To że dzieje się to w twojej głowie
wcale nie oznacza, że nie dzieje się
to naprawdę
Sarenkę poznałem przy poczcie we Wrzeszczu. Szponiasta dała znać, że spotkała się z dawną koleżanką z klasy i jak chcę to mogę dołączyć. No to dołączyłem. Stały akurat tyłem gdy nadszedłem w glorii i chwale, do wtóru chórów piekielnych cheerleaderek na płonących wrotkach i sporadycznych wstrząsów tektonicznych. Stały i pewny, krystaliczny i nienaruszony. Chciałem walnąć jakimś tekstem typu: No i co tam dzierlatki, gdy obie się odwróciły i ją zobaczyłem Zatkało mnie i już do końca dnia byłem raczej milczący, albowiem Sarenka okazała się jedną z najpiękniejszych kobiet jakie kiedykolwiek widział mój świat.
W ostatni łikend byliśmy na jej ślubie. To było złote popołudnie i długa, długa noc, pełna przygód i alkoholu, którą czas wypełnia mi już w głowie pastelowym puchem nostalgii. Jaśniejące witraże kościoła na Czarnej, mały, stary, biały samochodzik cały w czerwonych wstążkach, który powiózł młodych w zielenie łąk i pól. Odległe miejsce wesela pełne altan i trawników, oraz dość niespodziewanie zdekapitowanych głów różnych stworzeń. Tańce, tańce, tańce. dobry zespół i wodzirej w czerwonej koszuli. Dawno nie byłem na weselu na którym tak schodziłaby wódka, w dodatku siedzieliśmy akurat na granicy dwóch grup, tak że piliśmy w dość morderczym tempie raz z jednymi, raz z drugimi.
Nie zatańczyłem z panną młodą, czego żałuję i żałować będę już na zawsze, ale ostatnio los przetacza się po mnie rozkosznie swoim tłustym, kostropatym cielskiem i moja wola zdecydowanie osłabła., okazała się za słaba by pokonać moją ulubioną, społeczną fobię. Tym bardziej mnie to męczy, że gdy na moim weselu były te tańce co to się płaci za tańczenie z młodymi, gdy tłumy fanów gnały do Pazurzastej ona jedyna ze mną zatańczyła... no zatańczył jeszcze Krzysiu, ale on nie miał takiej fajnej sukienki.
Gdy zaczęły się zabawy o północy ja oczywiście krążyłem już gdzieś w ciemnościach na powietrzu. Pomijając już że ktoś mógłby wpaść na pomysł zaangażowania mnie w jakieś przeciąganie cytrynki przez krocze czy coś równie absorbującego, sam widok tych osaczonych ludzi i niemego wrzasku w ich oczach dziwnie mnie stresuje.
Krążyłem w ciemności słuchając muzyki i stłumionych śmiechów. W mroku nie widziałem cienia na oku, wódka zatopiła strach i poczułem się trochę jak dawno temu. Trochę gdzieś, trochę obok. Obecny, niezaangażowany, tęskniący ale świadomy że ta tęsknota będzie piękniejsza i mocniejsza niż jakiekolwiek przeżycie. Poszedłem aleją drzew w kierunku pełni księżyca . Wyszedłem na pustą szosę i spojrzałem na świat skąpany w ciszy i srebrnej mgle. Jasne niebo nad wzgórzami, daleko jedno rozświetlone okno pośród drzew, miejsce jak z baśni dopasowane doskonale do mojego wnętrza. Poczułem się naprawdę szczęśliwy.
Czym bliżej świtu tym mniej rodziny, została za to młodzież, wódka i zespół, miejsce miały dantejskie sceny, których wspomnienie już na zawsze wywoływać będzie uśmiech na naszych twarzach. Clou programu było zrabowanie ze stołu ze smalcem i dziczyzną, wielkiego, glinianego gara kiszonych ogórków. Miejsce miało łapczywe pożeranie, kwaśny deszcz oraz konkurs: powiedz kiedy stop. Garnek uzyskał miano basenu z krokodylami, a po każdym szczęśliwym trafieniu szczęśliwiec otrzymywał kapiącego ogóra, ze słowami :masz krokodyla , odgryź mu łeb.odgryź łeb! ODGRYŹ ŁEB!!!.
Do Miasta odwiozła nas jakaś niesamowita para i ich kolega, który dotachał się tam zdaje z Mariengorga.. Dziewczyna była jak ze snów poetów o mrocznych muzach z papierosami w długich fifkach, a kolesie walili tekstami które akurat w tamtym stanie umysły były niezwykle śmieszne.
Po 5 we Wrzeszczu napotkaliśmy w tramwaju wracającego z pracy Dana. Tym samym upadła nasza teoria, że pojechał zatrudnić się do magazynów Biedronki w charakterze Szynki z Biedronki, ewentualnie dziczyzny z daniela, w końcu wysyłali go na tyle badań lekarskich, a potem tak nagle znikł...
- Zobacz owieczki
- A właśnie zastanawiałam się,
co to za dziwne , białe krzaki
(My)
*
czwartek, 3 września 2015
piątek, 14 sierpnia 2015
Jak długo trwa teraz?
- No nareszcie jakaś ludzka temperatura
- 36 i 6?
(My)
Gdy wyruszaliśmy na niebo majestatycznie wspinał się właśnie Błękitny Księżyc. Druga pełnia w miesiącu, która podobno przynosi ze sobą zadziwiające splątki rzeczywistości i żarty losu. Wrzucaliśmy plecaki do wozu Stasiów gdy księżyc wspinał się w górę pomiędzy budynkami, jasny i wspaniały.
Potem zaś nastąpił tydzień wędrówki przez upał i ciepłe kraje południa. Przez strefy klimatyczne zmieniające się dosłownie w parę minut po przekroczeniu kolejnej bariery gór. Adriatyk błękicił się w dole przepaści niczym oko krakena, skrzyły się nocami, niczym gwiazdozbiory bałkańskie miasta, zatrzymane w czasie w betonowej świetności lat siedemdziesiątych. Staliśmy nad turkusowymi źrenicami jezior i czuliśmy na twarzy krople wody rozsiewanej przez wodospady. Szliśmy przez rozpalone średniowiecza i renesansy po marmurowych brukach wyślizgach jak lustro. Wpinaliśmy się na wieże, piliśy źródlaną wodę z akweduktów i gubiliśmy w ciasnych uliczkach, piliśmy rakije i zagryzaliśmy kozim serem. Przekroczyliśmy w końcu mury Dubrownika, który był na mojej życiowej liście rzeczy do osiągnięcia i kupiliśmy koszulkę z "Gry o Tron" w miejscu, w którym ją kręcą. Spacerowaliśmy aleją palm w Trogirze i po zarośniętym średniowieczem, starożytnym truchle pałacu Dioklecjana. Przekraczaliśmy wschody i zachody słońca. Wśród wysuszonych równin i zieleni górskich dolin, zostawiając za sobą pordzewiałe cielska czołgów, zatrzymanych niegdyś przez los i pociski pośród poruszanych wiatrem traw.
