poniedziałek, 27 lipca 2015

Suszyłem ostatnio włowy metodą prób i błędów

Nie polegaj zbytnio na innych,
pomyśl, nawet twój własny cień
cię opuszcza gdy nadchodzi mrok

Zapamiętany z dzieciństwa z dziesiątek filmów dźwięk nalotu, gdy tysiące wygłodzonych komarów pikuje na ciebie z ciemniejącego nieba. Pijemy piwo u Krzyśków patrząc jak ranna rafineria broczy czernią dymów i wypluwa w zaskoczone niebo płomieniste upusty bezpieczeństwa rozżarzonych gazów.
Międzyczas, działka na Krakowcu, nasi przedmówcy ułożyli agrowłóklinę bez pielenia, tak, że rosnące pod nią rośliny utworzyły z niej podłużny balon. Próbujemy uparcie wypłaszczyć tego zeppelina i odnaleźć  zahukane sadzonki róż. Po lewej Wisła i stalowe futurologie rafinerii, za plecami w domyśle zbiorniki paliw. Krakowiec, to blisko Krzyśków - myślę i już słyszę złowrogie buczenie nalotu, zgadnijcie kto przyleciał się przywitać.
Znów u Krzyśków, chyba zaczynam obrastać w Stogi. Tym razem spiętrzone pierścienie obrony: pochodnie, zawijaczki, świece, offy. Skurwiele lądowały na ziemi i zapieprzały, gnane rządzą krwi i osocza,  pod tym wszystkim na piechotę. Ale my wszyscy byliśmy gotowi, wszyscy mieliśmy długie spodnie. Muzyka grała, grill skwierczał a Krzyś dolewał Puchatkowi, tfu znaczy mi dolewał i dolewał, aż mało co nie przelał, w oczach zapaliły się lampki rezerwy a świat zaczął rozkosznie wirować i bujać nieco z boku na bok.
W drodze powrotnej dokonaliśmy niemożliwego: jadąc tramwajem wyprzedziliśmy wracającą tramwajem Agentkę, która wyszła pół godziny przed nami.
Ostatnio w ogóle było dość intensywnie. Zaczęło się od tego, że na oku pojawił mi się cień. Cień narastał, mrok rósł w oku. Zacząłem tracić plan ogólny za to widziałem absurdalne szczegóły. Potrafiłem przeczytać małe literki z odległości pół kilometra tańczące w rozpływającym się tle. Siadła mi ocena odległości, potem zaczął wyłączać się błędnik, rozbolał łeb. Guz - pomyślałem - nowotwór rośnie i naciska mi kolejne nerwy, a że bałem się jak nigdy dotąd w życiu, zaraz rozbolało mnie serce, prawie położyłem się w pracy i umarłem, gdy pewnego pięknego dnia przytkały mi się i zapiekły w środku uszy.
Przerażenie przepaliło mnie do czystej, rozżarzonej do białości konstrukcji nośnej. Przestałem cokolwiek czuć. Nic mnie nie bolało, choć mnie zawsze coś boli, przestałem jeść bo nie odczuwałem takiej potrzeby. Przestałem ruszać się, postrzegać czy zauważać. Którejś nocy obudziłem się i poczułem, że nie kocham Szponiastej... i wtedy się wkurwiłem.
Następnego dnia sunąłem pod prażącym słońcem w kamiennej rynnie gdzieś pod Borkowem i myślałem, naprawdę kurewsko intensywnie i modliłem się. Słyszeliście zapewnię o Trójcy Świętej, i zmorze wszystkich księży, gdy przychodzi o tłumaczenie tej idei wiernym - Duchu Świętym? Tak jak Bóg  jest zjawiskiem, czymś poza pojęciem i zrozumieniem, czymś, w czym zapewne rozszerza się wszechświat, tak jak Jezus jest ludzkim aspektem Boga, nanoawatarem, dzięki któremu Stwórca może komunikować się z nami bezpośrednio nie zmieniając nas równocześnie w parę, tak Duch Święty jest esencją działania. Jest działaniem. Gdy stoisz, zapadasz się w rozpaczy jak w gazowanym gównie, Bóg nie ma do ciebie przystępu, nic nie może zrobić. Musisz drgnąć, ruszyć się, dać pierwszy krok za hobbicią norę. Zamarłem, wcisnąłem ostatniego chwasta do worka i zacząłem analizować. najpierw czas, potem objawy,odłączyłem te powodowane strachem. W uszach przestało szumieć, serce zwolniło i przestało kuć. Zacząłem patrzeć i myśleć co mi to przypomina ten efekt w oczach...LUPA! Tak bywa przy patrzeniu przez lupę, gdy ustawiasz ostrość.
Uszkodzone były okulary, niewielkie odchylenie szkła, może z dwa, trzy milimetry. Zewnętrzny drobiazg, niezauważalny i nieistotny, przez dwa miesiące urósł do wypalającej do imentu katastrofy.
A przynajmniej mam taką nadzieję.
Okulary naprawione, ale wciąż jeszcze nie widzę za dobrze. Zobaczymy za tydzień, dwa.

