Tak właśnie umiera wolność
- pośród burzy oklasków
(Star Wars)
No i brunatni powrócili. Gdyby nie to, że znów się człowiek będzie wstydził, że jest Polakiem, byłoby to całkiem zabawne, patrzeć jak z piSSlamskiego misia wychodzi potwór, a ci wszyscy debile, którzy na niego głosowali, zaczynają mieć nagłe i wilgotne poczucie kupy cieknącej po udach. W sumie już nie mogę się doczekać, żeby zobaczyć miny naszej złotej głosującej młodzieży gdy zacznie się kontrola internetu, zamykanie serwisów z serialami i grami, wyroki więzienia za ściąganie z sieci czy za posiadanie marychy. Co tam, chcę zobaczyć ich miny jak zaczną ubierać ich w mundurki i zaczną wprowadzać na prawo i lewo zakazy używania słuchawek i telefonów. Jeśli jednak znowu przeforsują zakaz noszenia ciuchów kroju wojskowego to kurwa stanę i polegnę, jestem gotów na rolę więźnia politycznego w imię noszenia bojówek i panterki, i garści granatów jeśli się da.
Wyjazd integracyjny przyszedł i wyszedł. Piękne miejsce w pięknym miejscu. Mgły nad jeziorem, kolówka i dolegliwości wątroby u poszczególnych osobników. Gregory leżący przed konwojem weselnym w charakterze bramy i trzeszczący balkon pełen rozbawionych palaczy. Wracając koło 2 z korytarza, gdzie nad kadzią bigosu i baterią Kasztelana odbywały się nocne polaków rozmowy, znalazłem na końcówce smsa wysłanego o 0:20 przez szefa: Ciszej proszę!!! UPS
Zona kopytkuje na kursie salsy, zegary przestawione na nowe czasy, zapada mrok. O tej porze roku jest najsmaczniejszy. Idę się do niego podłączyć.
PUK PUK
- Kto tam?
- ABW
- Nie wierzę!
- My właśnie w tej sprawie
*
poniedziałek, 26 października 2015
czwartek, 8 października 2015
A co jeśli wszystko jest po raz ostatni?
Ilu trzeba Polaków żeby
wymienić żarówkę?
- 100 i pięciu tysięcy
Rosjan by ich powstrzymać
(Niemiecki kawał)
Ostatni dzień w Mławie był piękny, taki jaki powinien być ostatni dzień. Rodzina zebrała się w dużym pokoju by w obecności, eterycznie już z lekka zasiedlającej fotel na kółkach, babci decydować o jej losie. Odpuściłem sobie ten dramat prowadzący nieuchronnie do hospicjum i zapadłem w fotel wspomnień. Mława to moja ojczyzna, mój raj i kraina marzeń. To bezpieczne miejsce, pełne słońca i soczystych kolorów dzieciństwa, to miejsce, które normalnieje, staje się ładnym, małym miasteczkiem a tym samym umiera. Czas i nowa farba pokrywają ostatnie fragmenty mnie, pozostaje przyjemne acz obce miejsce, gruntowe drogi pokrył asfalt, warstwy ziemi pokryły ostatnie resztki krwi z rozbitych kolan.
Prawdopodobnie będę tu jeszcze dwa razy. Na pogrzebie babci i ciotki, ale raczej nie będę miał ochoty by krążyć po okolicy i szukać starych szlaków. Przyjadę postawić na płycie szklankę ognia i odejdę stąd na zawsze.
Z okiem dalej jest źle, może gorzej, ale zobojętniałem już mocno. W sumie nie potrafię się teraz za bardzo przejmować czymkolwiek. Wściec się, roztkliwić owszem, przejmować - nie za bardzo.
Był i minął kolejny koncert CDNów, chłopaki promowali swoją nową płytę. Impreza była fest, co niektórzy w ferworze walki na parkiecie potracili obcasy a po pobliskim parku, w srebrzystym świetle miesiąca biegały pękate postacie rządne zemsty. Byłem podrywany. Po dwóch próbach wywleczenia mnie na parkiet lasia zaczęła miętosić mi ramie i mówi: to przynajmniej sobie ciebie posmeram. "A smeraj sobie" odrzekłem dosączając piwo.
Gdy szedłem wieczorem do Sopotu spotkałem na bulwarze nadmorskim lisa, który coś tam dojadał (niemowlę?), minąłem go może o 2 metry, nie przejął się zbytnio.
Po półtora miesiąca zakończył się u nas remont. Dziwnie jest nie budzić się w romantycznym poszumie folii.
Jutro jadę za Kartuzy na szkolenie i wyjazd integracyjny. Może wrócę może nie.
Ilu trzeba Niemców żeby
wymienić żarówkę?
- 1, są wydajni i nie mają
poczucia humoru
(polski kawał)
*
wymienić żarówkę?
- 100 i pięciu tysięcy
Rosjan by ich powstrzymać
(Niemiecki kawał)
Ostatni dzień w Mławie był piękny, taki jaki powinien być ostatni dzień. Rodzina zebrała się w dużym pokoju by w obecności, eterycznie już z lekka zasiedlającej fotel na kółkach, babci decydować o jej losie. Odpuściłem sobie ten dramat prowadzący nieuchronnie do hospicjum i zapadłem w fotel wspomnień. Mława to moja ojczyzna, mój raj i kraina marzeń. To bezpieczne miejsce, pełne słońca i soczystych kolorów dzieciństwa, to miejsce, które normalnieje, staje się ładnym, małym miasteczkiem a tym samym umiera. Czas i nowa farba pokrywają ostatnie fragmenty mnie, pozostaje przyjemne acz obce miejsce, gruntowe drogi pokrył asfalt, warstwy ziemi pokryły ostatnie resztki krwi z rozbitych kolan.
Prawdopodobnie będę tu jeszcze dwa razy. Na pogrzebie babci i ciotki, ale raczej nie będę miał ochoty by krążyć po okolicy i szukać starych szlaków. Przyjadę postawić na płycie szklankę ognia i odejdę stąd na zawsze.
Z okiem dalej jest źle, może gorzej, ale zobojętniałem już mocno. W sumie nie potrafię się teraz za bardzo przejmować czymkolwiek. Wściec się, roztkliwić owszem, przejmować - nie za bardzo.