Gdy wspinaliśmy się z śródziemia Dalmacji ku tunelowi Św. Roka, termometr w autobusie wskazał 39 stopni. Specjalnie wyszedłem na zewnątrz by poznać jakie to uczucie. Z nieba spadła na mnie puchowa poducha żaru i nadtopiły mi się trampki.
Do domu wracaliśmy prawie 40 godzin. Księżyc zmienił się w wyszczerbiony pożółkły ząb. Remont nie ruszył i żeby położyć się spać musiałem odfoliować łóżko. W tej foli żyjemy od tygodnia, nad nami na szczęście ucichły już młoty pneumatyczne a sufit nie runął, oszczędzone nam więc będzie egzystencja pośród szalunków w oczekiwaniu, aż zwiąże beton. Niemniej brak dostępu do wszystkiego staje się powoli męczący.
Z okiem nie jest lepiej, jest raczej gorzej. Czekam na wizytę u lekarza i po dwóch miesiącach niepewności Szponiasta boi się zostawiać mnie samego w domu, żebym nie zrobił "czegoś głupiego". Gdy wczoraj spóźniłem się do kina, mało nie dostała zawału. Powiedziałem, że jakby co to ją uprzedzę, sprzedam graty, uporządkuję sprawy.
Na razie strach i niepewność przepalają mi rezerwy.
Czuje się cholernie sam w swoim wnętrzu, wysiłki nie zdają egzaminu, modlitwy zdają się wpadać w nicość a czas nie leczy ran. Wyłączam wszystko i patrzę tępo przed siebie. atomowe zegary odliczają czas do końca świata. Moje serce odmierza minuty do końca mojego.
*
- 36 i 6?
(My)
Gdy wyruszaliśmy na niebo majestatycznie wspinał się właśnie Błękitny Księżyc. Druga pełnia w miesiącu, która podobno przynosi ze sobą zadziwiające splątki rzeczywistości i żarty losu. Wrzucaliśmy plecaki do wozu Stasiów gdy księżyc wspinał się w górę pomiędzy budynkami, jasny i wspaniały.
Potem zaś nastąpił tydzień wędrówki przez upał i ciepłe kraje południa. Przez strefy klimatyczne zmieniające się dosłownie w parę minut po przekroczeniu kolejnej bariery gór. Adriatyk błękicił się w dole przepaści niczym oko krakena, skrzyły się nocami, niczym gwiazdozbiory bałkańskie miasta, zatrzymane w czasie w betonowej świetności lat siedemdziesiątych. Staliśmy nad turkusowymi źrenicami jezior i czuliśmy na twarzy krople wody rozsiewanej przez wodospady. Szliśmy przez rozpalone średniowiecza i renesansy po marmurowych brukach wyślizgach jak lustro. Wpinaliśmy się na wieże, piliśy źródlaną wodę z akweduktów i gubiliśmy w ciasnych uliczkach, piliśmy rakije i zagryzaliśmy kozim serem. Przekroczyliśmy w końcu mury Dubrownika, który był na mojej życiowej liście rzeczy do osiągnięcia i kupiliśmy koszulkę z "Gry o Tron" w miejscu, w którym ją kręcą. Spacerowaliśmy aleją palm w Trogirze i po zarośniętym średniowieczem, starożytnym truchle pałacu Dioklecjana. Przekraczaliśmy wschody i zachody słońca. Wśród wysuszonych równin i zieleni górskich dolin, zostawiając za sobą pordzewiałe cielska czołgów, zatrzymanych niegdyś przez los i pociski pośród poruszanych wiatrem traw.
Gdy wspinaliśmy się z śródziemia Dalmacji ku tunelowi Św. Roka, termometr w autobusie wskazał 39 stopni. Specjalnie wyszedłem na zewnątrz by poznać jakie to uczucie. Z nieba spadła na mnie puchowa poducha żaru i nadtopiły mi się trampki.
Do domu wracaliśmy prawie 40 godzin. Księżyc zmienił się w wyszczerbiony pożółkły ząb. Remont nie ruszył i żeby położyć się spać musiałem odfoliować łóżko. W tej foli żyjemy od tygodnia, nad nami na szczęście ucichły już młoty pneumatyczne a sufit nie runął, oszczędzone nam więc będzie egzystencja pośród szalunków w oczekiwaniu, aż zwiąże beton. Niemniej brak dostępu do wszystkiego staje się powoli męczący.
Z okiem nie jest lepiej, jest raczej gorzej. Czekam na wizytę u lekarza i po dwóch miesiącach niepewności Szponiasta boi się zostawiać mnie samego w domu, żebym nie zrobił "czegoś głupiego". Gdy wczoraj spóźniłem się do kina, mało nie dostała zawału. Powiedziałem, że jakby co to ją uprzedzę, sprzedam graty, uporządkuję sprawy.
Na razie strach i niepewność przepalają mi rezerwy.
Czuje się cholernie sam w swoim wnętrzu, wysiłki nie zdają egzaminu, modlitwy zdają się wpadać w nicość a czas nie leczy ran. Wyłączam wszystko i patrzę tępo przed siebie. atomowe zegary odliczają czas do końca świata. Moje serce odmierza minuty do końca mojego.
*
poniedziałek, 27 lipca 2015
Suszyłem ostatnio włowy metodą prób i błędów
Nie polegaj zbytnio na innych,
pomyśl, nawet twój własny cień
cię opuszcza gdy nadchodzi mrok
Zapamiętany z dzieciństwa z dziesiątek filmów dźwięk nalotu, gdy tysiące wygłodzonych komarów pikuje na ciebie z ciemniejącego nieba. Pijemy piwo u Krzyśków patrząc jak ranna rafineria broczy czernią dymów i wypluwa w zaskoczone niebo płomieniste upusty bezpieczeństwa rozżarzonych gazów.
