czwartek, 16 czerwca 2005

Mroczny królik chaosu


Królik wzruszył ramionami, co nie jest takie proste u istoty , która zdawałaby się ich nie mieć.

Mój kochany staruszek rozpoczął wieczór od rozpieprzenia kasety ze swoim ulubionym Bondem, a potem urządził awanturę , którą można było mieżyć w skali Richtera. Oczywiście nie muszę dodawać , że to ja byłem jej dość przypadkowym powodem i głównym tematem. Rozkładając kasetę na części, założyłem słuchawki i odpaliłem Ofspring.
Kochany tato, trzeba było używać na studiach prezerwatyw. Trzeba było się pilnować , panie najmłodszy doktorze w dziejach uczelni, o dwóch błyszczących fakultetach. Gdybyś wtedy się zastanowił, ja bym nie myślał, nie czułbym i niczym bym się nie przejmował. A ty dalej mógłbyś oszukiwać się , że żyjesz naprawdę.
Niestety jestem . O taki, szeroki i zarośnięty. W sumie do niczego nie pasujący i formalnie nieprzydatny. Możesz sobie na mnie popatrzeć, jak przypominam ci twoją bezmyślność, w całym tym twoim uporządkowanym i odpowiedzialnym życiu, po którym nie będzie śladu w pięć lat po twojej śmierci.
Tak naprawdę nie ma dobra i zła. Jest tylko równowaga i konsekwencje. Popełniłeś błąd, teraz za niego płacisz. Nie ma większej sprawiedliwości.

*

wtorek, 14 czerwca 2005

Wszechświat to wydarzenie


Rano chcę być w tobie.Chcę czuć jak
muskasz mnie wargami i do buzi bierzesz.
Chcę czuć jak wlewa się w ciebie ma go-
rąca rozkosz...To ja twoja poranna kawa...

Historia ciągle trwa. Nie jesteśmy na żadnym szczycie, tylko ciągle gdzieś po środku. Może to i dobrze. Na początku i na koniec zawsze jest najciaśniej , a ja nie lubię tłumu. Siedzę w pełnym słońcu na schodach Dworu Artusa, popatrując na ludzi. Neptun szumi gdzieś w tle , piękne panny sprzedają krew drzew a gołębie uśmiechają się półgębkiem do pstrykających fotki niemieckich turystów. Koncentruję się na teraźniejszości. To trudne , ponieważ nawet moje zmysły mają przecież pewne opóźnienie i to co przetwarza mój mózg jest już przeszłością. Zawsze jesteśmy o moment za rzeczywistością.
Cały jestem skropiony białą farbą , to drugi dzień malowania czyiś łazienek. Korzystam z chwili przewiewu by pogrzać na słońcu stare kości i przeczytać rozdział nowej książki Ringo. Zaraz ruszę w kierunku Niedźwiednika, gdzie wrzucę te myśli w sieć i utrwalę w pamięci świata. A wokół mnie (czyż to nie niesamowite?) z prędkością fali uderzeniowej , rozszerza się wszechświat.
Wczoraj po szpachlowaniu pieprzonych sufitów i po chwilach grozy w bibliotece , wylądowałem u Sławka przed Bramą Mariacką. Sławek ostrzygł się ostatnio i wygląda teraz jak Lady D , czy inne Papa Dance. Właśnie użerał się z tłumem bachorów, próbując im wcisnąć „na pamiątkę” bardzo gdańskie breloczki z Pikaczu/. Pojawiłem się akurat w chwili gdy jakiś szczeniak z bezczelnym uśmiechem rzucił Sławkowi w oczy „że matka zabroniła mu kupować badziewia”. Ofiar nie było.
Spijaliśmy herbatkę z termosu i gadaliśmy z pojawiającymi się co jakiś czas znajomymi. Z bramy wychynął nagle Mentat z nową panną. Stanęli romantycznie przy barierce i wpatrzyli się w rzekę. Mentatowi utyło się ostatnio i teraz wygląda tak słodko misiowato. W tej swojej marynareczce i plecaczku wyglądał jak nazista zmechanizowany. Wiatr podwiewał pannie krótką spódniczkę odsłaniając szersze perspektywy. Mentat zaś przmknął po nas tym swoi lodowym spojrzeniem ss-mana , ale nie zniżył się do rozpoznania nas.
Przebijając się przez Wrzeszcz wpadłem zaś na Yoru. Niegdyś najmroczniejsza i najpiękniejsza lolita Trójmiasta , Famme Fatale Gratki, Freya, Ruda wiedźma , dziś wygląda jak Matka Polka. Ma dom i syna, poza tym komplet barokowych kształtów, czy też mówiąc okrutnie kształt powszechnie znany jako gruszkowaty. Tylko jej brązowe oczy pozostały nadal piękne.
Pazurek zmęczona końcem roku i zdołowana przez rodzinę, mocno przeżywa domowe tarcia. Porwałem ją po końcowym egzaminie do parku, gdzie tworzyliśmy przerażający scenariusz filmu, który musi nakręcić na zaliczenie: gotyk, zwierzęta , gotowanie i jeszcze parę strasznych rzeczy. Granica chmur przesunęła się dyskretnie i na ziemię spadać zaczęły ciężkie, ciepłe krople.
Siedziałem potem na przystanku koło Akademi gapiąc się na świat przez opar zmęczenia i niewyspania. Nagrzany przez cały dzień miałem w sobie słońce i krople deszczu na skórze przynosiły niewypowiedzianą ulgę. Wokół wszystko zaczęło pachnieć.
Po północy Pazurek przysłała smsa po przeczytaniu którego szedłem spać z uśmiechem od ucha do ucha.