Był i minął kolejny koncert CDNów, chłopaki promowali swoją nową płytę. Impreza była fest, co niektórzy w ferworze walki na parkiecie potracili obcasy a po pobliskim parku, w srebrzystym świetle miesiąca biegały pękate postacie rządne zemsty. Byłem podrywany. Po dwóch próbach wywleczenia mnie na parkiet lasia zaczęła miętosić mi ramie i mówi: to przynajmniej sobie ciebie posmeram. "A smeraj sobie" odrzekłem dosączając piwo.
Gdy szedłem wieczorem do Sopotu spotkałem na bulwarze nadmorskim lisa, który coś tam dojadał (niemowlę?), minąłem go może o 2 metry, nie przejął się zbytnio.
Po półtora miesiąca zakończył się u nas remont. Dziwnie jest nie budzić się w romantycznym poszumie folii.
Jutro jadę za Kartuzy na szkolenie i wyjazd integracyjny. Może wrócę może nie.
Ilu trzeba Niemców żeby
wymienić żarówkę?
- 1, są wydajni i nie mają
poczucia humoru
(polski kawał)
*
poniedziałek, 14 września 2015
Dzień wskrzeszenia
Oto idealna para: myśliwy i zwierzyna.
Tylko czas pokarze kto jest kim.
Podobno udowodniono w końcu eksperymentalnie, że rzeczywistość nie istnieje, dopóki na nią nie patrzymy. Czym więc w takim wypadku staje się ból, śmierć bliskiej osoby, wypalająca wewnętrznie choroba?
Któż więc ostatecznie może powiedzieć, że istnieje coś jeszcze poza mną?
Dlatego właśnie mamy wkodowanego Boga w samą strukturę mózgu, by podobne idee nie doprowadziły nas do szaleństwa... a może po to byśmy jedną myślą nie starli wszechświata na proch.
Zostawiamy za sobą zdarzenia i przyjaciół ciągną się za nami jak świetliste skrzydła rozciągnięte nieskończenie w przestrzeń. Ostatnio jestem zmęczony tak bardzo, że nawet nie chce mi się nie chcieć iść do pracy. Wokół rozkwita nowe wczesne średniowiecze. Rzym upada, ale jego mieszkańcy wciąż widzą blask imperium, czują jego kobaltową moc w żyłach, wsłuchują się w jego wieczną chwałę, moc, wyższą kulturę. A tymczasem nowi Wizygoci i Germanie zalewają ulicę.
Nie zrozummy się źle, nie marzy mi się Festung Europa. Dziwi mnie tylko rozlazła reakcja, na kolejne kryzysy, narodów, które potrafiły wymyślić niegdyś imperializm, prawa człowieka czy nazizm. Obecnie nic nie jest rozwiązywane, trwamy napędzając to trwanie pieniądzem. Nagle zabrakło nam zasad i woli do narzucenia ich innym w imię niezachwianej wiary w słuszność.
Przegramy jeśli nasza wiara będzie słabsza od wiary naszych przeciwników.
I znowu nie zrozummy się źle, nie jestem przeciwko uchodźcom. Wręcz przeciwnie uchodźcy, emigranci, ich umiejętna asymilacja to klucz do potęgi. Nigdy, nigdy w historii nie zaistniało imperium, które byłoby wewnętrznie spójne, czy jednonarodowe. Nawet III Rzesza, której władcy mieli piredolca na punkcie czystości rasowej była konglomeratem nacji, nawet my byliśmy potęgą gdy Rzeczpospolita była Dwojga Narodów. Napęd machinie zdobywców daje ferment i reakcja w społecznych kotłach. Jednolitość to skostnienie i bezruch. Najjaśniejsza znów stanie się liczącą się potęgą wtedy i tylko wtedy, gdy pewni swoich racji, bez strachu przyjmiemy do siebie INNYCH. I ich "pożremy".
Tak wiec gdy widzę te tłumy wędrujące po ulicach w protestach przeciwko przyjmowaniu uchodźców widzę pionki, pożytecznych idiotów, zaprogramowanych przez Rosję, Zakon Syjonu czy inną Lożę Czarnego Kozła z falbanką, którzy walczą o to by Polska była słaba i już na zawsze podatna wpływom.
Nawet jeśli przybyłoby do nas 5 milionów emigrantów to nas nadal jest prawie 40 milionów, naprawdę wierzycie, że sobie z nimi nie poradzimy? Przecież przeżyliśmy już niejeden koniec świata, z czasem unicestwiliśmy każde imperium, każdego wroga jaki stanął nam na głowie. Jesteśmy Polakami do kurwy nędzy, Jesteśmy wyjebiści.
*
Tylko czas pokarze kto jest kim.
Podobno udowodniono w końcu eksperymentalnie, że rzeczywistość nie istnieje, dopóki na nią nie patrzymy. Czym więc w takim wypadku staje się ból, śmierć bliskiej osoby, wypalająca wewnętrznie choroba?
Któż więc ostatecznie może powiedzieć, że istnieje coś jeszcze poza mną?
Dlatego właśnie mamy wkodowanego Boga w samą strukturę mózgu, by podobne idee nie doprowadziły nas do szaleństwa... a może po to byśmy jedną myślą nie starli wszechświata na proch.
Zostawiamy za sobą zdarzenia i przyjaciół ciągną się za nami jak świetliste skrzydła rozciągnięte nieskończenie w przestrzeń. Ostatnio jestem zmęczony tak bardzo, że nawet nie chce mi się nie chcieć iść do pracy. Wokół rozkwita nowe wczesne średniowiecze. Rzym upada, ale jego mieszkańcy wciąż widzą blask imperium, czują jego kobaltową moc w żyłach, wsłuchują się w jego wieczną chwałę, moc, wyższą kulturę. A tymczasem nowi Wizygoci i Germanie zalewają ulicę.
Nie zrozummy się źle, nie marzy mi się Festung Europa. Dziwi mnie tylko rozlazła reakcja, na kolejne kryzysy, narodów, które potrafiły wymyślić niegdyś imperializm, prawa człowieka czy nazizm. Obecnie nic nie jest rozwiązywane, trwamy napędzając to trwanie pieniądzem. Nagle zabrakło nam zasad i woli do narzucenia ich innym w imię niezachwianej wiary w słuszność.
Przegramy jeśli nasza wiara będzie słabsza od wiary naszych przeciwników.