Międzyczas, działka na Krakowcu, nasi przedmówcy ułożyli agrowłóklinę bez pielenia, tak, że rosnące pod nią rośliny utworzyły z niej podłużny balon. Próbujemy uparcie wypłaszczyć tego zeppelina i odnaleźć zahukane sadzonki róż. Po lewej Wisła i stalowe futurologie rafinerii, za plecami w domyśle zbiorniki paliw. Krakowiec, to blisko Krzyśków - myślę i już słyszę złowrogie buczenie nalotu, zgadnijcie kto przyleciał się przywitać.
Znów u Krzyśków, chyba zaczynam obrastać w Stogi. Tym razem spiętrzone pierścienie obrony: pochodnie, zawijaczki, świece, offy. Skurwiele lądowały na ziemi i zapieprzały, gnane rządzą krwi i osocza, pod tym wszystkim na piechotę. Ale my wszyscy byliśmy gotowi, wszyscy mieliśmy długie spodnie. Muzyka grała, grill skwierczał a Krzyś dolewał Puchatkowi, tfu znaczy mi dolewał i dolewał, aż mało co nie przelał, w oczach zapaliły się lampki rezerwy a świat zaczął rozkosznie wirować i bujać nieco z boku na bok.
W drodze powrotnej dokonaliśmy niemożliwego: jadąc tramwajem wyprzedziliśmy wracającą tramwajem Agentkę, która wyszła pół godziny przed nami.
Ostatnio w ogóle było dość intensywnie. Zaczęło się od tego, że na oku pojawił mi się cień. Cień narastał, mrok rósł w oku. Zacząłem tracić plan ogólny za to widziałem absurdalne szczegóły. Potrafiłem przeczytać małe literki z odległości pół kilometra tańczące w rozpływającym się tle. Siadła mi ocena odległości, potem zaczął wyłączać się błędnik, rozbolał łeb. Guz - pomyślałem - nowotwór rośnie i naciska mi kolejne nerwy, a że bałem się jak nigdy dotąd w życiu, zaraz rozbolało mnie serce, prawie położyłem się w pracy i umarłem, gdy pewnego pięknego dnia przytkały mi się i zapiekły w środku uszy.
Przerażenie przepaliło mnie do czystej, rozżarzonej do białości konstrukcji nośnej. Przestałem cokolwiek czuć. Nic mnie nie bolało, choć mnie zawsze coś boli, przestałem jeść bo nie odczuwałem takiej potrzeby. Przestałem ruszać się, postrzegać czy zauważać. Którejś nocy obudziłem się i poczułem, że nie kocham Szponiastej... i wtedy się wkurwiłem.
Następnego dnia sunąłem pod prażącym słońcem w kamiennej rynnie gdzieś pod Borkowem i myślałem, naprawdę kurewsko intensywnie i modliłem się. Słyszeliście zapewnię o Trójcy Świętej, i zmorze wszystkich księży, gdy przychodzi o tłumaczenie tej idei wiernym - Duchu Świętym? Tak jak Bóg jest zjawiskiem, czymś poza pojęciem i zrozumieniem, czymś, w czym zapewne rozszerza się wszechświat, tak jak Jezus jest ludzkim aspektem Boga, nanoawatarem, dzięki któremu Stwórca może komunikować się z nami bezpośrednio nie zmieniając nas równocześnie w parę, tak Duch Święty jest esencją działania. Jest działaniem. Gdy stoisz, zapadasz się w rozpaczy jak w gazowanym gównie, Bóg nie ma do ciebie przystępu, nic nie może zrobić. Musisz drgnąć, ruszyć się, dać pierwszy krok za hobbicią norę. Zamarłem, wcisnąłem ostatniego chwasta do worka i zacząłem analizować. najpierw czas, potem objawy,odłączyłem te powodowane strachem. W uszach przestało szumieć, serce zwolniło i przestało kuć. Zacząłem patrzeć i myśleć co mi to przypomina ten efekt w oczach...LUPA! Tak bywa przy patrzeniu przez lupę, gdy ustawiasz ostrość.
Uszkodzone były okulary, niewielkie odchylenie szkła, może z dwa, trzy milimetry. Zewnętrzny drobiazg, niezauważalny i nieistotny, przez dwa miesiące urósł do wypalającej do imentu katastrofy.
A przynajmniej mam taką nadzieję.
Okulary naprawione, ale wciąż jeszcze nie widzę za dobrze. Zobaczymy za tydzień, dwa.
O, wysiąść mi na cichej
nienazwanej stacji
wyjść z wagonu ukradkiem,
rozpłynąć się w cieniach
Iść powoli aleją kwitnących
akacji
donikąd się nie spiesząc
drogą bez znaczenia
(Słonimski)
*
pomyśl, nawet twój własny cień
cię opuszcza gdy nadchodzi mrok
Zapamiętany z dzieciństwa z dziesiątek filmów dźwięk nalotu, gdy tysiące wygłodzonych komarów pikuje na ciebie z ciemniejącego nieba. Pijemy piwo u Krzyśków patrząc jak ranna rafineria broczy czernią dymów i wypluwa w zaskoczone niebo płomieniste upusty bezpieczeństwa rozżarzonych gazów.
Międzyczas, działka na Krakowcu, nasi przedmówcy ułożyli agrowłóklinę bez pielenia, tak, że rosnące pod nią rośliny utworzyły z niej podłużny balon. Próbujemy uparcie wypłaszczyć tego zeppelina i odnaleźć zahukane sadzonki róż. Po lewej Wisła i stalowe futurologie rafinerii, za plecami w domyśle zbiorniki paliw. Krakowiec, to blisko Krzyśków - myślę i już słyszę złowrogie buczenie nalotu, zgadnijcie kto przyleciał się przywitać.
Znów u Krzyśków, chyba zaczynam obrastać w Stogi. Tym razem spiętrzone pierścienie obrony: pochodnie, zawijaczki, świece, offy. Skurwiele lądowały na ziemi i zapieprzały, gnane rządzą krwi i osocza, pod tym wszystkim na piechotę. Ale my wszyscy byliśmy gotowi, wszyscy mieliśmy długie spodnie. Muzyka grała, grill skwierczał a Krzyś dolewał Puchatkowi, tfu znaczy mi dolewał i dolewał, aż mało co nie przelał, w oczach zapaliły się lampki rezerwy a świat zaczął rozkosznie wirować i bujać nieco z boku na bok.
