czwartek, 30 czerwca 2005

Blurp!


Pewna żydowska rodzina miała
synka Dawidka. Z Dawidka był
nie lada ladaco i wyrzucano
go po kolei z wszystkich szkół
żydowskich. Zdesperowani rodzice
wysłali więc w końcu pociechę
do szkoły chrześcijańskiej...i
stał się cud! Dawidek stał się
wzorowym uczniem, dostawał same
piątki, a nauczyciele nie mogli
się go nachwalić. Zdziwieni ro-
dzice nie wytrzymali w końcu i
zapytali Dawidka co się stało,
a on: Pierwszego dnia szkoły,
ksiądz mnie objął, zaprowadził
do kaplicy, pokazał Jezusa na
krzyżu i powiedział: Widzisz
Dawidku, on też był żydem...
I wtedy zrozumiałem że to nie
przelewki.

Do Zwierzów powrócił Burcyk marnotrawny. Dotarł do ogródka sąsiadów i miauczał rozpaczliwie a donośnie dopóki go nie ewakuowano. Rechotaliśmy z Tau, jaki to musiał być szok dla kota domowego, gdy w środku nocy z nieba spadł deszcz.
Ostatnio rysuję i sprzedaję rysunki, męczy mnie to , że praktycznie non stop muszę zarabiać na rachunki. Rysowałem japońskie grafiki i skosiłem za nie w jeden dzień prawie 160 zł. Potem poszedłem na pocztę, a gdy z niej wyszedłem miałem już tylko 7.
Na dworze wieje wiatr, co osobiście bardzo lubię, a ze mnie opada płatami zwęglona skóra. Na szczęście nie tylko ze mnie. Gdy wczoraj wpadłem do Awari obeżreć ją z ciasta, zacząłem, pod wpływem sugestywnego widoku jej żarówiastego nochala, nazywać ją Rudolfem. Kto nie wie o co chodzi niech zagłębi się w meandry amerykańskiej mitologii.
Lenn jest już na wolności. Odczuwam jakieś podskórne ruchy wśród znajomych i myślę, że wkrótce w jej okolicach nastąpi jakaś masowa inwazja. Do tego w piątek jest impreza z okazji pierwszego roku Herbaciarni.
Lenn stwierdziła, że gdy Pazurek mdlała w szpitalu, to wyglądała uroczo. Skwapliwie jej to przekazałam.
Ciapek i Wotanica pojechali się gździć na działkę. Wotanica pochwaliła mi się ostatnio, że nie przeczytała praktycznie żadnych notek na blogu, bo są za długie. Stwierdziła, że w ogóle niczego nie czyta i była z tego naprawdę dumna. Naprawdę mocno gryzłem się w język, żeby mi się nie wymsknęło, że taka płytkość osądu, brak elementarnej wiedzy o świecie i normalnego odczuwania, jaką na ogół sobą reprezentuje, a co przecież bierze się właśnie z zamykania się we własnym wygodnym światku, to zwykłe dresiarstwo. (ale mi się rozbudowało to zdanie, dodałbym coś jeszcze ale nie miałem pomysłu gdzie) Inną jego cechą jest ostentacja. I doprawdy nieważne czy ubieramy się na różowo, czy na czarno, kto widział cienie do powiek Wotanicy i jej kolczastą obrożę, albo usłyszał te jej kultowe "hej baby" wie o czym mówię. Granica między stylem a żenadą jest nikła. W sumie pogadałbym o tym z Ciapkiem, ale ostatecznie stwierdziłem, że to nie mój biznes, to w końcu on będzie z kobietą, której nie chce się ruszyć dupy z kanapy, przejść trzech metrów i wcisnąć przycisku domofonu. Na szczęście nie muszę obawiać się jej zemsty, mrrrrocznych przekleństw czy obsydianowego noża z plastiku, bo to długi tekst i na pewno go nie przeczyta.
Wczoraj wpadłem na Pobrzeże do Sławka, stał tam siny w samej koszulce i odliczał czas : jeszcze 53 pierdolone minuty, jeszcze 52 pierdolone minuty. Powiedział że rano myślał, że wziął polar, ale na myśleniu się skończyło.
Tyle, w sumie nic konkretnego, ale dziś znów wstałem o 5 i delikatnie rzecz ujmując rzygać mi się chce na to wszystko. Obok mnie na blacie leży zamyślony Burcyk i niewidzącym wzrokiem wpatruje się w przestrzeń. Najwyraźniej ostatnio dużo przeszedł.

