- Ja też jestem krzywa od noszenia torebki
- Oj tam, interesująco wygięta
- Kusząco asymetryczna
(My)
No i nadszedł. I pada, pada, pada, na godzinę przed świtem, pośród sobotniego popołudnia. A potem topi się, I topi się i wkurwia.
No ale nic to, wojna trwa. Gdy co dzień wstaje się o 4 świat staje się taki jarzeniowy i z lekka nieobecny. Gdy człowiek zmienia się w czystą muzykę w takt wibracji silnika gdzieś w drodze za Chwarzno, gdy zostaje się samemu w lodowatej ciemności na godzinę przed świtem. A potem nagle świt nadchodzi, błękitnymi smugami pośród pól i kopuł lasów, gdy eksploduje nagle czerwienią ponad dachami.
A poza tym ludzie są wprost niesamowici.Na Alei Chłopów z mansardowego balkoniku, niczym jakaś piekielna kukułka wysuwa się blond truteń z równie utlenioną połowicą i zaczyna na nas wrzeszczeć, żebyśmy nie sypali soli, bo potem jego piesek chodzi i piszczy bo go szczypie... sen to czy omam?
- Niech mu pan nasunie na łapki puszorki.
- Niech pan go nosi.
I tyle mu powiedzieliśmy w tym temacie. No dorzuciłem jeszcze, że według umowy nie możemy mu nie solić,a jeśli ma jakieś wątpliwości niech dzwoni do Il Duce,niech i on ma trochę surrealistycznej radości.
Lądowaliśmy też w Galerii Szperk w zbombardowanych regionach lotniska wojskowego, obecnie znanych jako Obuże, Mamy tam fitness z kortami do squosza. Cztery korty, cztery wielgachne szyby zewnętrzne % -3 metra, które poza wszystkim innym trzeba codziennie umyć. Jeśli kiedyś ktoś przy mnie będzie narzekał na mycie okien, to go tam zawiozę, wrzucę i ucieknę.
Samotnieję jakoś tak ostatnio. Avatar jedzie do Belgii obściskiwać się z Manualem, Arki nas już nie kochają, Lenn i Krzyśki mają swoje życie, Dana pożarła Biedronka a Marzana zmiażdżył pantofel. No przynajmniej do Stasiów będzie można znów postrzelać, bo elektroniczny paitball tak im się spodobał, że zamówili kolejną sesję w ramach obchodzenia ich podwójnych urodzin.
Co włączę tv to ktoś umiera na raka.
W sumie to zabawne, ostatnio zakładam, że cokolwiek robię, robię to po raz ostatni intensywność życia nieprawdopodobna, ale i zmęczenie adekwatne. Tylko strach bywa nieogarnialny, gdy nadpełza wieczorami albo w szarym zmierzchu popołudnia, gdy budzi nocą oszalałą serią bicia serca. Dopada zawsze w chwilach spokoju, nie mogę się więc zatrzymywać. Muszę wciąż gnać w stronę horyzontu, bo noc i ciemność depczą mi po piętach.
*
poniedziałek, 18 stycznia 2016
poniedziałek, 28 grudnia 2015
A oto posoka dżaberzwłoka
...ululajże zemdlone
łkaniem twe owieczki...
(Mój straszy śpiewa kolędy)
Pełnia w wigilię zdarza się raz na 38 lat. W czasie pełni nie mogę spać. Nie śpię, płynę przez przestrzenie, piszę (ostatnio nieco hipotetycznie), uprawiam sex.. Mój jedyny i niepowtarzalny jak pęcherz na stopie Il Duce dał mi urlop przed świętami, a potem zatruł i urlop i święta propozycją nie do odrzucenia. Od nowego roku mają ozusować wszystkie umowy i jak to powiedział, przestajemy mu się opłacać. To niezwykle interesujące bo dotąd myślałem, że regularne przeloty do Dublina finansują gorejące ruiny mojego kręgosłupa, zakupy w Mediolanie przepalone pyłem oko, strach pomyśleć co finansują uszkodzone palce. Mamy sobie pójść i założyć swoją działalność, czyli inaczej wziąć na siebie wszystkie kłopoty i całą odpowiedzialność, a oni wezmą pieniądze. Chuja w trampku z dzwoneczkami. Podjąłem tę pracę tylko i wyłącznie dla papierów, dla umowy, zarabiać mogę gdziekolwiek. Drugi tydzień utwierdzam się w przekonaniach o szczęśliwości i licznych przymiotach bezrobocia. Znając siebie mogę spokojnie założyć, że będę zarabiał więcej a denerwował się mniej.
Z aktualności, na urodziny Avatara urządziliśmy elektroniczną strzelaninę pośród betonowych bebechów Baltic Areny. Błyski, huk, targane świetlnymi seriami ciała. Wyszliśmy stamtąd spoceni i szczęśliwi, i z odciskami od wduszania spustu na paluchach.
