- Kobiety są dziwne...
- Może i są, ale mnie to nie
dotyczy, ja nie jestem kobietą.
Jestem Kiszczakiem...
(My)
Gdy czesałem się po powrocie z pracy z włosów posypało mi się igliwie i wyleciała ćma. Takiż to już los pogromcy praw natury, ajatollaha terenów zielonych, poszarzałego od dymu i chemii frontowca z pierwszej linii walki z chaosem. Najbrudniejsi, przepoceni, omijani wzrokiem przez ludzi i bogów torujemy światu ludzi drogę przez pierwotną zupę potencjalnych możliwości.
Byliśmy całą bandą w Toruniu. Chodziliśmy przez most (kto był ten wie). Pobłądziliśmy pod stropem ze ćwieków i spaliśmy z pociągami przejeżdżającymi dosłownie o 4 metry od naszych poduszek. Zjedliśmy zwyczajowego gofra i makarony i chaos pierogów. Przepłynęliśmy jezioro piwa i spoczęliśmy spokojne smakując życie na Schodach Cyklopów na Wisłą. Oglądaliśmy zerodowany ząb zamku z góry i od spodu, dosiadaliśmy maszyn oblężniczych i utopiliśmy w cierpliwej Wiśle starożytne kombinerki. Marzliśmy patrząc jak tańczy w ciemnościach śpiewająca fontanna i usiłowaliśmy ustać prosto pod krzywą wieżą. Wystawy i półsen w planetarium.. Wspinaliśmy się na wieże i słuchaliśmy na mszy w katedrze śpiewającej kobiety, której głos rozsadzał mury i serca. Stąpaliśmy po nieistniejącym kościele i patrzyliśmy na metalową makietę miasta stopioną z kluczy zebranych przez mieszkańców. Bujaliśmy się na wietrze na szczycie ruin zamku Dybowskiego i wprost z autokaru i tramwaju gnaliśmy do komisji wyborczej w Brzeźnie. Wpadliśmy tam na 9 minut przed zamknięciem. Starszy pan z komisji wstał z uśmiechem i stwierdził: Jeszcze tylko na pana czekaliśmy...
Byliśmy też w Sulęczynie pośród jezior, ale w międzyczasie był Mad Max. Mad Max to religia mojego dzieciństwa. Coś co ukształtowało mnie bardziej niż rodzice, szkoła czy religia, Rozmigotane ekstrema w wirze niekontrolowanego upadku, szaleństwo w miłosnym uścisku z nostalgią, nie da się oceniać mnie bez zrozumienia kim był wojownik szos Max. "W ryku silników stracił wszystko aż przybył tu, na to wypalone pustkowie by się urodzić na nowo..."
Sulęczyno, słońce, toń jezior, zieleń lasów i zapach igliwia niesiony ciepłym wiatrem. Wódka niosąca nas w noc i polowanie na przemykająca po niebie Międzynarodową Stację Kosmiczną. Marsz leśnymi duktami do Węsior, ładowanie reaktorów kamiennych kręgach. Szczera erupcja pędzonych oktanami emocji Meave o której krążyć będą w naszym małym uniwersum legendy. Permanentny brak kaca, nieustający grill i powietrze smakujące... cholera, smakujące... pełnią. Naprawdę nie chciałem wracać. Ale cóż robić, wszędzie dobrze ale w krainie grozy, mroku i wilgoci najlepiej. Wróciliśmy, wielokrotnie wstaliśmy do pracy, organizowaliśmy wyschnięty świat. Od pyłu w jaki zmieniła się trawa zapaliły mi się spojówki i płuca zmniejszyły swoją objętość. A dziś idziemy na ślub Landryny i Areckiego. Pazurkowata udała się do fryzjera a ja wciąż jeszcze nie zdecydowałem czy wejdę w płetwach do kościoła czy wskoczę nago w tort.
- Wszystkich chciałaś nabijać na pal
- kogo?
- Kołakowską...i wszystkich
(Meave i Krzysiu)
*
sobota, 13 czerwca 2015
sobota, 16 maja 2015
Zostałem skazany na wolność. W zawieszeniu...
Jakaś kobieta w sklepie:
- o Boże!
Ja odruchowo
- Słucham?
- No wie pan, jak pan może?!
- Sama się pani dowie za 37 lat i 3 miesiące...
Poparzony powietrzem, wypiaskowany nasionami traw - gorący i przesiąknięty na wskroś wysokooktanowym zapachem benzyny, płynę ponad powierzchniami zielonymi drżąc w takt wibracji silnika. Otoczony chmurą huku rozszalałych cylindrów mielących aerozol wysiłku. Osnuty błotem nicowanych kwietników zaczajony na zwyczajność. Smagany słońcem, palony wiatrem obserwuję twoje życie zza nawisu oczywistości, lekko z boku, trochę zza rogu.
Gdy zapada wieczór jadę do domu patrząc przez szyberdach na wpadające w indygo niebo. Paruję oddycham, zaczynam być gdzie indziej. Coraz mniej mnie zostaje po tej stronie.
Wokół wciąż umierają ludzie. Wszędzie jest rak. Otaczają mnie naświetleni, na chemii. Liczący dni i godziny. w ciemnościach przed świtem nadsłuchuję czy nie nadchodzi wśród chrzęstu zainfekowanej chityny i szmerem badawczych nibynóżek, by wypełnić grozą me sny.
Nocą nadchodzi deszcz i spłukuje miasto. Świat zaczyna pachnąć. W mroku, niepojętym darknesie kłębi się nieskończona przestrzeń. Ostrożnie dotykam szyby, bo już nie tajemnicy.