Pazurek - Jakie ładne chmurki. Co to jest cirrusy? Cummulusy?
Ja zerkając w górę - Samolotusy...

*

wtorek, 28 czerwca 2005

Krótkie akapity


W tv Kolumb wchodzi w dżunglę San Salvador
a mój starszy - a tu Jurasic Park ! Potwory wpadają
po kostki w wodę i łamią statki jak zapałki

Dla odmiany krótko. Pogoda jest idealna. Słońce o pięknej barwie światła , świat ujawniający wreszcie swoje prawdziwe kolory. Wiatr który nie pozwala by zrobiło się zbyt gorąco. Dłłłuugie wędrówki z Pazurkiem pośród rozświetlonego miasta , pod szumiącymi baldachimami liści , gdy u naszych stóp tańczą słoneczne plamy. Awari zamknięta w bunkrze swojej pracy bez okien , słucha naszych opowieści i stawia herbatę. Lenn wypuszczają dzisiaj ze szpitala, miała tam być 6 dni , ale jak stwierdzili , wszystko goi się jej wzorowo, a ją rozsadza energia i wszędzie jej pełno. Martwi się , że przez rok nie będzie mogła zajść w ciążę, nie rezygnuje z planowania i dzielenia życia na cele do osiągnięcia. To taka ludzka wada, że gdy Bóg coś sugeruje , człowiek go olewa i robi po swojemu, bo przecież wie lepiej . A przecież najgorszym z grzechów jest pycha.
Nic nie dzieje się bez powodu, z reguły jednak nie zastanawiamy się nad przyczynami, tylko próbujemy aż do skutku.
Tak jestem dzisiaj zły i głupi i nie trzeba mnie słuchać.
Bajka się martwi. My martwimy się o nią. Ja nie mam ochoty z nikim rozmawiać , wiatr na twarzy zupełnie mi wystarcza. Chcę tylko zamknąć oczy. Przez słuchawki leci „I wonted all” Queenów. Wczoraj z Pazurkiem łaziliśmy na bosaka po plaży. Piasek uczynnie zachowywał nasze ślady pośród setek innych. Jesteśmy opieczeni po niedzielnym spacerze z Pucka do Władysławowa . Morze za mierzeją wygląda zupełnie inaczej.