Święta przeszły świątecznie, teraz nadchodzi koniec roku. Roku pełnego wszystkiego, dalekich dróg i rozległych widoków, nowych przyjaźni, ostatecznych pożegnań, końców er, początków początków. Czasy wielokrotnego umierania i pełni księżyca. Odchylam szary łeb i wyję w noc, uchodzę w czerń i doprawdy niczym już się nie przejmuję, więcej klnę i mniej oglądam telewizji.Mocniej cenię herbatę.
Żona ogoliła kończyny i udała się na coponiedziałkową salsę, ja słuchając jak Sia rozsnuwa California dremin patrzę jak tektonicznie pulsuje San Andreas mojego życia.
Spacer pośród wigilijnej nocy:
- Chodźmy przez park w świetle księżyca
- "Dwie pierwsze ofiary Potwora Wigilijnego"...
(My)
*
łkaniem twe owieczki...
(Mój straszy śpiewa kolędy)
Pełnia w wigilię zdarza się raz na 38 lat. W czasie pełni nie mogę spać. Nie śpię, płynę przez przestrzenie, piszę (ostatnio nieco hipotetycznie), uprawiam sex.. Mój jedyny i niepowtarzalny jak pęcherz na stopie Il Duce dał mi urlop przed świętami, a potem zatruł i urlop i święta propozycją nie do odrzucenia. Od nowego roku mają ozusować wszystkie umowy i jak to powiedział, przestajemy mu się opłacać. To niezwykle interesujące bo dotąd myślałem, że regularne przeloty do Dublina finansują gorejące ruiny mojego kręgosłupa, zakupy w Mediolanie przepalone pyłem oko, strach pomyśleć co finansują uszkodzone palce. Mamy sobie pójść i założyć swoją działalność, czyli inaczej wziąć na siebie wszystkie kłopoty i całą odpowiedzialność, a oni wezmą pieniądze. Chuja w trampku z dzwoneczkami. Podjąłem tę pracę tylko i wyłącznie dla papierów, dla umowy, zarabiać mogę gdziekolwiek. Drugi tydzień utwierdzam się w przekonaniach o szczęśliwości i licznych przymiotach bezrobocia. Znając siebie mogę spokojnie założyć, że będę zarabiał więcej a denerwował się mniej.
Z aktualności, na urodziny Avatara urządziliśmy elektroniczną strzelaninę pośród betonowych bebechów Baltic Areny. Błyski, huk, targane świetlnymi seriami ciała. Wyszliśmy stamtąd spoceni i szczęśliwi, i z odciskami od wduszania spustu na paluchach.
Święta przeszły świątecznie, teraz nadchodzi koniec roku. Roku pełnego wszystkiego, dalekich dróg i rozległych widoków, nowych przyjaźni, ostatecznych pożegnań, końców er, początków początków. Czasy wielokrotnego umierania i pełni księżyca. Odchylam szary łeb i wyję w noc, uchodzę w czerń i doprawdy niczym już się nie przejmuję, więcej klnę i mniej oglądam telewizji.Mocniej cenię herbatę.
Żona ogoliła kończyny i udała się na coponiedziałkową salsę, ja słuchając jak Sia rozsnuwa California dremin patrzę jak tektonicznie pulsuje San Andreas mojego życia.
Spacer pośród wigilijnej nocy:
- Chodźmy przez park w świetle księżyca
- "Dwie pierwsze ofiary Potwora Wigilijnego"...
(My)
*
czwartek, 3 grudnia 2015
Król meduz
- Już wiem czemu kula
jest kształtem idealnym
- No?
- Nic nie wystaje
(My)
Chcesz usłyszeć bajkę? Opowiem ci bajkę o dziewczynie, która przedryfowała pośród cieni betonowych arkad poprzez opiumowe sny Moonspella po szybkostrzelną furię Samaela. Porwana przez męża w wilgotne ciemności umierającej stoczni o przerdzewiałych mięśniach. Biegli potem przez noc by zanurzyć się w rozwibrowanych, pełnych ciepłego światła akwariach nocnych tramwajów. Jej mąż, ostatni pułkownik wymarłej armii, wciąż i zawsze tęsknił za oddechem nocy, za jej sprężystą lateksową skórą i bezkresnymi oczyma pełnymi gwiazd, ale nie miał serca by pozostawić żonę samą w obliczu snu, pozbawioną żywej tarczy i cicho promieniującego rozpadem połowicznym źródła ciepła.
W tym samym czasie świat drżał w posadach w takt wojennych werbli i upadających łusek, a jego plaże syczały i parowały omywane kolejnymi falami zmian klimatu. Bogini Isis zgniotła kamienie starożytności i wypuściła pył spomiędzy palców, a wszystkie armie świata ruszyły ku ruinom twierdzy Megido, tak jak opisał to Jan nazwany później Świętym.
I zamarło wszelkie stworzenie gdy w splątanych warkoczach ognia runął w objęcia tureckiej ziemi rosyjski bombowiec, i co zapobiegliwsi poszli kupić cukier, myśląc że to "już".