*

sobota, 11 czerwca 2005

Hipnotic


Tu na wschodzie mężczyznę od kobiety dzieli tylko światło - powiedziała i zdmuchnęła świeczkę.

Za milion lat w miejscu Brzeźna będzie łąka. O kilometrów tysiąc od najbliższej plaży. Pod murawą tkwić będzie może parę skruszałych fundamentów. Świat się bardzo zmieni. Będzie cieplej, a bardziej czerwone słońce , szukając zrudziałych gotyków przeszłości , pokrwawi tylko kilka kołujących gołębi. Wiatr będzie niósł nasiona i poruszał trawą . Niekończące się falowanie , od horyzontu po horyzont. Na równinie długi cień będzie rzucała wieża z czarnego bazaltu, w kształcie kobiety o długich włosach i dłoniach, i nosie , którego zawsze się trochę wstydziła. Stać będzie nieustępliwie i cicho w miejscu mojego domu , a wiatr i czas szlifując kamień złagodzą jej rysy.
Nie wiem czyje stopy zostawiać wtedy będą ślady w piasku plaży. Nie wiem czyje imię wypisane patykiem będą zmywać fale. Mam tylko taką cichutką , wariacką nadzieję, że za ten tysiąc tysięcy sylwestrów, ktoś będzie pamiętał o tym miejscu tylko ze względu na mnie.

Historia to obłąkana kobieta
Tańcząca po szkle
Ślepa z radości
Miesza wiotkimi rękami po niebie
Podwieszając bohaterów na chmurach
Nuci pieśni odważnych głupców
I tak bardzo kocha nas
Szaloną miłością wariatki
Rozwirowana szarą suknią
Wznosi kurz
Który osiada na gwiazdach
i odbiera blask oczom
Całuje nasze ręce
Zostawiając krwawe blizny
I stwardniałe plamy odcisków
A my
Opatuleni sztywno
W lukier myśli i rozsądku
Idziemy za nią
Nie mogąc oprzeć się
Czarowi tańca
Stworzeni na obraz i podobieństwo
Ciekawości

*

czwartek, 9 czerwca 2005

Wój Matt w podróży


- Awari za ten kibel to chyba w naturze płaci.
-Jasne. Gary myje.


Jeżeli gdzieś się dzisiaj spieszysz ta notka nie jest dla ciebie. Jeśli masz chwilę , to usiądź wygodnie i czytaj ją w wolnym , równym tępie stawianych kroków.