Rzeczywistość to coś co znika
gdy przestajesz w to wierzyć

*

sobota, 25 czerwca 2005

It’s never enough


Wieczór obejmował w posiadanie miasto. Wysoko nad nim ukośne promienie słońca wyłuskiwały spośród zieleni lasu dwie postacie. Jest strome wzgórze nad Oliwą , a na nim „miejsce nad skarpą” , gdzie przychodzą pić studenci. Piliśmy tam z Marzanem mówiąc o życiu , polityce i historii mieszając to wszystko z literaturą. Słońce zaszło a płynnie zmierzaliśmy do jakiegoś bliżej nieokreślonego punktu upojenia , do którego zmierzają z nadzieją wszyscy mężczyźni, po osiągnięciu którego kończy się logiczne myślenie a zaczyna nocny kalejdoskop i strzępy niesamowitych wspomnień. Marzan mówił właśnie o zmianach, o nowej pracy, o tym jak zmienia go żona i to że wkrótce będzie ojcem. Wtedy dopadły nas smsy.
Chyba nigdy jeszcze tak nie biegłem jak wtedy. Puszki poleciały w krzaki w wirujących pętlach białej piany, a my gnaliśmy w dół po zboczu ślizgając się na igliwiu i omijając drzewa. Prawie nie zauważyliśmy kiedy las się skończył a nasze kroki zadudniły na asfalcie. Mętnie zamigotały nam samochody, ulice i budynki. Pod szpitalem byliśmy w dwadzieścia dwie minuty. Gdy docieraliśmy na miejsce M rozmawiał z mamą Lenn. Przerwał połączenie i powiedział „ Nasze dziecko nie żyje”.
Obudziłem się na kacu, prawie nie spałem , całą noc dzwonili zdezorientowani ludzie, przychodziły smsy. Poranek po nocy świętojańskiej był piękny, upalny i słoneczny. Niebo było archetypicznie błękitne a kolory wspaniałe. Pazurek skończyła rok szkolny, dostała świadectwo i książkę z dedykacją. Było tam coś o uczciwości, skromności i rzadkiej postawie. Poczułem się dumny , że chodzę z takim Pazurkiem .
Godzina 1 zastała nas na schodach szpitala jedzących kwaśne mentosy i czekających na Marzana. Niebo było białe z gorąca a upał zdawał się już mieć własny ciężar r. Gdy M dotarł , wcisnęliśmy się w foliowe kapucie i poszliśmy na oddział.
Lenn spała z otwartym pyszczkiem, sama w pokoju i podłączona pod kroplówkę. Marzana połknął szpital , a my staliśmy w drzwiach, dalej nas nie puścili, i patrzyliśmy jak powoli oddycha. W tej ciszy i bieli wyglądała jak jakiś niesamowity, oddychający eksponat o pełnych ustach i rozwichrzonych włosach. Myślałem o jej przedmiotach. Na palcu miała obrączkę, na przegubie zegarek, w uchu kolczyki, obok na szafie leżał telefon. Nasze przedmioty to tylko rekwizyty , którym dodajemy dodatkowe znaczenie, bez nas wracają do pierwotnego znaczenia i stają się bezosobowe. Te rzeczy normalnie tak bardzo lennonkowate , teraz wydawały się obce.
Kobieta w sali obok zaczęła chrapać, po chwili dołączyła do niej Lenn, nie minęła minuta a ich oddech zgrały się, trudno powiedzieć jak bardzo należymy do stada.
Pielęgniarka zmieniła kroplówkę i Lenn się zbudziła. Była jeszcze lekko oszołomiona , ale dało się z nią normalnie rozmawiać. śmiała się z moich żartów , cieszyła z wizyty rodziców i jakżeby inaczej, bawiła kabelkami. Ma stąd wyjść za tydzień.