W kraju świętych wież i chrześcijańskiej mimikry rozkwitł brunatny kwiat pislamu. Dziewczyna zaś porwała ostatniego z pułkowników pod szarą Pigułę spinającą Miasto z WhiteTown, by zobaczyć jak okruchy Disneya toczą się po lodzie. Bujali się więc dzielnie wraz z tłumem sterroryzowanych rodziców i dzieci o wypełnionych histerią oczach i śpiewając, że "mają tę moc". A wszystko przez to, że musieli, po prostu musieli zobaczyć jakim cudem Mała Syrenka jeździ na łyżwach...
Tymczasem Andrzej Klęczący Dupa nurzał się w odbycie największego ze strategów, mlaszcząc z ukontentowaniem, a grudki ciepłego kału spływały mu po gałkach ocznych. Pułkownik tylko żachnął się z niesmakiem, dotąd wydawało mu się, że istnieją granice ludzkiego upodlenia a funkcja prezydenta RP to coś więcej niż tampon Kaina.
Szumią fale oceanu czasu. Niewolnicy wiosłują i śmierdzą w autobusach. Galera tymczasem zgrzyta kościanym dnem o rafę trybunału. Chwilowe to, w półmroku zęzy skręcany jest coraz grubszy bat.
Czas chyba poruszyć kwestię secesji Pomeranii od Pislamabadu
Morału nie będzie..
Ostatecznie zawsze przychodzi wieczór, spokojnie przepuszczają go przez palce. Avatar przyniosła szczątki urodzinowego tortu Boro, wyglądającego jak monstrualny ser.W świetle monitora rozgryzali marcepanowe myszy. Później zaś odeszli w kierunku morza pocąc się cukrem.
- Zawsze taki byłeś?
- Jaki?
-Szaleniec z wehikułem czasu?
-O nie, minęły całe wieki nim
zdobyłem wehikuł czasu.
(Gaiman)
*
jest kształtem idealnym
- No?
- Nic nie wystaje
(My)
Chcesz usłyszeć bajkę? Opowiem ci bajkę o dziewczynie, która przedryfowała pośród cieni betonowych arkad poprzez opiumowe sny Moonspella po szybkostrzelną furię Samaela. Porwana przez męża w wilgotne ciemności umierającej stoczni o przerdzewiałych mięśniach. Biegli potem przez noc by zanurzyć się w rozwibrowanych, pełnych ciepłego światła akwariach nocnych tramwajów. Jej mąż, ostatni pułkownik wymarłej armii, wciąż i zawsze tęsknił za oddechem nocy, za jej sprężystą lateksową skórą i bezkresnymi oczyma pełnymi gwiazd, ale nie miał serca by pozostawić żonę samą w obliczu snu, pozbawioną żywej tarczy i cicho promieniującego rozpadem połowicznym źródła ciepła.
W tym samym czasie świat drżał w posadach w takt wojennych werbli i upadających łusek, a jego plaże syczały i parowały omywane kolejnymi falami zmian klimatu. Bogini Isis zgniotła kamienie starożytności i wypuściła pył spomiędzy palców, a wszystkie armie świata ruszyły ku ruinom twierdzy Megido, tak jak opisał to Jan nazwany później Świętym.
I zamarło wszelkie stworzenie gdy w splątanych warkoczach ognia runął w objęcia tureckiej ziemi rosyjski bombowiec, i co zapobiegliwsi poszli kupić cukier, myśląc że to "już".
W kraju świętych wież i chrześcijańskiej mimikry rozkwitł brunatny kwiat pislamu. Dziewczyna zaś porwała ostatniego z pułkowników pod szarą Pigułę spinającą Miasto z WhiteTown, by zobaczyć jak okruchy Disneya toczą się po lodzie. Bujali się więc dzielnie wraz z tłumem sterroryzowanych rodziców i dzieci o wypełnionych histerią oczach i śpiewając, że "mają tę moc". A wszystko przez to, że musieli, po prostu musieli zobaczyć jakim cudem Mała Syrenka jeździ na łyżwach...
Tymczasem Andrzej Klęczący Dupa nurzał się w odbycie największego ze strategów, mlaszcząc z ukontentowaniem, a grudki ciepłego kału spływały mu po gałkach ocznych. Pułkownik tylko żachnął się z niesmakiem, dotąd wydawało mu się, że istnieją granice ludzkiego upodlenia a funkcja prezydenta RP to coś więcej niż tampon Kaina.
Szumią fale oceanu czasu. Niewolnicy wiosłują i śmierdzą w autobusach. Galera tymczasem zgrzyta kościanym dnem o rafę trybunału. Chwilowe to, w półmroku zęzy skręcany jest coraz grubszy bat.
Czas chyba poruszyć kwestię secesji Pomeranii od Pislamabadu
Morału nie będzie..
Ostatecznie zawsze przychodzi wieczór, spokojnie przepuszczają go przez palce. Avatar przyniosła szczątki urodzinowego tortu Boro, wyglądającego jak monstrualny ser.W świetle monitora rozgryzali marcepanowe myszy. Później zaś odeszli w kierunku morza pocąc się cukrem.