W drodze powrotnej dokonaliśmy niemożliwego: jadąc tramwajem wyprzedziliśmy wracającą tramwajem Agentkę, która wyszła pół godziny przed nami.
Ostatnio w ogóle było dość intensywnie. Zaczęło się od tego, że na oku pojawił mi się cień. Cień narastał, mrok rósł w oku. Zacząłem tracić plan ogólny za to widziałem absurdalne szczegóły. Potrafiłem przeczytać małe literki z odległości pół kilometra tańczące w rozpływającym się tle. Siadła mi ocena odległości, potem zaczął wyłączać się błędnik, rozbolał łeb. Guz - pomyślałem - nowotwór rośnie i naciska mi kolejne nerwy, a że bałem się jak nigdy dotąd w życiu, zaraz rozbolało mnie serce, prawie położyłem się w pracy i umarłem, gdy pewnego pięknego dnia przytkały mi się i zapiekły w środku uszy.
Przerażenie przepaliło mnie do czystej, rozżarzonej do białości konstrukcji nośnej. Przestałem cokolwiek czuć. Nic mnie nie bolało, choć mnie zawsze coś boli, przestałem jeść bo nie odczuwałem takiej potrzeby. Przestałem ruszać się, postrzegać czy zauważać. Którejś nocy obudziłem się i poczułem, że nie kocham Szponiastej... i wtedy się wkurwiłem.
Następnego dnia sunąłem pod prażącym słońcem w kamiennej rynnie gdzieś pod Borkowem i myślałem, naprawdę kurewsko intensywnie i modliłem się. Słyszeliście zapewnię o Trójcy Świętej, i zmorze wszystkich księży, gdy przychodzi o tłumaczenie tej idei wiernym - Duchu Świętym? Tak jak Bóg jest zjawiskiem, czymś poza pojęciem i zrozumieniem, czymś, w czym zapewne rozszerza się wszechświat, tak jak Jezus jest ludzkim aspektem Boga, nanoawatarem, dzięki któremu Stwórca może komunikować się z nami bezpośrednio nie zmieniając nas równocześnie w parę, tak Duch Święty jest esencją działania. Jest działaniem. Gdy stoisz, zapadasz się w rozpaczy jak w gazowanym gównie, Bóg nie ma do ciebie przystępu, nic nie może zrobić. Musisz drgnąć, ruszyć się, dać pierwszy krok za hobbicią norę. Zamarłem, wcisnąłem ostatniego chwasta do worka i zacząłem analizować. najpierw czas, potem objawy,odłączyłem te powodowane strachem. W uszach przestało szumieć, serce zwolniło i przestało kuć. Zacząłem patrzeć i myśleć co mi to przypomina ten efekt w oczach...LUPA! Tak bywa przy patrzeniu przez lupę, gdy ustawiasz ostrość.
Uszkodzone były okulary, niewielkie odchylenie szkła, może z dwa, trzy milimetry. Zewnętrzny drobiazg, niezauważalny i nieistotny, przez dwa miesiące urósł do wypalającej do imentu katastrofy.
A przynajmniej mam taką nadzieję.
Okulary naprawione, ale wciąż jeszcze nie widzę za dobrze. Zobaczymy za tydzień, dwa.
O, wysiąść mi na cichej
nienazwanej stacji
wyjść z wagonu ukradkiem,
rozpłynąć się w cieniach
Iść powoli aleją kwitnących
akacji
donikąd się nie spiesząc
drogą bez znaczenia
(Słonimski)
*
niedziela, 12 lipca 2015
Przecież czuję co czuję
Nie lubię gdy temperatura
na zewnątrz mnie jest wyższa
niż wewnątrz mnie
Teraz będę musiał napisać o ślubach. Byliśmy ostatnio na trzech a czeka nas czwarty. Biorąc pod uwagę że w tej właśnie chwili moja babcia w Mławie umiera w bólu na raka wszystkiego, wyszło to cokolwiek ironicznie.
Najpierw marsz pochodu weselnego Landryny przez WhiteTown za kobziarzem, na którego widok ktoś krzyczał niech żyje Andrzej Duda. Landryna odstawiła taniec w czerwieniach z tradycyjnym obdrapywaniem sufitu szpilkami, my mieszaliśmy kuchnię grecką z drinkami z amerykańskich filmów w otwartym barze, Cuba Libre my favorite. Ukrywanie się po kątach Hotelu Haffner z innymi gośćmi przed zabawami, których miało nie być i pokazy sztuk barmańskich, koleś podobno jest 20 na świecie i rzeczywiście pokazał co nieco, choć przyznam, że na tym etapie zabawy wszyscy zapewne liczyli, że z któregoś z fruwających nad nim naczyń chlapnie na niego Curacao a następnie na całość opadnie pochodnia.
Następnie rykoszetem trafiłem na wieczór panieński Hani. Plaża noc, chłód piasku, głosy w ciemnościach i czerwona linia na horyzoncie. Holowaliśmy ją potem przez lasy w kierunku Zaspy a w mroku, gdzieś po prawej wibrował etnicznie Flonder Festiwal.
Ślub spokojny i delikatny jak muślin opadający przez upał. Dzień przez palce za Oliwką w Olivie. W tle stąpały koniki, karpie pluskały w stawach a ciepły wiatr poruszał liśćmi, płatkami kwiatów i długo nie dał zgasnąć racy na weselnym torcie
Potem gotyki Świętej Brygidy i koleżanka z pracy Szponiastej przemykająca w bielach przez światłocienie.
Na koniec zaś Tau powróciła na chwilę z warszawskich zaświatów zabraliśmy ją więc na piwo do pogrobowca dawnej Herbaciarni a następnie tuczyliśmy bułami i krążkami z cebuli w amerykańskiej pseudo restauracji rekomendowanej przez Lennonkę.
Tymczasem gdy nikt nie patrzył, rozwinęła nam się firma. Szef nabrał obiektów. Trafiliśmy więc ponownie na pierwszą linię frontu walki z chaosem. Trzy dni przywracaliśmy do używalności obiekt w Rumi, do którego jechało się przez nieskończoność, za to wracało krótko, bo chyba ani razu nie udało mi się tego powrotu nie przespać. W każdym razie tubylcy odkryli nagle, że w dżungli za oknami mieli rabaty i zatrzymywali się w szoku w drzwiach klatek, odkrywając, że kafelki na podłogach mają jakiś kolor. Potem wylądowaliśmy na Patio Róż...