Rano próbuję stoczyć się z łóżka bez jęku, na spojrzenie małżonki gdzieś spośród puchów pościeli,wśród których wygląd jak słońce na średniowiecznej rycinie, odpowiadam: Mów mi zakwas.
Wiecie będzie mi brakowało Panny Ogórek z tymi jej nóżkami.
Za to mój ulubieniec Kim kazał rozstrzelać ministra z broni przeciwlotniczej, bo przysnął na defiladzie. Kocham styl tego kolesia, to było prawie tak dobre, jak rozstrzelanie wuja - generała z baterii moździerzy.
Tymczasem w pracy odstrzeliło mi połowę ostrza w kosiarce. Z tego co jestem w stanie się zorientować, nic mi nie odpadło, za to, zgodnie o wieloletnią tradycją naszego Aqua Clanu ostrze zniknęło bez śladu, co jest o tyle zabawne, że kosiłem akurat między dwoma samochodami. Opowiadałem o tym Szponiastej, a ta się śmieje, że pewnie gdzieś tam leży w samochodzie martwa kobieta z ostrzem w czole. Ja na to, że to już trzecie zaginione ostrze, a ona na to głosem spikera: Trzecia ofiara kosiarza...
Ostatnio żona ma jedyna zostawiła końcówkę w domu, dzięki czemu mogłem do niej dzwonić długo i szczęśliwie. Budzi się rano, ujmuje leniwie telefon a chwilę potem słyszę: UUAAA! a zaraz potem tętent. Mój Szpon Bojowy przebiega obok, zaraz przebiega z powrotem i znowu, tym razem powiewając jakimś odzieniem na szyi i lewej nodze. Podelektowałem się chwilę w zadumie widokiem i w końcu pytam: Co jest? Okazało się, że w pracy pojawi się u nich Pani Premier. W sumie wyszło, że:kij zaspanie, kij premier ale w smsie pisało:strój galowy a zostało tylko 30 minut.
Sponsorem ogólnopolskiego dnia
grilla jest producent leku na zgagę
*
- o Boże!
Ja odruchowo
- Słucham?
- No wie pan, jak pan może?!
- Sama się pani dowie za 37 lat i 3 miesiące...
Poparzony powietrzem, wypiaskowany nasionami traw - gorący i przesiąknięty na wskroś wysokooktanowym zapachem benzyny, płynę ponad powierzchniami zielonymi drżąc w takt wibracji silnika. Otoczony chmurą huku rozszalałych cylindrów mielących aerozol wysiłku. Osnuty błotem nicowanych kwietników zaczajony na zwyczajność. Smagany słońcem, palony wiatrem obserwuję twoje życie zza nawisu oczywistości, lekko z boku, trochę zza rogu.
Gdy zapada wieczór jadę do domu patrząc przez szyberdach na wpadające w indygo niebo. Paruję oddycham, zaczynam być gdzie indziej. Coraz mniej mnie zostaje po tej stronie.
Wokół wciąż umierają ludzie. Wszędzie jest rak. Otaczają mnie naświetleni, na chemii. Liczący dni i godziny. w ciemnościach przed świtem nadsłuchuję czy nie nadchodzi wśród chrzęstu zainfekowanej chityny i szmerem badawczych nibynóżek, by wypełnić grozą me sny.
Nocą nadchodzi deszcz i spłukuje miasto. Świat zaczyna pachnąć. W mroku, niepojętym darknesie kłębi się nieskończona przestrzeń. Ostrożnie dotykam szyby, bo już nie tajemnicy.
Rano próbuję stoczyć się z łóżka bez jęku, na spojrzenie małżonki gdzieś spośród puchów pościeli,wśród których wygląd jak słońce na średniowiecznej rycinie, odpowiadam: Mów mi zakwas.
Wiecie będzie mi brakowało Panny Ogórek z tymi jej nóżkami.
Za to mój ulubieniec Kim kazał rozstrzelać ministra z broni przeciwlotniczej, bo przysnął na defiladzie. Kocham styl tego kolesia, to było prawie tak dobre, jak rozstrzelanie wuja - generała z baterii moździerzy.
Tymczasem w pracy odstrzeliło mi połowę ostrza w kosiarce. Z tego co jestem w stanie się zorientować, nic mi nie odpadło, za to, zgodnie o wieloletnią tradycją naszego Aqua Clanu ostrze zniknęło bez śladu, co jest o tyle zabawne, że kosiłem akurat między dwoma samochodami. Opowiadałem o tym Szponiastej, a ta się śmieje, że pewnie gdzieś tam leży w samochodzie martwa kobieta z ostrzem w czole. Ja na to, że to już trzecie zaginione ostrze, a ona na to głosem spikera: Trzecia ofiara kosiarza...
Ostatnio żona ma jedyna zostawiła końcówkę w domu, dzięki czemu mogłem do niej dzwonić długo i szczęśliwie. Budzi się rano, ujmuje leniwie telefon a chwilę potem słyszę: UUAAA! a zaraz potem tętent. Mój Szpon Bojowy przebiega obok, zaraz przebiega z powrotem i znowu, tym razem powiewając jakimś odzieniem na szyi i lewej nodze. Podelektowałem się chwilę w zadumie widokiem i w końcu pytam: Co jest? Okazało się, że w pracy pojawi się u nich Pani Premier. W sumie wyszło, że:kij zaspanie, kij premier ale w smsie pisało:strój galowy a zostało tylko 30 minut.
Sponsorem ogólnopolskiego dnia
grilla jest producent leku na zgagę
*
piątek, 24 kwietnia 2015
Jeśli nie obchodzi cię gdzie jesteś, nie jesteś zagubiony
- ...no bez jaj!
- Bez jaj? Nie wiedziałam, że
masz zdejmowane.