- Zawsze taki byłeś?
- Jaki?
-Szaleniec z wehikułem czasu?
-O nie, minęły całe wieki nim
zdobyłem wehikuł czasu.
(Gaiman)
*
czwartek, 12 listopada 2015
Ziemie jałowe
i trzeci anioł zatrąbił i opadła na ziemię wielka gwiazda
płonąca jak pochodnia i upadła na trzecią część wód i
na źródła wód.
A imię tej gwiazdy brzmi Piołun. I trzecia część wód
zmieniła się w piołun, a wielu ludzi pomarło od tych
wód bo zgorzkniały...
Apokalipsa Św. Jana zdaje się ósmy rozdział. Wiecie
jak na wschodzie nazywają piołun? czernobil, pochodzi
od niego też nazwa miasta
(za Gołkowskim)
Para z oddechów rozmazywała się w lodowatym powietrzu wypełniającym kamienną bryłę kościółka na cmentarnym wzgórzu. Wzgórze to wyrasta pośród niskopiennej tkanki Mławy i jest samo w sobie miastem. Wielkie monolity rodzinnych grobowców, stłoczonych i pospiętrzanych na sobie w drodze ku niebu, a pośród nich na samej górze opleciony giętym, dziewiętnastowiecznym metalem kościółek a w nim my, i śmierć.
Od zawsze, odkąd tylko przydreptałem tu po raz pierwszy uczepiony babcinej spódnicy chciałem zajrzeć do środka. Ale nigdy mi się nie udało, przechodziłem tylko obok ocienionych drzwi, aż do teraz..
Uczucie oddechu łapczywie spijanego przez ściany, światło się mroczy i uchodzi przez wyblakłe freski.
I w dół, w dół zbocza, gdy wiatr huczy pośród wiekowych drzew. Jest tak ciasno, że grabarze niosąc trumnę wspinają się po innych grobach. Błyszczące buty depczą płyty i nazwiska.. tu nie ma ziemi, trumna opada w gardziel szarego molocha, sunie w dół betonowym szybem. Nasuwa się płyta, opada w dół stalowa płyta nieba.
Stypa gdzieś za miastem przy wibrującej żyle siódemki. Rodzinne spotkanie ludzi, którzy nie widzieli się od zbyt dawna by mogło im na sobie naprawdę zależeć.
Została mi już tylko jedna babcia.
Szalona podróż w deszczu, odzwyczaiłem się od stylu jazdy mojego ojca oraz mieszanki rozedrganej kanciastości z nadspodziewaną mocą silnika ostatniego poloneza naszego życia. To niesamowite jak po jakimś czasie uspokajające mogą się stać nagłe przyspieszenia, slalomy pomiędzy samochodami czy rozlewające się po twarzy ciepło światła reflektorów tirów nadjeżdżających z naprzeciwka.
Przed pogrzebem przesiedzieliśmy godzinę nad herbatą w domu babci. Krótka nic nieznacząca chwila. Wyszedłem na podwórko z Kacprem i pokazywałem, tu na kartoflisku zbudowaliśmy miasto, tam była piaskownica, w której Mariusz mało nie urąbał mi kciuka łopatą, i co ja będę robił bez kciuka, tu kopaliśmy wilczy dół na koty a tam w ziemi spoczęła armia glinianych czołgów...
Co się stanie z tym odwiecznie "moim"miejscem, którego kolejne warstwy ziemi przykryły lata mego dzieciństwa. czy kiedykolwiek tu powrócę, czy wejdę jeszcze do tego domu?
Przekraczając bramę czułem jak we mnie coś pęka i się łamie, czy przekroczyłem tę bramę po raz ostatni?
Praca przywitała mnie rozpadem połowicznym wszystkiego.Stałem pośród błota, oddychając deszczem, gdzieś w tle mój niedorozwinięty umysłowa nowy pomocnik z entuzjazmem i chwalebnym poświęceniem ignorował moje polecenia, a ja tak stałem w samym środku tego skłębionego, szarego kłębu i naprawdę mocno zastanawiałem się czy warto przerabiać to znowu i znowu i od początki. Wiatr jakże romantycznie rozwiewał mi włosy wpychając mi je garściami do oczu i ust, a ja szukałem w sobie, czy mam jeszcze dość siły by jebnąć tym światem w kąt i pójść dalej.nie oglądając się na ruiny i zgliszcza.
No dobra, jesteśmy na pustkowiu.
podzielmy się na tych co ocaleją i
resztę...
(Community)
*
płonąca jak pochodnia i upadła na trzecią część wód i
na źródła wód.
A imię tej gwiazdy brzmi Piołun. I trzecia część wód
zmieniła się w piołun, a wielu ludzi pomarło od tych
wód bo zgorzkniały...