O, wysiąść mi na cichej
nienazwanej stacji
wyjść z wagonu ukradkiem,
rozpłynąć się w cieniach
Iść powoli aleją kwitnących
akacji
donikąd się nie spiesząc
drogą bez znaczenia

(Słonimski)

*

 

niedziela, 12 lipca 2015

Przecież czuję co czuję

Nie lubię gdy temperatura
na zewnątrz mnie jest wyższa
niż wewnątrz mnie

Teraz będę musiał napisać o ślubach. Byliśmy ostatnio na trzech a czeka nas czwarty. Biorąc pod uwagę że w tej właśnie chwili moja babcia w Mławie umiera w bólu na raka wszystkiego, wyszło to cokolwiek ironicznie.
Najpierw marsz pochodu weselnego Landryny przez WhiteTown za kobziarzem, na którego widok ktoś krzyczał niech żyje Andrzej Duda. Landryna odstawiła taniec w czerwieniach z tradycyjnym obdrapywaniem sufitu szpilkami, my mieszaliśmy kuchnię grecką z drinkami z amerykańskich filmów w otwartym barze, Cuba Libre my favorite. Ukrywanie się po kątach Hotelu Haffner z innymi gośćmi przed zabawami, których miało nie być i pokazy sztuk barmańskich, koleś podobno jest 20 na świecie i rzeczywiście pokazał co nieco, choć przyznam, że na tym etapie zabawy wszyscy zapewne liczyli, że z któregoś z fruwających nad nim naczyń chlapnie na niego Curacao a następnie na całość opadnie pochodnia.
Następnie rykoszetem trafiłem na wieczór panieński Hani. Plaża noc, chłód piasku, głosy w ciemnościach i czerwona linia na horyzoncie. Holowaliśmy ją potem przez lasy w kierunku Zaspy a w mroku, gdzieś po prawej wibrował etnicznie Flonder Festiwal.
Ślub spokojny i delikatny jak muślin opadający przez upał. Dzień przez palce za Oliwką w Olivie. W tle stąpały koniki, karpie pluskały w stawach a ciepły wiatr poruszał liśćmi, płatkami kwiatów i długo nie dał zgasnąć racy na weselnym torcie
Potem gotyki Świętej Brygidy i koleżanka z pracy Szponiastej przemykająca w bielach przez światłocienie.
Na koniec zaś Tau powróciła na chwilę z warszawskich zaświatów zabraliśmy ją więc na piwo do pogrobowca dawnej Herbaciarni a następnie tuczyliśmy bułami i krążkami z cebuli w amerykańskiej pseudo restauracji rekomendowanej przez  Lennonkę.
Tymczasem gdy nikt nie patrzył, rozwinęła nam się firma. Szef nabrał obiektów. Trafiliśmy więc ponownie na pierwszą  linię frontu walki z chaosem. Trzy dni przywracaliśmy do używalności obiekt w Rumi, do którego jechało się przez nieskończoność, za to wracało krótko, bo chyba ani razu nie udało mi się tego powrotu nie przespać. W każdym razie tubylcy odkryli nagle, że w dżungli za oknami mieli rabaty i zatrzymywali się w szoku w drzwiach klatek, odkrywając, że kafelki na podłogach mają jakiś kolor. Potem wylądowaliśmy na Patio Róż...
Byliśmy tam już kiedyś, ale okazaliśmy się za drodzy. Niestety ktoś tam w końcu zrozumiał, że koszty łączą się jednak z jakością usług, powróciliśmy więc po 3 latach by zacząć wszystko od nowa. a jest co. Jak sama nazwa wskazuje okolica jest obsiana 15 odmianami róż, występującymi zwykle w zwartych formacjach przez ludzi, którzy je muszą pielić nazywanych "grządkami zagłady", Mam kolce powbijane nawet w stopy, cholera, znalazłem nawet jakieś wbite w tyłek.a ramiona mam jak celtycki druid.
Zamiast nawozu zostawiamy tam krew, pot i łzy.
Codziennie schnę po deszczu i smażę się w słońcu
Codziennie ostatnio boję się i zamykam mój strach w tworzeniu rzeczy dziwnych a niepraktycznych i marszu do linii horyzontów istniejących wyłącznie w mojej głowie.
Codziennie budzę się wyczekując wieści z Mławy i wsłuchując się w siebie bo spieprzyło mi się coś poważnie z okiem i tradycyjnie, zgodnie z moją hipochondryczną etyką, czekam, aż zapadnie wieczna noc.