Byliśmy tam już kiedyś, ale okazaliśmy się za drodzy. Niestety ktoś tam w końcu zrozumiał, że koszty łączą się jednak z jakością usług, powróciliśmy więc po 3 latach by zacząć wszystko od nowa. a jest co. Jak sama nazwa wskazuje okolica jest obsiana 15 odmianami róż, występującymi zwykle w zwartych formacjach przez ludzi, którzy je muszą pielić nazywanych "grządkami zagłady", Mam kolce powbijane nawet w stopy, cholera, znalazłem nawet jakieś wbite w tyłek.a ramiona mam jak celtycki druid.
Zamiast nawozu zostawiamy tam krew, pot i łzy.
Codziennie schnę po deszczu i smażę się w słońcu
Codziennie ostatnio boję się i zamykam mój strach w tworzeniu rzeczy dziwnych a niepraktycznych i marszu do linii horyzontów istniejących wyłącznie w mojej głowie.
Codziennie budzę się wyczekując wieści z Mławy i wsłuchując się w siebie bo spieprzyło mi się coś poważnie z okiem i tradycyjnie, zgodnie z moją hipochondryczną etyką, czekam, aż zapadnie wieczna noc.
Całe to cierpienie jest po to
by łatwiej było odejść
(Ktoś kto umieranie na raka ma już za sobą)
*
na zewnątrz mnie jest wyższa
niż wewnątrz mnie
Teraz będę musiał napisać o ślubach. Byliśmy ostatnio na trzech a czeka nas czwarty. Biorąc pod uwagę że w tej właśnie chwili moja babcia w Mławie umiera w bólu na raka wszystkiego, wyszło to cokolwiek ironicznie.
Najpierw marsz pochodu weselnego Landryny przez WhiteTown za kobziarzem, na którego widok ktoś krzyczał niech żyje Andrzej Duda. Landryna odstawiła taniec w czerwieniach z tradycyjnym obdrapywaniem sufitu szpilkami, my mieszaliśmy kuchnię grecką z drinkami z amerykańskich filmów w otwartym barze, Cuba Libre my favorite. Ukrywanie się po kątach Hotelu Haffner z innymi gośćmi przed zabawami, których miało nie być i pokazy sztuk barmańskich, koleś podobno jest 20 na świecie i rzeczywiście pokazał co nieco, choć przyznam, że na tym etapie zabawy wszyscy zapewne liczyli, że z któregoś z fruwających nad nim naczyń chlapnie na niego Curacao a następnie na całość opadnie pochodnia.
Następnie rykoszetem trafiłem na wieczór panieński Hani. Plaża noc, chłód piasku, głosy w ciemnościach i czerwona linia na horyzoncie. Holowaliśmy ją potem przez lasy w kierunku Zaspy a w mroku, gdzieś po prawej wibrował etnicznie Flonder Festiwal.
Ślub spokojny i delikatny jak muślin opadający przez upał. Dzień przez palce za Oliwką w Olivie. W tle stąpały koniki, karpie pluskały w stawach a ciepły wiatr poruszał liśćmi, płatkami kwiatów i długo nie dał zgasnąć racy na weselnym torcie
Potem gotyki Świętej Brygidy i koleżanka z pracy Szponiastej przemykająca w bielach przez światłocienie.
Na koniec zaś Tau powróciła na chwilę z warszawskich zaświatów zabraliśmy ją więc na piwo do pogrobowca dawnej Herbaciarni a następnie tuczyliśmy bułami i krążkami z cebuli w amerykańskiej pseudo restauracji rekomendowanej przez Lennonkę.
Tymczasem gdy nikt nie patrzył, rozwinęła nam się firma. Szef nabrał obiektów. Trafiliśmy więc ponownie na pierwszą linię frontu walki z chaosem. Trzy dni przywracaliśmy do używalności obiekt w Rumi, do którego jechało się przez nieskończoność, za to wracało krótko, bo chyba ani razu nie udało mi się tego powrotu nie przespać. W każdym razie tubylcy odkryli nagle, że w dżungli za oknami mieli rabaty i zatrzymywali się w szoku w drzwiach klatek, odkrywając, że kafelki na podłogach mają jakiś kolor. Potem wylądowaliśmy na Patio Róż...
Byliśmy tam już kiedyś, ale okazaliśmy się za drodzy. Niestety ktoś tam w końcu zrozumiał, że koszty łączą się jednak z jakością usług, powróciliśmy więc po 3 latach by zacząć wszystko od nowa. a jest co. Jak sama nazwa wskazuje okolica jest obsiana 15 odmianami róż, występującymi zwykle w zwartych formacjach przez ludzi, którzy je muszą pielić nazywanych "grządkami zagłady", Mam kolce powbijane nawet w stopy, cholera, znalazłem nawet jakieś wbite w tyłek.a ramiona mam jak celtycki druid.
Zamiast nawozu zostawiamy tam krew, pot i łzy.
Codziennie schnę po deszczu i smażę się w słońcu
Codziennie ostatnio boję się i zamykam mój strach w tworzeniu rzeczy dziwnych a niepraktycznych i marszu do linii horyzontów istniejących wyłącznie w mojej głowie.
Codziennie budzę się wyczekując wieści z Mławy i wsłuchując się w siebie bo spieprzyło mi się coś poważnie z okiem i tradycyjnie, zgodnie z moją hipochondryczną etyką, czekam, aż zapadnie wieczna noc.
Całe to cierpienie jest po to
by łatwiej było odejść
(Ktoś kto umieranie na raka ma już za sobą)
*
sobota, 13 czerwca 2015
Światło to potwór żyjący w ciemności
- Kobiety są dziwne...
- Może i są, ale mnie to nie
dotyczy, ja nie jestem kobietą.
Jestem Kiszczakiem...
(My)
Gdy czesałem się po powrocie z pracy z włosów posypało mi się igliwie i wyleciała ćma. Takiż to już los pogromcy praw natury, ajatollaha terenów zielonych, poszarzałego od dymu i chemii frontowca z pierwszej linii walki z chaosem. Najbrudniejsi, przepoceni, omijani wzrokiem przez ludzi i bogów torujemy światu ludzi drogę przez pierwotną zupę potencjalnych możliwości.