I znowu nie zrozummy się źle, nie jestem przeciwko uchodźcom. Wręcz przeciwnie uchodźcy, emigranci, ich umiejętna asymilacja to klucz do potęgi. Nigdy, nigdy w historii nie zaistniało imperium, które byłoby wewnętrznie spójne, czy jednonarodowe. Nawet III Rzesza, której władcy mieli piredolca na punkcie czystości rasowej była konglomeratem nacji, nawet my byliśmy potęgą gdy Rzeczpospolita była Dwojga Narodów. Napęd machinie zdobywców daje ferment i reakcja w społecznych kotłach. Jednolitość to skostnienie i bezruch. Najjaśniejsza znów stanie się liczącą się potęgą wtedy i tylko wtedy, gdy pewni swoich racji, bez strachu przyjmiemy do siebie INNYCH. I ich "pożremy".
Tak wiec gdy widzę te tłumy wędrujące po ulicach w protestach przeciwko przyjmowaniu uchodźców widzę pionki, pożytecznych idiotów, zaprogramowanych przez Rosję, Zakon Syjonu czy inną Lożę Czarnego Kozła z falbanką, którzy walczą o to by Polska była słaba i już na zawsze podatna wpływom.
Nawet jeśli przybyłoby do nas 5 milionów emigrantów to nas nadal jest prawie 40 milionów, naprawdę wierzycie, że sobie z nimi nie poradzimy? Przecież przeżyliśmy już niejeden koniec świata, z czasem unicestwiliśmy każde imperium, każdego wroga jaki stanął nam na głowie. Jesteśmy Polakami do kurwy nędzy, Jesteśmy wyjebiści.
*
czwartek, 3 września 2015
Distopia
To że dzieje się to w twojej głowie
wcale nie oznacza, że nie dzieje się
to naprawdę
Sarenkę poznałem przy poczcie we Wrzeszczu. Szponiasta dała znać, że spotkała się z dawną koleżanką z klasy i jak chcę to mogę dołączyć. No to dołączyłem. Stały akurat tyłem gdy nadszedłem w glorii i chwale, do wtóru chórów piekielnych cheerleaderek na płonących wrotkach i sporadycznych wstrząsów tektonicznych. Stały i pewny, krystaliczny i nienaruszony. Chciałem walnąć jakimś tekstem typu: No i co tam dzierlatki, gdy obie się odwróciły i ją zobaczyłem Zatkało mnie i już do końca dnia byłem raczej milczący, albowiem Sarenka okazała się jedną z najpiękniejszych kobiet jakie kiedykolwiek widział mój świat.
W ostatni łikend byliśmy na jej ślubie. To było złote popołudnie i długa, długa noc, pełna przygód i alkoholu, którą czas wypełnia mi już w głowie pastelowym puchem nostalgii. Jaśniejące witraże kościoła na Czarnej, mały, stary, biały samochodzik cały w czerwonych wstążkach, który powiózł młodych w zielenie łąk i pól. Odległe miejsce wesela pełne altan i trawników, oraz dość niespodziewanie zdekapitowanych głów różnych stworzeń. Tańce, tańce, tańce. dobry zespół i wodzirej w czerwonej koszuli. Dawno nie byłem na weselu na którym tak schodziłaby wódka, w dodatku siedzieliśmy akurat na granicy dwóch grup, tak że piliśmy w dość morderczym tempie raz z jednymi, raz z drugimi.
Nie zatańczyłem z panną młodą, czego żałuję i żałować będę już na zawsze, ale ostatnio los przetacza się po mnie rozkosznie swoim tłustym, kostropatym cielskiem i moja wola zdecydowanie osłabła., okazała się za słaba by pokonać moją ulubioną, społeczną fobię. Tym bardziej mnie to męczy, że gdy na moim weselu były te tańce co to się płaci za tańczenie z młodymi, gdy tłumy fanów gnały do Pazurzastej ona jedyna ze mną zatańczyła... no zatańczył jeszcze Krzysiu, ale on nie miał takiej fajnej sukienki.
Gdy zaczęły się zabawy o północy ja oczywiście krążyłem już gdzieś w ciemnościach na powietrzu. Pomijając już że ktoś mógłby wpaść na pomysł zaangażowania mnie w jakieś przeciąganie cytrynki przez krocze czy coś równie absorbującego, sam widok tych osaczonych ludzi i niemego wrzasku w ich oczach dziwnie mnie stresuje.
Krążyłem w ciemności słuchając muzyki i stłumionych śmiechów. W mroku nie widziałem cienia na oku, wódka zatopiła strach i poczułem się trochę jak dawno temu. Trochę gdzieś, trochę obok. Obecny, niezaangażowany, tęskniący ale świadomy że ta tęsknota będzie piękniejsza i mocniejsza niż jakiekolwiek przeżycie. Poszedłem aleją drzew w kierunku pełni księżyca . Wyszedłem na pustą szosę i spojrzałem na świat skąpany w ciszy i srebrnej mgle. Jasne niebo nad wzgórzami, daleko jedno rozświetlone okno pośród drzew, miejsce jak z baśni dopasowane doskonale do mojego wnętrza. Poczułem się naprawdę szczęśliwy.
Czym bliżej świtu tym mniej rodziny, została za to młodzież, wódka i zespół, miejsce miały dantejskie sceny, których wspomnienie już na zawsze wywoływać będzie uśmiech na naszych twarzach. Clou programu było zrabowanie ze stołu ze smalcem i dziczyzną, wielkiego, glinianego gara kiszonych ogórków. Miejsce miało łapczywe pożeranie, kwaśny deszcz oraz konkurs: powiedz kiedy stop. Garnek uzyskał miano basenu z krokodylami, a po każdym szczęśliwym trafieniu szczęśliwiec otrzymywał kapiącego ogóra, ze słowami :masz krokodyla , odgryź mu łeb.odgryź łeb! ODGRYŹ ŁEB!!!.
Do Miasta odwiozła nas jakaś niesamowita para i ich kolega, który dotachał się tam zdaje z Mariengorga.. Dziewczyna była jak ze snów poetów o mrocznych muzach z papierosami w długich fifkach, a kolesie walili tekstami które akurat w tamtym stanie umysły były niezwykle śmieszne.