Apokalipsa Św. Jana zdaje się ósmy rozdział. Wiecie
jak na wschodzie nazywają piołun? czernobil, pochodzi
od niego też nazwa miasta
(za Gołkowskim)
Para z oddechów rozmazywała się w lodowatym powietrzu wypełniającym kamienną bryłę kościółka na cmentarnym wzgórzu. Wzgórze to wyrasta pośród niskopiennej tkanki Mławy i jest samo w sobie miastem. Wielkie monolity rodzinnych grobowców, stłoczonych i pospiętrzanych na sobie w drodze ku niebu, a pośród nich na samej górze opleciony giętym, dziewiętnastowiecznym metalem kościółek a w nim my, i śmierć.
Od zawsze, odkąd tylko przydreptałem tu po raz pierwszy uczepiony babcinej spódnicy chciałem zajrzeć do środka. Ale nigdy mi się nie udało, przechodziłem tylko obok ocienionych drzwi, aż do teraz..
Uczucie oddechu łapczywie spijanego przez ściany, światło się mroczy i uchodzi przez wyblakłe freski.
I w dół, w dół zbocza, gdy wiatr huczy pośród wiekowych drzew. Jest tak ciasno, że grabarze niosąc trumnę wspinają się po innych grobach. Błyszczące buty depczą płyty i nazwiska.. tu nie ma ziemi, trumna opada w gardziel szarego molocha, sunie w dół betonowym szybem. Nasuwa się płyta, opada w dół stalowa płyta nieba.
Stypa gdzieś za miastem przy wibrującej żyle siódemki. Rodzinne spotkanie ludzi, którzy nie widzieli się od zbyt dawna by mogło im na sobie naprawdę zależeć.
Została mi już tylko jedna babcia.
Szalona podróż w deszczu, odzwyczaiłem się od stylu jazdy mojego ojca oraz mieszanki rozedrganej kanciastości z nadspodziewaną mocą silnika ostatniego poloneza naszego życia. To niesamowite jak po jakimś czasie uspokajające mogą się stać nagłe przyspieszenia, slalomy pomiędzy samochodami czy rozlewające się po twarzy ciepło światła reflektorów tirów nadjeżdżających z naprzeciwka.
Przed pogrzebem przesiedzieliśmy godzinę nad herbatą w domu babci. Krótka nic nieznacząca chwila. Wyszedłem na podwórko z Kacprem i pokazywałem, tu na kartoflisku zbudowaliśmy miasto, tam była piaskownica, w której Mariusz mało nie urąbał mi kciuka łopatą, i co ja będę robił bez kciuka, tu kopaliśmy wilczy dół na koty a tam w ziemi spoczęła armia glinianych czołgów...
Co się stanie z tym odwiecznie "moim"miejscem, którego kolejne warstwy ziemi przykryły lata mego dzieciństwa. czy kiedykolwiek tu powrócę, czy wejdę jeszcze do tego domu?
Przekraczając bramę czułem jak we mnie coś pęka i się łamie, czy przekroczyłem tę bramę po raz ostatni?
Praca przywitała mnie rozpadem połowicznym wszystkiego.Stałem pośród błota, oddychając deszczem, gdzieś w tle mój niedorozwinięty umysłowa nowy pomocnik z entuzjazmem i chwalebnym poświęceniem ignorował moje polecenia, a ja tak stałem w samym środku tego skłębionego, szarego kłębu i naprawdę mocno zastanawiałem się czy warto przerabiać to znowu i znowu i od początki. Wiatr jakże romantycznie rozwiewał mi włosy wpychając mi je garściami do oczu i ust, a ja szukałem w sobie, czy mam jeszcze dość siły by jebnąć tym światem w kąt i pójść dalej.nie oglądając się na ruiny i zgliszcza.
No dobra, jesteśmy na pustkowiu.
podzielmy się na tych co ocaleją i
resztę...
(Community)
*
poniedziałek, 26 października 2015
follen down
Tak właśnie umiera wolność
- pośród burzy oklasków
(Star Wars)
No i brunatni powrócili. Gdyby nie to, że znów się człowiek będzie wstydził, że jest Polakiem, byłoby to całkiem zabawne, patrzeć jak z piSSlamskiego misia wychodzi potwór, a ci wszyscy debile, którzy na niego głosowali, zaczynają mieć nagłe i wilgotne poczucie kupy cieknącej po udach. W sumie już nie mogę się doczekać, żeby zobaczyć miny naszej złotej głosującej młodzieży gdy zacznie się kontrola internetu, zamykanie serwisów z serialami i grami, wyroki więzienia za ściąganie z sieci czy za posiadanie marychy. Co tam, chcę zobaczyć ich miny jak zaczną ubierać ich w mundurki i zaczną wprowadzać na prawo i lewo zakazy używania słuchawek i telefonów. Jeśli jednak znowu przeforsują zakaz noszenia ciuchów kroju wojskowego to kurwa stanę i polegnę, jestem gotów na rolę więźnia politycznego w imię noszenia bojówek i panterki, i garści granatów jeśli się da.