Całe to cierpienie jest po to
by łatwiej było odejść

(Ktoś kto umieranie na raka ma już za sobą)

*

sobota, 13 czerwca 2015

Światło to potwór żyjący w ciemności

- Kobiety są dziwne...
- Może i są, ale mnie to nie
  dotyczy, ja nie jestem kobietą.
  Jestem Kiszczakiem...

(My)

Gdy czesałem się po powrocie z pracy z włosów posypało mi się igliwie i wyleciała ćma. Takiż to już los pogromcy praw natury, ajatollaha terenów zielonych,  poszarzałego od dymu i chemii frontowca z pierwszej linii walki z chaosem. Najbrudniejsi, przepoceni, omijani wzrokiem przez ludzi i bogów torujemy światu ludzi drogę przez pierwotną zupę potencjalnych możliwości.
Byliśmy całą bandą w Toruniu. Chodziliśmy przez most (kto był ten wie). Pobłądziliśmy pod stropem ze ćwieków i spaliśmy z pociągami przejeżdżającymi dosłownie o 4 metry od naszych poduszek. Zjedliśmy zwyczajowego gofra i makarony i chaos pierogów. Przepłynęliśmy jezioro piwa i spoczęliśmy spokojne smakując życie na Schodach Cyklopów na Wisłą. Oglądaliśmy zerodowany ząb zamku z góry i od spodu, dosiadaliśmy maszyn oblężniczych i utopiliśmy w cierpliwej Wiśle starożytne kombinerki. Marzliśmy patrząc jak tańczy w ciemnościach śpiewająca fontanna i usiłowaliśmy ustać prosto pod krzywą wieżą. Wystawy i półsen w planetarium.. Wspinaliśmy się na wieże i słuchaliśmy na mszy w katedrze śpiewającej kobiety, której głos rozsadzał mury i serca. Stąpaliśmy po nieistniejącym kościele i patrzyliśmy na metalową makietę miasta stopioną z kluczy zebranych przez mieszkańców. Bujaliśmy się na wietrze na szczycie ruin zamku Dybowskiego i wprost z autokaru i tramwaju gnaliśmy do komisji wyborczej w Brzeźnie. Wpadliśmy tam na 9 minut przed zamknięciem. Starszy pan z komisji wstał z uśmiechem i stwierdził: Jeszcze tylko na pana czekaliśmy...
Byliśmy też w Sulęczynie pośród jezior, ale w międzyczasie był Mad Max. Mad Max to religia mojego dzieciństwa. Coś co ukształtowało mnie bardziej niż rodzice, szkoła czy religia, Rozmigotane ekstrema w wirze niekontrolowanego upadku, szaleństwo w miłosnym uścisku z nostalgią, nie da się oceniać mnie bez zrozumienia kim był wojownik szos Max. "W ryku silników stracił wszystko aż przybył tu, na to wypalone pustkowie by się urodzić na nowo..."
Sulęczyno, słońce, toń jezior, zieleń lasów i zapach igliwia niesiony ciepłym wiatrem. Wódka niosąca nas w noc i polowanie na przemykająca po niebie Międzynarodową Stację Kosmiczną. Marsz leśnymi duktami do Węsior, ładowanie reaktorów kamiennych kręgach. Szczera erupcja pędzonych oktanami emocji Meave o której krążyć będą w naszym małym uniwersum legendy. Permanentny brak kaca, nieustający grill i powietrze smakujące... cholera, smakujące... pełnią. Naprawdę nie chciałem wracać. Ale cóż robić, wszędzie dobrze ale w krainie grozy, mroku i wilgoci najlepiej. Wróciliśmy, wielokrotnie wstaliśmy do pracy, organizowaliśmy wyschnięty świat. Od pyłu w jaki zmieniła się trawa zapaliły mi się spojówki i płuca zmniejszyły swoją objętość. A dziś idziemy na ślub Landryny i Areckiego. Pazurkowata udała się do fryzjera a ja wciąż jeszcze nie zdecydowałem czy wejdę w płetwach do kościoła czy wskoczę nago w tort.  

- Wszystkich chciałaś nabijać na pal
- kogo?
- Kołakowską...i wszystkich

(Meave i Krzysiu)

*


sobota, 16 maja 2015

Zostałem skazany na wolność. W zawieszeniu...

Jakaś kobieta w sklepie:
- o Boże!
Ja odruchowo
- Słucham?
- No wie pan, jak pan może?!
- Sama się pani dowie za 37 lat i 3 miesiące...