(My)
Czas znika, tydzień po tygodniu. Ledwo co wędrowałem z rykiem przez fałdy Morenowego Wzgórza ścigany przez radosne krzyki tłumu dzieciaków, wyciągających ze wzruszonej wertykulatorem, starej, poligonowej ziemi skorodowane pociski od kałasza, a tu już przemyka obok pielenie w czasie cyklonu kiedy to pełzając wśród krzakulców na czworakach widziałem pod sobą deszcz, gnający poziomo do gruntu. Słońce, deszcz, ciepło, lodowato, jak w "Wehikule czasu", wszystko miga wokół. Zapach wzruszonej ziemi, smród gryp żołądkowych gdy przechodzimy je jedno po drugim, jak przystało na zgodne małżeństwo.
Odkryłem po latach, że Hania ma złote oczy.
Od bolidu Boha, którym wesoło przemierzamy nasze służbowe przestrzenie, od czasu do czasu coś odpada, co z reguły jest miłą odmianą w przypadkach, gdy coś się pali. Ostatnio odpadł tłumik, obejrzałem sobie więc w warsztacie starą niemiecką technologię od spodu. Dla Boha to były dni pełne niespodzianek, odkrył, że ma w czołgu komputer, i immobilizer...
W każdym razie był tam jeszcze jakiś klient oraz mechanik gawędziarz, prawdziwy mistrz. Docinał, szlifował, spawał płynnie wplatając w te czynności opowieść o facecie, który wraz ze swoją matką stworzył świetną firmę handlującą elektroniką, Potrafił pokonać z pieśnią na ustach każdą przeciwność, zarabiał po 3 miliony miesięcznie i miał własny świat otoczony ośmiokilometrowym murem z kamerami. Jak każdy dobry gawędziarz koleś co jakiś czas zadawał pytania, pozwalając by słuchacze sami wymyślali ciąg dalszy, stopniując napięcie. - No i pewnego dnia jego żona zażądała rozwodu, a wiadomo co się dzieje w czasie rozwodu... Jak myślicie panowie co się stało? Przecież nie da się podzielić firmy...
- Podzielili majątek
- Zabrała mu wszystko
- Poszli na ugodę
- Nie, chłop powiesił się.
Za zasługi i na wszelki wypadek dostałem dzień wolny. Miałem iść do Wrzeszcza, ale pogoda jest niefotograficzna więc jeszcze pomyśle.
Przeżyć to co jest nam niepisane
Nigdy już nie robić nic na pamięć
(Bracia)
*
- Bez jaj? Nie wiedziałam, że
masz zdejmowane.
(My)
Czas znika, tydzień po tygodniu. Ledwo co wędrowałem z rykiem przez fałdy Morenowego Wzgórza ścigany przez radosne krzyki tłumu dzieciaków, wyciągających ze wzruszonej wertykulatorem, starej, poligonowej ziemi skorodowane pociski od kałasza, a tu już przemyka obok pielenie w czasie cyklonu kiedy to pełzając wśród krzakulców na czworakach widziałem pod sobą deszcz, gnający poziomo do gruntu. Słońce, deszcz, ciepło, lodowato, jak w "Wehikule czasu", wszystko miga wokół. Zapach wzruszonej ziemi, smród gryp żołądkowych gdy przechodzimy je jedno po drugim, jak przystało na zgodne małżeństwo.
Odkryłem po latach, że Hania ma złote oczy.
Od bolidu Boha, którym wesoło przemierzamy nasze służbowe przestrzenie, od czasu do czasu coś odpada, co z reguły jest miłą odmianą w przypadkach, gdy coś się pali. Ostatnio odpadł tłumik, obejrzałem sobie więc w warsztacie starą niemiecką technologię od spodu. Dla Boha to były dni pełne niespodzianek, odkrył, że ma w czołgu komputer, i immobilizer...
W każdym razie był tam jeszcze jakiś klient oraz mechanik gawędziarz, prawdziwy mistrz. Docinał, szlifował, spawał płynnie wplatając w te czynności opowieść o facecie, który wraz ze swoją matką stworzył świetną firmę handlującą elektroniką, Potrafił pokonać z pieśnią na ustach każdą przeciwność, zarabiał po 3 miliony miesięcznie i miał własny świat otoczony ośmiokilometrowym murem z kamerami. Jak każdy dobry gawędziarz koleś co jakiś czas zadawał pytania, pozwalając by słuchacze sami wymyślali ciąg dalszy, stopniując napięcie. - No i pewnego dnia jego żona zażądała rozwodu, a wiadomo co się dzieje w czasie rozwodu... Jak myślicie panowie co się stało? Przecież nie da się podzielić firmy...
- Podzielili majątek
- Zabrała mu wszystko
- Poszli na ugodę
- Nie, chłop powiesił się.
Za zasługi i na wszelki wypadek dostałem dzień wolny. Miałem iść do Wrzeszcza, ale pogoda jest niefotograficzna więc jeszcze pomyśle.
Przeżyć to co jest nam niepisane
Nigdy już nie robić nic na pamięć
(Bracia)
*
niedziela, 22 marca 2015
Wilgotna Wenus
- O, jutro jest dzień downa, muszę wysłać
kartkę z życzeniami Kaczyńskiemu...
- Tylko pamiętaj - w rękawiczkach.
Gdy byłem mały... no dobra, dobra, gdy byłem młodszy, na zieleńcu przy przystanku trzynastki stała taka oszklona skrzynka z repertuarem kina "1 Maja" potem "Nord". Idąc do szkoły uwielbiałem stawać przed nią i powoli, delektując się, wędrować wzrokiem po tytułach filmów. To co w owych czasach emitowały wszystkie dwa programy TVP nieodmiennie miało posmak przykurzonej łopatologii serwowanej do łopotu czołgowych gąsienic i przaśnego zapachu ciepłego plastiku.
