... Oddadzą wszystko, łącznie z protezami, no bo sami pomyślcie jakie potworne rzeczy można zrobić człowiekowi takim monstrualnym odkurzaczem.
Impreza u Radosnego łyskacz, czerwony bigos, marynowana karkówka i sałatka z pora. To wszystko podlane wściekłymi psami i dobrym towarzystwem. tylko na chwilę wyskoczyłem z Radosnym po piwo i wróciłem z książką.
Potem urodziny - niespodzianka Górala w miejscu nazywającym się adekwatnie "Pułapka", roladki z parówkami, tarta z jajecznicą, Leto wybierający się do chirurga, Lenn zmieniająca się w Yoru, piwo grejpfrutowe. Wychudły Góral (To pewnie przez seks) i kłusująca wokół z dzieckiem o przeszywającym spojrzeniu Herbaciarka. Oszklona dziura do piwnicy tuż za drzwiami i Krewetka pożerająca zrabowane babeczki, które wcześniej rozdeptała i bawiąca się figurkami szczęśliwych koników i małą schizofreniczną wanienką dołączoną do kompletu.
A jeśli już o szczęśliwych konikach mowa. Oglądamy jakiś trawnik pod blokiem w Dzielnicy Latających Siekier. Słońce, trawa wypalona jak reaktor w Czernobylu, metalowe elementy spadające z pluskiem do rzeki spod przerdzewiałego podbrzusze Mostu siennickiego , w takt dudniących tramwajów. Zmęczenie i cichy plaszczący dźwięk obok. Olałem, ale po chwili drugi. Patrzę a tu leżą sobie gumowe, szczęśliwe koniki, "Co jest" myślę, patrzę w górę a tu prosto na mnie pikuje coś różowego z rozwianą grzywą. Jaka dzielnica taki deszcz.
Rado - Widziałem dziś piaskarkę
Dan - To pewnie rekonesans...
*
Ja - O sępy idą.
Szponiasta - Misiu! To nie sępy.
To szafarze eucharystii
Czas płynie. Świat toczy się naprzód grzechocząc niczym beczka po oleju pełna galaktyk. Dni przechodzą w noce, pory roku przychodzą i odchodzą. Hofman snuje opowieści o penisach, Sikorski powstrzymuje wojnę w Syrii, co prawdopodobnie doprowadziło Prezesa do pożarcia żywcem osobistego kota i kawałka Błaszczaka na dokładkę. Bóg wyraża pogodą opinię o związkowych kurwach kalających swą obecnością wąwozy stolicy. Doda skacze ze sceny a fani rozstępują się...
Znajomy ojca, ten co to mu wyciągali operacyjnie kleszcza z wnętrza penisa, postanowił podnieść poprzeczkę w dziale: Najstraszliwsze momenty w życiu i dał się ugryźć komarowi tygrysiemu. To specjalny rodzaj komara roznoszący psie nicienie i takiego też nicienia wyjął sobie ów znajomy z burchla na udzie.17 przypadków w Rzeczpospolitej. Jestem dumny że go znam. Z niecierpliwością czekam na ciąg dalszy.
Ostatnio ciągle pracujemy w deszczu. mam wrażenie, Że gniją mi ręce, ale tylko wokół tych 120 ran po kolcach i cierniach.
Ostatnio z racji wysokości otrzymywanego wynagrodzenia uknuliśmy sprytny plan, przewidujący napady w ciemnych zaułkach na niemieckich turystów. Idą, a tu nagle z ciemności - ja z piłą mechaniczną i Rado z podkaszarką, odwracają się a za nimi bezszelestnie i ponuro stoi Dan patrzy posępnie z dmuchawą w rękach i robi nią Wuuuum! Wuuum!... Oddadzą wszystko, łącznie z protezami, no bo sami pomyślcie jakie potworne rzeczy można zrobić człowiekowi takim monstrualnym odkurzaczem.
Impreza u Radosnego łyskacz, czerwony bigos, marynowana karkówka i sałatka z pora. To wszystko podlane wściekłymi psami i dobrym towarzystwem. tylko na chwilę wyskoczyłem z Radosnym po piwo i wróciłem z książką.
Potem urodziny - niespodzianka Górala w miejscu nazywającym się adekwatnie "Pułapka", roladki z parówkami, tarta z jajecznicą, Leto wybierający się do chirurga, Lenn zmieniająca się w Yoru, piwo grejpfrutowe. Wychudły Góral (To pewnie przez seks) i kłusująca wokół z dzieckiem o przeszywającym spojrzeniu Herbaciarka. Oszklona dziura do piwnicy tuż za drzwiami i Krewetka pożerająca zrabowane babeczki, które wcześniej rozdeptała i bawiąca się figurkami szczęśliwych koników i małą schizofreniczną wanienką dołączoną do kompletu.
A jeśli już o szczęśliwych konikach mowa. Oglądamy jakiś trawnik pod blokiem w Dzielnicy Latających Siekier. Słońce, trawa wypalona jak reaktor w Czernobylu, metalowe elementy spadające z pluskiem do rzeki spod przerdzewiałego podbrzusze Mostu siennickiego , w takt dudniących tramwajów. Zmęczenie i cichy plaszczący dźwięk obok. Olałem, ale po chwili drugi. Patrzę a tu leżą sobie gumowe, szczęśliwe koniki, "Co jest" myślę, patrzę w górę a tu prosto na mnie pikuje coś różowego z rozwianą grzywą. Jaka dzielnica taki deszcz.
Rado - Widziałem dziś piaskarkę
Dan - To pewnie rekonesans...
*
Subskrybuj:
Posty (Atom)