Wyjazd integracyjny przyszedł i wyszedł. Piękne miejsce w pięknym miejscu. Mgły nad jeziorem, kolówka i dolegliwości wątroby u poszczególnych osobników. Gregory leżący przed konwojem weselnym w charakterze bramy i trzeszczący balkon pełen rozbawionych palaczy. Wracając koło 2 z korytarza, gdzie nad kadzią bigosu i baterią Kasztelana odbywały się nocne polaków rozmowy, znalazłem na końcówce smsa wysłanego o 0:20 przez szefa: Ciszej proszę!!! UPS
Zona kopytkuje na kursie salsy, zegary przestawione na nowe czasy, zapada mrok. O tej porze roku jest najsmaczniejszy. Idę się do niego podłączyć.
PUK PUK
- Kto tam?
- ABW
- Nie wierzę!
- My właśnie w tej sprawie
*
- pośród burzy oklasków
(Star Wars)
No i brunatni powrócili. Gdyby nie to, że znów się człowiek będzie wstydził, że jest Polakiem, byłoby to całkiem zabawne, patrzeć jak z piSSlamskiego misia wychodzi potwór, a ci wszyscy debile, którzy na niego głosowali, zaczynają mieć nagłe i wilgotne poczucie kupy cieknącej po udach. W sumie już nie mogę się doczekać, żeby zobaczyć miny naszej złotej głosującej młodzieży gdy zacznie się kontrola internetu, zamykanie serwisów z serialami i grami, wyroki więzienia za ściąganie z sieci czy za posiadanie marychy. Co tam, chcę zobaczyć ich miny jak zaczną ubierać ich w mundurki i zaczną wprowadzać na prawo i lewo zakazy używania słuchawek i telefonów. Jeśli jednak znowu przeforsują zakaz noszenia ciuchów kroju wojskowego to kurwa stanę i polegnę, jestem gotów na rolę więźnia politycznego w imię noszenia bojówek i panterki, i garści granatów jeśli się da.
Wyjazd integracyjny przyszedł i wyszedł. Piękne miejsce w pięknym miejscu. Mgły nad jeziorem, kolówka i dolegliwości wątroby u poszczególnych osobników. Gregory leżący przed konwojem weselnym w charakterze bramy i trzeszczący balkon pełen rozbawionych palaczy. Wracając koło 2 z korytarza, gdzie nad kadzią bigosu i baterią Kasztelana odbywały się nocne polaków rozmowy, znalazłem na końcówce smsa wysłanego o 0:20 przez szefa: Ciszej proszę!!! UPS
Zona kopytkuje na kursie salsy, zegary przestawione na nowe czasy, zapada mrok. O tej porze roku jest najsmaczniejszy. Idę się do niego podłączyć.
PUK PUK
- Kto tam?
- ABW
- Nie wierzę!
- My właśnie w tej sprawie
*
czwartek, 8 października 2015
A co jeśli wszystko jest po raz ostatni?
Ilu trzeba Polaków żeby
wymienić żarówkę?
- 100 i pięciu tysięcy
Rosjan by ich powstrzymać
(Niemiecki kawał)
Ostatni dzień w Mławie był piękny, taki jaki powinien być ostatni dzień. Rodzina zebrała się w dużym pokoju by w obecności, eterycznie już z lekka zasiedlającej fotel na kółkach, babci decydować o jej losie. Odpuściłem sobie ten dramat prowadzący nieuchronnie do hospicjum i zapadłem w fotel wspomnień. Mława to moja ojczyzna, mój raj i kraina marzeń. To bezpieczne miejsce, pełne słońca i soczystych kolorów dzieciństwa, to miejsce, które normalnieje, staje się ładnym, małym miasteczkiem a tym samym umiera. Czas i nowa farba pokrywają ostatnie fragmenty mnie, pozostaje przyjemne acz obce miejsce, gruntowe drogi pokrył asfalt, warstwy ziemi pokryły ostatnie resztki krwi z rozbitych kolan.
Prawdopodobnie będę tu jeszcze dwa razy. Na pogrzebie babci i ciotki, ale raczej nie będę miał ochoty by krążyć po okolicy i szukać starych szlaków. Przyjadę postawić na płycie szklankę ognia i odejdę stąd na zawsze.
Z okiem dalej jest źle, może gorzej, ale zobojętniałem już mocno. W sumie nie potrafię się teraz za bardzo przejmować czymkolwiek. Wściec się, roztkliwić owszem, przejmować - nie za bardzo.
Był i minął kolejny koncert CDNów, chłopaki promowali swoją nową płytę. Impreza była fest, co niektórzy w ferworze walki na parkiecie potracili obcasy a po pobliskim parku, w srebrzystym świetle miesiąca biegały pękate postacie rządne zemsty. Byłem podrywany. Po dwóch próbach wywleczenia mnie na parkiet lasia zaczęła miętosić mi ramie i mówi: to przynajmniej sobie ciebie posmeram. "A smeraj sobie" odrzekłem dosączając piwo.
Gdy szedłem wieczorem do Sopotu spotkałem na bulwarze nadmorskim lisa, który coś tam dojadał (niemowlę?), minąłem go może o 2 metry, nie przejął się zbytnio.