Smakowałem więc te tytuły. Każde słowo obrastało w podteksty, znaczenia i nieskończone możliwości. Ta chamska oszklona skrzynka była oknem do krainy marzeń.
Dziś mamy bezpośrednie podłączenie do wszystkiego. Średnio inteligentny dziesięciolatek może sobie ściągnąć na telefon panią uprawiającą sex z osłem. I w sumie po króciutkiej chwili znów zapada w zobojętnienie spowodowane nadmiarem. Gdy pierwszy raz zobaczyłem teledysk do "We don't need another hero" Tiny Turner moja wyobraźnia eksplodowała jak supernowa. Musiałem potem czekać 12 lat by zobaczyć Mad Maxa, a obejrzenie go było przeżyciem stricte religijnym.
Skończyłem ostatnio czytać "Kroniki czarnej kompani", po ponad 20 latach, zaczynałem na wagarach w szkole średniej. Czuję się jakby przeminęła pewna epoka.
W pracy po śmiercionośnym maratonie grabienia, zaczęliśmy falę zabójczej wertykulacji. Znaczy się biegam za maszyną, która wydaje z siebie dźwięk niczym ostatnia faza armagedonu i zrywa ludziom trawniki. To nawet dosyć zabawne, cały rok pieścimy te trawniki, nawozimy, wyrównujemy, kosimy, głaskamy a potem, pewnego dnia u progu wiosny ujmujemy w śmiałe dłonie wertykulator i mielimy wszystko w pizdu, by zacząć od początku.
Radosny doznał tymczasem straszliwych obrażeń w pracy, gdy epicko chrupnął sobie łękotkę wstając od lodówki z energetykami w Żabce. Ta Żabka to niebezpieczna bestia, zawsze to powtarzałem. Sam Il Duce holował go do lekarza.
Moja małżonka, której niech umięśnione i wysmarowane oliwą ekstra werdzin cherubiny sypią pod nogi najbielsze płatki róż z lodów waniliowych, przeżywa też egzystencjalne sztormy. Siedziała ostatnio w dziekanacie z resztą sabatu i wspólnie rozważały jakiego koloru mają być studenckie książeczki praktyk: W tym roku dajemy takie jebitnie różowe...Tak właśnie rodzą się drobne dramaty dnia codziennego.
Wziąłem sobie dzień wolny. Znaczy się wziąłem piątek tydzień temu, gdy Boh szedł do lekarza i dzięki temu musiałem robić dwuosobowy obiekt przez 13h i do domu dotrzeć przed ósmą, a dostałem ten, dzięki czemu Boh został na dwuosobowym obiekcie sam na sam z wertykulatorem, którego nie umie obsługiwać.
Jak to z urlopem bywa, od razu się rozleciałem. Póki człowiek zapieprza to się jakoś trzyma w kupie, jak tylko poluzuje następuje kataklizm. Układ pokarmowy, gardło, kolana i jakaś zabawna gula na ręku, którą z typowo męską logiką uznałem z miejsca za raka i resztę łikendu spędziłem czekając na przerzuty.
W piątek miałem iść na koncert CDNów, ale nie, musiałem posłuchać ojca: Pizza z brokułami jest pysznnnna... Jak przytuliłem się do wielkiego ucha po 18 to zczołgałem się z niego o 3 nad ranem.
Obejrzałem przynajmniej zaćmienie słońca, i nadal widzę... choć do końca nie wiem co. Udałem się w tym celu na sam koniec mola w WhiteTown. No i przy okazji by popatrzeć na wysadzanie miny morskiej pod Gottenhaven. Przez tę minę był zakaz kąpieli w całej zatoce, wzdłuż plaż jeździli policjanci i z misją płonącą w oczach tłumaczyli wszystkim tym ubranym w puchowe kurtki ludziom, czemu dziś akurat nie wolno im pływać. Mam wrażenie, że przy tej temperaturze ewentualnego amatora kąpieli trzeba by do tej wody wepchnąć kijem, i nawet gdyby zaraz się nie rozpuścił w przyjaznych, opalizujących wodach Bałtyku to opadłby na dno w postaci kostki lodu by dotrzymać towarzystwa Di Caprio.
W zeszły likend miałem szczery zamiar leżeć, nie ruszać się i porastać mchem, ale zza horyzontu zdarzeń wychynął Krebs z połowicą i musiałem wywlec odwłok na światło dnia, gdzie przez chwilę zdaje się zaczął nawet trochę dymić.Wspominaliśmy i okrutnie szydziliśmy z nieobecnych, było wesoło.
Wczoraj dotarliśmy na Closterkellera pod Stocznię. Lodowaty wiatr rwał chmury na strzępy i zamrażał serca, pośród okolicznych, radioaktywnych ruin stukały obluzowane blachy, szron skrzył się na obrzeżach skamieniałych w twardym jak beton błocie śladów butów. Anja w różowych włosach klasy "mangietka" szalała pośród gitarowych riffów i elektronicznych ech. Na krawędzi dnia na krawędzi snu...
Gula na ręku okazała się mieć podłoże reumatyczne nie nowotworowe. Będę żyć, choć nieco bardziej dziwny niż dotychczas.
Boh - Po rewitalizacji dzielnicy
w Letniewie jest spokojnie.
Ja - Chyba eksterminacji...
*
kartkę z życzeniami Kaczyńskiemu...
- Tylko pamiętaj - w rękawiczkach.
Gdy byłem mały... no dobra, dobra, gdy byłem młodszy, na zieleńcu przy przystanku trzynastki stała taka oszklona skrzynka z repertuarem kina "1 Maja" potem "Nord". Idąc do szkoły uwielbiałem stawać przed nią i powoli, delektując się, wędrować wzrokiem po tytułach filmów. To co w owych czasach emitowały wszystkie dwa programy TVP nieodmiennie miało posmak przykurzonej łopatologii serwowanej do łopotu czołgowych gąsienic i przaśnego zapachu ciepłego plastiku.