Lenn wydaje się mała i delikatna. Wielu ludzi lekceważy ją i uważa , że jest dziecinna. Ale tak naprawdę pod tą cała zasłoną czai się silny logiczny i co najważniejsze skuteczny umysł. Lenn jest niezniszczalna, należy do ludzi , którzy staranują przeszkodę, przejdą kilometr i uświadomią sobie jej obecność dopiero w chwili, w której zdziwią się skąd na nich tyle kurzu. Jej sposób myślenia i problemy są z reguły tak abstrakcyjne , że dla większości ludzi zwyczajnie niepojęte. Myślę , że z odrobiną pomocy poradzi sobie, bardziej niepokoi mnie Marzan.
Smutek i żal nie są naturalne. To sztuczne twory , należące do nadbudowy, którą zyskujemy z socjalizacją. Jesteśmy stworzeni do życia, zbudowani optymalnie i dostosowani do zwyciężania, bo dawniej przegrana oznaczała śmierć. Smutek i żal są wytworem myśli, organizm i umysł nie są na nie gotowe, po pewnym czasie zabijają nas. Lenn zawsze myślała inaczej, więc wiele pułapek może ominąć, ale Marzan jest mocno osadzony w społecznej tradycji.
Staliśmy większą grupą w korytarzu przy drzwiach, nagle Pazurkowata przytula się do mnie i mówi „Zaraz zemdleję” i zemdlała - słowne dziewcze. Na szczęście byliśmy w odpowiednim miejscu, choć może to właśnie smród szpitala i upał tak ją skosiły. Coś wspólnego mogło z tym mieć nie jedzenie niczego przez cały dzień. Pazurek została ocucona, delikatnie opieprzona i wycałowana.
Popołudnie zastało nas wysoko na schodach przed drzwiami Tau. Czekaliśmy jedząc pizzę z trzema rodzajami sera. Popołudnie było bardzo przyjemne, wszystko parowało ciepłem, zerwał się delikatny wiaterek, każdy krok był przyjemnością.
Wieczorem oglądaliśmy bandą filmy. Zdałem relację z wizyty w szpitalu, drugą zapisałem na blogu. Potem wędrowałem z Pazurkiem przez ciemność w kierunku jej domu i nie zwracaliśmy już uwagi na nic oprócz siebie.
Nie płaczę na pogrzebach, nie żałuję umarłych. Ludzie umierają wtedy gdy wypełnią swój czas i spełnią to po co zaistnieli . Śmierć to nagroda , trzeba na nią zasłużyć. Nikt nie umiera nim nie spełni swojego zadania. To dlatego Bóg nie lubi samobójców , rezygnują, poddają się i nie zrobiwszy tego co powinni pchają się poza kolejką. Życie musi wyglądać zupełnie inaczej z perspektywy śmierci.
Kiedyś wyrzucałem sobie wielokrotnie ten brak żalu. Uważałem że powinienem cierpieć , bo tak trzeba. Ale z czasem przyszło zrozumienie, że jeżeli cierpię to wyłącznie z osobistych, egoistycznych pobudek, dla niego śmierć jest czymś zupełnie innym niż dla mnie.
Mam taką tendencję , że po dłuższym okresie tworzenia jakiegoś autorytetu na tym blogu , piszę nagle jedną notkę , która rozwala wszystko w diabły i muszę zaczynać od początku. Myślę , że to może być właśnie jedna z takich notek. Przykro mi , ale naprawdę nie widzę w śmierci niczego innego niż celowości.
Jest taka piosenka Kaczmarskiego „Hiob”, kiedyś słuchając jej wściekałem się , bo wydawała mi się rozpaczliwym wyzwaniem rzucanym w oczy Bogu. „ Dzięki ci Boże! Stworzyłeś najpiękniejszy ze światów!!!”, dawniej słyszałem w tych słowach tylko nieludzki ból, wściekłość na niesprawiedliwość losu i ostateczny sarkazm człowieka któremu odebrano wszystko. Aż pewnego dnia odkryłem, że te słowa są najpiękniejszym wyrazem miłości jakie kiedykolwiek napisano . Bo ten świat zbudowany jest tak , że jeśli coś stracimy , zawsze zostaje nam coś, a strata nigdy nie jest bezsensowna, zawsze coś daje, udowadnia albo powoduje.