Poparzony powietrzem, wypiaskowany nasionami traw - gorący i przesiąknięty na wskroś wysokooktanowym  zapachem benzyny, płynę ponad powierzchniami zielonymi drżąc w takt wibracji silnika. Otoczony chmurą huku rozszalałych cylindrów mielących aerozol wysiłku. Osnuty błotem nicowanych kwietników zaczajony na zwyczajność. Smagany słońcem, palony wiatrem obserwuję twoje życie zza nawisu oczywistości, lekko z boku, trochę zza rogu.
Gdy zapada wieczór jadę do domu patrząc przez szyberdach na wpadające w indygo niebo. Paruję oddycham, zaczynam być gdzie indziej. Coraz mniej mnie zostaje po tej stronie.
Wokół wciąż umierają ludzie. Wszędzie jest rak. Otaczają mnie naświetleni, na chemii. Liczący dni i godziny. w ciemnościach przed świtem nadsłuchuję czy nie nadchodzi wśród chrzęstu zainfekowanej chityny i szmerem badawczych nibynóżek, by wypełnić grozą me sny.
Nocą nadchodzi deszcz i spłukuje miasto. Świat zaczyna pachnąć. W mroku, niepojętym darknesie kłębi się nieskończona przestrzeń. Ostrożnie dotykam szyby, bo już nie tajemnicy.
Rano próbuję stoczyć się z łóżka bez jęku, na spojrzenie małżonki gdzieś spośród puchów pościeli,wśród których wygląd jak słońce na średniowiecznej rycinie, odpowiadam: Mów mi zakwas.
Wiecie będzie mi brakowało Panny Ogórek z tymi jej nóżkami.
Za to mój ulubieniec Kim kazał rozstrzelać ministra z broni przeciwlotniczej, bo przysnął na defiladzie. Kocham styl tego kolesia, to było prawie tak dobre, jak rozstrzelanie wuja - generała z baterii moździerzy.
Tymczasem w pracy odstrzeliło mi połowę ostrza w kosiarce. Z tego co jestem w stanie się zorientować, nic mi nie odpadło, za to, zgodnie o wieloletnią tradycją naszego Aqua Clanu ostrze zniknęło bez śladu, co jest o tyle zabawne, że kosiłem akurat między dwoma samochodami. Opowiadałem o tym Szponiastej, a ta się śmieje, że pewnie gdzieś tam leży w samochodzie martwa kobieta z ostrzem w czole. Ja na to, że to już trzecie zaginione ostrze, a ona na to głosem spikera: Trzecia ofiara kosiarza...
Ostatnio żona ma jedyna zostawiła końcówkę w domu, dzięki czemu mogłem do niej dzwonić długo i szczęśliwie. Budzi się rano, ujmuje leniwie telefon a chwilę potem słyszę: UUAAA! a zaraz potem tętent.  Mój Szpon Bojowy przebiega obok, zaraz przebiega z powrotem i znowu, tym razem powiewając jakimś odzieniem na szyi i lewej nodze. Podelektowałem się chwilę w zadumie widokiem i w końcu pytam: Co jest? Okazało się, że w pracy pojawi się u nich Pani Premier. W sumie wyszło, że:kij zaspanie, kij premier ale w smsie pisało:strój galowy a zostało tylko 30 minut.