Smakowałem więc te tytuły. Każde słowo obrastało w podteksty, znaczenia i nieskończone możliwości. Ta chamska oszklona skrzynka była oknem do krainy marzeń.
Dziś mamy bezpośrednie podłączenie do wszystkiego. Średnio inteligentny dziesięciolatek może sobie ściągnąć na telefon panią uprawiającą sex z osłem. I w sumie po króciutkiej chwili znów zapada w zobojętnienie spowodowane nadmiarem. Gdy pierwszy raz zobaczyłem teledysk do "We don't need another hero" Tiny Turner moja wyobraźnia eksplodowała jak supernowa. Musiałem potem czekać 12 lat by zobaczyć Mad Maxa, a obejrzenie go było przeżyciem stricte religijnym.
Skończyłem ostatnio czytać "Kroniki czarnej kompani", po ponad 20 latach, zaczynałem na wagarach w szkole średniej. Czuję się jakby przeminęła pewna epoka.
W pracy po śmiercionośnym maratonie grabienia, zaczęliśmy falę zabójczej wertykulacji. Znaczy się biegam za maszyną, która wydaje z siebie dźwięk niczym ostatnia faza armagedonu i zrywa ludziom trawniki. To nawet dosyć zabawne, cały rok pieścimy te trawniki, nawozimy, wyrównujemy, kosimy, głaskamy a potem, pewnego dnia u progu wiosny ujmujemy w śmiałe dłonie wertykulator i mielimy wszystko w pizdu, by zacząć od początku.
Radosny doznał tymczasem straszliwych obrażeń w pracy, gdy epicko chrupnął sobie łękotkę wstając od lodówki z energetykami w Żabce. Ta Żabka to niebezpieczna bestia, zawsze to powtarzałem. Sam Il Duce holował go do lekarza.
Moja małżonka, której niech umięśnione i wysmarowane oliwą ekstra werdzin cherubiny sypią pod nogi najbielsze płatki róż z lodów waniliowych, przeżywa też egzystencjalne sztormy. Siedziała ostatnio w dziekanacie z resztą sabatu i wspólnie rozważały jakiego koloru mają być studenckie książeczki praktyk: W tym roku dajemy takie jebitnie różowe...Tak właśnie rodzą się drobne dramaty dnia codziennego.
Wziąłem sobie dzień wolny. Znaczy się wziąłem piątek tydzień temu, gdy Boh szedł do lekarza i dzięki temu musiałem robić dwuosobowy obiekt przez 13h i do domu dotrzeć przed ósmą, a dostałem ten, dzięki czemu Boh został na dwuosobowym obiekcie sam na sam z wertykulatorem, którego nie umie obsługiwać.
Jak to z urlopem bywa, od razu się rozleciałem. Póki człowiek zapieprza to się jakoś trzyma w kupie, jak tylko poluzuje następuje kataklizm. Układ pokarmowy, gardło, kolana i jakaś zabawna gula na ręku, którą z typowo męską logiką uznałem z miejsca za raka i resztę łikendu spędziłem czekając na przerzuty.
W piątek miałem iść na koncert CDNów, ale nie, musiałem posłuchać ojca: Pizza z brokułami jest pysznnnna... Jak przytuliłem się do wielkiego ucha po 18 to zczołgałem się z niego o 3 nad ranem.
Obejrzałem przynajmniej zaćmienie słońca, i nadal widzę... choć do końca nie wiem co. Udałem się w tym celu na sam koniec mola w WhiteTown. No i przy okazji by popatrzeć na wysadzanie miny morskiej pod Gottenhaven. Przez tę minę był zakaz kąpieli w całej zatoce, wzdłuż plaż jeździli policjanci i z misją płonącą w oczach tłumaczyli wszystkim tym ubranym w puchowe kurtki ludziom, czemu dziś akurat nie wolno im pływać. Mam wrażenie, że przy tej temperaturze ewentualnego amatora kąpieli trzeba by do tej wody wepchnąć kijem, i nawet gdyby zaraz się nie rozpuścił w przyjaznych, opalizujących wodach Bałtyku to opadłby na dno w postaci kostki lodu by dotrzymać towarzystwa Di Caprio.
W zeszły likend miałem szczery zamiar leżeć, nie ruszać się i porastać mchem, ale zza horyzontu zdarzeń wychynął Krebs z połowicą i musiałem wywlec odwłok na światło dnia, gdzie przez chwilę zdaje się zaczął nawet trochę dymić.Wspominaliśmy i okrutnie szydziliśmy z nieobecnych, było wesoło.
Wczoraj dotarliśmy na Closterkellera pod Stocznię. Lodowaty wiatr rwał chmury na strzępy i zamrażał serca, pośród okolicznych, radioaktywnych ruin stukały obluzowane blachy, szron skrzył się na obrzeżach skamieniałych w twardym jak beton błocie śladów butów. Anja w różowych włosach klasy "mangietka" szalała pośród gitarowych riffów i elektronicznych ech. Na krawędzi dnia na krawędzi snu...
Gula na ręku okazała się mieć podłoże reumatyczne nie nowotworowe. Będę żyć, choć nieco bardziej dziwny niż dotychczas.
Boh - Po rewitalizacji dzielnicy
w Letniewie jest spokojnie.
Ja - Chyba eksterminacji...
*
sobota, 28 lutego 2015
Alaskańska masakra łosiem mechanicznym
- Został ci strupek mały na szyi, zerwać?
- Nie, będę wszystkim wmawiał, że była
taka impreza, że się pobiliśmy...