Po półtora miesiąca zakończył się u nas remont. Dziwnie jest nie budzić się w romantycznym poszumie folii.
Jutro jadę za Kartuzy na szkolenie i wyjazd integracyjny. Może wrócę może nie.
Ilu trzeba Niemców żeby
wymienić żarówkę?
- 1, są wydajni i nie mają
poczucia humoru
(polski kawał)
*
wymienić żarówkę?
- 100 i pięciu tysięcy
Rosjan by ich powstrzymać
(Niemiecki kawał)
Ostatni dzień w Mławie był piękny, taki jaki powinien być ostatni dzień. Rodzina zebrała się w dużym pokoju by w obecności, eterycznie już z lekka zasiedlającej fotel na kółkach, babci decydować o jej losie. Odpuściłem sobie ten dramat prowadzący nieuchronnie do hospicjum i zapadłem w fotel wspomnień. Mława to moja ojczyzna, mój raj i kraina marzeń. To bezpieczne miejsce, pełne słońca i soczystych kolorów dzieciństwa, to miejsce, które normalnieje, staje się ładnym, małym miasteczkiem a tym samym umiera. Czas i nowa farba pokrywają ostatnie fragmenty mnie, pozostaje przyjemne acz obce miejsce, gruntowe drogi pokrył asfalt, warstwy ziemi pokryły ostatnie resztki krwi z rozbitych kolan.
Prawdopodobnie będę tu jeszcze dwa razy. Na pogrzebie babci i ciotki, ale raczej nie będę miał ochoty by krążyć po okolicy i szukać starych szlaków. Przyjadę postawić na płycie szklankę ognia i odejdę stąd na zawsze.
Z okiem dalej jest źle, może gorzej, ale zobojętniałem już mocno. W sumie nie potrafię się teraz za bardzo przejmować czymkolwiek. Wściec się, roztkliwić owszem, przejmować - nie za bardzo.
Był i minął kolejny koncert CDNów, chłopaki promowali swoją nową płytę. Impreza była fest, co niektórzy w ferworze walki na parkiecie potracili obcasy a po pobliskim parku, w srebrzystym świetle miesiąca biegały pękate postacie rządne zemsty. Byłem podrywany. Po dwóch próbach wywleczenia mnie na parkiet lasia zaczęła miętosić mi ramie i mówi: to przynajmniej sobie ciebie posmeram. "A smeraj sobie" odrzekłem dosączając piwo.
Gdy szedłem wieczorem do Sopotu spotkałem na bulwarze nadmorskim lisa, który coś tam dojadał (niemowlę?), minąłem go może o 2 metry, nie przejął się zbytnio.
Po półtora miesiąca zakończył się u nas remont. Dziwnie jest nie budzić się w romantycznym poszumie folii.
Jutro jadę za Kartuzy na szkolenie i wyjazd integracyjny. Może wrócę może nie.
Ilu trzeba Niemców żeby
wymienić żarówkę?
- 1, są wydajni i nie mają
poczucia humoru
(polski kawał)
*
poniedziałek, 14 września 2015
Dzień wskrzeszenia
Oto idealna para: myśliwy i zwierzyna.
Tylko czas pokarze kto jest kim.
Podobno udowodniono w końcu eksperymentalnie, że rzeczywistość nie istnieje, dopóki na nią nie patrzymy. Czym więc w takim wypadku staje się ból, śmierć bliskiej osoby, wypalająca wewnętrznie choroba?
Któż więc ostatecznie może powiedzieć, że istnieje coś jeszcze poza mną?
Dlatego właśnie mamy wkodowanego Boga w samą strukturę mózgu, by podobne idee nie doprowadziły nas do szaleństwa... a może po to byśmy jedną myślą nie starli wszechświata na proch.
Zostawiamy za sobą zdarzenia i przyjaciół ciągną się za nami jak świetliste skrzydła rozciągnięte nieskończenie w przestrzeń. Ostatnio jestem zmęczony tak bardzo, że nawet nie chce mi się nie chcieć iść do pracy. Wokół rozkwita nowe wczesne średniowiecze. Rzym upada, ale jego mieszkańcy wciąż widzą blask imperium, czują jego kobaltową moc w żyłach, wsłuchują się w jego wieczną chwałę, moc, wyższą kulturę. A tymczasem nowi Wizygoci i Germanie zalewają ulicę.
Nie zrozummy się źle, nie marzy mi się Festung Europa. Dziwi mnie tylko rozlazła reakcja, na kolejne kryzysy, narodów, które potrafiły wymyślić niegdyś imperializm, prawa człowieka czy nazizm. Obecnie nic nie jest rozwiązywane, trwamy napędzając to trwanie pieniądzem. Nagle zabrakło nam zasad i woli do narzucenia ich innym w imię niezachwianej wiary w słuszność.
Przegramy jeśli nasza wiara będzie słabsza od wiary naszych przeciwników.