Niedziela. Trasa Gdynia - Puck. Na Oksywiu ludzie idą do kościoła. Phantom kupuje całą struclę i konsumuje w charakterze kanapki. Gówniarza zachęcamy by dotknął mijanego właśnie płotu portu wojennego, żeby dowiedzieć się, czy z tym wysokim napięciem to nie żart. Wychodzę z Ph ze sklepu , upychając po kieszeniach Kit Ketty. Na skrzyżowaniu Awarii i Cassiel powiewają mapami. Patrzymy na nich z pobłażaniem.
Piasek chrzęści pod butami. Jest szaro ,lekka mgiełka. Zza klifu wynurza się stara torpedownia. Dziobata, betonowa budowla na wodach zatoki, wygląda jak jakiś widmowy parowiec, wprost z głębin Missisipi. Na brzegach ogromne kołowroty. Przypomina mi się opowieść Grassa o stole gigantów. Gdy grupa karłów użądziła sobie piknik na jednym z potężnych bunkrów Wału Atlantyckiego.
Idziemy pośród gruzu dawnego portu eksperymentalnego. Zmurszałe zęby pali sterczą z wody równymi rzędami.
Dalej wzdłuż zalesionych klifów. Wiatr porusza liśćmi i dźwięczy drutem kolczastym płotu lotniska wojskowego na Babich Dołach. Gdzieś tam jest ten bunkier, z którego Niemcy wyszli 3 lata po wojnie. Plaża jest wąska, zawalona kamieniami i pniami drzew. Wszędzie pełno żelastwa. To ta okolica w której wszystko zawsze się kończyło. Najpierw Polacy w 39, potem odpłynęły stąd ostatnie niemieckie statki. Ze zbocza sterczy zardzewiały kalnister, kawałek dalej przerdzewiała puszka po niemieckiej masce gazowej. Mijamy szkielety wielkich ryb. Gówniarz wyjątkowo milczący , wziął za to zdychający dyktafon i puszcza fałszującą okrutnie Celinę topiącą Titanica.
Koniec klifów. Rybackie miasteczko, Łodzie wywleczone na piasek, rybacy piją wino, pośrodku plaży jakiś dres ryczy w komórkę. Mija go Cassiel. W czapeczce i koszulinie wygląda jak Włóczykij. Brak mu tylko tobołka.
W Rewie metalowy krzyż z kotwic i wąziutkie, kluczące uliczki. Plaża odrywa się nagle od lądu i wędruje prosto w morze. Fale uderzają z obydwu stron. Wrażenie niesamowite . Wreszcie dochodzi się do końca , dalej już woda,z fal wynurza się łańcuch piaszczystych wysepek. Chcieli tu kiedyś zrobić drogę na Hel i odciąć część zatoki, ale zawyli ekolodzy.
Ścieżka przez bagna, wokół okrągłej zatoki. Trawiaste łąki aż po horyzont i błoto na butach. Zaczyna lać.
Wchodzimy wyżej. Droga prowadzi wzdłuż lini drzew i rur, których mroczną tajemnicę objawiam Awarii. Nagle kończy się deszcz , chmury pękają i wychodzimy w krainę łąk i mostów. Na horyzoncie szara płyta Bałtyku. Idziemy asfaltem, przekraczamy kolejne rzeki. Daleko wzgórza, żółte osypiska żwirowni i białe plamki domów.
Robi się błękitnie , wychodzi słońce, a trawa faluje z powiewami wiatru. Wkraczamy do krainy baśni. Po surowości krajobrazu poprzednich 20 kilometrów eksplozja zieleni i form. Pola rzepaku widoczne pomiędzy wielkimi, starymi drzewami. W każdym dziupla, czasem rana po piorunie. Siedzimy na głazach przed sklepem. Phantom pstryka kolejne zdjęcie swoją cyfrą. Zrobi dziś 419 zdjąć.
Neogotycki pałacyk. Grupka pijaczków, która zakochała się w żarówiaście fioletowej czapce Gówniarza. Gdy szliśmy koło lotniska, to śmieliśmy się że ta czapka to zajebisty cel, i ostatnią rzecza jaka Gówniarzowi wpadnie do głowy , będzie rakieta Tomahawk.
Wracamy na plażę, ale ta już jest zupełnie inna. Zbliżamy się do nasady półwyspu Helskiego. Woda jest gładka jak lustro, zwieszają się nad nią korony drzew. Jest cicho i spokojnie. Wydawać by się mogło , że idziemy wzdłóż jeziora. Piana przy brzegu i horyzont zamknięty zewsząd lądem.
Ludzie byli tu już 11 tys lat temu. Mijamy prehistoryczne osady. Jest tak pięknie , że staje się to nie do opisania. Dobre miejsce by się przeprowadzić . Krążymy wąskimi ścieżkami pośród lasu. W piaszczystych klifach czernią się oghromne miasta jaskółek brzegowych.
Wreszcie wchodzimy na szczyt klifu. Wąska ścieżka , cień drzew i spokojna woda w dole. Z boku pole pachnące czymś niesamowitym i śpiew dzieci niosący się spomiędzy pierwszych zabudowań. Przez chwilę, i nie jest to żadna prtzesada, czuję się jakbym szedł przez raj. Czasem zdarzają się takie chwile szczęścia, momenty na które się czeka. Takie punkty zawieszenia, ciszy , równowagi. Chwila , po wysiłku lotu, tuż przed bezwładem spadania , gdy wisi się w powietrzu i wszystko wydaje się wieczne.
Zakończyliśmy na molo w Pucku. Mieliśmy co prawda dojść do Władysławowa , a nasz cel był świetnie widoczny nad wodami zatoki, ale uznaliśmy , że wystarczy. Byliśmy przyjemnie zmęczeni, ale nie wykończeni. Trwała złota godzina, gdy słońce obniża się i przepełnia wszystko blaskiem. Przespacerowaliśmy się przez miasto, którego małe domki wyglądały jak polkierowane dziecięce zabawki. Na dworcu Phantom zrobił mi okrutne zdjęcia podczas walki z czipsami za 70 groszy.