- Czym, cyrklami?
(My)
Jak to kiedyś stwierdził Marzan: czas płynie, płynie, płynie, wraca, wraca, wraca, znowu wraca, znowu wraca, znowu wraca. Znaczy się kolejne urodziny przyszły i przeszły. Jestem starym piernikiem opędzający się deską do mięsa od kryzysu wieku średniego. Na 40 urodziny wjadę w sejm tirem wyładowanym trotylem i 10 tonami landrynek... wspaniała śmierć i wyobraźcie sobie tylko te niusy:
Babcia z Mławy przysłała mi urodzinową kartkę. Kartka grała. Cały czas. Słyszałem ją z połowy ulicy, potem na chwilę przycichła gdy przez swoje mieszkanie niosła je babka nr 2, i w końcu zmęczony cokolwiek dźwięk rozbrzmiał echem pośród sal i holów mej sadyby i kolumn wstrząśniętych z lekka neuronów. Gdybym miał zgadywać, powiedziałbym, że grała tak sobie całe 264 kilometry i 3 dni doprowadzając paru pocztowców do obłędu i paru prób samobójczych.
Na urodzinach Ciapek powrócił szczęśliwie i w całości z naszego dość specyficznego kibelka i stwierdził, że to był ostatni raz, bo czuje się tam obserwowany. Ucieszyłem się niepomiernie i umyśliłem sobie że nasz następny wucet wykleję dziesiątkami tysięcy wyciętych z magazynów i gazet oczu...
Ciapun ciągle strzela szyją, jeśli wiecie o co chodzi. Po tym jak wszyscy gremialnie się wstrząsnęli potępiliśmy wspólnie jego zachowanie i uprzedziliśmy, że kiedyś mu chrupnie porządnie i już tak zostanie, a wtedy nazwiemy go Cranchips.
Lenn opowiadała, że wzięła barwniki spożywcze i zrobiła kolorowe babeczki. Wyglądały i smakowały wspaniale, ale co się potem działo w wc...
Tymczasem nadciągnęła wiosna. W pracy zaczęło się robić wiosennie, znaczy się, że pracujemy bez przerw po 9, 10 godzin. Do tego nasi szefowie, którzy niech żyją i zdrowo rosną, pojechali na kurs...Oooo fuck Jeee, każdy kto to przeżył ten wie o czym mówię. Połączenie entuzjazmu z morderczym uporem dokładania pracownikom dodatkowych obowiązków i komplikacji, od razu przyjechali i zaczęli sprawdzać dziewczynom Ph podłogi. Tak więc na razie mamy lekkie zamieszanie połączone z delikatną paranoją, ale z czasem jak zwykle zwycięży ergonomia, znaczy się wypadkowa celu, sił i czasu. Żadne bajery tego nie zmienią.
Osobiście uważam, że znacznie większy pożytek przyniosłyby im kursy u nas. Tydzień robienia tego, tydzień tamtego. Bardzo szybko przeszliby z komplikowania i utrudniania pracy na jej optymalizację i ułatwianie.
Nic to, tymczasem jeżdżę sobie wielką ryczącą maszyną do zamiatania i piaskuję ludziom samochody, fasady i twarze jak za wolno uciekają. Ostatnio na jakiejś gottenhavskiej rubieży zbiło się w moim pobliżu stadko dzieciaków i gapiło się z otwartymi szeroko otworami gębowymi jak subtelnie wzruszam spoistość polbruków i wykrzywiam krawężniki. Uśmiechnąłem się błogo i zacząłem wesoło podśpiewywać: Miotła mechaniczna, miotła mechaniczna, kto wejdzie jej w drogę, temu urwie nogę...
Oczywiście musiał się pojawić jakiś wyokularzony posępny inteligent, i zaczął kwękać, a to bez sensu, gdzie zbiornik od maszyny, a po co. Na każdym obiekcie znajdzie się taki aparat. na Przeróbce pijaczek bez nogi, co to wszędzie pracował i robił to lepiej, na Morenowym Sylwiaczek z zaparcie prawdziwego krytyka sztuki i pikariusza nasadzeń. Itd, mali ludzie o wielkich marzeniach, którym opór stawiła bezwzględna materia sprowadzając na pustynię żalu i rozgoryczenia. Spojrzałem w końcu na niego i mówię: Pan to pewnie głosował na piSS. Typ się zatchnął na wystarczająco długo bym zdążył odgrodzić się od niego czterystoma decybelami.
Każda kobieta ma 3 otwory
i przegrodę nosową, żeby nie
kusiło.
(Lenn)
*
- Nie, będę wszystkim wmawiał, że była
taka impreza, że się pobiliśmy...
- Czym, cyrklami?
(My)
Jak to kiedyś stwierdził Marzan: czas płynie, płynie, płynie, wraca, wraca, wraca, znowu wraca, znowu wraca, znowu wraca. Znaczy się kolejne urodziny przyszły i przeszły. Jestem starym piernikiem opędzający się deską do mięsa od kryzysu wieku średniego. Na 40 urodziny wjadę w sejm tirem wyładowanym trotylem i 10 tonami landrynek... wspaniała śmierć i wyobraźcie sobie tylko te niusy:
Babcia z Mławy przysłała mi urodzinową kartkę. Kartka grała. Cały czas. Słyszałem ją z połowy ulicy, potem na chwilę przycichła gdy przez swoje mieszkanie niosła je babka nr 2, i w końcu zmęczony cokolwiek dźwięk rozbrzmiał echem pośród sal i holów mej sadyby i kolumn wstrząśniętych z lekka neuronów. Gdybym miał zgadywać, powiedziałbym, że grała tak sobie całe 264 kilometry i 3 dni doprowadzając paru pocztowców do obłędu i paru prób samobójczych.