I znowu nie zrozummy się źle, nie jestem przeciwko uchodźcom. Wręcz przeciwnie uchodźcy, emigranci, ich umiejętna asymilacja to klucz do potęgi. Nigdy, nigdy w historii nie zaistniało imperium, które byłoby wewnętrznie spójne, czy jednonarodowe. Nawet III Rzesza, której władcy mieli piredolca na punkcie czystości rasowej była konglomeratem nacji, nawet my byliśmy potęgą gdy Rzeczpospolita była Dwojga Narodów. Napęd machinie zdobywców daje ferment i reakcja w społecznych kotłach. Jednolitość to skostnienie i bezruch. Najjaśniejsza znów stanie się liczącą się potęgą wtedy i tylko wtedy, gdy pewni swoich racji, bez strachu przyjmiemy do siebie INNYCH. I ich "pożremy".
Tak wiec gdy widzę te tłumy wędrujące po ulicach w protestach przeciwko przyjmowaniu uchodźców widzę pionki, pożytecznych idiotów, zaprogramowanych przez Rosję, Zakon Syjonu czy inną Lożę Czarnego Kozła z falbanką, którzy walczą o to by Polska była słaba i już na zawsze podatna wpływom.
Nawet jeśli przybyłoby do nas 5 milionów emigrantów to nas nadal jest prawie 40 milionów, naprawdę wierzycie, że sobie z nimi nie poradzimy? Przecież przeżyliśmy już niejeden koniec świata, z czasem unicestwiliśmy każde imperium, każdego wroga jaki stanął nam na głowie. Jesteśmy Polakami do kurwy nędzy, Jesteśmy wyjebiści.
*
Tylko czas pokarze kto jest kim.
Podobno udowodniono w końcu eksperymentalnie, że rzeczywistość nie istnieje, dopóki na nią nie patrzymy. Czym więc w takim wypadku staje się ból, śmierć bliskiej osoby, wypalająca wewnętrznie choroba?
Któż więc ostatecznie może powiedzieć, że istnieje coś jeszcze poza mną?
Dlatego właśnie mamy wkodowanego Boga w samą strukturę mózgu, by podobne idee nie doprowadziły nas do szaleństwa... a może po to byśmy jedną myślą nie starli wszechświata na proch.
Zostawiamy za sobą zdarzenia i przyjaciół ciągną się za nami jak świetliste skrzydła rozciągnięte nieskończenie w przestrzeń. Ostatnio jestem zmęczony tak bardzo, że nawet nie chce mi się nie chcieć iść do pracy. Wokół rozkwita nowe wczesne średniowiecze. Rzym upada, ale jego mieszkańcy wciąż widzą blask imperium, czują jego kobaltową moc w żyłach, wsłuchują się w jego wieczną chwałę, moc, wyższą kulturę. A tymczasem nowi Wizygoci i Germanie zalewają ulicę.
Nie zrozummy się źle, nie marzy mi się Festung Europa. Dziwi mnie tylko rozlazła reakcja, na kolejne kryzysy, narodów, które potrafiły wymyślić niegdyś imperializm, prawa człowieka czy nazizm. Obecnie nic nie jest rozwiązywane, trwamy napędzając to trwanie pieniądzem. Nagle zabrakło nam zasad i woli do narzucenia ich innym w imię niezachwianej wiary w słuszność.
Przegramy jeśli nasza wiara będzie słabsza od wiary naszych przeciwników.
I znowu nie zrozummy się źle, nie jestem przeciwko uchodźcom. Wręcz przeciwnie uchodźcy, emigranci, ich umiejętna asymilacja to klucz do potęgi. Nigdy, nigdy w historii nie zaistniało imperium, które byłoby wewnętrznie spójne, czy jednonarodowe. Nawet III Rzesza, której władcy mieli piredolca na punkcie czystości rasowej była konglomeratem nacji, nawet my byliśmy potęgą gdy Rzeczpospolita była Dwojga Narodów. Napęd machinie zdobywców daje ferment i reakcja w społecznych kotłach. Jednolitość to skostnienie i bezruch. Najjaśniejsza znów stanie się liczącą się potęgą wtedy i tylko wtedy, gdy pewni swoich racji, bez strachu przyjmiemy do siebie INNYCH. I ich "pożremy".
Tak wiec gdy widzę te tłumy wędrujące po ulicach w protestach przeciwko przyjmowaniu uchodźców widzę pionki, pożytecznych idiotów, zaprogramowanych przez Rosję, Zakon Syjonu czy inną Lożę Czarnego Kozła z falbanką, którzy walczą o to by Polska była słaba i już na zawsze podatna wpływom.
Nawet jeśli przybyłoby do nas 5 milionów emigrantów to nas nadal jest prawie 40 milionów, naprawdę wierzycie, że sobie z nimi nie poradzimy? Przecież przeżyliśmy już niejeden koniec świata, z czasem unicestwiliśmy każde imperium, każdego wroga jaki stanął nam na głowie. Jesteśmy Polakami do kurwy nędzy, Jesteśmy wyjebiści.
*
Subskrybuj:
Posty (Atom)