Po 5 we Wrzeszczu napotkaliśmy w tramwaju wracającego z pracy Dana. Tym samym upadła nasza teoria, że pojechał zatrudnić się do magazynów Biedronki w charakterze Szynki z Biedronki, ewentualnie dziczyzny z daniela, w końcu wysyłali go na tyle badań lekarskich, a potem tak nagle znikł...
- Zobacz owieczki
- A właśnie zastanawiałam się,
co to za dziwne , białe krzaki
(My)
*
wcale nie oznacza, że nie dzieje się
to naprawdę
Sarenkę poznałem przy poczcie we Wrzeszczu. Szponiasta dała znać, że spotkała się z dawną koleżanką z klasy i jak chcę to mogę dołączyć. No to dołączyłem. Stały akurat tyłem gdy nadszedłem w glorii i chwale, do wtóru chórów piekielnych cheerleaderek na płonących wrotkach i sporadycznych wstrząsów tektonicznych. Stały i pewny, krystaliczny i nienaruszony. Chciałem walnąć jakimś tekstem typu: No i co tam dzierlatki, gdy obie się odwróciły i ją zobaczyłem Zatkało mnie i już do końca dnia byłem raczej milczący, albowiem Sarenka okazała się jedną z najpiękniejszych kobiet jakie kiedykolwiek widział mój świat.
W ostatni łikend byliśmy na jej ślubie. To było złote popołudnie i długa, długa noc, pełna przygód i alkoholu, którą czas wypełnia mi już w głowie pastelowym puchem nostalgii. Jaśniejące witraże kościoła na Czarnej, mały, stary, biały samochodzik cały w czerwonych wstążkach, który powiózł młodych w zielenie łąk i pól. Odległe miejsce wesela pełne altan i trawników, oraz dość niespodziewanie zdekapitowanych głów różnych stworzeń. Tańce, tańce, tańce. dobry zespół i wodzirej w czerwonej koszuli. Dawno nie byłem na weselu na którym tak schodziłaby wódka, w dodatku siedzieliśmy akurat na granicy dwóch grup, tak że piliśmy w dość morderczym tempie raz z jednymi, raz z drugimi.
Nie zatańczyłem z panną młodą, czego żałuję i żałować będę już na zawsze, ale ostatnio los przetacza się po mnie rozkosznie swoim tłustym, kostropatym cielskiem i moja wola zdecydowanie osłabła., okazała się za słaba by pokonać moją ulubioną, społeczną fobię. Tym bardziej mnie to męczy, że gdy na moim weselu były te tańce co to się płaci za tańczenie z młodymi, gdy tłumy fanów gnały do Pazurzastej ona jedyna ze mną zatańczyła... no zatańczył jeszcze Krzysiu, ale on nie miał takiej fajnej sukienki.
Gdy zaczęły się zabawy o północy ja oczywiście krążyłem już gdzieś w ciemnościach na powietrzu. Pomijając już że ktoś mógłby wpaść na pomysł zaangażowania mnie w jakieś przeciąganie cytrynki przez krocze czy coś równie absorbującego, sam widok tych osaczonych ludzi i niemego wrzasku w ich oczach dziwnie mnie stresuje.
Krążyłem w ciemności słuchając muzyki i stłumionych śmiechów. W mroku nie widziałem cienia na oku, wódka zatopiła strach i poczułem się trochę jak dawno temu. Trochę gdzieś, trochę obok. Obecny, niezaangażowany, tęskniący ale świadomy że ta tęsknota będzie piękniejsza i mocniejsza niż jakiekolwiek przeżycie. Poszedłem aleją drzew w kierunku pełni księżyca . Wyszedłem na pustą szosę i spojrzałem na świat skąpany w ciszy i srebrnej mgle. Jasne niebo nad wzgórzami, daleko jedno rozświetlone okno pośród drzew, miejsce jak z baśni dopasowane doskonale do mojego wnętrza. Poczułem się naprawdę szczęśliwy.
Czym bliżej świtu tym mniej rodziny, została za to młodzież, wódka i zespół, miejsce miały dantejskie sceny, których wspomnienie już na zawsze wywoływać będzie uśmiech na naszych twarzach. Clou programu było zrabowanie ze stołu ze smalcem i dziczyzną, wielkiego, glinianego gara kiszonych ogórków. Miejsce miało łapczywe pożeranie, kwaśny deszcz oraz konkurs: powiedz kiedy stop. Garnek uzyskał miano basenu z krokodylami, a po każdym szczęśliwym trafieniu szczęśliwiec otrzymywał kapiącego ogóra, ze słowami :masz krokodyla , odgryź mu łeb.odgryź łeb! ODGRYŹ ŁEB!!!.
Do Miasta odwiozła nas jakaś niesamowita para i ich kolega, który dotachał się tam zdaje z Mariengorga.. Dziewczyna była jak ze snów poetów o mrocznych muzach z papierosami w długich fifkach, a kolesie walili tekstami które akurat w tamtym stanie umysły były niezwykle śmieszne.
Po 5 we Wrzeszczu napotkaliśmy w tramwaju wracającego z pracy Dana. Tym samym upadła nasza teoria, że pojechał zatrudnić się do magazynów Biedronki w charakterze Szynki z Biedronki, ewentualnie dziczyzny z daniela, w końcu wysyłali go na tyle badań lekarskich, a potem tak nagle znikł...
- Zobacz owieczki
- A właśnie zastanawiałam się,
co to za dziwne , białe krzaki
(My)
*
piątek, 14 sierpnia 2015
Jak długo trwa teraz?
- No nareszcie jakaś ludzka temperatura
- 36 i 6?
(My)
Gdy wyruszaliśmy na niebo majestatycznie wspinał się właśnie Błękitny Księżyc. Druga pełnia w miesiącu, która podobno przynosi ze sobą zadziwiające splątki rzeczywistości i żarty losu. Wrzucaliśmy plecaki do wozu Stasiów gdy księżyc wspinał się w górę pomiędzy budynkami, jasny i wspaniały.