Byliśmy całą bandą w Toruniu. Chodziliśmy przez most (kto był ten wie). Pobłądziliśmy pod stropem ze ćwieków i spaliśmy z pociągami przejeżdżającymi dosłownie o 4 metry od naszych poduszek. Zjedliśmy zwyczajowego gofra i makarony i chaos pierogów. Przepłynęliśmy jezioro piwa i spoczęliśmy spokojne smakując życie na Schodach Cyklopów na Wisłą. Oglądaliśmy zerodowany ząb zamku z góry i od spodu, dosiadaliśmy maszyn oblężniczych i utopiliśmy w cierpliwej Wiśle starożytne kombinerki. Marzliśmy patrząc jak tańczy w ciemnościach śpiewająca fontanna i usiłowaliśmy ustać prosto pod krzywą wieżą. Wystawy i półsen w planetarium.. Wspinaliśmy się na wieże i słuchaliśmy na mszy w katedrze śpiewającej kobiety, której głos rozsadzał mury i serca. Stąpaliśmy po nieistniejącym kościele i patrzyliśmy na metalową makietę miasta stopioną z kluczy zebranych przez mieszkańców. Bujaliśmy się na wietrze na szczycie ruin zamku Dybowskiego i wprost z autokaru i tramwaju gnaliśmy do komisji wyborczej w Brzeźnie. Wpadliśmy tam na 9 minut przed zamknięciem. Starszy pan z komisji wstał z uśmiechem i stwierdził: Jeszcze tylko na pana czekaliśmy...
Byliśmy też w Sulęczynie pośród jezior, ale w międzyczasie był Mad Max. Mad Max to religia mojego dzieciństwa. Coś co ukształtowało mnie bardziej niż rodzice, szkoła czy religia, Rozmigotane ekstrema w wirze niekontrolowanego upadku, szaleństwo w miłosnym uścisku z nostalgią, nie da się oceniać mnie bez zrozumienia kim był wojownik szos Max. "W ryku silników stracił wszystko aż przybył tu, na to wypalone pustkowie by się urodzić na nowo..."
Sulęczyno, słońce, toń jezior, zieleń lasów i zapach igliwia niesiony ciepłym wiatrem. Wódka niosąca nas w noc i polowanie na przemykająca po niebie Międzynarodową Stację Kosmiczną. Marsz leśnymi duktami do Węsior, ładowanie reaktorów kamiennych kręgach. Szczera erupcja pędzonych oktanami emocji Meave o której krążyć będą w naszym małym uniwersum legendy. Permanentny brak kaca, nieustający grill i powietrze smakujące... cholera, smakujące... pełnią. Naprawdę nie chciałem wracać. Ale cóż robić, wszędzie dobrze ale w krainie grozy, mroku i wilgoci najlepiej. Wróciliśmy, wielokrotnie wstaliśmy do pracy, organizowaliśmy wyschnięty świat. Od pyłu w jaki zmieniła się trawa zapaliły mi się spojówki i płuca zmniejszyły swoją objętość. A dziś idziemy na ślub Landryny i Areckiego. Pazurkowata udała się do fryzjera a ja wciąż jeszcze nie zdecydowałem czy wejdę w płetwach do kościoła czy wskoczę nago w tort.
- Wszystkich chciałaś nabijać na pal
- kogo?
- Kołakowską...i wszystkich
(Meave i Krzysiu)
*
- Może i są, ale mnie to nie
dotyczy, ja nie jestem kobietą.
Jestem Kiszczakiem...
(My)
Gdy czesałem się po powrocie z pracy z włosów posypało mi się igliwie i wyleciała ćma. Takiż to już los pogromcy praw natury, ajatollaha terenów zielonych, poszarzałego od dymu i chemii frontowca z pierwszej linii walki z chaosem. Najbrudniejsi, przepoceni, omijani wzrokiem przez ludzi i bogów torujemy światu ludzi drogę przez pierwotną zupę potencjalnych możliwości.
Byliśmy całą bandą w Toruniu. Chodziliśmy przez most (kto był ten wie). Pobłądziliśmy pod stropem ze ćwieków i spaliśmy z pociągami przejeżdżającymi dosłownie o 4 metry od naszych poduszek. Zjedliśmy zwyczajowego gofra i makarony i chaos pierogów. Przepłynęliśmy jezioro piwa i spoczęliśmy spokojne smakując życie na Schodach Cyklopów na Wisłą. Oglądaliśmy zerodowany ząb zamku z góry i od spodu, dosiadaliśmy maszyn oblężniczych i utopiliśmy w cierpliwej Wiśle starożytne kombinerki. Marzliśmy patrząc jak tańczy w ciemnościach śpiewająca fontanna i usiłowaliśmy ustać prosto pod krzywą wieżą. Wystawy i półsen w planetarium.. Wspinaliśmy się na wieże i słuchaliśmy na mszy w katedrze śpiewającej kobiety, której głos rozsadzał mury i serca. Stąpaliśmy po nieistniejącym kościele i patrzyliśmy na metalową makietę miasta stopioną z kluczy zebranych przez mieszkańców. Bujaliśmy się na wietrze na szczycie ruin zamku Dybowskiego i wprost z autokaru i tramwaju gnaliśmy do komisji wyborczej w Brzeźnie. Wpadliśmy tam na 9 minut przed zamknięciem. Starszy pan z komisji wstał z uśmiechem i stwierdził: Jeszcze tylko na pana czekaliśmy...
Byliśmy też w Sulęczynie pośród jezior, ale w międzyczasie był Mad Max. Mad Max to religia mojego dzieciństwa. Coś co ukształtowało mnie bardziej niż rodzice, szkoła czy religia, Rozmigotane ekstrema w wirze niekontrolowanego upadku, szaleństwo w miłosnym uścisku z nostalgią, nie da się oceniać mnie bez zrozumienia kim był wojownik szos Max. "W ryku silników stracił wszystko aż przybył tu, na to wypalone pustkowie by się urodzić na nowo..."
Sulęczyno, słońce, toń jezior, zieleń lasów i zapach igliwia niesiony ciepłym wiatrem. Wódka niosąca nas w noc i polowanie na przemykająca po niebie Międzynarodową Stację Kosmiczną. Marsz leśnymi duktami do Węsior, ładowanie reaktorów kamiennych kręgach. Szczera erupcja pędzonych oktanami emocji Meave o której krążyć będą w naszym małym uniwersum legendy. Permanentny brak kaca, nieustający grill i powietrze smakujące... cholera, smakujące... pełnią. Naprawdę nie chciałem wracać. Ale cóż robić, wszędzie dobrze ale w krainie grozy, mroku i wilgoci najlepiej. Wróciliśmy, wielokrotnie wstaliśmy do pracy, organizowaliśmy wyschnięty świat. Od pyłu w jaki zmieniła się trawa zapaliły mi się spojówki i płuca zmniejszyły swoją objętość. A dziś idziemy na ślub Landryny i Areckiego. Pazurkowata udała się do fryzjera a ja wciąż jeszcze nie zdecydowałem czy wejdę w płetwach do kościoła czy wskoczę nago w tort.