Sponsorem ogólnopolskiego dnia
grilla jest producent leku na zgagę

*

piątek, 24 kwietnia 2015

Jeśli nie obchodzi cię gdzie jesteś, nie jesteś zagubiony

- ...no bez jaj!
- Bez jaj? Nie wiedziałam, że
   masz zdejmowane.

(My)

Czas znika, tydzień po tygodniu. Ledwo co wędrowałem z rykiem przez fałdy Morenowego Wzgórza ścigany przez radosne krzyki tłumu dzieciaków, wyciągających ze wzruszonej wertykulatorem, starej, poligonowej ziemi skorodowane pociski od kałasza, a tu już przemyka obok pielenie w czasie cyklonu kiedy to pełzając wśród krzakulców na czworakach widziałem pod sobą deszcz, gnający poziomo do gruntu. Słońce, deszcz, ciepło, lodowato, jak w "Wehikule czasu", wszystko miga wokół. Zapach wzruszonej ziemi, smród gryp żołądkowych gdy przechodzimy je jedno po drugim, jak przystało na zgodne małżeństwo.
Odkryłem po latach, że Hania ma złote oczy.
Od bolidu Boha, którym wesoło przemierzamy nasze służbowe przestrzenie, od czasu do czasu coś odpada, co z reguły jest miłą odmianą w przypadkach, gdy coś się pali. Ostatnio odpadł tłumik, obejrzałem sobie więc w warsztacie starą niemiecką technologię od spodu. Dla Boha to były dni pełne niespodzianek, odkrył, że  ma w czołgu komputer, i immobilizer...
W każdym razie był tam jeszcze jakiś klient oraz mechanik gawędziarz, prawdziwy mistrz. Docinał, szlifował, spawał płynnie wplatając w te czynności opowieść o facecie, który wraz ze swoją matką stworzył świetną firmę handlującą elektroniką, Potrafił pokonać z pieśnią na ustach każdą przeciwność, zarabiał po 3 miliony miesięcznie i miał własny świat otoczony ośmiokilometrowym murem z kamerami. Jak każdy dobry gawędziarz koleś co jakiś czas zadawał pytania, pozwalając by słuchacze sami wymyślali ciąg dalszy, stopniując napięcie. - No i pewnego dnia jego żona zażądała rozwodu, a wiadomo co się dzieje w czasie rozwodu...  Jak myślicie panowie co się stało? Przecież nie da się podzielić firmy...
- Podzielili majątek
- Zabrała mu wszystko
- Poszli na ugodę

- Nie, chłop powiesił się.