Potem zaś nastąpił tydzień wędrówki przez upał i ciepłe kraje południa. Przez strefy klimatyczne zmieniające się dosłownie w parę minut po przekroczeniu kolejnej bariery gór. Adriatyk błękicił się w dole przepaści niczym oko krakena, skrzyły się nocami, niczym gwiazdozbiory bałkańskie miasta, zatrzymane w czasie w betonowej świetności lat siedemdziesiątych. Staliśmy nad turkusowymi źrenicami jezior i czuliśmy na twarzy krople wody rozsiewanej przez wodospady. Szliśmy przez rozpalone średniowiecza i renesansy po marmurowych brukach wyślizgach jak lustro. Wpinaliśmy się na wieże, piliśy źródlaną wodę z akweduktów i gubiliśmy w ciasnych uliczkach, piliśmy rakije i zagryzaliśmy kozim serem. Przekroczyliśmy w końcu mury Dubrownika, który był na mojej życiowej liście rzeczy do osiągnięcia i kupiliśmy koszulkę z "Gry o Tron" w miejscu, w którym ją kręcą. Spacerowaliśmy aleją palm w Trogirze i po zarośniętym średniowieczem, starożytnym truchle pałacu Dioklecjana. Przekraczaliśmy wschody i zachody słońca. Wśród wysuszonych równin i zieleni górskich dolin, zostawiając za sobą pordzewiałe cielska czołgów, zatrzymanych niegdyś przez los i pociski pośród poruszanych wiatrem traw.
Gdy wspinaliśmy się z śródziemia Dalmacji ku tunelowi Św. Roka, termometr w autobusie wskazał 39 stopni. Specjalnie wyszedłem na zewnątrz by poznać jakie to uczucie. Z nieba spadła na mnie puchowa poducha żaru i nadtopiły mi się trampki.
Do domu wracaliśmy prawie 40 godzin. Księżyc zmienił się w wyszczerbiony pożółkły ząb. Remont nie ruszył i żeby położyć się spać musiałem odfoliować łóżko. W tej foli żyjemy od tygodnia, nad nami na szczęście ucichły już młoty pneumatyczne a sufit nie runął, oszczędzone nam więc będzie egzystencja pośród szalunków w oczekiwaniu, aż zwiąże beton. Niemniej brak dostępu do wszystkiego staje się powoli męczący.
Z okiem nie jest lepiej, jest raczej gorzej. Czekam na wizytę u lekarza i po dwóch miesiącach niepewności Szponiasta boi się zostawiać mnie samego w domu, żebym nie zrobił "czegoś głupiego". Gdy wczoraj spóźniłem się do kina, mało nie dostała zawału. Powiedziałem, że jakby co to ją uprzedzę, sprzedam graty, uporządkuję sprawy.
Na razie strach i niepewność przepalają mi rezerwy.
Czuje się cholernie sam w swoim wnętrzu, wysiłki nie zdają egzaminu, modlitwy zdają się wpadać w nicość a czas nie leczy ran. Wyłączam wszystko i patrzę tępo przed siebie. atomowe zegary odliczają czas do końca świata. Moje serce odmierza minuty do końca mojego.
*
- 36 i 6?
(My)
Gdy wyruszaliśmy na niebo majestatycznie wspinał się właśnie Błękitny Księżyc. Druga pełnia w miesiącu, która podobno przynosi ze sobą zadziwiające splątki rzeczywistości i żarty losu. Wrzucaliśmy plecaki do wozu Stasiów gdy księżyc wspinał się w górę pomiędzy budynkami, jasny i wspaniały.
Potem zaś nastąpił tydzień wędrówki przez upał i ciepłe kraje południa. Przez strefy klimatyczne zmieniające się dosłownie w parę minut po przekroczeniu kolejnej bariery gór. Adriatyk błękicił się w dole przepaści niczym oko krakena, skrzyły się nocami, niczym gwiazdozbiory bałkańskie miasta, zatrzymane w czasie w betonowej świetności lat siedemdziesiątych. Staliśmy nad turkusowymi źrenicami jezior i czuliśmy na twarzy krople wody rozsiewanej przez wodospady. Szliśmy przez rozpalone średniowiecza i renesansy po marmurowych brukach wyślizgach jak lustro. Wpinaliśmy się na wieże, piliśy źródlaną wodę z akweduktów i gubiliśmy w ciasnych uliczkach, piliśmy rakije i zagryzaliśmy kozim serem. Przekroczyliśmy w końcu mury Dubrownika, który był na mojej życiowej liście rzeczy do osiągnięcia i kupiliśmy koszulkę z "Gry o Tron" w miejscu, w którym ją kręcą. Spacerowaliśmy aleją palm w Trogirze i po zarośniętym średniowieczem, starożytnym truchle pałacu Dioklecjana. Przekraczaliśmy wschody i zachody słońca. Wśród wysuszonych równin i zieleni górskich dolin, zostawiając za sobą pordzewiałe cielska czołgów, zatrzymanych niegdyś przez los i pociski pośród poruszanych wiatrem traw.
Gdy wspinaliśmy się z śródziemia Dalmacji ku tunelowi Św. Roka, termometr w autobusie wskazał 39 stopni. Specjalnie wyszedłem na zewnątrz by poznać jakie to uczucie. Z nieba spadła na mnie puchowa poducha żaru i nadtopiły mi się trampki.
Do domu wracaliśmy prawie 40 godzin. Księżyc zmienił się w wyszczerbiony pożółkły ząb. Remont nie ruszył i żeby położyć się spać musiałem odfoliować łóżko. W tej foli żyjemy od tygodnia, nad nami na szczęście ucichły już młoty pneumatyczne a sufit nie runął, oszczędzone nam więc będzie egzystencja pośród szalunków w oczekiwaniu, aż zwiąże beton. Niemniej brak dostępu do wszystkiego staje się powoli męczący.
Z okiem nie jest lepiej, jest raczej gorzej. Czekam na wizytę u lekarza i po dwóch miesiącach niepewności Szponiasta boi się zostawiać mnie samego w domu, żebym nie zrobił "czegoś głupiego". Gdy wczoraj spóźniłem się do kina, mało nie dostała zawału. Powiedziałem, że jakby co to ją uprzedzę, sprzedam graty, uporządkuję sprawy.
Na razie strach i niepewność przepalają mi rezerwy.
Czuje się cholernie sam w swoim wnętrzu, wysiłki nie zdają egzaminu, modlitwy zdają się wpadać w nicość a czas nie leczy ran. Wyłączam wszystko i patrzę tępo przed siebie. atomowe zegary odliczają czas do końca świata. Moje serce odmierza minuty do końca mojego.