- Wszystkich chciałaś nabijać na pal
- kogo?
- Kołakowską...i wszystkich
(Meave i Krzysiu)
*
sobota, 16 maja 2015
Zostałem skazany na wolność. W zawieszeniu...
Jakaś kobieta w sklepie:
- o Boże!
Ja odruchowo
- Słucham?
- No wie pan, jak pan może?!
- Sama się pani dowie za 37 lat i 3 miesiące...
Poparzony powietrzem, wypiaskowany nasionami traw - gorący i przesiąknięty na wskroś wysokooktanowym zapachem benzyny, płynę ponad powierzchniami zielonymi drżąc w takt wibracji silnika. Otoczony chmurą huku rozszalałych cylindrów mielących aerozol wysiłku. Osnuty błotem nicowanych kwietników zaczajony na zwyczajność. Smagany słońcem, palony wiatrem obserwuję twoje życie zza nawisu oczywistości, lekko z boku, trochę zza rogu.
Gdy zapada wieczór jadę do domu patrząc przez szyberdach na wpadające w indygo niebo. Paruję oddycham, zaczynam być gdzie indziej. Coraz mniej mnie zostaje po tej stronie.
Wokół wciąż umierają ludzie. Wszędzie jest rak. Otaczają mnie naświetleni, na chemii. Liczący dni i godziny. w ciemnościach przed świtem nadsłuchuję czy nie nadchodzi wśród chrzęstu zainfekowanej chityny i szmerem badawczych nibynóżek, by wypełnić grozą me sny.
Nocą nadchodzi deszcz i spłukuje miasto. Świat zaczyna pachnąć. W mroku, niepojętym darknesie kłębi się nieskończona przestrzeń. Ostrożnie dotykam szyby, bo już nie tajemnicy.
Rano próbuję stoczyć się z łóżka bez jęku, na spojrzenie małżonki gdzieś spośród puchów pościeli,wśród których wygląd jak słońce na średniowiecznej rycinie, odpowiadam: Mów mi zakwas.
Wiecie będzie mi brakowało Panny Ogórek z tymi jej nóżkami.
Za to mój ulubieniec Kim kazał rozstrzelać ministra z broni przeciwlotniczej, bo przysnął na defiladzie. Kocham styl tego kolesia, to było prawie tak dobre, jak rozstrzelanie wuja - generała z baterii moździerzy.
Tymczasem w pracy odstrzeliło mi połowę ostrza w kosiarce. Z tego co jestem w stanie się zorientować, nic mi nie odpadło, za to, zgodnie o wieloletnią tradycją naszego Aqua Clanu ostrze zniknęło bez śladu, co jest o tyle zabawne, że kosiłem akurat między dwoma samochodami. Opowiadałem o tym Szponiastej, a ta się śmieje, że pewnie gdzieś tam leży w samochodzie martwa kobieta z ostrzem w czole. Ja na to, że to już trzecie zaginione ostrze, a ona na to głosem spikera: Trzecia ofiara kosiarza...
Ostatnio żona ma jedyna zostawiła końcówkę w domu, dzięki czemu mogłem do niej dzwonić długo i szczęśliwie. Budzi się rano, ujmuje leniwie telefon a chwilę potem słyszę: UUAAA! a zaraz potem tętent. Mój Szpon Bojowy przebiega obok, zaraz przebiega z powrotem i znowu, tym razem powiewając jakimś odzieniem na szyi i lewej nodze. Podelektowałem się chwilę w zadumie widokiem i w końcu pytam: Co jest? Okazało się, że w pracy pojawi się u nich Pani Premier. W sumie wyszło, że:kij zaspanie, kij premier ale w smsie pisało:strój galowy a zostało tylko 30 minut.
Sponsorem ogólnopolskiego dnia
grilla jest producent leku na zgagę
*
- o Boże!
Ja odruchowo
- Słucham?
- No wie pan, jak pan może?!
- Sama się pani dowie za 37 lat i 3 miesiące...
Poparzony powietrzem, wypiaskowany nasionami traw - gorący i przesiąknięty na wskroś wysokooktanowym zapachem benzyny, płynę ponad powierzchniami zielonymi drżąc w takt wibracji silnika. Otoczony chmurą huku rozszalałych cylindrów mielących aerozol wysiłku. Osnuty błotem nicowanych kwietników zaczajony na zwyczajność. Smagany słońcem, palony wiatrem obserwuję twoje życie zza nawisu oczywistości, lekko z boku, trochę zza rogu.
Gdy zapada wieczór jadę do domu patrząc przez szyberdach na wpadające w indygo niebo. Paruję oddycham, zaczynam być gdzie indziej. Coraz mniej mnie zostaje po tej stronie.
Wokół wciąż umierają ludzie. Wszędzie jest rak. Otaczają mnie naświetleni, na chemii. Liczący dni i godziny. w ciemnościach przed świtem nadsłuchuję czy nie nadchodzi wśród chrzęstu zainfekowanej chityny i szmerem badawczych nibynóżek, by wypełnić grozą me sny.
Nocą nadchodzi deszcz i spłukuje miasto. Świat zaczyna pachnąć. W mroku, niepojętym darknesie kłębi się nieskończona przestrzeń. Ostrożnie dotykam szyby, bo już nie tajemnicy.
Rano próbuję stoczyć się z łóżka bez jęku, na spojrzenie małżonki gdzieś spośród puchów pościeli,wśród których wygląd jak słońce na średniowiecznej rycinie, odpowiadam: Mów mi zakwas.
Wiecie będzie mi brakowało Panny Ogórek z tymi jej nóżkami.
Za to mój ulubieniec Kim kazał rozstrzelać ministra z broni przeciwlotniczej, bo przysnął na defiladzie. Kocham styl tego kolesia, to było prawie tak dobre, jak rozstrzelanie wuja - generała z baterii moździerzy.