Za zasługi i na wszelki wypadek dostałem dzień wolny. Miałem iść do Wrzeszcza, ale pogoda jest niefotograficzna więc jeszcze pomyśle.

Przeżyć to co jest nam niepisane
Nigdy już nie robić nic na pamięć

(Bracia)

*

niedziela, 22 marca 2015

Wilgotna Wenus

- O, jutro jest dzień downa, muszę wysłać
   kartkę z życzeniami Kaczyńskiemu...
- Tylko pamiętaj - w rękawiczkach.

Gdy byłem mały... no dobra, dobra, gdy byłem młodszy, na zieleńcu przy przystanku trzynastki stała taka oszklona skrzynka z repertuarem kina "1 Maja" potem "Nord". Idąc do szkoły uwielbiałem stawać przed nią i powoli, delektując się, wędrować wzrokiem po tytułach filmów. To co w owych czasach emitowały wszystkie dwa programy TVP nieodmiennie miało posmak przykurzonej łopatologii serwowanej do łopotu czołgowych gąsienic i przaśnego zapachu ciepłego plastiku.
Smakowałem więc te tytuły. Każde słowo obrastało w podteksty, znaczenia i nieskończone możliwości. Ta chamska oszklona skrzynka była oknem do krainy marzeń.
Dziś mamy bezpośrednie podłączenie do wszystkiego. Średnio inteligentny dziesięciolatek może sobie ściągnąć na telefon panią uprawiającą sex z osłem. I w sumie po króciutkiej chwili znów zapada w zobojętnienie spowodowane nadmiarem. Gdy pierwszy raz zobaczyłem teledysk do "We don't need another hero" Tiny Turner  moja wyobraźnia eksplodowała jak supernowa. Musiałem potem czekać 12 lat by zobaczyć Mad Maxa, a obejrzenie go było przeżyciem stricte religijnym.
Skończyłem ostatnio czytać "Kroniki czarnej kompani", po ponad 20 latach, zaczynałem na wagarach w szkole średniej. Czuję się jakby przeminęła pewna epoka.
W pracy po śmiercionośnym maratonie grabienia, zaczęliśmy falę zabójczej wertykulacji. Znaczy się biegam za maszyną, która wydaje z siebie dźwięk niczym ostatnia faza armagedonu i zrywa ludziom trawniki. To nawet dosyć zabawne, cały rok pieścimy te trawniki, nawozimy, wyrównujemy, kosimy, głaskamy a potem, pewnego dnia u progu wiosny ujmujemy w śmiałe dłonie wertykulator i mielimy wszystko w pizdu, by zacząć od początku.
Radosny doznał tymczasem straszliwych obrażeń w pracy, gdy epicko chrupnął sobie łękotkę wstając od lodówki z energetykami w Żabce. Ta Żabka to niebezpieczna bestia, zawsze to powtarzałem. Sam Il Duce holował go do lekarza.
Moja małżonka, której niech umięśnione i wysmarowane oliwą ekstra werdzin cherubiny sypią pod nogi najbielsze płatki róż z lodów waniliowych, przeżywa też egzystencjalne sztormy. Siedziała ostatnio w dziekanacie z resztą sabatu i wspólnie rozważały jakiego koloru mają być studenckie książeczki praktyk: W tym roku dajemy takie jebitnie różowe...Tak właśnie rodzą się drobne dramaty dnia codziennego.