*

wtorek, 7 czerwca 2005

Kupa


Miałem napisać dziś relację z naszej wyprawy z Gdyni do Pucka. Ale nie mam siły ani chęci. Piszę całą opowieść na kartce czując że wytwarzam gniot i gówno wylewa mi się z długopisu na papier. Przestaję więc , pozwalam się ponieść wściekłości i rzucam kulką kolejnego zmiażdżonego świata o szafę. To piękna opowieść , ale dziś nie jestem w stanie wam jej opowiedzieć. Może kiedy indziej, a może nigdy.
Kurwa! Nic mi się nie składa. Nie chcę tu jęczeć, użalać się nad sobą , czy urządzać pokazy bezsilnego szału na żywo. Sam już nie wiem czy to ta pieprzona pogoda w tej krainie wiecznie niekorzystnego biometru, czy narastająca świadomość stania w miejscu i obracania się na jałowym biegu, czy też ciągły ostatnio brak pieniędzy. Nieważne, aktualnie nie umiem nic z sobą zrobić, nie umiem teraz pisać, ani nawet myśleć o jednej rzeczy na raz. Pozdrawiam więc, całuję w nos i idę na powietrze.

*

sobota, 4 czerwca 2005

The Dark Side of Pazurek


- Wyglądasz na szczęśliwego
- Właśnie myślałem o końcu świata

Moja Pani nieustannie mnie zadziwia. Nie spotkałem jeszcze osoby , która byłaby tak mało egoistyczna i zaborcza. Pazurek nie myśli kategoriami dopasowywania do siebie innych i świata. Gładko wnika w strukturę rzeczywistości, tak że nie pozostają żadne zadry , ani zmarszczki. Pazurek i świat najwyraźniej świetnie się rozumieją. Zdaję sobie oczywiście sprawę, że mogę być zaślepiony moim uczuciem do niej , nie zmienia to jednak faktu, że bardzo mnie to cieszy.
Mówi się , że Bóg chcąc ukarać człowieka spełnia jego marzenia, i tak właśnie było zawsze w moim życiu. Zawsze udawało mi się osiągnąć to czego pragnąłem i ujrzeć całą tę pustkę która się za tym kryje. Człowiek musi tęsknić i pragnąć, inaczej kamienieje. Potrzebujemy wyzwań by żyć. Od jakiegoś czasu narastało we mnie wrażenie, że kobiety to teren dla mnie znany , zrozumiany i nudny do bólu w swej powtarzalności. Nie było już we mnie zdziwienia , ani ciekawości, potrafiłem przewidzieć wszystko od początku do końca. Aż trafiłem na Pazurka i wypłynąłem w zupełnie inny świat, gdzie nie widać horyzontu i brak nawet pewności , po czym właściwie się płynie.
Może w końcu mój pogięty i pordzewiały kadłub dotarł do właściwego portu. Jakby nie patrzeć poszukiwania trwały długo. Wiele, wiele lat. Prowadziły przez wiele burz i mielizn. Pozostawiły sporo blizn i zdarły prawie całą farbę. Miło jest pomyśleć , że to koniec, że wreszcie odnalazło się dom. Zawsze uważałem , że wszystko ma swój czas.
Siedzę w oknie pisząc te słowa. Przewiew miło chłodzi. Jestem zgrzany po sprzątaniu. Zaraz wrzucę to wszystko na dyskietkę i powędruję do Zwierzów. Na dzisiaj to tyle, i aż tyle, mogę was jeszcze ewentualnie poterroryzować wierszykiem.

„Całopalenie”

Boże coś zamilkł
W otchłani
Czekam na cud
Dowodów
I płaczę, płaczę!
Gotyckimi łzami
Złotymi ścieżkami
Aż w mroki baroków

O Boże coś zamilkł
W otchłani

„...nie wolno być samemu
do palenia zielska...”