*
poniedziałek, 27 lipca 2015
Suszyłem ostatnio włowy metodą prób i błędów
Nie polegaj zbytnio na innych,
pomyśl, nawet twój własny cień
cię opuszcza gdy nadchodzi mrok
Zapamiętany z dzieciństwa z dziesiątek filmów dźwięk nalotu, gdy tysiące wygłodzonych komarów pikuje na ciebie z ciemniejącego nieba. Pijemy piwo u Krzyśków patrząc jak ranna rafineria broczy czernią dymów i wypluwa w zaskoczone niebo płomieniste upusty bezpieczeństwa rozżarzonych gazów.
Międzyczas, działka na Krakowcu, nasi przedmówcy ułożyli agrowłóklinę bez pielenia, tak, że rosnące pod nią rośliny utworzyły z niej podłużny balon. Próbujemy uparcie wypłaszczyć tego zeppelina i odnaleźć zahukane sadzonki róż. Po lewej Wisła i stalowe futurologie rafinerii, za plecami w domyśle zbiorniki paliw. Krakowiec, to blisko Krzyśków - myślę i już słyszę złowrogie buczenie nalotu, zgadnijcie kto przyleciał się przywitać.
Znów u Krzyśków, chyba zaczynam obrastać w Stogi. Tym razem spiętrzone pierścienie obrony: pochodnie, zawijaczki, świece, offy. Skurwiele lądowały na ziemi i zapieprzały, gnane rządzą krwi i osocza, pod tym wszystkim na piechotę. Ale my wszyscy byliśmy gotowi, wszyscy mieliśmy długie spodnie. Muzyka grała, grill skwierczał a Krzyś dolewał Puchatkowi, tfu znaczy mi dolewał i dolewał, aż mało co nie przelał, w oczach zapaliły się lampki rezerwy a świat zaczął rozkosznie wirować i bujać nieco z boku na bok.
W drodze powrotnej dokonaliśmy niemożliwego: jadąc tramwajem wyprzedziliśmy wracającą tramwajem Agentkę, która wyszła pół godziny przed nami.
Ostatnio w ogóle było dość intensywnie. Zaczęło się od tego, że na oku pojawił mi się cień. Cień narastał, mrok rósł w oku. Zacząłem tracić plan ogólny za to widziałem absurdalne szczegóły. Potrafiłem przeczytać małe literki z odległości pół kilometra tańczące w rozpływającym się tle. Siadła mi ocena odległości, potem zaczął wyłączać się błędnik, rozbolał łeb. Guz - pomyślałem - nowotwór rośnie i naciska mi kolejne nerwy, a że bałem się jak nigdy dotąd w życiu, zaraz rozbolało mnie serce, prawie położyłem się w pracy i umarłem, gdy pewnego pięknego dnia przytkały mi się i zapiekły w środku uszy.
Przerażenie przepaliło mnie do czystej, rozżarzonej do białości konstrukcji nośnej. Przestałem cokolwiek czuć. Nic mnie nie bolało, choć mnie zawsze coś boli, przestałem jeść bo nie odczuwałem takiej potrzeby. Przestałem ruszać się, postrzegać czy zauważać. Którejś nocy obudziłem się i poczułem, że nie kocham Szponiastej... i wtedy się wkurwiłem.
Następnego dnia sunąłem pod prażącym słońcem w kamiennej rynnie gdzieś pod Borkowem i myślałem, naprawdę kurewsko intensywnie i modliłem się. Słyszeliście zapewnię o Trójcy Świętej, i zmorze wszystkich księży, gdy przychodzi o tłumaczenie tej idei wiernym - Duchu Świętym? Tak jak Bóg jest zjawiskiem, czymś poza pojęciem i zrozumieniem, czymś, w czym zapewne rozszerza się wszechświat, tak jak Jezus jest ludzkim aspektem Boga, nanoawatarem, dzięki któremu Stwórca może komunikować się z nami bezpośrednio nie zmieniając nas równocześnie w parę, tak Duch Święty jest esencją działania. Jest działaniem. Gdy stoisz, zapadasz się w rozpaczy jak w gazowanym gównie, Bóg nie ma do ciebie przystępu, nic nie może zrobić. Musisz drgnąć, ruszyć się, dać pierwszy krok za hobbicią norę. Zamarłem, wcisnąłem ostatniego chwasta do worka i zacząłem analizować. najpierw czas, potem objawy,odłączyłem te powodowane strachem. W uszach przestało szumieć, serce zwolniło i przestało kuć. Zacząłem patrzeć i myśleć co mi to przypomina ten efekt w oczach...LUPA! Tak bywa przy patrzeniu przez lupę, gdy ustawiasz ostrość.
Uszkodzone były okulary, niewielkie odchylenie szkła, może z dwa, trzy milimetry. Zewnętrzny drobiazg, niezauważalny i nieistotny, przez dwa miesiące urósł do wypalającej do imentu katastrofy.
A przynajmniej mam taką nadzieję.
Okulary naprawione, ale wciąż jeszcze nie widzę za dobrze. Zobaczymy za tydzień, dwa.
O, wysiąść mi na cichej
nienazwanej stacji
wyjść z wagonu ukradkiem,
rozpłynąć się w cieniach
Iść powoli aleją kwitnących
akacji
donikąd się nie spiesząc
drogą bez znaczenia
(Słonimski)
*
pomyśl, nawet twój własny cień
cię opuszcza gdy nadchodzi mrok
Zapamiętany z dzieciństwa z dziesiątek filmów dźwięk nalotu, gdy tysiące wygłodzonych komarów pikuje na ciebie z ciemniejącego nieba. Pijemy piwo u Krzyśków patrząc jak ranna rafineria broczy czernią dymów i wypluwa w zaskoczone niebo płomieniste upusty bezpieczeństwa rozżarzonych gazów.
Międzyczas, działka na Krakowcu, nasi przedmówcy ułożyli agrowłóklinę bez pielenia, tak, że rosnące pod nią rośliny utworzyły z niej podłużny balon. Próbujemy uparcie wypłaszczyć tego zeppelina i odnaleźć zahukane sadzonki róż. Po lewej Wisła i stalowe futurologie rafinerii, za plecami w domyśle zbiorniki paliw. Krakowiec, to blisko Krzyśków - myślę i już słyszę złowrogie buczenie nalotu, zgadnijcie kto przyleciał się przywitać.