Wziąłem sobie dzień wolny. Znaczy się wziąłem piątek tydzień temu, gdy Boh szedł do lekarza i dzięki temu musiałem robić dwuosobowy obiekt przez 13h i do domu dotrzeć przed ósmą, a dostałem ten, dzięki czemu Boh został na dwuosobowym obiekcie sam na sam z wertykulatorem, którego nie umie obsługiwać.
Jak to z urlopem bywa, od razu się rozleciałem. Póki człowiek zapieprza to się jakoś trzyma w kupie, jak tylko poluzuje następuje kataklizm. Układ pokarmowy, gardło, kolana i jakaś zabawna gula na ręku, którą z typowo męską logiką uznałem z miejsca za raka i resztę łikendu spędziłem czekając na przerzuty.
W piątek miałem iść na koncert CDNów, ale nie, musiałem posłuchać ojca: Pizza z brokułami jest pysznnnna... Jak przytuliłem się do wielkiego ucha po 18 to zczołgałem się z niego o 3 nad ranem.
Obejrzałem przynajmniej zaćmienie słońca, i nadal widzę... choć do końca nie wiem co. Udałem się w tym celu na sam koniec mola w WhiteTown. No i przy okazji by popatrzeć na wysadzanie miny morskiej pod Gottenhaven. Przez tę minę był zakaz kąpieli w całej zatoce, wzdłuż plaż jeździli policjanci i z misją płonącą w oczach tłumaczyli wszystkim tym ubranym w puchowe kurtki ludziom, czemu dziś akurat nie wolno im pływać. Mam wrażenie, że przy tej temperaturze ewentualnego amatora kąpieli trzeba by do tej wody wepchnąć kijem, i nawet gdyby zaraz się nie rozpuścił w przyjaznych, opalizujących wodach Bałtyku to opadłby na dno w postaci kostki lodu by dotrzymać towarzystwa Di Caprio.    
W zeszły likend miałem szczery zamiar leżeć, nie ruszać się i porastać mchem, ale zza horyzontu zdarzeń wychynął Krebs z połowicą i musiałem wywlec odwłok na światło dnia, gdzie przez chwilę zdaje się zaczął nawet trochę dymić.Wspominaliśmy i okrutnie szydziliśmy z nieobecnych, było wesoło.
Wczoraj dotarliśmy na Closterkellera pod Stocznię. Lodowaty wiatr rwał chmury na strzępy i zamrażał serca, pośród okolicznych, radioaktywnych ruin stukały obluzowane blachy, szron skrzył się na obrzeżach skamieniałych w twardym jak beton błocie śladów butów. Anja w różowych włosach klasy "mangietka" szalała pośród gitarowych riffów i elektronicznych ech. Na krawędzi dnia na krawędzi snu...
Gula na ręku okazała się mieć podłoże reumatyczne nie nowotworowe. Będę żyć, choć nieco bardziej dziwny niż dotychczas.