Na urodzinach Ciapek powrócił szczęśliwie i w całości z naszego dość specyficznego kibelka i stwierdził, że to był ostatni raz, bo czuje się tam obserwowany. Ucieszyłem się niepomiernie i umyśliłem sobie że nasz następny wucet wykleję dziesiątkami tysięcy wyciętych z magazynów i gazet oczu...
Ciapun ciągle strzela szyją, jeśli wiecie o co chodzi. Po tym jak wszyscy gremialnie się wstrząsnęli potępiliśmy wspólnie jego zachowanie i uprzedziliśmy, że kiedyś mu chrupnie porządnie i już tak zostanie, a wtedy nazwiemy go Cranchips.
Lenn opowiadała, że wzięła barwniki spożywcze i zrobiła kolorowe babeczki. Wyglądały i smakowały wspaniale, ale co się potem działo w wc...
Tymczasem nadciągnęła wiosna. W pracy zaczęło się robić wiosennie, znaczy się, że pracujemy bez przerw po 9, 10 godzin. Do tego nasi szefowie, którzy niech żyją i zdrowo rosną, pojechali na kurs...Oooo fuck Jeee, każdy kto to przeżył ten wie o czym mówię. Połączenie entuzjazmu z morderczym uporem dokładania pracownikom dodatkowych obowiązków i komplikacji, od razu przyjechali i zaczęli sprawdzać dziewczynom Ph podłogi. Tak więc na razie mamy lekkie zamieszanie połączone z delikatną paranoją, ale z czasem jak zwykle zwycięży ergonomia, znaczy się wypadkowa celu, sił i czasu. Żadne bajery tego nie zmienią.
Osobiście uważam, że znacznie większy pożytek przyniosłyby im kursy u nas. Tydzień robienia tego, tydzień tamtego. Bardzo szybko przeszliby z komplikowania i utrudniania pracy na jej optymalizację i ułatwianie.
Nic to, tymczasem jeżdżę sobie wielką ryczącą maszyną do zamiatania i piaskuję ludziom samochody, fasady i twarze jak za wolno uciekają. Ostatnio na jakiejś gottenhavskiej rubieży zbiło się w moim pobliżu stadko dzieciaków i gapiło się z otwartymi szeroko otworami gębowymi jak subtelnie wzruszam spoistość polbruków i wykrzywiam krawężniki. Uśmiechnąłem się błogo i zacząłem wesoło podśpiewywać: Miotła mechaniczna, miotła mechaniczna, kto wejdzie jej w drogę, temu urwie nogę...
Oczywiście musiał się pojawić jakiś wyokularzony posępny inteligent, i zaczął kwękać, a to bez sensu, gdzie zbiornik od maszyny, a po co. Na każdym obiekcie znajdzie się taki aparat. na Przeróbce pijaczek bez nogi, co to wszędzie pracował i robił to lepiej, na Morenowym Sylwiaczek z zaparcie prawdziwego krytyka sztuki i pikariusza nasadzeń. Itd, mali ludzie o wielkich marzeniach, którym opór stawiła bezwzględna materia sprowadzając na pustynię żalu i rozgoryczenia. Spojrzałem w końcu na niego i mówię: Pan to pewnie głosował na piSS. Typ się zatchnął na wystarczająco długo bym zdążył odgrodzić się od niego czterystoma decybelami.
Każda kobieta ma 3 otwory
i przegrodę nosową, żeby nie
kusiło.
(Lenn)
*
środa, 11 lutego 2015
Takt
tygodnie jak dni
tętent chwil na bruku nocy
czas i wieczór jak granitowa płyta
cienie minut suną po wieku
idziesz miarowo choćbyś zamknął oczy
grzechot palca kostuchy na oczku liczydła
nieważne będziesz czy nie będziesz
ptak i tak zaśpiewa o poranku
fuga
upadek i lądowanie
na powierzchni obcych światów
wyrzeźbionych w takt religii lub
osobistej refleksji
marsz ku odległym horyzontom
wśród wysokich traw
po krzywiźnie kul
zlepionech z naszych marzeń
upadek czyjejś łzy po policzka krzywiźnie
*
tętent chwil na bruku nocy
czas i wieczór jak granitowa płyta
cienie minut suną po wieku
idziesz miarowo choćbyś zamknął oczy
grzechot palca kostuchy na oczku liczydła
nieważne będziesz czy nie będziesz
ptak i tak zaśpiewa o poranku
fuga
upadek i lądowanie
na powierzchni obcych światów
wyrzeźbionych w takt religii lub
osobistej refleksji
marsz ku odległym horyzontom
wśród wysokich traw
po krzywiźnie kul
zlepionech z naszych marzeń
upadek czyjejś łzy po policzka krzywiźnie
*
środa, 4 lutego 2015
Potknięcie tytanów
reklama: -Co to jest nadwaga?
- Nie pamiętam
- A cellulit?
- Też nie pamiętam
- Rewelacyjne tabletki na odchudzanie...
Szponiasta - Efekt uboczny: zanik pamięci
Na 3żaglach mieszkają dziewczyny z Atomu Trefl. Każda ma samochód z logo drużyny i własnym zdjęciem na burcie, zawsze szczególnie czekamy rano na pojawienie się długonogiej murzyneczki. Wyglądamy trochę jak te komunistyczne pieski co to się stawiało na tylnej półce dużego fiata, gdy tak sunie ulicą na tych czekoladowych kolumnach rozkoszy.
Zima bawi się z nami w chowanego. pojawia się gubi pióra i znów chowa się za horyzontem, a my wstajemy i pracowicie usuwamy ślady jej bytności.