Znów u Krzyśków, chyba zaczynam obrastać w Stogi. Tym razem spiętrzone pierścienie obrony: pochodnie, zawijaczki, świece, offy. Skurwiele lądowały na ziemi i zapieprzały, gnane rządzą krwi i osocza, pod tym wszystkim na piechotę. Ale my wszyscy byliśmy gotowi, wszyscy mieliśmy długie spodnie. Muzyka grała, grill skwierczał a Krzyś dolewał Puchatkowi, tfu znaczy mi dolewał i dolewał, aż mało co nie przelał, w oczach zapaliły się lampki rezerwy a świat zaczął rozkosznie wirować i bujać nieco z boku na bok.
W drodze powrotnej dokonaliśmy niemożliwego: jadąc tramwajem wyprzedziliśmy wracającą tramwajem Agentkę, która wyszła pół godziny przed nami.
Ostatnio w ogóle było dość intensywnie. Zaczęło się od tego, że na oku pojawił mi się cień. Cień narastał, mrok rósł w oku. Zacząłem tracić plan ogólny za to widziałem absurdalne szczegóły. Potrafiłem przeczytać małe literki z odległości pół kilometra tańczące w rozpływającym się tle. Siadła mi ocena odległości, potem zaczął wyłączać się błędnik, rozbolał łeb. Guz - pomyślałem - nowotwór rośnie i naciska mi kolejne nerwy, a że bałem się jak nigdy dotąd w życiu, zaraz rozbolało mnie serce, prawie położyłem się w pracy i umarłem, gdy pewnego pięknego dnia przytkały mi się i zapiekły w środku uszy.
Przerażenie przepaliło mnie do czystej, rozżarzonej do białości konstrukcji nośnej. Przestałem cokolwiek czuć. Nic mnie nie bolało, choć mnie zawsze coś boli, przestałem jeść bo nie odczuwałem takiej potrzeby. Przestałem ruszać się, postrzegać czy zauważać. Którejś nocy obudziłem się i poczułem, że nie kocham Szponiastej... i wtedy się wkurwiłem.
Następnego dnia sunąłem pod prażącym słońcem w kamiennej rynnie gdzieś pod Borkowem i myślałem, naprawdę kurewsko intensywnie i modliłem się. Słyszeliście zapewnię o Trójcy Świętej, i zmorze wszystkich księży, gdy przychodzi o tłumaczenie tej idei wiernym - Duchu Świętym? Tak jak Bóg jest zjawiskiem, czymś poza pojęciem i zrozumieniem, czymś, w czym zapewne rozszerza się wszechświat, tak jak Jezus jest ludzkim aspektem Boga, nanoawatarem, dzięki któremu Stwórca może komunikować się z nami bezpośrednio nie zmieniając nas równocześnie w parę, tak Duch Święty jest esencją działania. Jest działaniem. Gdy stoisz, zapadasz się w rozpaczy jak w gazowanym gównie, Bóg nie ma do ciebie przystępu, nic nie może zrobić. Musisz drgnąć, ruszyć się, dać pierwszy krok za hobbicią norę. Zamarłem, wcisnąłem ostatniego chwasta do worka i zacząłem analizować. najpierw czas, potem objawy,odłączyłem te powodowane strachem. W uszach przestało szumieć, serce zwolniło i przestało kuć. Zacząłem patrzeć i myśleć co mi to przypomina ten efekt w oczach...LUPA! Tak bywa przy patrzeniu przez lupę, gdy ustawiasz ostrość.
Uszkodzone były okulary, niewielkie odchylenie szkła, może z dwa, trzy milimetry. Zewnętrzny drobiazg, niezauważalny i nieistotny, przez dwa miesiące urósł do wypalającej do imentu katastrofy.
A przynajmniej mam taką nadzieję.
Okulary naprawione, ale wciąż jeszcze nie widzę za dobrze. Zobaczymy za tydzień, dwa.
O, wysiąść mi na cichej
nienazwanej stacji
wyjść z wagonu ukradkiem,
rozpłynąć się w cieniach
Iść powoli aleją kwitnących
akacji
donikąd się nie spiesząc
drogą bez znaczenia
(Słonimski)
*
niedziela, 12 lipca 2015
Przecież czuję co czuję
Nie lubię gdy temperatura
na zewnątrz mnie jest wyższa
niż wewnątrz mnie
Teraz będę musiał napisać o ślubach. Byliśmy ostatnio na trzech a czeka nas czwarty. Biorąc pod uwagę że w tej właśnie chwili moja babcia w Mławie umiera w bólu na raka wszystkiego, wyszło to cokolwiek ironicznie.
Najpierw marsz pochodu weselnego Landryny przez WhiteTown za kobziarzem, na którego widok ktoś krzyczał niech żyje Andrzej Duda. Landryna odstawiła taniec w czerwieniach z tradycyjnym obdrapywaniem sufitu szpilkami, my mieszaliśmy kuchnię grecką z drinkami z amerykańskich filmów w otwartym barze, Cuba Libre my favorite. Ukrywanie się po kątach Hotelu Haffner z innymi gośćmi przed zabawami, których miało nie być i pokazy sztuk barmańskich, koleś podobno jest 20 na świecie i rzeczywiście pokazał co nieco, choć przyznam, że na tym etapie zabawy wszyscy zapewne liczyli, że z któregoś z fruwających nad nim naczyń chlapnie na niego Curacao a następnie na całość opadnie pochodnia.
Następnie rykoszetem trafiłem na wieczór panieński Hani. Plaża noc, chłód piasku, głosy w ciemnościach i czerwona linia na horyzoncie. Holowaliśmy ją potem przez lasy w kierunku Zaspy a w mroku, gdzieś po prawej wibrował etnicznie Flonder Festiwal.
Ślub spokojny i delikatny jak muślin opadający przez upał. Dzień przez palce za Oliwką w Olivie. W tle stąpały koniki, karpie pluskały w stawach a ciepły wiatr poruszał liśćmi, płatkami kwiatów i długo nie dał zgasnąć racy na weselnym torcie
Potem gotyki Świętej Brygidy i koleżanka z pracy Szponiastej przemykająca w bielach przez światłocienie.
Na koniec zaś Tau powróciła na chwilę z warszawskich zaświatów zabraliśmy ją więc na piwo do pogrobowca dawnej Herbaciarni a następnie tuczyliśmy bułami i krążkami z cebuli w amerykańskiej pseudo restauracji rekomendowanej przez Lennonkę.