*

piątek, 24 czerwca 2005

news


Wieczorem u swojej mamy na Niedżwiedniku u Lenn zaczęły się bóle i pojawiła krew. Skontaktowała się ze swoim lekarzem, który skierował ją do szpitala na Zaspie. W poczekalni odeszły wody i Małą wysłali na salę. W nocy miała cesarkę.
Teraz czuje się w miarę dobrze , jest jeszcze pod kroplówką , ale można z nią rozmawiać i ją odwiedzać. Jutro jeszcze będzie na sali pooperacyjnej. W szpitalu zostanie jeszcze tydzień. Trzyma się dobrze, wydaje mi się , że się pozbiera. Czego jej jak i nam życzę.

*

czwartek, 23 czerwca 2005

...


Dziecko Lennonki i Marzana nie żyje.


Wilki nie potrzebują imion, wiedzą kim są


...bo Kiszczak jest z innego planu. Planu pięcioletniego...

Veni, vidi i zapłaciłem. Wszystko i wszystkim. Teraz czuję się jak coś co przetrwało podróż przez układ pokarmowy kaczki. Poza tym wczoraj gdy mijałem stocznię , mocno zaświeciło słoneczko. Moje oczy nagle wypełniły się łzami, cos wezbrało w płucach, po czym kontinuum czasoprzestrzennym wstrząsnęło potężne kichnięcie. Przymknąłem oczy wzruszony do głębi spotkaniem ze starą przyjaciółką. "To znowu ty" , pomyślałem, "Witaj alergio. Cóż cię tak długo zatrzymało w tym roku?"
Na schodach pod Dworem Artusa czekała już Pazurek z siostrą. Siostra wzięła sobie mały odwet, ponieważ ostatnio to my wparowaliśmy niespodziewanie na jej randkę. Podelektowała się chwilą po czym ulotniła się , a ja zasiorbany usiadłem przy Pazurku i pozwoliłem się się pocieszać.
Schody przed Artusem to fajne miejsce. Często , gdy mam chwilę w przelocie, siadam tu sobie na godzinkę czy pół, czytam na słoneczku, albo gapię się na ludzi. Miejsce otoczone jest przez opowieści, jeśli kiedyś się tam do mnie przysiądziecie to może którąś wam opowiem. Poza tym te schody mają jeszcze jedną ważną cechę...są z piaskowca. Nie są więc zimne i miło grzeją w kuper. Przy moim kafelkarskim skrzywieniu spowodowanym indoktrynacją przez szereg majstrów i opowieściami o legendarnym "wilku",to bardzo ważne.
W herbaciarni zebrał się nas mały tłumek. Tau opowiadała jak to ich kot wyskoczył nocą z okna 3 piętra i udał się w świat, Phantom zrzędził i pochłaniał wielkie ilości przeróżnych substancji, często w dość przypadkowych kombinacjach. Był tak uciążliwy, że w końcu wkurwił Herbaciarza którego uśmiech nagle stał się jednym z tych , które kojarzą się z tymi małymi ptaszkami wydziobującymi resztki pokarmu z pomiędzy zębów...
Z rąk do rąk przewędrowały książki, nad stołem pojawiła się koncepcja niedzielnej wycieczki. Lennonka pokazywała zdjęcia Ignasia i pozwalała dotknąć pęczniejącego brzuszka. Pazurek wykorzystywała mnie w celach grzewczych i mruczała z ukontentowaniem. Na koniec pojawiła się Pipp Show ze swoją dziewczyną, prosto z pociągu. Planowały udać się do Brzeźna w celu odnalezienia pewnego dość niejasnego adresu, tudzież w razie niepowodzenia poszukiwań , namiotowania na plaży. Uczcijmy minutą ciszy pamięć tych dwóch odważnych kobiet...
Zapada błękitny zmrok. Miasto zapada w sen . Wichry wracają do swych podniebnych stanic a fale wsiąkają w ląd. Ja po załatwieniu wszystkiego mam chwilę spokoju. Wsłuchuję się przez chwilę w ciszę , po czym zakładam słuchawki i zaczynam pisać. O czym? To wiem już tylko ja i papier.To takie ręczne wycie do wyimaginowanego księżyca...

Wszystkie końce są
początkami początków

*

wtorek, 21 czerwca 2005

Czy trędowaci mogą się opalać?


- To tylko kwestia odpowiedniej kombinacji -
stwierdził wystukując coś na klawiaturze. Po
chwili zatonęła Azja.