Z roboty poleciała Beata, powiedziała, że: Pierdoli i nie będzie odśnieżać. A sztab jej odpowiedział: Ok, nie będziesz... Szczerze mówiąc spodziewałbym się wcześniej własnej dymisji, niż jej. Wielka przyjaciółka przywództwa, utwierdzona w swej wierze o własnej niezniszczalności. Zdarzenie z rodzaju biblijnych: Wszystko dojrzewa do wydarzenia, ale jest ono po prostu niemożliwe aż do chwili gdy się wydarza...
Znowu plażowaliśmy z piratami w WhiteTown. Tym razem czciliśmy też kolejną rocznicę Baśki i piwo było za darmo, a że o tym nie wiedziałem wcześniej i profilaktycznie przed przyjściem zatankowałem własne zapasy, więc rano był w pracy dramat. Przespałem dwie godziny, a po drodze był jeszcze marsz z WhiteTown w rozpuszczającym się śniegu, nic więc dziwnego że o 5 dnia następnego sól smakowała mi octem i bardziej niż kiedykolwiek irytowała mnie konieczność drapania rozmiękłego szronu z parkingów.
Gdzieś tak w międzyczasie umarł Radziun Bibliotekarz, sprawujący dotąd zazdrosną pieczę nad księgozbiorem Gdańskiego Klubu Fantastyki. Koleś był w naszym wieku i w pół kroku załatwił go tętniak.
Były też podwójne urodziny Stasia i Nel, tfu, Void. Eksterminowaliśmy im grzanki i sałatkę z curry, zapiliśmy miodem "12 prac Asterixa" i odkryliśmy drewniane kolejki Ikei.
Ja - Main Teil jest oparte na prawdziwej
historii kanibala, który ogłosił w sieci,
że szuka kogoś do skonsumowania.
Zgłosiło się sporo ludzi, umówił się
z jednym i za obopólną zgodą zaczęła
się uczta. Obaj panowie zgodzili się,
że zaczną od penisa. Jak postanowili
tak zrobili. Penis miał być zjedzony na
surowo, co nie udało się, kanibal upiekł
go więc co niewiele pomogło. Drugi pan
w tym czasie po cichutku się wykrwawił.
Nie zrażony niepowodzenie nasz bohater
napełnił lodówkę i dał kolejne ogłoszenie.
Dopadli go ostatecznie a Rammstein nagrał
kawałek, którego jakoś nikt nie chce
puszczać w radiu...
Szponiasta - Ciekawe czemu/
*
- Nie pamiętam
- A cellulit?
- Też nie pamiętam
- Rewelacyjne tabletki na odchudzanie...
Szponiasta - Efekt uboczny: zanik pamięci
Na 3żaglach mieszkają dziewczyny z Atomu Trefl. Każda ma samochód z logo drużyny i własnym zdjęciem na burcie, zawsze szczególnie czekamy rano na pojawienie się długonogiej murzyneczki. Wyglądamy trochę jak te komunistyczne pieski co to się stawiało na tylnej półce dużego fiata, gdy tak sunie ulicą na tych czekoladowych kolumnach rozkoszy.
Zima bawi się z nami w chowanego. pojawia się gubi pióra i znów chowa się za horyzontem, a my wstajemy i pracowicie usuwamy ślady jej bytności.
Z roboty poleciała Beata, powiedziała, że: Pierdoli i nie będzie odśnieżać. A sztab jej odpowiedział: Ok, nie będziesz... Szczerze mówiąc spodziewałbym się wcześniej własnej dymisji, niż jej. Wielka przyjaciółka przywództwa, utwierdzona w swej wierze o własnej niezniszczalności. Zdarzenie z rodzaju biblijnych: Wszystko dojrzewa do wydarzenia, ale jest ono po prostu niemożliwe aż do chwili gdy się wydarza...
Znowu plażowaliśmy z piratami w WhiteTown. Tym razem czciliśmy też kolejną rocznicę Baśki i piwo było za darmo, a że o tym nie wiedziałem wcześniej i profilaktycznie przed przyjściem zatankowałem własne zapasy, więc rano był w pracy dramat. Przespałem dwie godziny, a po drodze był jeszcze marsz z WhiteTown w rozpuszczającym się śniegu, nic więc dziwnego że o 5 dnia następnego sól smakowała mi octem i bardziej niż kiedykolwiek irytowała mnie konieczność drapania rozmiękłego szronu z parkingów.
Gdzieś tak w międzyczasie umarł Radziun Bibliotekarz, sprawujący dotąd zazdrosną pieczę nad księgozbiorem Gdańskiego Klubu Fantastyki. Koleś był w naszym wieku i w pół kroku załatwił go tętniak.
Były też podwójne urodziny Stasia i Nel, tfu, Void. Eksterminowaliśmy im grzanki i sałatkę z curry, zapiliśmy miodem "12 prac Asterixa" i odkryliśmy drewniane kolejki Ikei.
Ja - Main Teil jest oparte na prawdziwej
historii kanibala, który ogłosił w sieci,
że szuka kogoś do skonsumowania.
Zgłosiło się sporo ludzi, umówił się
z jednym i za obopólną zgodą zaczęła
się uczta. Obaj panowie zgodzili się,
że zaczną od penisa. Jak postanowili
tak zrobili. Penis miał być zjedzony na
surowo, co nie udało się, kanibal upiekł
go więc co niewiele pomogło. Drugi pan
w tym czasie po cichutku się wykrwawił.
Nie zrażony niepowodzenie nasz bohater
napełnił lodówkę i dał kolejne ogłoszenie.
Dopadli go ostatecznie a Rammstein nagrał
kawałek, którego jakoś nikt nie chce
puszczać w radiu...
Szponiasta - Ciekawe czemu/
*
Subskrybuj:
Posty (Atom)