Tymczasem gdy nikt nie patrzył, rozwinęła nam się firma. Szef nabrał obiektów. Trafiliśmy więc ponownie na pierwszą linię frontu walki z chaosem. Trzy dni przywracaliśmy do używalności obiekt w Rumi, do którego jechało się przez nieskończoność, za to wracało krótko, bo chyba ani razu nie udało mi się tego powrotu nie przespać. W każdym razie tubylcy odkryli nagle, że w dżungli za oknami mieli rabaty i zatrzymywali się w szoku w drzwiach klatek, odkrywając, że kafelki na podłogach mają jakiś kolor. Potem wylądowaliśmy na Patio Róż...
Byliśmy tam już kiedyś, ale okazaliśmy się za drodzy. Niestety ktoś tam w końcu zrozumiał, że koszty łączą się jednak z jakością usług, powróciliśmy więc po 3 latach by zacząć wszystko od nowa. a jest co. Jak sama nazwa wskazuje okolica jest obsiana 15 odmianami róż, występującymi zwykle w zwartych formacjach przez ludzi, którzy je muszą pielić nazywanych "grządkami zagłady", Mam kolce powbijane nawet w stopy, cholera, znalazłem nawet jakieś wbite w tyłek.a ramiona mam jak celtycki druid.
Zamiast nawozu zostawiamy tam krew, pot i łzy.
Codziennie schnę po deszczu i smażę się w słońcu
Codziennie ostatnio boję się i zamykam mój strach w tworzeniu rzeczy dziwnych a niepraktycznych i marszu do linii horyzontów istniejących wyłącznie w mojej głowie.
Codziennie budzę się wyczekując wieści z Mławy i wsłuchując się w siebie bo spieprzyło mi się coś poważnie z okiem i tradycyjnie, zgodnie z moją hipochondryczną etyką, czekam, aż zapadnie wieczna noc.
Całe to cierpienie jest po to
by łatwiej było odejść
(Ktoś kto umieranie na raka ma już za sobą)
*
na zewnątrz mnie jest wyższa
niż wewnątrz mnie
Teraz będę musiał napisać o ślubach. Byliśmy ostatnio na trzech a czeka nas czwarty. Biorąc pod uwagę że w tej właśnie chwili moja babcia w Mławie umiera w bólu na raka wszystkiego, wyszło to cokolwiek ironicznie.
Najpierw marsz pochodu weselnego Landryny przez WhiteTown za kobziarzem, na którego widok ktoś krzyczał niech żyje Andrzej Duda. Landryna odstawiła taniec w czerwieniach z tradycyjnym obdrapywaniem sufitu szpilkami, my mieszaliśmy kuchnię grecką z drinkami z amerykańskich filmów w otwartym barze, Cuba Libre my favorite. Ukrywanie się po kątach Hotelu Haffner z innymi gośćmi przed zabawami, których miało nie być i pokazy sztuk barmańskich, koleś podobno jest 20 na świecie i rzeczywiście pokazał co nieco, choć przyznam, że na tym etapie zabawy wszyscy zapewne liczyli, że z któregoś z fruwających nad nim naczyń chlapnie na niego Curacao a następnie na całość opadnie pochodnia.
Następnie rykoszetem trafiłem na wieczór panieński Hani. Plaża noc, chłód piasku, głosy w ciemnościach i czerwona linia na horyzoncie. Holowaliśmy ją potem przez lasy w kierunku Zaspy a w mroku, gdzieś po prawej wibrował etnicznie Flonder Festiwal.
Ślub spokojny i delikatny jak muślin opadający przez upał. Dzień przez palce za Oliwką w Olivie. W tle stąpały koniki, karpie pluskały w stawach a ciepły wiatr poruszał liśćmi, płatkami kwiatów i długo nie dał zgasnąć racy na weselnym torcie
Potem gotyki Świętej Brygidy i koleżanka z pracy Szponiastej przemykająca w bielach przez światłocienie.
Na koniec zaś Tau powróciła na chwilę z warszawskich zaświatów zabraliśmy ją więc na piwo do pogrobowca dawnej Herbaciarni a następnie tuczyliśmy bułami i krążkami z cebuli w amerykańskiej pseudo restauracji rekomendowanej przez Lennonkę.
Tymczasem gdy nikt nie patrzył, rozwinęła nam się firma. Szef nabrał obiektów. Trafiliśmy więc ponownie na pierwszą linię frontu walki z chaosem. Trzy dni przywracaliśmy do używalności obiekt w Rumi, do którego jechało się przez nieskończoność, za to wracało krótko, bo chyba ani razu nie udało mi się tego powrotu nie przespać. W każdym razie tubylcy odkryli nagle, że w dżungli za oknami mieli rabaty i zatrzymywali się w szoku w drzwiach klatek, odkrywając, że kafelki na podłogach mają jakiś kolor. Potem wylądowaliśmy na Patio Róż...
Byliśmy tam już kiedyś, ale okazaliśmy się za drodzy. Niestety ktoś tam w końcu zrozumiał, że koszty łączą się jednak z jakością usług, powróciliśmy więc po 3 latach by zacząć wszystko od nowa. a jest co. Jak sama nazwa wskazuje okolica jest obsiana 15 odmianami róż, występującymi zwykle w zwartych formacjach przez ludzi, którzy je muszą pielić nazywanych "grządkami zagłady", Mam kolce powbijane nawet w stopy, cholera, znalazłem nawet jakieś wbite w tyłek.a ramiona mam jak celtycki druid.
Zamiast nawozu zostawiamy tam krew, pot i łzy.
Codziennie schnę po deszczu i smażę się w słońcu
Codziennie ostatnio boję się i zamykam mój strach w tworzeniu rzeczy dziwnych a niepraktycznych i marszu do linii horyzontów istniejących wyłącznie w mojej głowie.
Codziennie budzę się wyczekując wieści z Mławy i wsłuchując się w siebie bo spieprzyło mi się coś poważnie z okiem i tradycyjnie, zgodnie z moją hipochondryczną etyką, czekam, aż zapadnie wieczna noc.
Całe to cierpienie jest po to
by łatwiej było odejść
(Ktoś kto umieranie na raka ma już za sobą)
*
Subskrybuj:
Posty (Atom)