Tymczasem w pracy odstrzeliło mi połowę ostrza w kosiarce. Z tego co jestem w stanie się zorientować, nic mi nie odpadło, za to, zgodnie o wieloletnią tradycją naszego Aqua Clanu ostrze zniknęło bez śladu, co jest o tyle zabawne, że kosiłem akurat między dwoma samochodami. Opowiadałem o tym Szponiastej, a ta się śmieje, że pewnie gdzieś tam leży w samochodzie martwa kobieta z ostrzem w czole. Ja na to, że to już trzecie zaginione ostrze, a ona na to głosem spikera: Trzecia ofiara kosiarza...
Ostatnio żona ma jedyna zostawiła końcówkę w domu, dzięki czemu mogłem do niej dzwonić długo i szczęśliwie. Budzi się rano, ujmuje leniwie telefon a chwilę potem słyszę: UUAAA! a zaraz potem tętent. Mój Szpon Bojowy przebiega obok, zaraz przebiega z powrotem i znowu, tym razem powiewając jakimś odzieniem na szyi i lewej nodze. Podelektowałem się chwilę w zadumie widokiem i w końcu pytam: Co jest? Okazało się, że w pracy pojawi się u nich Pani Premier. W sumie wyszło, że:kij zaspanie, kij premier ale w smsie pisało:strój galowy a zostało tylko 30 minut.
Sponsorem ogólnopolskiego dnia
grilla jest producent leku na zgagę
*
piątek, 24 kwietnia 2015
Jeśli nie obchodzi cię gdzie jesteś, nie jesteś zagubiony
- ...no bez jaj!
- Bez jaj? Nie wiedziałam, że
masz zdejmowane.
(My)
Czas znika, tydzień po tygodniu. Ledwo co wędrowałem z rykiem przez fałdy Morenowego Wzgórza ścigany przez radosne krzyki tłumu dzieciaków, wyciągających ze wzruszonej wertykulatorem, starej, poligonowej ziemi skorodowane pociski od kałasza, a tu już przemyka obok pielenie w czasie cyklonu kiedy to pełzając wśród krzakulców na czworakach widziałem pod sobą deszcz, gnający poziomo do gruntu. Słońce, deszcz, ciepło, lodowato, jak w "Wehikule czasu", wszystko miga wokół. Zapach wzruszonej ziemi, smród gryp żołądkowych gdy przechodzimy je jedno po drugim, jak przystało na zgodne małżeństwo.
Odkryłem po latach, że Hania ma złote oczy.
Od bolidu Boha, którym wesoło przemierzamy nasze służbowe przestrzenie, od czasu do czasu coś odpada, co z reguły jest miłą odmianą w przypadkach, gdy coś się pali. Ostatnio odpadł tłumik, obejrzałem sobie więc w warsztacie starą niemiecką technologię od spodu. Dla Boha to były dni pełne niespodzianek, odkrył, że ma w czołgu komputer, i immobilizer...
W każdym razie był tam jeszcze jakiś klient oraz mechanik gawędziarz, prawdziwy mistrz. Docinał, szlifował, spawał płynnie wplatając w te czynności opowieść o facecie, który wraz ze swoją matką stworzył świetną firmę handlującą elektroniką, Potrafił pokonać z pieśnią na ustach każdą przeciwność, zarabiał po 3 miliony miesięcznie i miał własny świat otoczony ośmiokilometrowym murem z kamerami. Jak każdy dobry gawędziarz koleś co jakiś czas zadawał pytania, pozwalając by słuchacze sami wymyślali ciąg dalszy, stopniując napięcie. - No i pewnego dnia jego żona zażądała rozwodu, a wiadomo co się dzieje w czasie rozwodu... Jak myślicie panowie co się stało? Przecież nie da się podzielić firmy...
- Podzielili majątek
- Zabrała mu wszystko
- Poszli na ugodę
- Nie, chłop powiesił się.
Za zasługi i na wszelki wypadek dostałem dzień wolny. Miałem iść do Wrzeszcza, ale pogoda jest niefotograficzna więc jeszcze pomyśle.
Przeżyć to co jest nam niepisane
Nigdy już nie robić nic na pamięć
(Bracia)
*
- Bez jaj? Nie wiedziałam, że
masz zdejmowane.
(My)
Czas znika, tydzień po tygodniu. Ledwo co wędrowałem z rykiem przez fałdy Morenowego Wzgórza ścigany przez radosne krzyki tłumu dzieciaków, wyciągających ze wzruszonej wertykulatorem, starej, poligonowej ziemi skorodowane pociski od kałasza, a tu już przemyka obok pielenie w czasie cyklonu kiedy to pełzając wśród krzakulców na czworakach widziałem pod sobą deszcz, gnający poziomo do gruntu. Słońce, deszcz, ciepło, lodowato, jak w "Wehikule czasu", wszystko miga wokół. Zapach wzruszonej ziemi, smród gryp żołądkowych gdy przechodzimy je jedno po drugim, jak przystało na zgodne małżeństwo.
Odkryłem po latach, że Hania ma złote oczy.
Od bolidu Boha, którym wesoło przemierzamy nasze służbowe przestrzenie, od czasu do czasu coś odpada, co z reguły jest miłą odmianą w przypadkach, gdy coś się pali. Ostatnio odpadł tłumik, obejrzałem sobie więc w warsztacie starą niemiecką technologię od spodu. Dla Boha to były dni pełne niespodzianek, odkrył, że ma w czołgu komputer, i immobilizer...
W każdym razie był tam jeszcze jakiś klient oraz mechanik gawędziarz, prawdziwy mistrz. Docinał, szlifował, spawał płynnie wplatając w te czynności opowieść o facecie, który wraz ze swoją matką stworzył świetną firmę handlującą elektroniką, Potrafił pokonać z pieśnią na ustach każdą przeciwność, zarabiał po 3 miliony miesięcznie i miał własny świat otoczony ośmiokilometrowym murem z kamerami. Jak każdy dobry gawędziarz koleś co jakiś czas zadawał pytania, pozwalając by słuchacze sami wymyślali ciąg dalszy, stopniując napięcie. - No i pewnego dnia jego żona zażądała rozwodu, a wiadomo co się dzieje w czasie rozwodu... Jak myślicie panowie co się stało? Przecież nie da się podzielić firmy...
- Podzielili majątek
- Zabrała mu wszystko
- Poszli na ugodę
- Nie, chłop powiesił się.
Za zasługi i na wszelki wypadek dostałem dzień wolny. Miałem iść do Wrzeszcza, ale pogoda jest niefotograficzna więc jeszcze pomyśle.
Przeżyć to co jest nam niepisane
Nigdy już nie robić nic na pamięć
(Bracia)
*
Subskrybuj:
Posty (Atom)