Muszę Boże
Ja zawsze jestem sam

W otchłani

Dym drapie w oczy

To nie łzy

To gwiazdy! Gwiazdy
Całe niebo wypełnione jest łzami

*

czwartek, 2 czerwca 2005

Gołąbek Cthulu


"drim of kalikornikejszon"
nucił przez sen , w cieniu
przytulnego silosa, rosyjski
pocisk transkontynentalny

Dawno , dawno temu, co piątek koło mola w Sopocie , plażę obsiadała metalowa młodzież. Ćmiono papierosy Dark , dyskutowano o mrocznej beznadziei nastoletniego życia i rozcieńczano lodowatą krew winem tanim a zacnym , tudzież piwskiem, którego wartość jednostkowa nie przekraczała z reguły 2 złotych. Tam też , co czas jakiś mroczną sielankę zakłócał najazd dresów albo skinów, którzy skwapliwie korzystali z okazji zebrania się tylu potencjalnych ofiar w jednym miejscu. Do dziś pamiętam opowieść Tjalla , o tym jak Rybak uciekając przed dresami wpadł prosto w stado skinów...Taaaak, dzisiaj się z tego śmiejemy.
Czasem pić na plażę wpadali też kolesie z bractw rycerskich. Siadali na plecakach pełnych żelastwa i łamali serca gotyckim pięknościom obleczonym w mroczne koronki i klejone taśmą glany. Właśnie w taki dzień wpadły kiedyś dresy by wyprostować świat i myślę , że słowo „wpadły„ jest tu jak najbardziej na miejscu. Wataha pędziła właśnie przez piasek machając pałami i wydając nieartykułowane dźwięki, gdy nagle domniemane ofiary wstały, odstawiły butelki, chwyciły za miecze, tudzież pancerne rękawice i spokojnie ustawiły się w szereg. Reszta to historia...Gdy przyjechała policja ognisko z markowych bejsbolów właśnie dogasało.
Na wiele miesięcy zapanował spokój, co dość jasno dowodzi , że pragnienie pokoju, czy też świętego spokoju, bez poparcia siły nie znaczy nic. Tyczy się to zarówno człowieka jak i państwa, kto nie jest w stanie dokopać ewentualnemu przeciwnikowi, ten na zawsze pozostanie już ofiarą.
We wtorek zeszliśmy z Ciapkiem w doliny i zapadliśmy u Void, gdzie zeżarliśmy chipsy i zapijając anyżową herbatę oglądaliśmy „Sin City”. Mniam, miodzio. Ktokolwiek stworzył ten film musiał widzieć kiedyś Letniewo nocą. Nie polecam tego filmu ludziom o słabych żołądkach i tym , którzy wierzą , że pokojową koegzystencją i miłosierdziem można osiągnąć wszystko. Film spodobałby się Pablo, JEST ZŁY. Jeśli zdarza się w nim dobro to tylko przypadkiem.
Środę spędziłem pogrążając się w odmęcie depresji. Z każdą godziną było gorzej. Nic nie mogłem robić. Ani pisać, ani rysować , ani wziąć się za jakąkolwiek sensowną robotę. W zaistniałej sytuacji pozostało mi tylko jedno... stworzyłem potwora! Potwór składał się z 2 kg makaronu, trzech rodzajów kiełbas, oscypka, pomidora, past: oliwkowej i pomidorowej, keczupu i garści (dosłownie) przypraw, w tym , a jakże, ( psychopatyczny śmiech) full czosnku. Gdy już potwór z mlaśnięciem wylądował na talerzu wcale nie byłem pewien , kto kogo zje.
Po potworze poczułem się lepiej. Wypiłem kubek substancji smolistej, która miała konsystencję ropy naftowej i przy nieco mniejszym stężeniu oraz sporej dozie wyobraźni mogłaby być nazwana kawą, i uznałem , że gotów jestem objawić się światu . Wyszedłem więc na miasto obalać oddechem budynki i szerzyć grozę w środkach komunikacji miejskiej.

Moje żyły pełne wędrującego pyłu
Szkliste zierenka kwarcu
suną w spazmatyczny takt
Zapiaszczonego serca
Cement wytrąca się z potem
Bieleję
Krzepnę
W pomnik bez pamięci
Czas się rozszerza
Dzień , noc , tydzień
W krótkie drgawki
Pór roku
Czas roztopu, czas obrastania mchem
Kamień bez bólu
Twardszy z każdym rokiem
Wpatrzony w horyzont
Pełen starzejących się gwiazd

*