Boh - Po rewitalizacji dzielnicy
w Letniewie jest spokojnie.
Ja - Chyba eksterminacji...

*  

sobota, 28 lutego 2015

Alaskańska masakra łosiem mechanicznym

- Został ci strupek mały na szyi, zerwać?
- Nie, będę wszystkim wmawiał, że była
   taka impreza, że się pobiliśmy...
- Czym, cyrklami?

(My)

Jak to kiedyś stwierdził Marzan: czas płynie, płynie, płynie, wraca, wraca, wraca, znowu wraca, znowu wraca, znowu wraca. Znaczy się kolejne urodziny przyszły i przeszły. Jestem starym piernikiem opędzający się deską do mięsa od kryzysu wieku średniego. Na 40 urodziny wjadę w sejm tirem wyładowanym trotylem i 10 tonami landrynek... wspaniała śmierć i wyobraźcie sobie tylko te niusy:
Babcia z Mławy przysłała mi urodzinową kartkę. Kartka grała. Cały czas. Słyszałem ją z połowy ulicy, potem na chwilę przycichła gdy przez swoje mieszkanie niosła je babka nr 2, i w końcu zmęczony cokolwiek dźwięk rozbrzmiał echem pośród sal i holów mej sadyby i kolumn wstrząśniętych z lekka neuronów. Gdybym miał zgadywać, powiedziałbym, że grała tak sobie całe 264 kilometry i 3 dni doprowadzając paru pocztowców do obłędu i paru prób samobójczych.
Na urodzinach Ciapek powrócił  szczęśliwie i w całości z naszego dość specyficznego kibelka i stwierdził, że to był ostatni raz, bo czuje się tam obserwowany. Ucieszyłem się niepomiernie i umyśliłem sobie że nasz następny wucet wykleję dziesiątkami tysięcy wyciętych z magazynów i gazet oczu...
Ciapun ciągle strzela szyją, jeśli wiecie o co chodzi. Po tym jak wszyscy gremialnie się wstrząsnęli potępiliśmy wspólnie jego zachowanie i uprzedziliśmy, że kiedyś mu chrupnie porządnie i już tak zostanie, a wtedy nazwiemy go Cranchips.
Lenn opowiadała, że wzięła barwniki spożywcze i zrobiła kolorowe babeczki. Wyglądały i smakowały wspaniale, ale co się potem działo w wc...
Tymczasem nadciągnęła wiosna. W pracy zaczęło się robić wiosennie, znaczy się, że pracujemy bez przerw po 9, 10 godzin. Do tego nasi szefowie, którzy niech żyją i zdrowo rosną, pojechali na kurs...Oooo fuck Jeee, każdy kto to przeżył ten wie o czym mówię. Połączenie entuzjazmu z morderczym uporem dokładania pracownikom dodatkowych obowiązków i komplikacji, od razu przyjechali i zaczęli sprawdzać dziewczynom Ph podłogi. Tak więc na razie mamy lekkie zamieszanie połączone z delikatną paranoją, ale z czasem jak zwykle zwycięży ergonomia, znaczy się wypadkowa celu, sił i czasu. Żadne bajery tego nie zmienią.
Osobiście uważam, że znacznie większy pożytek przyniosłyby im kursy u nas. Tydzień robienia tego, tydzień tamtego. Bardzo szybko przeszliby z komplikowania i utrudniania pracy na jej optymalizację i ułatwianie.
Nic to, tymczasem jeżdżę sobie wielką ryczącą maszyną do zamiatania i piaskuję ludziom samochody, fasady i twarze jak za wolno uciekają. Ostatnio na jakiejś gottenhavskiej rubieży zbiło się w moim pobliżu stadko dzieciaków i gapiło się z otwartymi szeroko otworami gębowymi jak subtelnie wzruszam spoistość polbruków i wykrzywiam krawężniki. Uśmiechnąłem się błogo i zacząłem wesoło podśpiewywać: Miotła mechaniczna, miotła mechaniczna, kto wejdzie jej w drogę, temu urwie nogę...
Oczywiście musiał się pojawić jakiś wyokularzony posępny inteligent, i zaczął kwękać, a to bez sensu, gdzie zbiornik od maszyny, a po co. Na każdym obiekcie znajdzie się taki aparat. na Przeróbce pijaczek bez nogi, co to wszędzie pracował i robił to lepiej, na Morenowym Sylwiaczek z zaparcie prawdziwego krytyka sztuki i pikariusza nasadzeń. Itd, mali ludzie o wielkich marzeniach, którym opór stawiła bezwzględna materia sprowadzając na pustynię żalu i rozgoryczenia. Spojrzałem w końcu na niego i mówię: Pan to pewnie głosował na piSS. Typ się zatchnął na wystarczająco długo bym zdążył odgrodzić się od niego czterystoma decybelami.

Każda kobieta ma 3 otwory
i przegrodę nosową, żeby nie
kusiło.

(Lenn)

*