To co piszę jest z reguły przemyślane. Siadam nocą i piszę. Zapełniam stronę za stroną. Później siadam nad tym ponownie i zaczynam kreślić, skracać , zastępować całe wersy pojedynczym zdaniem. Czasem aż do granicy zrozumienia. Też celowo, gdyby wszystko było jasne i zrozumiałe świat byłby niewypowiedzianie nudny. Zawsze staram się zostawić ślad jakiejś tajemnicy, zapach czegoś nieuchwytnego rozwiewający się w powietrzu. Gardzę ludźmi , którzy twierdzą że rozumieją świat. Zatrzymują się na pewnym etapie rozwoju, pośród bezpiecznych schematów. Szufladkują wszystko, układają jak ikonki Windowsa, a potem już nie myślą , tylko klikają. Jeśli coś się nie zmienia , nie żyje, jeśli porzucamy naszą ludzką elastyczność i otwartość , jeśli pogrążamy się w lenistwie i tłumaczymy naszą nieruchawość i niepowodzenia światem, cofamy się do poziomu zwierząt. I tyle na razie o tym.
Znad morza przyszła mgła . Wieczór był jasny, niebo błękitne, mgła stała się niebieska, jakby to niebo zeszło na ziemię i wypełniło ulice. Świat odrealnił się , stracił głębię, drzewa bliższe były ciemniejsze, drzewa dalsze były jaśniejsze. Ludzie rozmazali się błękitnie jak na obrazach Chagala. Opar wygładził im rysy i dodał skrzydła, czułem się jakbym szedł asfaltową nawą pełną aniołów. I nagle zza chmury wyskoczyło słońce i powietrze przecięły złote ostrza światła , uderzając w ludzi, domy , ulice. Złotą falą aż po zielony pierścień wzgórz.
Znaleźliśmy z Pazurkiem miejsce w którym piaszczyste zbocze odsłoniło splątaną sieć korzeni. Sosny wyglądały jakby stały na poskręcanych , pajęczych odnóżach. W dole słońce rozgrzewało zieloną dolinkę, uwalniając jej mocny , żywy zapach. Dalej błyskał kostopaty korpus porzuconego mostu. Wokół krążyli ludzie i psy, a my jedliśmy kokosanki, odpinaliśmy sobie guziki i mazaliśmy się żywicą. Dla zbyt domyślnych dodam : Byliśmy grzeczni...
Rano walczyłem z grzybem. Babka wstawiła sobie plastikowe okna, plastikowe okna nie oddychają , no i teraz musiałem zdjąć praktycznie całą ścianę w pokoju. Stałem potem na chybotliwej drabinie z kubłem farby w ręce a u nogi wisiał mi ogłupiały pies, odkrywając nową , wspaniałą zabawę. Po południu przed skończeniem „Przestrzeni objawienia” Reynoldasa , ale już po kaszy z leczo , piłowałem sobie pilnikiem pęknięty ząb, który od dwóch dni patroszył mi od środka policzek. Uwierzcie, niewiele rzeczy może się równać smakiem z tartym zębem, no może tylko to palące cholerstwo, które kazali wszystkim pić po Czernobylu.
Dużo ostatnio pracowałem, wiele zrobiłem i dużo się nalatałem, ale dobrze się z tym czuję ponieważ była to praca sensowna i efektowna. Dała konkretne efekty i przeświadczenie o dobrze wykorzystaniu czasu. Dziś znowu remont, potem sieć u Ciapka i filmy i muzyka u Void . Potem wieczorne odprowadzenie Pazurka przez stare cmentarze , które zmieniły się w parki , a o dawnych czasach świadczą tam już tylko rzędy drzew wyznaczające nieistniejące już alejki.

Lecz dla nich dopiero zaczęła się prawdziwa
opowieść. Całe ich życie w tym świecie i wszy -
stkie przygody były zaledwie okładką i stroną
tytułową , teraz rozpoczynali wreszcie rozdział
pierwszy wielkiej opowieści , jakiej jeszcze nikt
na ziemi nie czytał - opowieści, która trwa wie -
cznie , w której każdy rozdział jest lepszy od
poprzedniego.
(Sam koniec „Opowieści Narni”)

*